O tym, jak to w anime lepiej bywało… (Update)

Dyskusja o tym, jak to anime schodzi na psy ma w naszym kraju bardzo długą tradycję. Pierwszy artykuł o tym, jak to japońskie kreskówki upadają i kiedyś było lepiej opublikowano w Kompedium Wiedzy Secret Service (numerze 2, o ile mnie pamięć nie myli). Miało to miejsce gdzieś w połowie lat 90-tych, ale użyte argumenty były całkiem współczesne.

Od tamtych czasów anime upada i upada, upada i upada, bez końca.

Do tematu tego przekonała mnie dyskusja na jednej z grup poświęconej japońskiej animacji. Dyskusja ta traktowała o tym, jak to kiedyś środowisko było świetne, anime było świetne, ludzie byli świetni i były czasy. Dziś natomiast Fandom umiera, w wyniku tego anime umiera i ludzie umierają.

W dyskusji tej padły argumenty w rodzaju „Jak się urodziłeś w 1990, to się nie odzywaj” przytaczane przez ludzi uważających się za półbogów, bo 15 lat temu zorganizowali atrakcję (sztuk jeden) na konwencie. W prawdzie moim zdaniem świadczą o tym, jak zajebiste były to czasy, jednak wypadałoby też użyć jakiejś merytoryki. Stąd ten tekst.

Disclaimer:

Czas jakiś temu napisałem tekst pod tytułem „Dlaczego nie oglądam już anime” co część osób potraktowała dziwnie, nie wiem w sumie czemu. O ile pamiętam jestem jednostką suwerenną (a od dziś też półbogiem) i mam prawo czegoś nie oglądać, uważać, że się zepsuło, albo, że się mi znudziło.

Niemniej jednak to, że dłużej nie oglądam zbyt wiele anime trudno traktować jako dowód upadku tego gatunku: świat nie kręci się wokół mnie (mimo mego, nowego statusu półboga). Osobiście jestem zdania, że owszem, upadek anime ma miejsce, ale proces ten ma naturę nie recesji, a upadku relatywnego.

Recesja polega na tym, że coś cofa się w rozwoju. Upadek relatywny zaś na tym, że coś się rozwija, ale robi to zbyt wolno. Po prostu: jeśli coś rozwija się rocznie o 3 procent, a coś innego o 300 procent, to naturalne jest, że ta pierwsza rzecz zostanie w końcu w tyle.

Zmiana stylistyki, czyli tęcza na pustyni:

Obowiązkowa, postapokaliptyczna pustynia…

Po drugie: anime faktycznie jest dziś inne, niż kiedyś. Zmianie uległy trzy rzeczy: stylizacja, moda i (co wynika z poprzedniego) tematyka utworów.

Zajmijmy się na początku tą pierwszą rzeczą. Jeśli spojrzymy na japońskie kreskówki, to zauważyć można, że wiele starych tytułów to pozycje mroczne, których akcja rozgrywa się albo nocą, w dystopijnych miastach przyszłości (Ghost in the Shell, Akira, Bublegum Crisis, Gilgamesh, Silent Moebius), opowiadające o wampirach (Hellsing, Vampire Princess Myui, Vampire Hunter D, Trinity Blood) lub im podobnych istotach (Crono Crusade), osadzone w czerni kosmosu Space Opera (Gall Forces, Macross, Cowboy Bebop) albo też akcję umieszczało na pustynnych, postapokaliptycznych planetach (El Hazard, Trigun, Iria, MD Geist, Area 88, Scryed, znowu Vampire Hunter D).

Z czasem stylistyka ta zanikła na rzecz skąpanych w dziennym świetle łąk, póla i lasów, gdzie rozróżnić można każde źdźbło trawy i podziwiać precyzyjnie oddany skład gatunkowy roślinnych siedlisk i pięknych kolorowych światach, jak w Nagi no Asukara czy Mahou Tsukai no Yona.

Po drodze były też serie z rażącymi efektami komputerowymi, jak Cowboy Beebop, Arjuna, Samurai Seven, Blue Submarine no 6 czy Last Exile.

Skąd te zmiany?

…kontra obowiązkowa zieleń lasu.

Jeżeli chodzi o grafikę komputerową, to przez pewien okres posiadanie drogich komputerów do jej produkcji oraz odpowiednio przeszkolonych grafików było czymś nobilitującym. Wiecie: w latach 90-tych i wczesnym pierwszym dziesięcioleciu grafiki 3D nie przerabiało się na domowych pecetach, tylko na wyspecjalizowanych superkomputerach produkowanych przez firmy pokroju Silicon Graphis. Urządzenia takie mieściły się w pokoju i kosztowały zwykle tyle, co kilka mercedesów.

Jednak z czasem to, co kiedyś było dowodem wysokiej technologii w końcu stało się przeżytkiem i dowodem złego smaku. Powodem był wzrost mocy obliczeniowej. Już pod koniec 6 generacji konsol laptopy i desktopy miały ją na tyle dużą, że kupowanie superkomputera stało się zbędne. Tak więc wsadzanie do serii czegoś co krzyczało „Patrz konkurencjo! Mamy Silicon Graphisa!” stało się symbolem złego smaku.

Podobnie ma się sprawa z mrocznymi miastami, głębią kosmosu i pustynnymi planetami… Zgadnijcie bowiem, co łatwiej jest narysować: pełną kwiatów i szczegółów łąkę czy czarne obiekty, na czarnym tle rozświetlonym tylko nielicznymi punkcikami?

No więc właśnie…

Ich zniknięcie trochę przypomina sytuację z gier komputerowych, gdzie jakieś 15 lat temu wszystko było szare, jak jesień na blokowisku, też z powodu konieczności ukrycia niedostatków technologii.

Podejście do erotyki:

O tym mówię. Pasek cenzorski ja dorysowałem, coby się admin WordPressu nie czepił, bo tam straszne zło się działo: sutki było widać.

Kolejna rzecz, która zmieniła się i to nawet kilkukrotnie w anime to podejście do erotyki.

W latach 80-tych i wczesnych 90-tych wszystko było bardziej dosłowne. W rezultacie w zasadzie chyba każda produkcja, za wyjątkiem tych dla dzieci zawierała obowiązkową scenę, w której bohaterka wraca do domu, rozbiera się zupełnie do naga, idzie pod prysznic i myje się przez 3-4 minuty, a kamera wędruje po całym jej ciele. Względnie jak tańczy nago, robi striptease, albo bardzo dosłowną próbę gwałtu (lub kilka tych elementów naraz). Mamy to w Landlock, mamy to w Street Fighterze, mamy to w Gall Forces, mamy w Silent Moebius, by rzucić kilka tytułów, które po prostu przyszły mi do głowy.

Gdzieś tak w połowie lat 90-tych erotyka przechodzi w stronę bardziej współcześnie kojarzoną z anime, czyli majtasów, biustów, podglądactwa i panienek obryzganych jogurtem. Traci na dosłowności, jednak nadal jest obecna, nierzadko w postaci nawet bardziej krępującej. Co więcej fakt, że na ekranie tak naprawdę nic się nie dzieje sprawia, że autorzy nierzadko drążyli bardzo ciężkie i nieprzyjemne tematy. Momentami szły takie schizy, że nawet pirackie strony nie chciały mieć tego u siebie.

Rozpasanie i drążenie często bardzo niesmacznych, ocierających się o jednostki chorobowe tematów doprowadziło do niesławne Tokyo Manga Ban z roku 2012. Od tego momentu japońscy wydawcy faktycznie zdają się bardziej kontrolować to, co wydają.

Podejście do przemocy:

No co? Jak walka na śmierć i życie, to walka na śmierć i życie.

Powiedziałbym, że obecne anime mają dużo bardziej konsekwentne podejście do przemocy, niż zdarzało to się kiedyś. Starsze anime, nawet to młodzieżowe nie miały. Znaczy się; można było oglądać coś, co zapowiadało się jako bajeczka dla dzieci i nagle odkryć, że w środku twórcy uznali, że warto będzie pokazać kilka urwanych rączek i główek. Dobrym przykładem może być Czarodziejka Z Księżyca, albo jeszcze lepiej Dragonball, gdzie cała obsada raz po raz ginęła i bywała wskrzeszana (w DB w towarzystwie urywanych rączek i główek), a w Sailorce świeciła gołym tyłkiem, mimo że obie serie celowały w widza gimnazjalnego i z późnej podstawówki.

Obecnie pod tym względem sprawy się bardziej unormowały. Twórcy już nie skaczą tak po klimatach jak kiedyś, tak więc generalnie można podzielić anime na takie, gdzie przemocy jest niewiele i na takie, gdzie jest jej bardzo dużo.

Zanik „japońskiego happy endu”:

Jeśli jesteśmy przy przemocy…

Japoński happy end to było „bohaterowie wygrali, dobro zatriumfowało i mogli żyć szczęśliwie… przez jakieś trzy sekundy, bowiem, natychmiast po tym jak zatriumfowali, rozdeptał ich przypadkowo przechodzący mech”.

Chyba z 15 lat już nie widziałem tego chwytu fabularnego.

Zmiany w sposobach dystrybucji:

Tym, co miało decydujący wpływ na zmniejszenie zjawisk skrajnych w anime były zmiany w sposobie dystrybucji. Otóż: w latach 80-tych i 90-tych znaczna część produkcji przeznaczona była na rynek wideo, czy to jako rynek wtórny (filmy) czy jako pierwotny (Orginal Video Animations). Obecnie większość trafia do telewizji i potem na DVD, aczkolwiek ten stan rzeczy może się zmienić w niedługim czasie, wraz z ekspansją usług typu Netflix.

Wywołało to dwa efekty: po pierwsze anime zmieniły formę. We wcześniejszym okresie dominowały krótkie formy, jak filmy liczące około 90 minut czy też serie mające po 4-6 odcinków. Obecnie pałeczkę pierwszeństwa przejęły produkcje składające się z 12-13 odcinków lub wielokrotności tej liczby.

Po drugie: w wypożyczalni wideo istnieje mniejsze prawdopodobieństwo trafienia na coś przypadkiem, np. przez skaczące po kanałach dziecko. W skrajnych przypadkach sprzedawca może zwyczajnie odmówić wypożyczenia którejś kasety klientowi.

W telewizji taka możliwość nie istnieje. Tak więc stacje telewizyjne dużo mniej chętnie przyjmują bardziej lecące po bandzie produkcje.

Z drugiej strony należy zauważyć, że obecnie większość cycków i flaków pcha się do edycji DVD, które potrafią się momentami dość poważnie różnić od wersji telewizyjnej. Obawiam się, że część krytyków wyrabia sobie opinię bazując na pirackich kopiach tych drugich.

Podejście do alkoholu i nikotyny:

Konno „Kitsune” Mitsune z Love Hina z piwem.

To jest ciekawy temat i dość śmieszny. W seriach z lat 80-tych i 90-tych zdarzało się, że nieletni bohaterowie palili papierosy i spożywali alkohol. W pewnym momencie jednak przestałem to zauważać. Od jakiegoś czasu studiuje zjawisko… I ogólnie widać, że podejście do tematu jest raczej nieprzychylne.

Ogólnie to wygląda tak, że alkoholu nie spożywają nawet młodociani przestępcy. Pobić kogoś, okraść, zamordować, próbować zgwałcić: owszem, czemu nie? Weźcie takie Durarara!, gdzie non stop mamy walki gangów, wandalizm, pobicia… Są sceny, gdy bohaterowie siedzą, w słowiańskim przykucu i sączą coś z puszek. Ale zawsze jest to oranżada, a nie tanie browce. Takie to grzeczne dzieci!

Alkohol? Nikotyna?

Nigdy w życiu!

Zmienne mody:

Ostatnia i najważniejsza chyba rzecz, która się zmieniła to moda, a wraz z nią poruszane tematy. Tak więc anime przerabiało już następujące:

  • na cyberpunk: który pojawił się we wczesnych latach 80-tych i dotrwał do przełomu tysiącleci, by w pewnym momencie wymrzeć. Obecnie tak na wschodzie jak i zachodzie gatunek ten jest już rzadko spotykany. Pojawiają się jego pojedyncze przykłady, jak Dimension W, w ostatnich latach, ale to zbłąkane jaskółki, które nie czynią wiosny.

  • supernatural girlfriend: czyli ten cały gatunek komedii romantycznej, gdzie jakiś młodzieniec spotykał na swej drodze boginkę / kosmitkę / androidkę / demonicę, mają wiele przygód, razem stawiają czoła wyzwaniom dnia codziennego jak i niezwykłej natury i ogólnie jest śmiesznie oraz romantycznie. Kiedyś, razem z romansem szkolnym stanowiły one pewnie połowę anime. Zeżarło je jednak moe.

  • Wedding Peach. Jeden z ongiś licznych klonów Sailorek.

    magic girls czyli klony „Czarodziejki z księżyca” które wysypały się po sukcesie tej serii i na które moda trwała gdzieś do końca lat 90-tych. Magic Girls zdechło, bo chyba się po prostu przejadło. Obecnie, jeśli nie liczyć niekończącego się koszmaru pod nazwą „Precure”, pojawia się raz na 10 lat. Ostatnia, znacząca inkarnacja to chyba Madoka.

  • Klasyczne gatunki fantastyki: czyli space opera, postapokalipsa, heroic fantasy, groza etc. były bardzo popularnym tematem w latach 90-tych, lecz zaczęły zanikać po roku 2000. Takie serie wciąż się zdarzają, ale nie są częste. Fantasy wyewoluowało w MMO Fantasy, science fiction zastąpiła fantastyka bliskiego zasięgu, czyli tocząca się we współczesnym świecie lub dosięgalnej przyszłości. Horror w Japonii cierpi na te same problemy, co na zachodzie.

  • anime millenarystyczne: czyli te wszystkie rzeczy w stylu Gilgamesh, X, Please Save My Earth i paru podobnych, opowiadające o przełomie wieków, zawyrokowanym przez los upadku cywilizacji i nieuchronnej śmierci, których bohaterowie snuli się w kółko, mówili zagadkami i na końcu wszyscy ginęli, wśród wybuchów w kształcie kabalistycznych symbolami, do końca recytując przepowiednie Nostradamusa. Po roku 2000 straszenie końcem świata jakoś przestało być modne.

  • romans szkolny: czyli nastolatki i ich pierwsza miłość i rzeczy pokroju Love Hina, Ai Yori Aoshi Ongiś, Great Teacher Onizuka. Ongiś wraz z Supernatural Girlfriend jeden z najpopularniejszych gatunków. Od dawna jednak zeżarty przez moe.

  • MMO fantasy: czyli opowieści o ludziach przenoszących się do wirtualnych światów. Miało dwie fale: pierwsza przypadła na schyłkowy cyberpunk i należały do niej produkcje takie jak Hack:Sign, gdzie ludzie zwyczajnie grali w bardzo realistyczne gry przyszłości. Druga fala nastąpiła po blisko 10 latach przerwy, kiedy pojawiły się anime takie jak Sword Art Online czy Log Horizon opowiadające o ludziach wciągniętych do superrealistycznej gry przyszłości, która nadpisała im świat rzeczywisty…

  • ekranizacje eroge: były plagą w epoce konsoli PSX 1 i 2. Kręcono wówczas liczne ekranizacje gier randkowych i jRPG, często za bazę biorąc tytuły erotyczne. Oczywiście żadnych scen nie było, fabuły takoż. Poza kilkoma wyjątkami oglądało się to jak longplaye na Youtube. Wraz z pojawieniem się konsol siódmej generacji i ludobójstwem, jakiego gry typu Dragon Age czy Fallouta 3 dopuściły się na jRPG, zanikły.

  • Air, czyli klasyk gatunku.

    umierające dziewuszki: były późnym etapem rozwojowym supernatural girlfriend i romansu szkolnego, z tym, że haremetki naszego bohatera zwykle cierpiały na jakieś nieuleczalne choroby, były duchami, wcieleniami przeklętych boginek i tak dalej i tak dalej… W końcu w ten czy inny sposób odchodziły na tamten świat, następował dramat i widzowi było smutno. Jak wszystkie tego typu serie zeżarło je moe.

  • ecchi: czyli anime bieliźniane, którego celem było prezentowanie postaci w niedwuznacznych sytuacjach, ale bez pokazywania nagości i seksu, a jedynie negliżu. Fabuła jak z filmu porno, jednak zero typowej dla niego akcji. Wiecie rozumiecie „Ups! Wylała mi się herbata na twoją bluzeczkę!” „Nie szkodzi! I tak chciałam ją zdjąć!”, jednak już bez „Skoro już jesteśmy goli, to może by zwiększyć dzietność Japonii?”. Wymarły, zwłaszcza te najostrzejsze, po Tokyo Manga Ban.

  • moe: czyli „słodkie dziewczynki robiące słodkie rzeczy”, w rodzaju kawy, kulek ryżowych i innych rodzajów zabawy. Zupełnie pozbawione fabuły, seksualnego czy romantycznego kontekstu, elementów komediowych etc. Serie działające trochę jak przedszkole: przyciągające małe dzieci i podejrzanych osobników po trzydziestce. Wykwitły po 2007 roku i niestety trzymają się mocno po dziś dzień.

  • słodkie dziewczynki robiące niedorzeczne rzeczy: w rodzaju jeżdżenia czołgiem, zamieniania się w statki, karabiny lub historyczne postacie z dziejów Japonii. Jest rozwojową odmianą moe, grasującą w czasach współczesnych.

  • Jeszcze nie wiadomo, czy trend się utrzyma, ale obecnie zaczęła się moda na odgrzewanie kotletów.

Podaż:

(Akapit dodany) Avellana, Pani na Tanuku,  zwróciła mi uwagę na jeszcze jedną, istotną rzecz. Jest nią liczba anime, jakie powstawały kiedyś i które powstają obecnie.

Jeśli kierować by się danymi z AniDB zauważyć można, że ilość wydawanych serii (nawet przy założeniu, że bazy te są niekompletne) rośnie skokowo. Tak więc:

  • w roku 1987 wystartowało zaledwie 25 tytułów.
  • w roku 1997 wystartowało ich już 45
  • w roku 2007 liczba ta wzrosła do 149
  • w roku 2017 już do 233

To oczywiście nie są twarde liczby, bowiem w latach 80-tych i 90-tych znaczny odsetek serii stanowiły tasiemce, które jak się zaczęły, tak leciały, więc nie widać ich w statystykach, aczkolwiek takie serie i dziś są produkowane.

O to, czy ilość przechodzi, czy nie można się spierać głośno i bezskutecznie. Ja osobiście uważam jednak, że większa ilość to mimo wszystko większa różnorodność, aczkolwiek ciągnie to za sobą pewne konsekwencje.

Otóż: dziś nie jest już możliwe, by ogarniać wszystko. Anime jest za dużo, co więcej sytuacja wymusza na producentach, by zawężać specjalizacje, nie muszą więc podobać się każdemu. Istnieje też większa szansa na przeoczenie czegoś naprawdę wartościowego, lub zlekceważenie tego z braku czasu.

Inne nie znaczy gorsze:

Jak widać z powyższego anime cały czas ewoluuje i zmienia się. Cały czas nawiedzają je mody, które przychodzą i odchodzą. Nie można więc mówić, że kiedyś było lepiej lub gorzej.

Niemniej jednak jeśli ktoś został przyciągnięty do gatunku na przykład przez duży wybór serii cyberpunkowych, w które ten kiedyś obfitował i uważa, że anime nie jest już takie, jak kiedyś, to nie można się nie zgodzić.

Wszystko płynie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Anime i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „O tym, jak to w anime lepiej bywało… (Update)

  1. Adam pisze:

    Jestem bardzo ciekaw, jaki wpływ na rozwój medium będą miały serwisy streamingowe. Już teraz Netflix zaliczył spory sukces z Devilmanem, który jednocześnie jest jednym z najbardziej niekomfortowo brutalnych serii ostatnich lat.

  2. Grisznak pisze:

    Co do magical girls to się nie zgodzę – Madoka dała początek nowemu trendowi, z którego wyszło sporo serii, zaś kolejne sezony Symphogear albo Ilyi pokazują, że ten gatunek wciąż żyje. Acz też ewoluuje.

    Generalnie, mamy czasy, w których ograniczenia gatunkowe stały się mniej znaczące – możesz nakręcić serię będą ekranizacją gry, z pewną ilością erotyki, przemocy i romansu, zawierającą moe bohaterkę, a całość będzie skakać od komedii do dramatu – Fate/Extra z tego sezonu jest dobrym przykładem (szczególnie, że bardzo luźno bazuje na grze). Kręci się albo rzeczy wąsko wycelowane w bardzo sprecyzowanego widza albo rzeczy, które mają szansę przekonać do siebie szeroką publikę, a w tych drugich przypadkach nie ma po co się ograniczać konwencjami. SHAFT z Akiyukim Shimbo osiągnął tu chyba mistrzostwo i chyba stanie się symbolem minionej dekady tak jak kiedyś Gainax.Tym, czym dla lat 90 był Evangelion, tym stała się dla kończącej się powoli dekady Madoka.

    Trend na remaki klasyków trwa już od ładnych paru lat – przyniósł kilka udanych rzeczy (Space Battleship Yamato 2199, Gundam Origin) jak i nieporozumień (Sailor Moon Crystal). Ale to w sumie taka dość typowa powracająca fala, bo pojawia się średnio co dekadę – dwie.

    Ecchi wciąż żyją, w każdym sezonie masz zwykle jakieś produkcje tego typu. Powiedziałbym, że TAB nie miało tu żadnego wpływu, bo te serie i tak lecą po nocach w japońskiej TV. Ecchi zrobiło koło i wróciło do dosłowności z lat 80, jak generalnie erotyka w anime (vide hałas, jaki wywołała wiadoma scena z kinowego SAO).

    • orzi pisze:

      Miałem napisać to samo o magical girls. Wychodzi tego naprawdę sporo, acz nie zdobywa raczej popularności na zachodzie. Taka Yuki Yuna chociażby była drugą najlepiej sprzedającą się serię w swoim sezonie, a poza Japonią jest tytułem raczej niszowym.

      Co prawie wymarło to serie klasyczne. I to klasyczne w sensie „takie jak Sailor Moon!”, a nie „takie jak Mahoutsukai Sally!”. Po sukcesie Madoki gros gatunku kierowany jest do widowni seinen, serie robione dla shoujo stanowią ich niewielki odsetek. Poza PreCure’ami jedynym co przychodzi mi do głowy jest Soushin Shoujo Matoi.

  3. Lurker pisze:

    Rzetelny artykuł.

    Od twojego ostatniego tekstu w tym temacie widać, że spróbowałeś podejść do sprawy bardziej analitycznie, a twój pogląd na tą tematykę stał się mniej radykalny. Widać to było zresztą już po twoich ostatnich tekstach, w których chwaliłeś nawet niektóre anime o dziewczynkach.
    W ostatnich miesiącach ja osobiście również tak sobie pomyślałem, że jeżdżenie po współczesnych anime dla zasady i jak leci jest chyba trochę przesadzą. Więc również wyważyłem trochę swoją opinię.
    I co za tym idzie, zgadzam się z ogólnym wydźwiękiem tego tekstu; a przy okazji dowiedziałem się paru nowych ciekawostek, za co należy cię pochwalić. Tekst może nie jakiś mega długi, ale widać, że nad nim trochę pomyślałeś, nim przelałeś na ekran. Nie tak, jak gdzieś tam chyba w wakacje, ostatnim razem. Co również się chwali.

    P.S.
    Great Teacher Onizuka nie nazwałbym „romansem” szkolnym. To raczej komedia szkolna. Której zdarza się nawet poważnie podejść czasem do jakiegoś tematu. Abstrahuję już od tego, że główny bohater to nie chłopiec, który wyrywa pół klasy, a nauczyciel – niezbyt poważny, ale nie romansuje z uczennicami (mimo, że tak właśnie sobie wyobrażał życie nauczyciela i dlatego się zatrudnił 😉 )

    P.S.2
    Co do ecchi – wciąż zdarzają się ostre serie, miejscami czasem nawet odnoszę wrażenie, że gatunek ten wręcz poszedł dalej. Nie wiem co prawda jaką formę dystrybucji to ma, ale dwunastoodcinkowe serie to nie to co hentaie, które mają góra po kilka odcinków OAV.

  4. DoktorNo pisze:

    Dobry artykuł, chciałbym tylko wyprostować ze „Area 88” to nie post-apo, tylko dziejąca się współcześnie „opera lotnicza” o pilotach-najemnickach walczących na Bliskim Wschodzie…

  5. Adam pisze:

    Bardzo fajny artykuł, dla mnie jako laika dobry punkt wyjściowy. Będę miał co oglądać, dzięki!

  6. VAT23 pisze:

    … GTO romansem szkolnym?
    O wiele rzeczy tę serię można posądzać, ale romans?

  7. komiksowapl pisze:

    super wpis! Zgadzam się z tym, że anime kiedyś było lepsze, ale to nie znaczy, że teraz jest złe. Ale ogólnie fajny artykuł. Zapraszam do zobaczenia mojej mangi na https://komiksowapl.wordpress.com jeśli ktoś chce. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s