A gdybym tak nigdy nie miał komputera?

Wpisanie przez WHO uzależnienia od gier komputerowych na listę chorób oraz fakt, że aurę mamy raczej depresyjną skłoniły mnie do rozważań nad swoim życiem oraz rolą, jaką pełni w nim komputer. Bo powiedzmy sobie szczerze: spędzam przy nim dziennie dość dużo czasu. Tak więc post ten będzie traktował o tym, jakby wyglądało moje życie, gdybym nigdy owego urządzenia nie posiadał.

Różne zjawiska w życiu:

Analizując problem należy wziąć pod uwagę fakt, że:

  • niektóre zjawiska i dokonane przeze mnie wybory życiowe zaszłyby niezależnie od tego, czy posiadałbym komputer czy też nie.

  • Inne miałyby miejsce, jednak zaszłyby w innej kolejności i w innych okolicznościach, wywołane przez inny wyzwalacz, niż miało to miejsce oryginalnie.

  • Część zjawisk i sytuacji życiowych przed którymi stanąłem nigdy nie miałaby miejsca.

Jedyny realny scenariusz:

Po drugie: dochodzę do wniosku, że jedynym realnym scenariuszem, który do chwili obecnej mógłby doprowadzić do tego, że komputera nigdy bym nie miał byłby zupełny brak tego typu urządzeń (a przynajmniej komputerów osobistych) w naszym świecie. Gdyby analizować jakikolwiek inny przebieg wypadków logicznym założeniem powinno wydawać się, że pierwszy komputer kupiłbym najpóźniej na drugim roku studiów (kiedy to kupiłem mój historycznie trzeci komp, czyli pierwszy za własne pieniądze), a potem historia toczyłaby się już bardzo podobnie, choć kilku zjawisk ponownie by nie zaszło (np. cała moja przygoda z Tanuki.pl oraz grami fabularnymi), kilka nastąpiłoby z wieloletnim opóźnieniem, a na inne po prostu byłoby już za późno.

Gdyby tak było, to dziś…

Zapewne hodowałbym rybki:

Z ogromną szkodą dla rybek obawiam się. Nie wiem, czy o tym mówiłem, ale 7 letni Zeg hodował rybki. Przeszło mu to około 11 roku życia, gdy przeprowadziliśmy się do innego domu. Odbyło się to akurat zimą, przeprowadzka rybek była niemożliwa, więc akwarium zostało u babci, gdzie czekało na lato. Do lata rybki zdechły i go nie odnawiałem. Po części dla tego, że rodzice bali się, że zatopię nowy dom, po części dlatego, że akwarium to jednak strasznie dużo pracy i kosztów.

Zaoszczędzony czas i pieniądze wydać można było natomiast na gry i gazety komputerowe, a potem też książki, gry fabularne i wiele podobnych. Tak więc z akwarium zrezygnowałem. Z epizodu tego wyciągnąłem jednak kilka doświadczeń i podparte faktami przekonanie, że zwierzę to bardzo zły prezent dla dziecka. Mimo to jeszcze w liceum planowałem, że pewnego dnia, gdy będę miał czas, to znów zostanę akwarystą.

Rybki na pewno dziękują swym bogom, że nigdy do tego nie doszło. I nie dojdzie.

Nie wiem, czy dostałbym się na studia, ale najpewniej nadal czytałbym fantastykę:

Im jednak bardziej oddalamy się od szkoły, tym bardziej wchodzimy na śliski grunt. W szkole podstawowej fascynowała mnie biologia, brałem nawet udział w olimpiadach. Rozwój w tym kierunku pokrzyżował mi niestety fakt, że miałem bardzo niskie oceny z chemii. W efekcie więc należało myśleć realistycznie. Skupiłem się na innym przedmiocie, z którego miałem dobre oceny i zostałem humanistą.

I tu zaczyna się problem.

Moje zainteresowania historyczne rozbudziła bowiem literatura fantasy, a zainteresowanie tą: teksty Jacka Piekary w Top Secrecie i później Gamblerze. To właśnie z nich dowiedziałem się kto to Tolkien, Howard, Sapkowski… Oraz co to są gry RPG.

Bez ich pomocy prawdopodobnie nadal bym czytał (choć z całą pewnością nie grałbym w gry fabularne), bowiem zanim kupiłem pierwszy Top Secret miałem w małym palcu całą bibliografię Niziurskiego.

Jeśli chodzi o fantastykę, to pewnie bym się nią zainteresował, acz trudno powiedzieć w którym momencie. Być może baba z Biblioteki Miejskiej poleciłaby mi Conana, jak w realu „bo dzieci go lubią”, a być może wszystko przyszłoby dekadę później, po tym jak do kin trafiłby „Władca Pierścieni”. Może też zainteresowałbym się w pewnym momencie literaturą światową i sam na niego trafił. Wszystko to jednak działoby się zapewne zbyt późno, by zainteresować się historią.

Nadal umiałbym gotować:

Z moich obecnych zainteresowań przetrwałyby zapewne cztery. W kolejności chronologicznej: anime, gotowanie, finanse i wysokobudżetowy serial. Zarówno w anime jak i seriale wciągnął mnie brat, w tym pierwszym przypadku za pomocą Dragoballa, w tym drugim: Gry o Tron. Oczywiście bez komputerów obydwa media byłyby dużo trudniej dostępne, jednak jakoś tam funkcjonowały.

Gotować nauczyłem się z konieczności, giełdą, choć bardzo pośrednio, zainteresowała mnie siostra.

Patrząc na podaż japońskich kreskówek w mainstreamie, to raczej nie byłoby to szczególnie żywe hobby. Jeśli natomiast chodzi o giełdę, to technicznie nie wyobrażam sobie tej aktywności bez Internetu. Pewnie, ludzie jakoś to robili. Tylko musiało to być okropnie niewygodne.

Choć nigdy niczego bym nie napisał, choć pewnie byłbym mniej przemęczony:

Bo po co? Po pierwsze: szanse na opublikowanie czegokolwiek w świecie bez komputerów byłby bardziej niż nikłe. Po prostu byłoby to bardzo kosztowne. Należałoby książkę napisać na maszynie, zapłacić komuś za korektę, a następnie powielić i rozesłać do wydawców. Samo to ostatnie kosztowałoby pewnie z 500 złotych.

Biorąc pod uwagę fakt, że można uznać, że nie byłbym osobą zamożną (patrz następny punkt) mogłoby to okazać się barierą nie do przeskoczenia.

Po drugie: owszem, miałem pisarskie wprawki w liceum, ale tym, co tak naprawdę mnie najbardziej popchnęło do działania były sukcesy Tanuka. Bez nich pewnie bym machnął na sprawę ręką.

Niewątpliwie to najbardziej zmieniłoby moje życie. Tym, co angażuje mnie najmocniej i pochłania mi najwięcej czasu jest właśnie pisanie: czy to tekstów na bloga, czy jakieś tam zarobkowe mini-artykuły, czy też próby zostania wielkim pisarzem.

To zabiera mi kilka godzin dziennie, które w innych wypadkach byłby zapewne wolne.

Nie sądzę jednak, by czas ten dałoby się konstruktywniej spożytkować. Są to bowiem zwykle godziny między 19 a 24, kiedy ludzie zwykle śpią. Podejrzewam, że wolne to wykorzystywałbym tak, że wracałbym z pracy, wyjmował książkę i czytał. Jeśli teraz czytam rocznie około 60 książek, to w tych warunkach pewnie czytałbym ich ze 160. Z dużym prawdopodobieństwem kładłbym się też wcześniej spać.

Mieszkałbym gdzie mieszkam i pracował, gdzie pracuję:

Skoro niczego nigdy bym nie napisał, to nigdy też nie spróbowałbym zostać dziennikarzem. Więc nigdy bym nim nie został. Daje to dwie możliwości:

  • zostałbym po studiach w Lublinie i pracował w callcenter.

  • Wróciłbym do domu.

Gdybym został w Lublinie to zapewne pracowałbym tam po dzień dzisiejszy odbierając telefony i zarabiając najniższą krajową. Gdybym wrócił do domu, to sytuacja najpewniej wyglądałaby analogicznie jak obecnie: koniec końców znalazłbym zatrudnienie tam, gdzie znalazłem, przy czym po drodze zaliczyłbym tak z pięć lat długotrwałego bezrobocia bez praw do zasiłku.

Sorki.

Perspektywy tutaj są takie, jakie są. Zwłaszcza dla ludzi z moim wykształceniem.

Być może zrobiłbym doktorat:

Marzenie mojej mamy.

Które nigdy się nie spełni.

Nie robię go z prostej przyczyny: z mojej perspektywy jest to rzecz, która pochłonęłaby ogromne ilości czasu i środków, a która nie dałaby mi absolutnie niczego, poza tytułem i poczuciem własnej wartości. W roku 2012 o mało co się na jego robienie nie zdecydowałem, ale potem mi przeszło.

Będąc wieloletnim bezrobotnym pewnie bym się w końcu zdecydował, choćby po to, żeby poprawić samoocenę.

Czytałbym dużo gazet:

Jedną z nich byłby pewnie jakiś „Przegląd Akwarystyczny” albo inny CD Action dla wędkarzy.

Świat bez komputerów byłby prawdopodobnie nadal światem prasy. Tak więc, by cokolwiek wiedzieć trzeba byłoby kupować gazety. Zapewne robiłbym to i ja.

W moim asortymencie najpewniej znajdowałby się „Tygodnik Angora”, prawie na pewno byłby tam też i „Teletydzień” czy jak się nazywa program telewizyjny. Mało prawdopodobne natomiast bym czytał „Nową Fantastykę”, nawet gdybym rozwinął w sobie pasję do odpowiedniej literatury, bowiem pismo to nigdy do mnie nie przemawiało. Być może kupowałbym coś poświęconego filmom i serialom.

Mniej wychodziłbym z domu:

Paradoksalne, prawda?

W ciągu ostatnich trzech lat ruszam się jak nigdy dotąd. W zeszłym roku przejechałem na rowerze pewnie większą odległość niż przez całe wcześniejsze życie. Istnieją przesłanki, które mogą sugerować, że to by nie działało, bowiem związane jest to z moją pasją fotograficzną. Istnieją przesłanki, by sądzić, że ta nie rozwinęłaby się, gdyż:

  • sprzęt fotograficzny jest drogi, a ja byłbym bankrutem.

  • sam pomysł podsunął mi znajomy pracownik Wyborczej na jakiejś konferencji prasowej.

  • Motywuje mnie głównie chciwość, a bez komputerów nie byłoby też serwisów stockowych, więc nie miałbym gdzie tych zdjęć sprzedawać.

  • Nawet gdybym kupił w końcu aparat fotograficzny, to i tak spuściłbym rower w przepaść, jak spuściłem dwa lata temu, a będąc długotrwale bezrobotnym nie miałbym go za co naprawić.

Ogólnie to byłbym bardziej sfrustrowany:

Jak widać: prawdopodobnie miałbym kilka zainteresowań, wśród których znajdowałyby się seriale, filmy, a być może książki, gotowanie i rybki. Problem w tym, że o większości z tych rzeczy mógłbym tylko poczytać…

A i to niekoniecznie.

Rzecz w tym, że obecnie głównym źródłem towarów rozrywkowych i luksusowych jest dla mnie Internet. Przykładowo ostatnią nowością literacką, jaką nabyłem w moim mieście była „Wieża Jaskółki”.

Jak nietrudno zgadnąć było to w czasach mocno przedinternetowych.

Takie rzeczy, jak książki, superostre papryczki, filmy i seriale od lat kupuje w sieci nie dlatego, że tak jest wygodniej (choć jest), tylko dlatego, że po prostu towarów tych w naszym mieście nie da się dostać. No niestety, nawet w kinie (mieszczącym się w domu kultury) repertuar nie dość, że jest o kwartał opóźniony, to jeszcze człowieka musi być przygotowany na takie cuda, jak odwołanie seansu z powodu konkursu recytatorskiego.

Oj, czuję, że tydzień azjatycki w Lidlu byłby wielkim świętem.

Miałbym trochę mniej znajomych:

A być może w ogóle bym ich nie miał…

Niewątpliwie byliby to zupełnie inni znajomi.

W zasadzie to zależy w dużej mierze od tego, jak potoczyłyby się w tym świecie losy innych ludzi. Moja grupa towarzyska w szkole to byli komputerowcy. Gdyby komputerów nie było, to być może nadal bylibyśmy kolegami, a być może nie… Niewątpliwie w tej rzeczywistości większość ludzi z tej grupy jednak nie ukończyłaby informatyki, nie została programistami i nie znaleźli dobrze płatnych prac w korporacjach. Brat pewnie zostałby matematykiem, reszta: nie wiem. Niektórzy pewnie powtórzyliby jego błąd, inni zostaliby księgowymi, rachmistrzami, architektami etc. i być może znów znaleźliby dobrze płatne zajęcia w korporacjach. Ten, który poszedł na chemię i został specjalistą od broni chemicznej w MON-ie, pewnie nadal byłby specem od broni chemicznej… Co do reszty… Jeden prawdopodobnie byłby ochroniarzem w Biedronce…

Z dużym prawdopodobieństwem życie innych znajomych też ułożyłoby się inaczej. Przykładowo: w Liceum znałem taką, dość zamożną panienkę, której rodzina posiadała coś z 10 kiosków ruchu. Interes ten dawno im splajtował, a ród wyprowadził się z miasta. W świecie bez Internetu pewnie nadal byliby królami drobnego handlu.

Czyli można założyć, że w moim miasteczku mieszkałoby jakieś 1k10 osób, które lubię więcej, niż obecnie mieszka.

Drugi problem to znajomości obecnie kultywowane głównie przez internet lub zapoczątkowane przez internet. Jakie to dziwne, że człowiek utrzymuje kontakty z kolegami np. ze studiów? Zwłaszcza z takimi, z którymi ma wspólne tematy, prawda? I raz na jakiś czas jeździ się z nimi spotkać.

Otóż: w tym świecie pewnie bym nie utrzymywał i nie jeździł.

Co zrobiłby Wiktor?

W tych rozważaniach istnieje jedna, bardzo niepewna karta: Wiktor. Wiktor był synem siostry mojego sąsiada. Był to chłopak obdarzony niesamowitym talentem i pomysłowością, prawdziwy mały MacGuyver. Przykładowo jak byliśmy w czwartej klasie podstawówki skonstruował taką maleńką katapultę, jak w Warcrafcie, która strzelała prawdziwymi, ognistymi kulami, kuszę z deski, dwóch brzeszczotów do piły i linki hamulcowej oraz krzesło elektryczne dla pszczół. O to ostatnie nie pytajcie. Wiktor nie był całkiem normalny. Jego matka wysyłała go do wujostwa w każde wakacje pewnie po to, żeby domu nie spalił.

Wiktor jest postacią o tyle istotną, że o ile w naszej grupie rówieśniczej zwykle wynalazki typu gry fabularne, książki Sapkowskiego czy Pilipiuka zwykle ja wynajdywałem, tak on też miał bardzo duże znaczenie. Przykładowo: zaraził mojego brata Falloutem.

Istnieje niezerowa szansa, że pewnego dnia przyjechałby do nas z podręcznikiem do Warhammera albo czymś podobnym i zaraziłby nas jakimś, nowym hobby.

I spotykalibyśmy się często, by wspólnie narzekać:

Podsumujmy więc. W świecie bez komputerów byłym:

  • długoletnim bezrobotnym

  • zatrudnionym w kiepskiej pracy (zapewne z litości), bez żadnych perspektyw poprawy swego losu

  • bez żadnych oszczędności i zdolności kredytowej

  • za to lubiącym wymądrzać się o giełdzie

  • onanizującym się nieprzydatnym tytułem naukowym

  • który być może nie czyta książek

  • za to hoduje rybki

  • i nagrywa anime z telewizji na kasety VHS

  • żeby wymieniać się z nimi z kolegami na kasety VHS z odcinkami Gry o Tron

  • nie wychodzącym z domu, trawiącym czas przed telewizorem

  • i od czasu do czasu spotykającym się ze znajomymi, by przy alkoholu wspólnie narzekać, że w tym kraju nie ma zatrudnienia dla ludzi z ich wykształceniem.

Innymi słowy byłbym takim, dużo obrzydliwszym Ferdkiem Kiepskim.

Dzięki wam komputery, że jednak jesteście.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dziwne rozkminki, Internet, Komputery. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „A gdybym tak nigdy nie miał komputera?

  1. Grisznak pisze:

    Ciekawy eksperyment. Tak pokrótce o mnie, jeśli chodzi o hobby:

    Fantastyką bym się interesował tak czy owak – wypożyczałem jej dużo od momentu, kiedy zdobyłem skilla „Korzystanie z bibliotek”. Zawdzięczałem to prasie – Światowi Młodych i NF. Podobnie z horrorem – uwielbiałem ten gatunek odkąd nauczyłem się czytać. Nie wykluczam nawet, że zrobiłbym w nim dużo większą specjalizację.

    Zapewne nie zaliczyłbym kilkunastoletniej przerwy grania w planszówki, które w połowie lat 90 zostały zmiecione przez gry komputerowe i przeleżały u mnie na półkach. Pewnie grywałbym w „Wojnę o Pierścień przez PBM, do którego w Polsce zostałyby wydane zasady (oryginalna polska wersja ich nie miała z jakiegoś powodu) i w podobny sposób grał w gry wojenne, a raz w tygodniu spotykał się ze znajomymi na partyjkę Magii i Miecz, Labiryntu Śmierci albo, gdyby u nas wyszły wcześniej, to i Zimnej Wojny, Carcassone czy Arkham Horror. Bardzo możliwe, że poszedłbym w karcianki i grał w Star Wars albo Magica – bo „Kult” uwielbiałem (do dzisiaj mam gruby zestaw kart) i poważnie rozważałem swego czasu wejście w jedną z karcianek, ale ceny mnie odstraszyły (podobnie jak przy bitewniakach).

    Co do RPG – z jednej strony zainteresowałem się nimi dzięki artykułom o RPG w „Top Secret”, z drugiej, Magia i Miecz była u mnie w kiosku, więc z dużym prawdopodobieństwem bym na nią trafił. Nie wykluczam wszedłbym w świat bitewniaków, od którego przez większość hobbystycznego życia trzymałem się z daleka, ze względu na koszty, brak modelarskich skilli i obszar potrzebny do grania w nie. Gdy pojawiły się komputerowe strategie to straciłem nimi resztki zainteresowań. Bez nich być może bym się przełamał.

    Słuchałbym pewnie mniej urozmaiconej muzyki – acz podstawy (tzn. rock progresywny, hard rock, klasyka, black metal, heavy metal) by się nie zmieniły, bo je zbudowałem w czasach preinternetowych dzięki radiu (Trójka) i prasie (Metal Hammer, Morbid Noizz). Miałbym za to zapewne kilka razy więcej płyt i kaset, dalej bym uprawiał tape trading i pisywał listy z ludźmi z całego świata.

    Gorzej z mangą i anime – tutaj bowiem to co leciało w TV mnie zawsze średnio interesowało – Sailorki owszem, ale już DB zupełnie mnie nie wciągnęło, z telewizyjnych jeszcze tylko Slayers i Rycerze Zodiaku. Więc całkiem możliwe, że bym w to głębiej nie wszedł. Bo trzeba pamiętać, że cały nasz ówczesny fandom stał (i nadal mocno stoi, acz już nie w takim stopniu) na piractwie. Więc zapewne ukształtowałby się zupełnie inaczej, Kawaii by nie powstało, zaś jeśliby powstało, to wyglądałoby bardziej jak Animegaido. Bardzo możliwe, że po prostu zostałbym przy zachodnich komiksach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s