Przeczytane w 2017: podsumowanie

W roku 2017 przeczytałem 59 książek. To prawie tyle, ile statystyczny Polak czyta przez całe życie. Tradycyjnie, jak co roku przyszła pora na podsumowanie lektury.

Dla wygody podzieliłem książki na kilka grup.

Tak więc najpierw będzie fantastyka w języku polskim, potem lektury popularnonaukowe, a potem reszta.

Fantastyka w języku polskim:

Drobna przysługa:

Ocena: 7/10

Akta Dresdena, tom niepotrzebny – tak w zasadzie można byłoby streścić tą książkę.

Otrzymujemy do naszych rąk 10 już tom przygód maga-detektywa z Chicago. Tom, który tak naprawdę mógłby nie istnieć, gdyż w żaden sposób nie popycha do przodu fabuły ani nie rozwija postaci, a w szczególności głównego bohatera. Bohaterowie więc jeżdżą, strzelają, walczą z kilkoma różnymi rodzajami potworów o odmiennej proweniencji. Wszystko niby jest w porządku, ale w zasadzie nic z tego nie wynika. Ich sukcesy natomiast ostatecznie zostają zaprzepaszczone przez spryt nieprzyjaciół.

Wygląda to trochę tak, jakby Butcher nie miał pomysłu na ten tom.

Kantyczka dla Leibkowitza:

Ocena: 8/10

Kolejny powrót do przeszłości. Książka, którą już raz czytałem, strasznie dawno temu. Tak dawno, ze niemal zapomniałem już, jak dziwna jest to powieść.

Fabula rozgrywa sie na przestrzeni tysiąca lat po wojnie atomowej, w opactwie pod wezwaniem świętego Leibkowitza, gdzie pracują mnisi kopiujący książki. Sowiety Leibkowitz był nawróconym grzesznikiem, inżynierem i fizykiem atomowym. Po wojnie założył zgromadzenie mnisze, którego zadaniem było ratowanie i przechowywanie wiedzy do momentu, aż ludzkość ponownie dojrzeje do tego, by zrobić z niej użytek. Z narażeniem życia, mimo anty-technicznych i antynaukowych nastrojów (ludzi nauki oskarżono bowiem o doprowadzenie do katastrofy), które rozgorzały po wojnie ratował książki. W pewnym momencie został jednak rozpoznany jako inżynier i zlinczowany przez tłum.

Fabuła opowiada o mnichach jego zgromadzenia. Tych możemy obserwować na trzech etapach, w trakcie wieków ciemnych i w epoce powszechnego zabobonu, u progu nowego renesansu oraz na ostatnim etapie, u progu nowej wojny atomowej, która ponownie ma zmieść cywilizację.

Prawdę mówiąc książka jest (jak mówiłem) dziwna. Z jednej strony czuć po niej ducha epoki, archaiczne wyobrażenia przyszłości z lat 50-ych, w którym gumiaste potwory i trudno dziś strawne, dobroduszno-prostaczkowate poczucie humoru sprawiają niekiedy, że pozycja traci na swej dramatycznej wymowie.

Trudno też do końca zgodzić się z postulatami autora i morałem jego książki, gdyż proponowane przez niego rozwiązanie, przynajmniej mi, wydaje się równie straszne, jak problem, który ma rozwiązywać.

Niemniej jednak ponura atmosfera i fatalizm powieści po dziś dzień wywierają przytłaczające wrażenie, podobnie jak wizja autora.

Kawaleria kosmosu

Ocena: 7/10

Sławna, czy też może raczej: niesławna powieść Heinleina oraz jedna z książek, które zrodziły nurt military fiction.

„Kawaleria” pisana jest z perspektywy Juana „Johnnego” Ricko, młodego rekruta, potem żołnierza, podoficera i koniec końców oficera ziemskich sił zbrojnych w trakcie międzygwniezdnej wojny, jaką ludzkość toczy z insektoidalnymi obcymi. W międzyczasie autor snuje społeczno-filozoficzne rozważania na naturą cnót obywatelskich, wojny, powinności etc.

Mocną stroną książki są opisy służby wojskowej i walki. Co interesujące, zwłaszcza jak na tak starą pozycje (Heinlein napisał ją bowiem 1955 roku) powieść praktycznie się nie zestarzała. Jest to o tyle ciekawe, że opisywany przez niego trening wojskowy, używany sprzęt etc. musiały być już wówczas skrajnie awangardowe, a po dziś dzień budzą podziw dla jego wyobraźni. Zaryzykowałbym, że autor miał większe rozeznanie w temacie współczesnej technologii militarnej, niż większość żyjących obecnie pisarzy.

Wadą pozycji jest natomiast moim zdaniem główny bohater. Ricko jest postacią tak naprawdę mało charyzmatyczną, z którą trudno się identyfikować. Przeciwnie: sprawia wrażenie osobnika raczej płytkiego i dość głupiego, a na pewno gamoniowatego, pozbawionego głębszych przemyśleń.

Warto napisać też kilka słów o ideologii książki. Otóż: „Żołnierze kosmosu” są jedną z najbardziej kontrowersyjnych powieści science fiction, jakie kiedykolwiek zostały wydane, a autora oskarżano o rasizm, faszyzm i militaryzm.

O ile oskarżenia o ten pierwszy z całą pewnością są nietrafione i oparte wyłącznie o grę słów, tak także myśli faszystowskiej tak naprawdę w książce nie widać. Rozumiem, co denerwuje w niej osoby o lewicowych poglądach, bo autor faktycznie bardzo mocno skrytykował w powieści ich poglądy. Jednak sam idei faszystowskich nie głosi. Ba! Gdyby pisał w kraju faszystowskim, to za „Żołnierzy kosmosu” pewnie trafiłby co najmniej do więzienia. Natomiast książka z całą pewnością jest silnie militarystyczna. Mam też poważne wątpliwości, czy wymyślony przez Heinleina system by faktycznie działał. Prawdopodobnie skończyłby jak każda inna oligarchia.

Miecz przeznaczenia:

Ocena: 8/10

Drugi zbiór opowiadań wiedźmińskich. Tym razem tekstów jest sześć, moim zdaniem trzymają nieco wyższy poziom, niż w „Ostatnim życzeniu”. Zbiór otwiera „Granica możliwości”, która długo była moim najbardziej ulubionym tekstem o Wiedźminie, acz dziś stawiałbym ja nieco niżej niż „Kraniec świata”. Jest odrobinę śmieszna, odrobinę tragiczna, odrobinę mądra i porusza ważny problem.

„Okruch lodu” nigdy mi się nie podobał, zawsze wydawał mi się odrobinę wymuszony. To dobry tekst, ale dla mnie drugi, najsłabszy w tym zbiorze. „Wieczny ogień” stanowczo bardziej mi się podobał. Porządne, humorystyczne fantasy z dużym, magicznym dodatkiem, takie, jakie lubię.

„Trochę poświęcenia” to chyba najsmutniejszy utwór o Geralcie i najbardziej romantyczny. Jednocześnie bardzo dobre, choć strasznie pesymistyczne opowiadanie. Jedynie jego nastrój sprawia, że nie jest moim ulubionym. „Miecz przeznaczenia” jest niezły, choć prawdę mówiąc nie wiem, za co dostał Zajdla.

„Coś więcej” to łącznik między opowiadaniami, a cyklem powieści i tylko tak się broni. Prócz tego opowiadanie jest niestety moim zdaniem dość słabe i nudne. Najsłabsze w zbiorze powiedziałbym.

Niebo ze stali:

Ocena: 8,5/10

Trzeci tom Opowieści z Meechiańskiego Pogranicza. Tym razem spotykają się ze sobą postacie Wchodu i Północy, a losy poszczególnych bohaterów zaczynają się powoli splatać. Główną osią fabuły jest jednak powrót zamieszkującego wozy ludu Verdano na ich rodzime stepy oraz trudne relacje łączące ich z innymi plemionami koczowników.

Ponownie Wegner bardzo dobrze łączy motywy i wątki znane już z twórczości Feliksa Kressa (moralnie ambiwalentni bohaterowie i twarde, żołnierskie życie, próby wydarcia tajemnic z otaczającego bohaterów, nie do końca rozumianego świata) z tymi z prozy Davida Gemmelna (epickie bitwy, bohaterstwo i poświęcenie).

Główną atrakcją książki jest więc pełne rozmachu starcie między Verdano, a Sekoliatczykami, będące, podobnie jak walki w poprzednich tomach prawdziwym „gunpornem”. Do tomu czwartego przeszedłem więc prawie płynnie, z niewielką przerwą na inną lekturę.

Ostatnie życzenie:

Ocena: 8/10

Czyli powrót do świata Wiedźmina, za sprawą gry oczywiście. Wiedźmin i Sapkowski kiedyś, dawno temu, gdy byłem w liceum mnie zachwycili. Potem, na skutek nadmiernej popularności książek w polskim fandomie RPG oraz pchania Sapkowskiego do wszystkiego, czy to miało sens, czy nie dość poważnie zostali mi obrzydzeni.

Ponowna lektura Sapkowskiego ma wadę. Mimo wszystko zbyt dobrze pamiętam te książki, żeby były dla mnie jakąś większą niespodzianką.

Jak wiadomo dwa pierwsze tomy Sagi (dalej się nie wybieram) to zbiory opowiadań. Te, jak to w zbiorach bywa: mają różny poziom. Opowiadanie „Wiedźmin” jest dobrą, bezpretensjonalną akcją, ale obawiam się na tym jego zalety się kończą. Tak naprawdę mogłoby nazywać się Conan i różnicy nie byłoby wielkiej.

„Ziarno prawdy” było i zdecydowanie pozostanie jednym z moich ulubionych, wiedźmińskim opowiadaniem. Jest niesamowicie śmieszne, dobrze miesza mroczną atmosferę z humorem, pozostając lekkim i udanym. „Mniejsze zło” natomiast, na które ludzie mieli takiego fioła i które zdobyło tyle nagród jakoś mnie nie rusza. Owszem, jest technicznie dobre, ale bez przesady.

„Kwestii ceny” nigdy nie lubiłem, prócz tego, że rozpoczyna fabułę Sagi jest niestety moim zdaniem takie sobie, a co gorsza nudniejsze niż „Wiedźmin”. „Kraniec świata” to moim zdaniem najlepsze opowiadanie Sapkowskiego. Co więcej stanowi w zasadzie pigułkę z jego twórczości. Jest tu humor, akcja, odrobina poważniejszych tematów i poruszane są też kwestie rasowe. „Ostatnie życzenie” to natomiast, mimo że również napisane z humorem i obfitujące w akcję podobało mi się już mniej, może dlatego, że ogólnie nie jestem fanem postaci Yennefer.

Pamięć wszystkich słów:

Ocena: 8/10

Ostatni (na razie) tom Meekhanu. Tym razem przyjdzie nam śledzić postacie znane z części „Południe” oraz „Zachód” w ich niespokojnej wędrówce przez świat. Każdy, kto czytał poprzednie tomy zapewne mniej-więcej wie, czego się spodziewać, tak więc nie będę streszczał fabuły, ani omawiał wad i zalet książki.

Skupie się tylko na cechach omawianego tomu. Tymi jest pewna nierówność: „Pamięć” zaczyna się bardzo powoli i stopniowo nabiera rozpędu przez wiele stron. Kiedy natomiast wreszcie fabuła wpada w ruch, to trudno ją zatrzymać. Do tego stopnia, że pod koniec Wegner pędzi niemiłosiernie.

Na początku też miałem trudności z dopasowaniem się do postaci, bowiem wszyscy protagoniści, z jakimi się tu spotykamy nie wzbudzili mojego szczególnego zainteresowania. W wypadku dwóch z trzech autorowi udało się jednak zmienić moje spojrzenie. Ogólnie: bardzo fajna lektura.

Północ-południe:

Ocena: 8,5/10

Przygodę z twórczością Wegnera odkładałem od dłuższego czasu. Jak się okazuje zupełnie niepotrzebnie, bowiem autor ten okazał się pisać akurat takie fantasy jak lubię. Przynajmniej w połowie.

Północ-południe, to (co częste w polskiej fantastyce) zbiór opowiadań. Co więcej podzielony jest na dwie części, zgodne z tytułowymi kierunkami geograficznymi. Północ to opowieść o żołnierzach meekhańskiej piechoty górskiej, twarda i brutalna, ale jednocześnie pełna psychologicznego realizmu, naturalizmu, a także magii i niezwykłych stworzeń. Dużo tu śledztw, batalistyki, lawirowania między człowieczeństwem, a posłuszeństwu rozkazom i żołniersko-wojskowego etosu. Momentami historie te są dla mnie nieco za bardzo fatalistyczne, ale ogólnie znajduje się w nich wszystko to, co szukam i szanuję w fantasy.

Południe to opowieść zdecydowanie bardziej „hig”. Mamy tu wymyślniejsze społeczeństwa, bardziej wyrafinowane problemy, jeszcze więcej magii oraz tajemniczą, wszystko wiedzącą i zdawałoby się wszechpotężną bohaterkę oraz jej podwójnie wyklętego ze społeczeństwa czempiona. Trochę nie wiem, co sądzić o tej części opowieści. Moim zdaniem jest słabsza, aczkolwiek ma duże szanse rozwinąć się w coś naprawdę ciekawego. Lub skończyć jakimś literackim koszmarkiem.

Ogólnie: niemal natychmiast po przeczytaniu zamówiłem sobie drugi tom.

Srebrnoręki:

Ocena: 7/10

Drugi tom cyklu Lawheada. Jak pierwszy i drugi jest to niezłe Sword and Sorcerry. Fabuła: w krainie fantasy, wśród pseudoceltów żyje sobie przeniesiony z Ziemi, współczesny człowiek. Zyskał sławę wojownika i bohatera dzięki wspaniałym czynom, dlatego też jeden z plemiennych królów krainy postanawia uczynić go swoim następcom. Nie podoba się to jednak synowi tego władcy, który dokonuje uzurpacji. Niestety w ten sposób zostają rozerwane więzy między krainą, a władcą, przez co cierpi cały świat…

Jak mówiłem o pozostałych tomach: książka jest Conanowskim sword and sorcerry, z dość wartką, choć niezbyt zaskakującą akcją, naturalistycznymi opisami życia i walki oraz sporą dozą zainteresowań historycznych. Książka jest już dość mocno zapomniana i prawdę mówiąc nie widzę powodów by miało być inaczej, bowiem wybitna nie jest. Niemniej jednak jest całkiem przyjemną, odświeżającą lekturą.

Studnia wstąpienia:

Ocena: 6/10

W ogóle nie podoba mi się ta książka. Owszem, czytałem gorsze książki, ale moje subiektywne wrażenie jest negatywne.

Pierwszy problem ze „Studnią wstąpienia” jest niestety taki, że – jak w wypadku większości współczesnych fantasy – jest raczej długa. Powieść liczy sobie bowiem aż 780 stron. I niestety, nie są one wypełnione od deski do deski. Przeciwnie, tak naprawdę pewnie ze 300 stron dałoby się usunąć bez szkody dla całości. W szczególności wątek Zane i jego „związku” z Win nie jest szczególnie udanym wątkiem.

Po pierwsze: zauroczenie czy nawet sympatię Win do Zane trudno w jakikolwiek sposób zrozumieć. Po facecie na oko widać, że jest niezrównoważonym psychopatom, wiązanie się z nim w jakikolwiek sposób trudno pojąć. Przecież na oko widać, że facet nadaje się tylko na oddział zamknięty.

Ogólnie te wszystkie podchody i negocjacje, z których nic nie wynika straszliwie przeciągają fabułę. O ile o poprzedniej książce napisałem, że jest lepsza od „Niecnych Gentlemanów” Lyncha, to o tej bym się nie ośmielił.

Jeszcze trzeci tom mi został. Ale pozwolę go sobie wprowadzić w tryb awaryjny.

Szepty pod ziemią:

Ocena: 8/10

Kiedy już byłem przekonany, że Mag zapomniał o tym cyklu nastąpiła niespodzianka…

Przygody Petera Grandta, potrafiącego posługiwać się czarami policjanta z Londynu są kolejnym cyklem Urban Fantasy, tym razem przepojonym jednak duchem angielskości. W tym tomie przyjdzie nam się zmierzyć z tajemnicami londyńskiego metra oraz ukrytymi weń sekretami. Wszystko to za sprawą morderstwa, do którego doszło w jednym, z tuneli…

W międzyczasie trwa inne śledztwo, bohaterowie poszukują bowiem potężnego czarownika, z którym starli się kilka tygodni wcześniej.

Ogólnie: książka była całkiem fajna. Nie jakaś bardo nieprzewidywalna, zakończenie mnie nie powaliło, rozwiązanie zagadki umiarkowanie wynikało z przedstawionych nam wcześniej tropów. Niemniej jednak miała swoją atmosferę i przenosiła nas w ciekawe, niezbyt eksplorowane otoczenie.

Do gustu przypadło mi też zakończenie. Takie niewymuszone. Zwyczajne. Bez tych amerykańskich prób wgniecenia czytelnika w fotel.

Szmaragdowe morze:

Ocena: 6/10

Kontynuacja „Tam będą smoki”. Po odtworzeniu jako-takiej cywilizacji na terenie Stanów Zjednoczonych bohaterowie muszą zabezpieczyć je przez inwazją Nowego Przeznaczenia z terenów Europy. W tym celu muszą zawrzeć sojusz z Przemienionymi (ludźmi, którzy wybrali transfer w nieludzkie ciała) żyjącymi na terenie Wysp Karaibskich. Szczególnie cennym sprzymierzeńcem mogą być delfiny i syreny. Nowe Przeznaczenie oczywiście też wysyła swych agentów.

Niestety drugi tom jest słabszy od pierwszego. Stanowi dość typową powieść fantasy przełomu lat 90-tych i pierwszego dziesięciolecia, pisaną w stylu Mercedes Lackey. Historyjka jest błaha, brakuje jej też przytupu i zacięcia poprzedniej. Batalistyka natomiast schodzi na dalszy plan w stosunku do dość błahej intrygi.

Jeśli natomiast chodzi o walki, to tym razem wygrywa są one w dużej mierze dzięki geniuszowi technicznemu jednego z członków załogi, a nie bohaterstwu i poświęceniu żołnierzy, ani też przebiegłości dowódców. Jest to fajne, ale niestety Ringo po prostu nie umieścił w tej książce tego, co wychodzi mu najlepiej.

Śpiący olbrzym:

Ocena: 7/10

Dziwna książka… W zasadzie to nie wiem nawet, czy to na pewno jest fantasy, czy tylko realizm magiczny.

Dawno dawno temu, bo w Anglii czasów króla Artura, w nędznej, brytyjskiej wiosce żyło sobie pewne, starsze małżeństwo. Pewnego dnia, źle traktowane w rodzinnych stronach postanowiło ono udać się do swego syna, który żył w sąsiedniej wiosce w odwiedziny. Podróż była długa i niebezpieczna, bowiem wiodła przez Równiny, na których żyły rozmaite złe moce pod postacią ogrów, czarownic, bestii i samej smoczycy Querig. Za równiną żyli natomiast wrogo nastawieni do Brytów Saksoni. Największym problemem krainy jest jednak plaga niepamięci, która ogarnia jej wszystkich mieszkańców.

Krótko: pomysł fajny, wykonanie fajne, ale niestety całość nie gra. Ogólnie rzecz biorąc dość szybko okazuje się, że mgła zakrywająca krainę i związana z nią niepamięć nie jest tylko plagą, ale też pewnym błogosławieństwem, a gdy ludzie sobie przypomną, co w tych stronach działo się niedawno, to poleje się krew. Ma to nawet pewien morał, w szczególności, jeśli spojrzeć przez pryzmat innych narodów o niespokojnej przeszłości, które żyją obok siebie, jak owi Brytowie i Saksoni w tejże książce. Szybko też dowiadujemy się, że nasi staruszkowie nie są tylko i wyłącznie zwykłymi dziadkami, przyłącza się do nich też całkiem sporo postaci, które mają własne cele w owej wyprawie.

Całość napisana jest całkiem zgrabnie, kilka zabiegów stylistycznych muszę zapamiętać do późniejszego wykorzystania. Trochę przypomina „Pieśń oberżysty” Beagle, aczkolwiek obawiam się, że tamta książka była bardziej udana.

Problemem jest niestety sposób opisu bohaterów, którzy wypadają zbyt kiepsko, zbyt dobrodusznie i zbyt komicznie. W efekcie poważna historia o poważnych problemach rozmywa się bardzo. „Spiący olbrzym” to trochę jak anty-Pratchett. O ile bowiem Pratchett potrafił pod przykrywką komedii przemycać bardzo poważne kwestie, tak w tej książce próba użycia komedii doprowadza do pogrzebania poważnych kwestii gdzieś głęboko.

Takeshi tom 2: Taniec Tygrysa

Ocena: 5/10

Łojezu, ale to jest słabe…

Bardzo dawno temu Maria Lidia Kossakowska przekonała mnie do swojej twórczości opowiadaniem „Wieża z zapałek” opublikowanym w Magii i Mieczu. Przez długie lata byłem fanem tej autorki, przekonanym, że w stajni Fabryki Słów jest ona najzdolniejsza i jeszcze wiele razy nas zaskoczy.

I niestety zaskakiwała mnie nie jeden raz. Generalnie od „Rudej Sfory”, która była do bólu sztampowym fantasy, osadzonym w świecie syberyjskich wierzeń, na tyle pozbawionych charakteru, że niewystarczającym, by zakryć wyświechtane motywy i tematy było już tylko gorzej. Niestety nie inaczej jest z Takeshim.

O ile pierwszy tom był raczej przewidywalnym, science-fantasy o cyber-samuraju-wiedźminie, który idzie i zabija bez jakiejś większej przyczyny, gdzie zamierzona stylistyka kiczu mieszała się z kiczem niezamierzonym, tak drugi tom jest dodatkowo czystym chaosem. Liczba wątków dorównuje Grze o Tron, skaczemy od postaci do postaci, jakoś też nie widać, żeby to wszystko się ze sobą zazębiało.

Drażnią też bohaterowie, w szczególności sam Takeshi. Stanowi on typowy przykład trzydziestoletniego trzynastolatka, dodatkowo z syndromem niepowodzeń szkolnych. Opisywany jest jako bezwzględny zabójca z silnym kodeksem etycznym, faktycznie jednak sprawia wrażenie człowieka skrajnie niedojrzałego, kapryśnego i humorzastego, a przez to niebezpiecznego, bo nieprzewidywalnego. Strasznie trudno się z nim utożsamiać.

Fabuła skacze z miejsca w miejsce, wprowadzając coraz to nowe postacie, w dużej mierze po to, żeby je zabić. Jest to o tyle irytujące, że nie widać, aby miały się one ze sobą wiązać. Przez pół tomu Takeshi jęczy, potem goni na zbity pysk, żeby tylko fabułę zakończyć…

Zaletę stanowią natomiast opisy walk.

W skrócie: jest to ostatnia książka Marii Lidii Kossakowskiej, jaką kupiłem. Tendencja spadkowa, jaką widać od bez mała 10 lat utrzymuje się nadal, więc nie ma sensu w to dalej brnąć.

Szkoda.

Uczta dusz:

Ocena: 8-2/10

Fantasy, typu kobiecego, pisane przez panią Friedman, która między innymi napisała Trylogię Zimnego Ognia, oraz pracowała przy Wampirze: Maskarada. W pewnym świecie fantasy do używania magii potrzebne są dusze ludzi (czy raczej: siła życiowa). Adepci magii dzielą się tam na czarowników i wampiry, znaczy się magów, znaczy się: magistrów. Czarownicy potrafią rzucać czary tylko ze swojej, wewnętrznej energii, zabijając się powoli, magistrowie natomiast pasożytują na innych. Magistrowie rekrutują się wyłącznie spośród mężczyzn. Gdzieś tam jednak zrezygnowany magister szkoli powoli zdeterminowaną, młodą prostytutkę imieniem Kamala, która ma zostać pierwszym na świecie magistrem w spódnicy. Na domiar złego na dalekiej północy budzą się pożerające ludzkie dusze, demoniczne monstra.

Czyli ponownie otrzymujemy kobiece fantasy i ponownie stajemy przed tym samym schematem: mitem Skłodowskiej. Tym razem jednak zabrała się do tego uzdolniona autorka, którą osobiście bardzo cenię. Jak jej to wyszło? Lepiej, niż mogło być. Generalnie książka próbuje, tak jak mój „Gambit mocy” ugrać parę rzeczy na dyskusji z wytartym schematem i o ile jest ona jednak warsztatowo lepsza, to niestety schemat jest zbyt wytarty, by dało się z nim coś zrobić.

Fajne jest natomiast to, że płeć Kamali, poza jednym czy dwoma dziwakami, nikomu nie przeszkadza, w odróżnieniu od kilku czynów, których się dopuściła. Mniej fajne jest podejście do magii i straszna panika „o Jezu! To zabiera nam życie!”. Sorki, ale spójrzcie na cały system ekonomiczny: pieniądz jest w zasadzie licznikiem czyjejś pracy. Praca to spędzony nad czymś czas życia. Idąc do roboty, walić młotkiem przez osiem godzin rezygnujemy z ośmiu godzin swojej egzystencji. Czarownik robi dokładnie to samo, tylko w kilka chwil. Więc skąd to halo, że czary podobne są do prostytucji? No, chyba w tym, że jest to metoda zarobkowania.

Umiarkowanie przekonały mnie też te płacze magistrów „uprawiamy magię, zabijamy ludzi, których nawet nie znamy”. Zupełnie do mnie to nie trafia. Wiecie: przez całe wieki w pewnych kręgach cywilizacyjnych uchodziło za krzyk mody ucinać służącym jajca, w innych, za dobrą rozrywkę patrzyć jak ludzie się zabijają lub rzucani są na pożarcie zwierzętom, jeszcze gdzie indziej preferowanym modelem ekonomicznym było posiadanie plantacji, gdzie murzyni pracowali pod batogiem. Nikt się tym nie przejmował, przeciwnie ludzie nawet pisali jakie to dobre.

Z wypijaniem życia z nieznajomych też by się jakoś pogodzili.

Wbrew fali:

Ocena: 8/10

W tym tomie czeka nas natomiast solidna poprawa. Zarówno nasi bohaterowie, jak i Nowe Przeznaczenie rozpoczynają zmagania o panowanie nad oceanem atlantyckim. W Europie przemienieni Przeznaczenia walczą ze szkockimi rekreacjonistami oraz Małym Ludem: potomkami brytyjskich super-żołnierzy, kończąc podbój Wysp Brytyjskich. Prawdziwa walka stoczona zostanie przez floty okrętów – nosicieli smoków*. Przywódca Nowego Przeznaczenia nie wie jednak, że ma w swym haremie szpiega.

Tym razem powieść jest dużo lepsza, znacznie bardziej też trzyma w napięciu. Raz, że bohaterowie ponownie muszą stawić czoła bardzo poważnemu kryzysowi organizacyjno-strategicznemu, dwa, że miast szytych bardzo grubymi nićmi intryg i takich samych uprzedzeń otrzymujemy tutaj dobrze zorganizowaną i dobrze opisaną batalistykę.

Akcja jest szybka, wydarzenie goni wydarzenie, a o starciu ponownie decyduje zarówno odwaga i motywacja żołnierzy, jak i przebiegłość (oraz zapobiegliwość) dowódców. Jeśli ktoś jest miłośnikiem epickich bitew, to tą historię polecić można mu ze spokojem sumienia.

*W tym świecie smoki „zostały stworzone przez korporację Disney w XXII stuleciu”. Potem zdziczały.

Węzeł bez końca:

Ocena: 8/10

Śmieszna sprawa… Pomyliłem książki i zamiast drugiego tomu kupiłem trzeci. No, ale nie da się ukryć, że nie jest to nowość, a książkę już kiedyś czytałem, tak więc nie przeszkadzało mi to.

Streszczając: bohater w poprzednim tomie rozprawił się z uzurpatorem, który zajął miejsce prawowitego króla magicznej krainy zamieszkanej przez Celtów i sam został królem owych Celtów. Miało to uspokoić magiczne anomalie niszczące świat, jednak tego nie zrobiło. Jak się okazuje konieczna jest więc zbrojna interwancja na sąsiedniej wyspie, gdzie dzieją się straszne rzeczy. Bohater, wraz z wierną sobie armią wojowników wyrusza we wskazane miejsce, by zrobić porządek…

Ogólnie: jak wspominałem jest to fantasy w stylu conanowskim o silnych wojownikach uczestniczących w wielkopomnych bitwach i ucinających sobie głowy za pomocą mieczy. Książka oblana jest celtyckim sosem kulturowym. Jako taka sprawdza się całkiem nieźle, aczkolwiek nie jestem miłośnikiem tego kręgu kulturowego.

Jej zaletami jest szybka akcja, atmosfera oraz sceny walki i (jeśli ktoś lubi) przemoc. Wadami: nieskomplikowana fabuła.

Wiatrogon aeronauty:

Ocena: 6/10

Wiecie co jest poważnym problemem tej książki? Niebezpieczne dla zdrowia stężenie zajebistości. „Wiatrogon aeronauty” usilnie próbuje być najbardziej odjechaną książką na świecie, z najbardziej fajnymi bohaterami, jakich można mieć, a jest tylko i wyłącznie czytadłem. Mimo to na każdym kroku usiłuje nam zaprezentować jako najlepsza powieść na świecie.

Tak więc zaraz na samym początku pokazuje nam, jaką ma zajebistą główną bohaterkę. A gdy tylko stwierdzimy, że bohaterka faktycznie jest zajebista, to pokazuje nam, że ma jeszcze bardziej zajebistą matkę i kolegę tejże bohaterki, który to jest naprawdę, ale to naprawdę zajebisty. Ale to jeszcze nic, bowiem bardzo szybko poznaje ona jeszcze bardziej zajebistą babkę, która ma kota, który to kot nie dość, że gada, to jest jeszcze bardziej zajebisty od niej. A potem do fabuły zostaje wprowadzony megazjebisty kapitan powietrznych piratów, jego gigazajebista załoga i terrazajebisty statek powietrzny, na którym wszyscy lecą na petazajebistą misję w obronie swego eksazajebistego kraju…

I tak przez cały czas.

Książka ma całkiem fajną fabułę i niezłą akcję, jednak jej problem polega na sztuczności. Do bohaterów trudno się przekonać, bowiem stanowczo za dużo rzeczy im się udaje i stanowczo za łatwo. Postacie nie zachowują się jak ludzie, więc ich losem trudno się emocjonować, bowiem bardzo wcześnie wiadomo, że z każdą sytuacją sobie poradzą oraz, że zrobią to zajebiście. Bohaterowie przez to wypadają sztucznie, nie zachowują się bowiem jak ludzie, ani nawet jak postacie z anime, tylko jak laleczki do bycia zajebistym.

Ogólnie: Butcher pisze dobrze i nie popada w fabularne schematy, jakie powiela aż nader wielu współczesnych pisarzy, tak więc dam szanse temu cyklowi i kupie drugi tom, gdy wyjdzie. Jednak szczerze mówiąc jestem tą książką dość mocno zawiedziony.

Wieczna wojna:

Ocena: 8/10

Klasyczna powieść antywojenna wystrojona w pióra science fiction. Oraz pierwowzór, jeszcze bardziej klasycznego komiksu.

Wieczną wojnę czytałem już blisko 10 lat temu. Obecnie trafiła w moje ręce na fali akcji kupowania książek, których brakuje mi do kolekcji. Przy okazji przeczytałem ją raz jeszcze.

Fabuła opowiada o wojnie, jaką ludzkość toczy z obcą rasą zwaną Tauranami. Wojna wybucha krótko po zakończeniu XX wieku, a toczy się przez ponad tysiąc lat. Z racji ograniczeń lotów międzygwiezdnych żołnierze wysyłani są na misje trwające nierzadko i wiele dekad. Podczas gdy oni znajdują się w stanie dylatacji czasu (zerknijcie na Wikipedię, co to jest) nie zmieniają się za bardzo, tak na Ziemi i innych planetach upływają epoki, dokonują się rewolucje obyczajowe i tak naprawdę wszystko się wali. Zmienia się też uzbrojenie, z jakiego korzystają oraz taktyka pola walki.

Akcję śledzimy z oczu Williama Mandeli, studenta fizyki, przymusowo rekrutowanego do wojska. Oraz jednego z nielicznych żołnierzy, którzy służyli od pierwszego do ostatniego dnia wojny.

Jest to kawał porządnego, wojennego science fiction ogólnie rzecz biorąc.

Władca pierścieni: Drużyna pierścienia

Ocena: 10/10

W tłumaczeniu Marii Skibniewskiej (czyli klasycznym).

Nie jest to w moim wypadku nowa lektura. Przeciwnie: Władcę pierścieni czytałem już przynajmniej osiem razy (co najmniej trzy razy w podstawówce, dwa razy w liceum, w tym raz w wydaniu prawdziwie-Łozińskiego, jak wchodził film, najmniej raz na studiach, oraz najmniej raz po studiach, gdy kupiłem sobie wreszcie własnego), jednak ostatni raz musiało mieć to miejsce z 10 lat temu. Potem brak czasu sprawił, że nie wracałem do lektury więcej. W sumie to nawet trochę się bałem. Tym bardziej, że zeszłoroczna powtórka trylogii filmowej byłem raczej rozczarowany.

Niedawno wróciłem. Spowodowane było to wyrwą w planie czytelniczym spowodowaną tym nieszczęsnym problemem z „Kotłem”. I muszę powiedzieć, że…

O Jezu! Jakie to dobre!

„Władca pierścieni” jest, nawet po dziś dzień książką inną. Koncentruje się raczej na budowaniu świata, niż na szybkiej akcji i pogoniach, nie korzysta z ogranych, hollywoodzkich chwytów dramatycznych, ma raczej powolną, stateczną fabułę.

Jednocześnie z każdym czytaniem znajduje w nim coś zupełnie nowego, co wcześniej mi umknęło. Czy zauważyliście na przykład jak duszna, toksyczna atmosfera panuje w Shire? Albo jakim romantykiem jest Gimli? Lub też że Sam to taki trochę nieśmiały intelektualista, a nie żaden wiejski prostaczek, jak go często malują?

Strasznie mi się ta książka podoba. A to dopiero pierwszy tom. Ten najsłabszy w dodatku.

Władca pierścieni: Dwie wieże:

Ocena: 10/10

Kontynuacja powrotu do Tolkiena i Władcy Pierścieni. Po wydarzeniach z poprzedniej części drużyna rozdziela się. Frodo i Sam wyruszają do Mordoru, Merry i Pipin zostają porwani, natomiast Aragorn z przyjaciółmi rusza ich śladem.

Jak się okazuje film jednak całkowicie spaczył mi wspomnienia po tej książce i to nawet mimo faktu, że Władcę przeczytałem znacznie więcej razy, niż obejrzałem (aczkolwiek obejrzenia zdarzyły się relatywnie niedawno). Tak więc spodziewałem się, że tom ten będzie jedną, wielką młócką, tak jak film, gdzie przeszło połowa treści to było lańsko w Helmowym Jarze.

Bitwa oczywiście tam była, ale dużo krótsza i bardziej zwięzła, a przez to chyba bardziej wyrazista, niż w filmie. Oraz oczywiście pozbawiona elfów, Legolasa na desce i paru innych. Ogólnie rzecz biorąc w tym wykonaniu podobała mi się bardziej, niż filmowa.

Druga księga, czyli wędrówka Froda i Sama z jakiegoś powodu przywodzi mi na myśl obrazy Beksińskiego. Prawdopodobnie dlatego, że wiele jest tu podobnych elementów: odrealnionych opisów zniszczonej przyrody, ruin, niepokojących miejsc…

W tej księdze znajdują się też dwie najmocniejsze sceny, które zawsze wywierały na mnie największe wrażenie: scena z martwym Haradrinem i wypadek na Martwych Bagnach.

Ogólnie bardzo się cieszę, że wróciłem do tej lektury. A przede mną jeszcze jeden tom!

Władca pierścieni: Powrót króla:

Ocena: 10/10

Trzeci tom Władcy Pierścieni, ten najkrótszy (jeśli nie liczyć dodatków). Książka świetna, absolutnie genialna. Warto było wrócić do niej po latach, z całą pewnością też należy zaplanować kolejny powrót do niej. I to nie za dziesięć lat.

Pierwsza jedna trzecia książki to w zasadzie operacja odsieczy dla Minas Thirith. Dużo w niej batalistyki, mamy też do czynienia ze spotkaniem z Denethorem. Denethor to postać pod wieloma względami tragiczna, straszliwie zeszpecona w filmie. Generalnie jest to bohater, który zasługuje na rozwinięcie, wygląda na władcę z jednej strony dumnego, z drugiej strony bardzo podejrzliwego. Śpi w kolczudze: ciekawe, czy faktycznie po to, by zachować sprawność ciała, czy raczej z powodu podejrzliwości.

Sama batalistyka jest dość zwięzła. Widać, że pisał to historyk, choć należy powiedzieć, że bitwa ma ogromny rozmach.

Jedno załamanie po latach życia w stresie nie powinno wystarczyć, by tak zmieszać go z błotem. Cóż, historia to jednak niesprawiedliwa pani.

Spory kawałek to przygody Sama i Froda w Mordorze, w trakcie których Sam de facto niesie Froda w stronę wulkanu.

Potem mamy rozdział „Wiele pożegnań”, w którym akcja jest dość spokojna i „Nowe porządki w Shire”, gdy hobbici odbijają swój dom. Wiele znanych mi osób krytykowało ten rozdział jako niepotrzebny. Ja jednak zawsze go lubiłem.

Książka kończy się smutno, w zasadzie niezbyt dobrze tak naprawdę. Owszem, wygrali, ale dom im rozwalono, cała rasa odeszła do innego świata, jednego przyjaciela im zabili, drugi również odszedł, Frodo w szoku pourazowym, na łańcuszku nosi biały kamyk…

Nie tak kończą się bajki.

Wojna o raj

Ocena: 7/10

Fantasy o współczesnym człowieku przeniesionym do świata celtyckich wierzeń. Po wcześniejszej próbie powrotu do prozy Lawheada bałem się trochę tej pozycji, ale niesłusznie. Mamy tu do czynienia z dość rzetelną kombinacją fantasy w typie tolkienowskim, bogato czerpiących z mitów, legend i podań ludowych, z prozą sword and sorcerry spod znaku Howarda.

Nie jest to jakieś dzieło wybitne, zawiera jednak całkiem spory kawałem world buildingu i akcji. Oraz całkiem sporo naturalistycznej przemocy.

Poważną zaletę książki stanowi natomiast duża wiedza etnograficzna i historyczna autora oraz sposób ukazania tego społeczeństwa. Nie jest on aż tak dosłowny, jak w „Zimowym monarsze”, ale autor nie ucieka od trudnych tematów i mrocznych aspektów przeszłości.

Innymi słowy: jeśli ktoś interesuje się celtyckim pogaństwem, to będzie zainteresowany.

Wschód-Zachód:

Ocena: 8,5/10

Drugi tom twórczości Wegnera, podobnie jak poprzedni dzieli się na dwie części. Akcja pierwszej toczy się na położonych na wschodnich kresach imperium stepach, gdzie swe przygody przeżywa wolny czardan imperialnej jazdy, pod dowództwem Laskolnyka. Jest to weteran wojny, która kilkadziesiąt lat temu niemal nie zniszczyła Imperium i emerytowany generał. W szeregach swojego oddziału skupia wiele facjatkowych osobowości, a jego jeźdźcy owiani są legendą.

Druga cześć toczy swą akcję w wolnym mieście Ponkee-La, gdzie pracuje młody złodziej Alstin. Przypadkowo zostaje on wplatany w intrygę związaną z Mieczem Raegwyra, relikwią pozostałą po wojnie, jaką w przeszłości o władzę nad światem stoczyli bogowie.

Jak poprzednio także i tym razem mamy do czynienia z serią opowiadań dość luźno się ze sobą wiążących. Co więcej, jak zwykle w zbiorach opowiadań także i tym razem niektóre są lepsze, a niektóre gorsze. Niektóre natomiast stanowią po prostu zwykły „gunporn” służący do demonstrowania jakichś, olśniewających gadżetów (w tym wypadku koni).

Ogólnie jednak obserwowalna tendencja jest zwyżkowa, co bardzo mnie cieszy. Pisząc o pierwszym tomie nie wiedziałem trochę, z czym go porównać. Dziś jednak powiedzionym, że Wegner pisze bardzo podobnie do Feliksa Kressa, wykorzystując wiele, podobnych tematów i motywów, przy czym jednak w jego twórczości nie ma nadużywania przemocy do takiego stopnia, że ta staje się bardziej śmieszna, niż straszna ani też pretensjonalnej pseudofilozofii.

Ponownie nie mogę się doczekać maja, kiedy to do moich rak trafi trzeci tom jego cyklu.

Zdrajca

Ocena: 8/10

Jedenasty już tom cyklu „Akta Dresdena”. Tym razem do naszego czarującego detektywa zgłasza się jego dawne nemezis: strażnik Morgan, którego ktoś wrabia w krwawy mord. Dresden, wiedziony wewnętrzną moralnością jako jeden z nielicznych staje w obronie niedawnego prześladowcy.

Po tomie dziesiątym, który był raczej słaby nie spodziewałem się zbyt wiele po tej książce, tym bardziej, że zaraz po nim przeczytałem, raczej rozczarowujący „Wiatrogon aeronauty”. Ku mojemu zdziwieniu, ale też i satysfakcji Butcher zdołał jednak odzyskać formę. W prawdzie fabuła jest dość przewidywalna, a głównego sprawcę da się określić po prostu analizując strukturę powieści, jednak nadal mamy do czynienia z fajnym, miejscami zaskakującym i bardzo brawurowym czytadłem.

Tym, co mi uwiera jest fakt, że nie rozbudowano, albo raczej: zmarnowano potencjał Morgana. Wychodzi na to, że był to człowiek o bardzo prostej, nieskomplikowanej i tak naprawdę mało atrakcyjnej osobowości. On nie tylko zachowywał się jak buc. On po prostu był bucem.

Literatura piękna:

Czas życia i czas śmierci:

Ocena: 10/10

Książka tak przerażająca, że aż boli to czytać.

Jest rok 1942. Młody, niemiecki żołnierz, po trzech latach na froncie dostaje urlop i wraca do domu. Tam wydarzy się więcej rzeczy, niż w niejednym żywocie. Potem jednak będzie musiał ponownie powrócić na front.

Powinienem tą książkę pożyczyć mamie. Ona lubi takie masakry.

Powieść Remarque jest potwornie brutalna, zarówno pod względem opisów świata, jak i tego, jak obchodzi się zarówno z postaciami oraz emocjami czytelnika. W porównaniu z nią „Na zachodzie bez zmian” jest bajką dla harcerzy. Już po kilku stronach, gdy zdołamy polubić naszego bohatera otrzymujemy opis rozstrzelania, w którym bierze on udział, potem dostajemy masę innych, niezbyt przyjemnych rzeczy.

Następnie trafiamy do Niemiec, gdzie sytuacja nie odmienia się na lepsze. Bohater dociera do rodzinnego miasta, marzy o tym, czym poczęstuje go matka, że weźmie kąpiel… Na miejscu natomiast okazuje się, że cywile dostają żywność na kartki, żołnierze, mimo że kiepsko, jedzą znacznie lepiej, co gorsza jego dom został zbombardowany, a rodzice zaginęli. W trakcie poszukiwań spotyka też kilka znajomych postaci, aczkolwiek nie są to szczęśliwe spotkania. Natyka się na kolegów z klasy w przytułku dla wojennych inwalidów, inna spotkana przez niego postać ginie w wyniku bombardowania, jeszcze jedna zostaje w trakcie jego pobytu aresztowana i trafia do obozu koncentracyjnego… Wokół panuje terror, za złe słowo można stracić życie. Odkrywa więc, że pod wieloma względami żołnierze mają trochę lepiej.

Bohater nie godzi się na taki stan rzeczy, ale jedyny sposób w jaki wyraża sprzeciw (i w zasadzie w jaki może ten sprzeciw wyrazić) to ruszanie palcami w butach. Ogólnie rzecz biorąc, to nie zazdroszczę mu takiego życia. Należy modlić się, by samemu nie skończyć w takiej sytuacji.

Paskudna książka. Nie polecam.

Książki popularnonaukowe:

Armia rzymska na wojnie:

Ocena: 8/10

Kolejna publikacja poświęcona wojskowości rzymskiej, tym razem w nowoczesnym wydaniu. Książka poświęcona jest okresowi między 100 rokiem przed naszą erą, a 200 naszej ery. Jest to okres między Reformą Mariusza, a Reformą Dioklecjana, czyli ten moment w wojskowości rzymskiej, który zarówno uważany jest za najdoskonalszy, jak i najbardziej znany w kulturze popularnej. Tak więc legiony są siłą złożoną z około 5.000 żołnierzy, głównie piechoty wspieranej przez kawalerię, dzielą się na kohorty i centurie po 80 ludzi, te natomiast na ośmioosobowe pododdziały obozujące w jednym namiocie, dzielące żarna, kocioł do gotowania i muła. Są to już formacje zawodowe i w miarę jednolicie uzbrojone.

Książka zajmuje się różnymi aspektami ich działań. Zaczyna od krótkiego scharakteryzowania głównych wojen, jakie legiony toczyły w tym okresie, a następnie analizuje różne aspekty ich działania: walkę obronną i napastniczą, działania przeciwko piechocie i kawalerii, logistykę, rozpoznanie, metody marszu i obozowania etc.

Ogólnie: pozycja całkiem przyjemna w lekturze, pozwalająca zapoznać się z tematem i zaspokoić ciekawość. Można ze spokojem sumienia polecić.

Armia rzymska: Od czasów cesarza Galiena do bizantyjskiej organizacji themowej

Ocena: 7/10

Jak łatwo zgadnąć jest to kolejna pozycja historyczna. Tym razem jest to wydanie dość starej i niestety pod wieloma względami przestarzałej, acz klasycznej pracy z początków zeszłego stulecia.

Jak łatwo zgadnąć omawia ona strukturę armii rzymskiej (cesarstw wschodniego i zachodniego) w schyłkowym okresie tego ostatniego. Praca jest bardzo dokładna i dość rzetelna, aczkolwiek napisana trudnym, zagmatwanym językiem. Autor, jak to Niemiec ma tendencje do pisania długich zdań długimi słowami, które ledwie mieszczą się na stronach. Podaje też w wielu miejscach informacje siłą rzeczy dziś nieaktualne, oraz lansuje poglądy, których dziś nie da się już wybronić. Momentami też stara się przepychać swoje interpretacje w sposób niekiedy dość śmieszny np. tłumacząc bucellari jako „zjadaczy wykwintnego pieczywa”, podczas gdy zwrot ten najczęściej przekłada się na „zjadaczy sucharów”. Oznaczał on najemnych żołnierzy z drużyn prywatnych, w których autor upiera się widzieć ludzi o wysokim statusie społecznym i udowadnia to posuwając się do opisanej wyżej, słownej ekwilibrystyki.

Ogólnie rzecz biorąc jednak jest to książka niezła. Osobom zainteresowanym tematem w prawdzie radziłbym zacząć od jakiegoś, nowszego i bardziej aktualnego opracowania, aczkolwiek sam uważam, że skorzystałem na jej lekturze.

Atlas dzikich kwiatów:

Ocena: 6/10

Ocena: w odróżnieniu od powyższej książki, oraz „Atlasu motyli” i „Atlasu owadów” z tej samej serii wydawniczej ta akurat książka jest słaba. Pozycja opisuje 120 roślin kwitnących, które „spotkać można na każdej lace”, co nie jest szczególnie dużą ilością, ani na przeciętnych rozmiarów łąkę, a ani też na atlas roślin, ale co tam.

Problem w tym, że duża cześć miejsca zmarnowano, bowiem wiele z opisywanych tu roślin trudno nazwać kwiatami, zarówno pod względem potocznym, jak i biologicznym. Tak więc atlas pomoże nam w identyfikacji takich roślin, jak perz, jeżyna, pokrzywa czy aronia, która owszem, kwitnie, ale nie jest dzika, a niemal wyłącznie uprawna.

Podsumowując: kupowałem tą książkę z nadzieją, ze pomoże mi ona w identyfikowaniu roślin, które fotografuje na łące. Niestety, zwiera ona zbyt mało pozycji, a ponadto zbyt wiele miejsca zmarnowano na gatunki nieistotne, by mogła ona wypełnić tą funkcję. Ogólnie więc jej nie polecam jako źródła wiedzy.

Bogactwo i nędza narodów:

Ocena: 8/10

Znana książka ekonomiczna, zajmująca się nierównością gospodarczą w dobie globalizacji. Pozycja odrobinę już przestarzała, pochodzi bowiem z lat 90-tych. Tym razem zajmuje się problemem z punktu widzenia liberała gospodarczego, czyli, jak łatwo zgadnąć za sukces ekonomiczny zdaniem autora odpowiadają uwarunkowania społeczno-prawne: z jednej strony ważne jest, by nie krępować rąk przedsiębiorcom oraz zapewnić możliwie jak największy dostęp talentów na rynek pracy (autor słusznie zauważa, że niedorozwinięte szkolnictwo, zwłaszcza w dziedzinie szkół inżynieryjnych i chemicznych spowodowało utratę przez Wielką Brytanię prymatu w tych dziedzinach na rzecz Francji i Niemiec), a z drugiej: chroniące własność prywatną.

Zauważyć należy, że autor z jednej strony walczy z poglądami marksistowskimi, często dość dosadnie, a z drugiej z rewizjonizmem i poprawnością polityczną, próbującą pisać historie na nowo.

Ciekawe są zwłaszcza rozdziały dotyczące krajów poza-europejskich: Indii, krajów muzułmańskich, Azji i Afryki. Zwłaszcza ta ostatnia jest ciekawa, osobiście nie spodziewałbym się, że startowała z wyższych poziomów, niż wiele krajów azjatyckich (jak Korea Południowa, Tajlandia czy Wietnam). Jak widać, można upaść dość nisko. Autor ponownie wyjaśnia to złym systemem edukacyjnym (na miejscu, jeśli już, to działały głównie uczelnie kształcące urzędników średniego i niskiego szczebla, inżynierów i lekarzy kształcono natomiast w metropolii, w efekcie czego na miejscu byli tylko ludzie „potrafiący wyłącznie organizować rewolucje”, nie było natomiast specjalistów, ci zresztą niechętnie wracali do ojczyzny ze studiów) oraz brakiem ekspertów na miejscu.

Ogólnie lektura ciekawa, choć mam wrażenie, że te globalne książki są dość mocno samopowtarzalne już.

Dowodzenie w czasie wojny:

Ocena: 8/10

To prawdopodobnie najwartościowsza książka, jaką przeczytałem w tym miesiącu. „Dowodzenie” mimo podtytułu rozwija problem trochę szerzej, docierając aż do etapu wojny w Wietnamie. Zaczyna jednak faktycznie od czasów Aleksandra Wielkiego i starożytności, przechodzi natomiast przez kolejne etapy rozwoju dowodzenia, aż po czasy prawie współczesne.

Mówię „prawie” albowiem książka pisana była w bardzo wczesnych latach 80-tych i nie została od nich aktualizowana. Tak więc Creweld pomija kilka ostatnich konfliktów (np. obie wojny w Iraku), gdyż za jego czasów się nie zdarzyły.

Zdaniem autora etapów w dowodzeniu na wojnie nie było tak wiele (w zasadzie można wskazać na trzy: „tradycyjny”, przed-telegraficzny, telegraficzny, radiowy i elektroniczny), co wydaje się być uzasadnione przez jego argumenty. Innymi słowy: kolejna, dobra książka Crevelda wyjaśniająca spory kawałek militarnej rzeczywistości.

Fotografia cyfrowa: kompendium

Ocena: 9/10

Podręcznik fotografii cyfrowej. Prawdopodobnie powinienem był go przeczytać zanim zająłem się sprzedażą zdjęć, ale co tam. Lubię utrudniać sobie życie.

Poradnik sprawia wrażenie bardzo kompetentnego, znajdują się w nim ogólne informacje oraz zalecenia dotyczące niemalże każdej dziedziny fotografii: portretowej, miejskiej, przyrodniczej, krajobrazowej… Oraz różnych technik z nią związanych, w tym dość wyczerpujące informacje o niektórych, trudnych zagadnieniach, jak fotografowanie wschodów i zachodów słońca czy gwiazd. Dowiedziałem się z niego dużo o zastosowaniu urządzeń, w które prawdopodobnie kiedyś się wyposażę: filtrów, statywów czy rozmaitych obiektywów. Niektóre rzeczy zapewne dla prawdziwego fotografa po technikum fotograficznym były zapewne trywialne, ale ja takiego oczywiście nie kończyłem.

Tym, co mi osobiście nie odpowiadało był duży rozdział poświęcony „ciemni cyfrowej” oraz wstępnej obróbce zdjęć. Osobiście, przy preferowanej przeze mnie metodzie pracy (tzn. „czołgu Stalina”) raczej nie będę bawił się w ten sposób, więc dla mnie był to tekst zmarnowany. Jednak innym początkującym fotografom zapewne się przyda.

Ciekawostka: jedną z takich trywialnych rzeczy, którą nauczyłem się z tej książki, a której sam bym nie wymyślił jest posługiwanie się autofocusem. Otóż: jeśli wciśnie się przycisk do połowy, to aparat się focusuje i zamarza na tej samej głębi przestrzeni. Jak się okazuje można wtedy przesunąć obiektyw, bez straty ustawień, co pozwala na stosowanie innej kompozycji, niż tylko centralnej.

Fotografia kulinarna dla blogerów:

Ocena: 7/10

Z książki tej dowiedziałem się głównie, że celem zrobienia fajnego zdjęcia kulinarnego potrzebował będę sprzętu za 50 tysięcy złotych. Kiedyś niewątpliwie moimi przaśnymi fotografiami na taki zarobię, jednak do tego momentu poradnik pozostaje dla mnie mało przydatny.

Prócz tego znajduje się tam sporo informacji dość podstawowych, jak zupełnie bazowe zasady kompozycji czy też kilka, również bazowych danych technicznych. Te nawiasem mówiąc nie do końca wydają mi się precyzyjne. Przykładowo autor podaje tabelkę jasności różnego rodzaju oświetlenia, w tym warunków dziennych. Problem w tym, że specjalistą nie jestem, ale mam wrażenie, że słoneczny, letni dzień w Polsce oraz w Kalifornii, gdzie mieszka autor to jednak nie to samo.

Natomiast przydały mi się rady dotyczące posługiwania się narzędziami, składania potraw do fotografii czy wykorzystania rekwizytów, na które sam bym rzeczywiście nie wpadł. A które faktycznie pomogły mi poprawić nieco warsztat.

Goci: rzeczywistość i legenda

Ocena: 6/10

Klasyczna już praca o znanym ludzie barbarzyńskim, jego władcach i królestwach. Książka traktuje o losach Gotów w okresie wpływów rzymskich, ich królestwa, które istniało na Krymie od IV wieku do (być może) okolic XIII-XIV wieku oraz państw ostrogockich i wizygockich, które leżały w Hiszpanii i Italii, ich dziejów i kultury.

Skąd niska ocena? Po pierwsze: widać, że książka ma swoje lata (i jest prawie w moim wieku). W efekcie więc brakuje w niej sporo informacji, Strzelczyk też neguje w niej kilka rzeczy, które dziś uważa się za raczej oczywiste (np. identyfikacją wyspy Skanza, z której pochodzić mieli Goci ze Skandynawią) w zasadzie bez większego powodu, ot tak, bo mu się nie podobają.

Wadą jest też styl pisania książki. Strzelczyk strasznie dłubie w źródłach, zarówno pisanych jak i archeologicznych, rozkładając je na drobne. Owszem, jest to element warsztatu historyka i zasadniczo tak powinno się pisać publikacje naukowe. Jednak czyta się to potwornie źle.

Gry wywiadów:

Ocena: 7/10

Jezu, jaka nudna książka. Już chyba te „Nauki pomocnicze historii” były ciekawsze. Generalnie autor stara się przedstawić to, czym zajmują się służby wywiadowcze i na czym polega ich praca. Wygląda z tego, że nie robią nic ciekawego. Wiele informacji wydaje się ciekawych, jednak żeby się do nich dokopać trzeba przeczytać całe rozdziały omówień, w jakich ramach prawnych odbywa się wywiadowcza współpraca w NATO i Unii Europejskiej.

Ogólnie, to owszem, dowiedziałem się z tej książki kilka nowych rzeczy, kilka innych mi ona potwierdziła oraz rozwiała lub umocniła mnie w niektórych przypuszczeniach. Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że przebijanie się przez tą książkę, by posiąść tą wiedzę zwyczajnie się nie opłacało.

Słowem: nic ciekawego dla historyka-hobbysty.

Ciekawostka: Wygląda na to, że nie mógłbym pracować w AW lub ABW. Powód: byłem w partii politycznej.

Kumin, Kakao i Karawana:

Ocena: 6/10

Powiedziałbym, że „nie wierzę, że ten facet ma doktorat”, ale znam chyba więcej ludzi z doktoratami, niż bez nich i nie wszyscy wywarli na mnie wrażenie swą wiedzą i przenikliwością. Autor tej książki niestety albo też do tej grupy należał, albo nie miał daru pisarskiego.

Zasadniczo opowieść traktuje o podróży amery-irańczyka do źródeł przypraw. Głównie przemierza on Bliski Wschód, potem pisze też o obydwu amerykach. Napisane jest to lekkim, przejrzystym językiem, ale bardzo mocno kłują w oczy błędy i niedociągnięcia wiedzowe i warsztatowe. Nie wiem, ale jakoś Tannahil w „Historii kuchni” czy Higman w „Historii żywności” jakoś bardziej wiarygodnie pisali.

Nie podoba mi się też idealizm z jakim autor traktuje kulturę swych przodków, a który to idealizm momentami bije wręcz po oczach resentymentem i hipokryzją. Jak wyznawcy Islamu podbili Hiszpanię, to było to dobrze. Jak Hiszpanie ich stamtąd pogonili, to była strata dla całej ludzkości. Jak muzułmanie spowodowali oderwanie Kantonu od Chin w XIII wieku, to był to postęp globalnego społeczeństwa wielokulturowego. Jak Chińczycy ich stamtąd pogonili: utrata historycznej szansy. Jak muzułmanie przechrzcili społeczności Indonezji z wierzeń hinduskich na własne, tak, że śladu nie zostało: to temat przemilczamy. Jak zwiedzamy ogrody Granady: to płaczemy, że tak mało się zachowało z muzułmańskiego charakteru tego miejsca. Jak Arabowie w poszukiwaniu niewolników pływali aż na Madagaskar, to był to przykry koszt globalizacji. Jak robili to chrześcijanie: zbrodnia.

6 (punktów) za ciekawostki o przyprawach, pała za podwójne standardy etyczne.

Lenna i wasale:

Ocena: 7/10

1100 stron nudy.

„Lenna i wasale” traktują o stosunkach feudalnych w średniowiecznej Europie i stanowią rozprawę z pewnym, popularnym wyobrażeniem ich kształtowania się, pochodzącym jeszcze z prac XVII i XVIII wiecznych badaczy, a bezrefleksyjnie powielonym w XIX i na początku XX wieku. Jako, że jest to praca z dziedziny historii prawa raczej nie spodziewałem się, ze będzie szczególnie pasjonująca. Niemniej jednak sięgnąłem po nią, gdyż lektura dotychczasowa wskazywała, że typowy model, pokazywany w szkołach (król nadaje ziemie w lenno rycerzom, którzy obiecują go bronic, ci nadają ją chłopom, by na nich pracowali, wszyscy odbierając od siebie przysięgi feudalne) jest daleki od celności. A dokładniej: w żadnej pracy się z przytoczeniem takich wydarzeń nie spotkałem.

Autor w przekonujący sposób udowadnia, ze model ten jest sztuczny, wygenerowany w dużej mierze przez niedostatek badan nad tematem oraz naginanie faktów do uwalonego od minimum XVIII wieku, fałszywego przekonania.

Zdaniem Reynolds dominującym, przynajmniej we wczesnym średniowieczu sposobem posiadania ziemi była własność alodialna, to jest posiadana na własność. Ta mieli zarówno szlachetnie urodzeni jak i chłopi. Rożnica miedzy jednymi, a drugimi polegała na pokrewieństwie z osobą króla i była oparta czysto na więzach krwi, a nie statusie społecznym (świadomie pomijam niewolników i bezrolnych dzierżawców). Owszem, istnieli bogacze, zwani barones ale nie byli oni szlachtą sensu stricte, a po prostu posiadaczami wielkopowierzchniowych gospodarstw. Inną grupą byli hrabiowie, którzy byli królewskimi urzędnikami, uprawnionymi do ściągania podatków.

Części z hrabiów, zwłaszcza w biedniejszych prowincjach nadano faktycznie lenna, jako uzupełnienie dochodów, jednak były to sytuacje wyjątkowe.

Miedzy VIII, a XI wiekiem osłabienie władzy królewskiej na terenach Franków doprowadziło do tego, że państwa wywodzące się z ich imperium częściowo się rozpadły, a w wielu regionach znacząco wzrosła pozycja hrabiów, którzy uzurpowali sobie prawo do ściągania danin z okolicznej ludności już nie w imieniu króla, ale własnym.

W okresie tym na włoskich uniwersytetach powstały też zręby prawa feudalnego, początkowo jako postulaty proponowanego (a nie istniejącego) systemu prawnego, który powinien zostać wprowadzony.

W XII wieku zręby te zostały przejęte przez władców jednego z post-frankijskich państw: Cesarstwa Niemieckiego, którzy wykorzystali je do konsolidacji swej władzy. Dotychczasowa ludność wolna została oddana post factum w poddaństwo hrabiom. Zagarnięte przez nich bezprawnie przywileje uznano za należne im i pradawne, a ziemie dawnych jednostek administracyjnym przyznano im jako lenna, tworząc tym sposobem szlachtę. Dzięki temu faktowi cesarze niemieccy kupili sobie poparcie.

W XIII wieku z Cesarstwa Niemieckiego model ten rozszerzył się na inne, słabe i pogrążone w anarchii feudalnej lub rozbiciach dzielnicowych państwa, jak Francja, Hiszpania, Anglia czy Polska.

Prawdę mówiąc model ten wydaje się sensowny, a na pewno lepiej oddaje to, co można przeczytać w źródłach lub innych opracowaniach, niż tradycyjny.

Jednak przebijanie się przez 1100 stron analizy aktów własności, by go poznać jest zwyczajnie nudne.

Mafia 2.0

Ocena: 7/10

Jest to książka należąca do obcej mi dziedziny wiedzy: kryminalistyki. Traktuje natomiast o cyberprzestępczości. Jak już pisałem: nie jest to moja dziedzina, aczkolwiek książka nie wygląda dla mnie przekonująco, bowiem relatywnie niewiele jest w niej o samej przestępczości, udaremnionych operacjach, dowodach etc. Zamiast tego autor skupia się na omówieniu licznego grona legalnych strategii biznesowych spółek działających w necie. Nawet i to jest dość mocno zagmatwane, bowiem na jeden konkret przytacza trzy odskocznie od tematu: cytuje poezje, mądrości wschodu, filozofów, ciekawostki historyczne…

Mam wrażenie, że jest to typowy przykład pracy interdyscyplinarnej, podobnej, jak modna kiedyś psychohistoria, którą historycy ganili jako mało metodologiczne, kiepskie opracowania historyczne, ale chwalili jako świetne prace z dziedziny psychologii, natomiast psychologowie odwrotnie. Przy czym tym razem mamy do czynienia z pracą z pogranicza informatyki, kryminalistyki i ekonomii.

Nie powiem, żeby czas na tą lekturę był zmarnowany: poznałem z niej naprawdę dużo ciekawostek i wiele szczegółów dotyczących biznesu technologicznego. Jedne przydadzą mi się na blogu, inne na giełdzie, więc koniec końców zyskałem. Jednak o tym, jak działają cyberprzestępcy dowiedziałem się niewiele. Stąd ocena 7 na 10, mimo że powinienem dać mniej.

Mieczem i szczytem

Ocena: 6/10

Zbiór artykułów pokonferencyjnych, poświęconych uzbrojeniu i taktyce. Poziom oraz tematyka artykułów są bardzo różne i dość mocno rozstrzelone czasowo. Generalnie trafiają się tam niezłe rzeczy, jak i bardzo powierzchowne.

Wśród najciekawszych artykułów znajdował się tekst o uzbrojeniu w powstaniu styczniowym. Tematyka jest całkowicie nie moja, jednak ujęcie jest bardzo interesujące i w zasadzie tłumaczy kilka rzeczy w naszej historii.

Do słabych natomiast zaliczyć należy artykuł o mieczach japońskich. Tekst jest potwornie powierzchowny, w oparciu o kilka najpospolitszych źródeł. Potrafiłbym napisac dużo lepszy na podstawie tego, co znajduje się w moim prywatnym zbiorze.

Ciekawostka: Odnośnie tego uzbrojenia. W piśmiennictwie dotyczącym przygotowywania się do powstania, które miało stać się powstaniem styczniowym dominowała teza, że kosa postawiona na sztorc jest doskonałą bronią i wystarczy jako oręż przeciwko strzelcom wspieranym przez działa. Rozpisywano się też nad jej skutecznością oraz nad rzekomą, małą efektywnością broni palnej. Kosynierzy mieli być w stanie bez strat własnych roznosić tego typu oddziały.

Zastanawia mnie jedno: czy ci ludzie byli tacy naiwni? Czy też raczej tak zależało im na wybuchu powstania, że celowo zwodzili czytelników, zupełnie nie licząc się z ich życiem?

Najazdy Mongołów:

Ocena: 6/10

W grudniu obłożyłem książki Bellony embargiem za uczynienie Bieszka redaktorem naukowym. Od tego momentu nie kupuję już książek tego wydawnictwa. Pozycja ta pokazuje, że niewiele tracę.

O „Najazdach mongołów” najlepsze, co mogę powiedzieć to, że nie jest to książka zła. Jest średnia. Temat potraktowany został poprawnie, jednak wyraźnie widać, że autor nie wgryzł się w źródła, a poprzestał na lekturze kilku artykułów na Wikipedii i podobnych źródeł. Tak więc o sama tematyka jest tylko liźnięta dość powierzchownie.

Książka ma zalety, jak na przykład sylwetki i wyposażenie najważniejszych wrogów mongołów czy dość dokładne omówienie przebiegu kampanii, niemniej jednak nie sądzę, by ktoś, kto ukończył liceum i interesował się historią był z niej specjalnie zadowolony.

Niebezpieczne związki

Ocena: 9/10

Książka traktuje o historii (oraz teorii i praktyce) finansowania państw. Mamy tu więc omówione różne typy podatków oraz ich wpływ na społeczeństwo, system sprzedaży akcji i obligacji, kryzysy finansowe, inflacje oraz różne jej zastosowania oraz generalnie omówienie funkcjonowania całego systemu finansowego.

Tematyka lektury jest, jak łatwo zgadnąć równie porywająca, co moja praca i gdybym tą ostatnią miał ciekawszą pewnie nigdy bym jej nie przeczytał. Straciłbym na tym zapewne, gdyż publikacja ta w znacznej mierze tłumaczy świat, w którym przyszło nam żyć oraz rządzące nim prawa i zależności.

Robi to nawiasem mówiąc w prosty, przystępny sposób, posługując się potocznym, czytelnym i łatwym do zrozumienia językiem. Poleciłbym ją więc każdemu, kto chciałby zapoznać się z tematyką.

Od Abydos do Akcjum: wojny morskie w czasach hellenistycznych:

Ocena: 7/10

O wojnach morskich toczonych w starożytności mam niewielkie pojęcie. Miałem więc nadzieję, że książka ta poszerzy moją wiedzę w tym temacie i do pewnego stopnia tak się stało. Dowiedziałem się z niej bowiem, że wojny morskie miały w tym okresie głównie znaczenie pomocnicze w stosunku do walk toczonych na lądzie. Tzn. głównym celem działań na morzu były: blokady portów i oblężonych miast, transport żołnierzy, sprzętu i prowiantu do wojska, odcięcie przeciwników od możliwości rekrutowania najemników z Hellady i Wielkiej Grecji oraz odcięcia Egiptu i / lub Rodos od dostaw drewna, które pomogłyby im zbudować flotę.

Dowiadujemy się też całkiem sporo o statkach używanych w tym okresie i ich budowie, choć moim zdaniem brakuje trochę wykresów i grafik, które pomogłyby zrozumieć o czym pisze autor.

Przyczepić się należy też do warstwy edytorskiej, w szczególności zaś korekty, którą robiono chyba maszynowo (tzn. w Microsoft Wordzie), książka jest bowiem pełna typowych dla tego edytora błędów, w rodzaju podstawień jednego „poprawnego” wyrazu w miejsce drugiego, zupełnie nie pasującego do kontekstu (typu „po”, „bo”, „może”, „noże” etc.) dodanych zapewne przez autokorektę.

W ostatecznym rozrachunku książka niestety dość nudna, nawet jak na opracowanie historyczne. Połowę treści da się streścić do „bili się głównie na lądzie, przy okazji trochę pływali po morzu”.

Odrodzenie Rzymu:

Ocena: 8/10

Trzecia książka, po „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” i „Imperia i Barbarzycy” z cyklu o upadku Rzymu i jego następstwach. Tym razem Peter Heather zajmuje się kwestią prób odbudowy potęgi tego państwa, czy to faktycznych, czy też ideologicznych. Otrzymujemy więc opis takie działania podjęte przez Teodoryka Wielkiego, Justyniana Wielkiego i Karola, też Wielkiego. Oraz na ostatniej, skutecznej, podjętej przez papieży.

Początkowo książkę czytało mi się ciężko, bowiem znaczną część jej treści przyswoiłem kilka dni wcześniej u Strzelczyka. Potem temat zszedł na ciekawsze (i nowsze rzeczy). Jako, że mam jeszcze kilka książek o wczesnym średniowieczu na liście na najbliższe czasy, coś czuję, że tematem tym jeszcze będę rzygał.

Tym, co wzbudziło moje największe zainteresowanie była historia papiestwa i jego zaangażowanie w dzieło. Wcześniej historia kościoła nie była mi za dobrze znana, tak więc, to, co przeczytałem wywołało moje spore zainteresowanie. I zachęciło mnie do dalszej lektury.

O sztuce kulinarnej ksiąg dziesięć:

Ocena: 8/10

Apicjusz był żyjącym około 50 roku przed naszą erą, rzymskim patrycjuszem oraz utracjuszem. Odziedziczywszy po swym ojcu majątek w wysokości 200 milionów sestercji, przetracił go na uczty, po czym, zorientowawszy się, że zostały mu już tylko resztki miał popełnić samobójstwo. Zanim jednak się zabił napisał książkę.

Tak się składa, że książka ta jest jedynym (aczkolwiek kilka przepisów pojawia się też w zachowanych pracach o agronomii) zabytkiem starożytnego, bardzo ongiś rozwiniętego piśmiennictwa kulinarnego (znamy nazwiska nieco ponad 750 imion autorów książek kucharskich, jednak żadna z ich prac się nie zachowała). Apicjusz jakim dysponujemy prawdopodobnie jest jakąś późną wersją dzieła, bowiem zawiera przepisy sygnowane nazwiskami osób, które żyły po śmierci autora.

Ogólnie rzecz biorąc mamy tu do czynienia z wydaniem źródła. Tak więc książka składa się z dwóch części: strony parzyste zajmuje łaciński oryginał, nieparzyste: jego tłumaczenie i przypisy. Wydanie jest straszne. Nie przypomina książki wypuszczonej na rynek relatywnie niedawno (tzn. w 2012 roku), pod względem edytorskim przypomina te kilka książek pochodzących z wydawnictw podziemnych, jakie mam w swojej kolekcji.

Jeśli natomiast chodzi o treść to jest to lektura bardzo ciekawa i pouczająca, w szczególności dla historyków-amatorów i rekonstruktorów.

Państwa Wikingów:

Ocena: 8,5/10

Porządna, rzeczowa książka o wikingach, pisana na bazie aktualnej wiedzy. Lektura niezbyt obszerna i przez to sucha, jednak dobra.

Tym razem pozycja skupia się głównie na historii politycznej, czyli „kto rządził, kogo napadł, z kim się przespał”, niewiele natomiast traktuje o aspektach kulturowych, czyli o tym, jakie nosili suknie, jaką walczyli bronią, jak budowali statki etc.

Jednak, prócz przedstawienia przebiegu dziejów wikingów, książka dotyka też i innych tematów. Zaczyna się więc od badania źródeł archeologicznych, datowanych na okres wpływów rzymskich, z których autor wywodzi wiele, późniejszych zdobyczy cywilizacyjnych ludów północy (organizacje wojskową, tworzenie zcentralizowanych zbrojowni, taktykę). Trop ten ma duże szanse być słuszny, bowiem na pewne podobieństwa wskazywali też Foote (umiejętność budowania zorganizowanych obozowisk wojskowych) oraz Słupecki (analogie między bóstwami Gallo-Romańskimi, a Skandynawskimi). Sporo jest też o nawigacji oraz konstrukcjach statków.

Najwięcej nowego dowiedziałem się jednak o chronologii wydarzeń. Streszczając: bili się. Bardziej konkretnie trudno jest niestety powiedzieć, bowiem jak zwykle przy okazji panował przeogromny chaos i aktorów było bez liku. Przykładowo: samych królów anglosaskich potrafiło być jednocześnie kilkunastu.

Ptaki polski: Kompletna lista 450 stwierdzonych gatunków

Ocena: 10/10

Wspaniała książka.

Nie będę kłamał, że przeczytałem ją w całości. W zasadzie tylko przekartkowałem (a i to niekompletnie) czytając wyłącznie o gatunkach, które obserwowałem w swojej okolicy oraz o tych, które miały ładne zdjęcia (niestety wszystko wskazuje na to, że te najładniejsze do Polski tylko zalatują).

Niemniej: atlas zawiera fotografie oraz opisy 450 gatunków ptaków, nie tylko typowych dla naszego kraju albo nawet występujących tylko lokalnie, ale też takich, które stwierdzono jeden czy dwa razy na naszym terytorium lub też takich, które w Polsce są już wymarłe. Oczywiście taka liczba nie pozwala na bardzo duże iloci informacji, tak wiec często mamy do czynienia tylko z jednym lub dwoma zdjęciami i krótkim na pół strony, za to dość wyczerpującym opisem (zawierającym informacje o zachowaniu, miejscach gniazdowania i bytowania poza lęgiem danego gatunku, a często też kilka ciekawostek o nim).

Nie wiem jak dla innych czytelników, ale dla mnie książka jest wspaniała. Potrzebna mi była do identyfikowania obiektów, jakie trafiają w obiektyw mojego aparatu. I do tego celu sprawdza się znakomicie. Warta jest dwa razy większych pieniędzy, niż na nią wydałem.

Spowiedź samuraja

Ocena: 9/10

Już pisałem o tej książce. Dla przypomnienia: jest to biografia Katsu Kokichiego, samuraja urodzonego w późnym okresie Edo, ojca jednego z ważniejszych polityków ery transformacji. Katsu był człowiekiem, który w żaden sposób nie licował z naszym wyobrażeniem o samurajach. Był to cwaniak, zadymiarz, drobny złodziej i aferzysta, a do tego stały bywalec burdeli, który sam o sobie twierdził, że „nigdy w życiu nie pracował uczciwie”.

Jego biografia jest jedną z kilku, ocalałych biografii samurajskich z tego okresu. Napisana jest uczciwie, aczkolwiek podejrzewam, że Katsu dość mocno wybiela własną osobę. Niemniej jednak daje całkiem sensowne wyobrażenie o codziennym życiu w tym okresie.

Fakt, że utrzymuje ona konwencję powieści łotrzykowskiej, pełna jest anegdot i awantur sprawia natomiast, że czyta się ją z zapartym tchem.

Systemy międzynarodowe w dziejach świata

Ocena: 8/10

W sumie to niepotrzebnie czytałem tą książkę. Większość z zawartych w niej informacji znałem już z wcześniejszej lektury. Ogólnie to chyba dochodzę do momentu, gdy zaczynam brnąć w subtelności i szczegóły. Jeszcze kilka lat i chyba zmniejszę ilość lektur popularnonaukowych i naukowych.

Książka jest podręcznikiem do stosunków międzynarodowych, wykładającą obraz kształtowania tych przez lata: w czasach prehistorycznych, starożytnych i w średniowieczu (potraktowanych łącznie) oraz w nowożytności, czyli po odkryciu obydwu Ameryk. Korzysta dość mocno z opracowań historyków, archeologów i antropologów, ogólnie jest dość ciekawa, daje duży obraz dziejów i problematyki, aczkolwiek nie ma w niej niczego, na co nie trafiłbym we wcześniejszych książkach. Bardziej zebrała do kupy to, co już wcześniej wiedziałem, niż nauczyła mnie czegoś nowego.

Wadą jej są dość długie rozdziały poświęcone stanowi badań i krytyce wcześniejszych prac badaczy. Wiem, że są obowiązkowe, ale przyjemność z czytania tego równa jest tej płynącej z borowania zębów.

Ogólnie: wydaje mi się, że jeśli ktoś zaczyna przygodę z tematem, to można mu tą pozycje polecić. Jeśli już coś na ten temat czytał to natomiast pewnie nie dowie się z niej nic nowego.

Sztuka wojenna w średniowieczu: tomy 1-3:

Ocena: 8,5/10

Są to trzytomy tej samej książki, tak więc nie będę opisywał ich po kolei. Jak widać jest to kolejna już pozycja o wojskowości średniowiecznej. I prawdopodobnie ostatnia jaką kupiłem. Wydana została na początku naszego wieku, co widać nieco po treści, sposobie narracji, nieco momentami przestarzałych już poglądach autora, oraz położeniu akcentów na obecnie pomijane już fragmenty typu narodowo-romantycznego.

Nie zmienia to faktu, że Oman ma znacznie szerszą wiedzę, niż jego kontynuatorzy. Jest tez w stanie spojrzeć szerzej, niż oni, pisząc historię wojskowości nie tylko przez pryzmat Wysp Brytyjskich, ale też Europy Wschodniej, Południowej, Hiszpanii i Bliskiego Wschodu. W prawdzie brakuje mi tu kilku ważnych bitew (Grunwald, zdobycie Granady, w ogóle mało jest też o oblężeniach) jednak w porównaniu do innych książek widać bogactwo danych. Widać też niestety kto na kim się wzorował w XX wieku…

Co więcej Oman nie pisze tylko o walkach, ale też sporo o ewolucji i zmianach w uzbrojeniu. Jak pisałem, część jego informacji obecnie już uważana jest za przestarzałe, jednak z lektury można dowiedzieć się naprawdę dużo.

Ogólnie: polecam, lecz jedynie osobom znającym już trochę temat.

Średniowieczne sztuki walki:

Ocena: 8/10

Książka ta jest tłumaczeniem źródła historycznego, czyli wykonanego przez tytułowego Petera von Danzinga opracowania traktatu szermierczego Johannesa Liechtenauer’a. Sam Liechtenauer napisał swój traktat bowiem szyfrem i celowo zagadkowo.

Książka jest nader mętna: Liechtenauer mówiąc krótko pieprzy. Danzing go klaruje. Momentami pojawiają się nieścisłości, przykładowo najpierw Liechtenauer tłumaczy, że są tylko cztery postawy szermiercze, potem z tekstu okazuje się, że jest ich siedem. Czytać to trzeba z wielką uwagą, bo autor skacze po tematach okropnie, jak twierdzi Danzing: celowo. Najlepiej byłoby sporządzać z lektury bardzo dokładne notatki.

Z drugiej strony książka rzuciła dla mnie wiele nowego światła na zagadnienie walki mieczem w średniowieczu. Warto, oj warto było przez nią przebrnąć.

Treść podzielona jest na kilka rozdziałów obejmujących między innymi walkę mieczem, sztyletem oraz zapasy, pojedynek z przeciwnikiem w ciężkiej zbroi, starcie konne oraz „walkę w pojedynku sądowym” czyli na śmierć i życie. Ta ostatnia jest o tyle ciekawa, że pojawiają się dodatkowe techniki (takie, jak łamanie rąk, wykręcanie palców etc.) co do których obaj autorzy wręcz zakazują ich nauki czy nawet jawnego wspominania o nich (prawdopodobnie z powodu wysokiego zagrożenia wypadkami).

Taktyka w średniowiecznej Europie T.1:

Ocena: 8/10

Taka typowa, ospreyowska publikacja. 60 stron, brak przypisów, brak dywagacji nad subtelnościami, tylko konkretny opis i dużo ładnych, kolorowych obrazków. Sprawa czysto popularyzatorska, za to lekka i przystępna. Bardziej komiks dla pasjonatów, niż książka historyczna.

I to jest właśnie zaletą tej pozycji: lekkość i konkret. Czytanie jej było bardzo odświeżające.

Drugą są wspomniane już ilustracje: jak na 60 stron pozycja zawiera gigantyczną ilość fotografii zabytków z epoki oraz osiem stron z pięknymi, ręcznie rysowanymi planszami przedstawiającymi bitwy i potyczki. Oglądałem je z przyjemnością, bo naprawdę są świetne. Rysownikiem jest Adam Hook (jeśli ktoś pamięta taką serię „tak żyli ludzie” to zapewne kojarzy jeśli nie nazwisko, to przynajmniej niektóre z jego dzieł, bo właśnie on ją między innymi ilustrował).

Taktyka w średniowiecznej Europie T.2:

Ocena 8/10

Tu trudno napisać coś więcej, żeby było mądrze. To po prostu drugi tom, poświęcony pozostałej części epoki. Posiada dokładnie takie same zalety, jak i wady, co poprzednik. Jedyne, czym różni się merytorycznie, to ładniejsza okładka. O ile ta w pierwszym tomie jest matowa, tak w drugi jest lakierowana.

Tam będą smoki:

Ocena: 7,5 /10

Fabuła: ziemia, okolice roku 4000. Gospodarka post-niedoborowa pozwala na spełnienie każdej zachcianki każdego obywatela, włącznie z daleko posuniętymi ingerencjami w DNA. Panuje powszechny pokój i dobrobyt. Niestety, wskutek konfliktu w zarządzającej tym wszystkim Radzie zaawansowaną technikę szlak trafia. Ludzie poradzić sobie muszą z rzeczywistością oraz od podstaw zbudować społeczeństwo techniczne. W nowej rzeczywistości przywódcami stają się odtwórcy historii.

John Ringo nie jest najbardziej utalentowanym pisarzem swego pokolenia, a jego książka jest niewiele więcej, jak zwykłym czytadłem, ale należy mu oddać sprawiedliwość w jednym: ma lekkie pióro. Dodatkowo potrafi całkiem fajnie pisać o życiu codziennym, nieźle też udają mu się sceny walki.

Oraz, w odróżnieniu od wielu swoich kolegów potrafi być zwięzły.

Ogólnie więc otrzymaliśmy do rąk bardzo fajną, bezpretensjonalną książkę science fantasy.

Wojna, a społeczeństwo w barbarzyńskiej Europie zachodniej:

Ocena: 9/10

Czyli naukowe opracowanie tematu, którym, jak zauważa autor (i to dość słusznie) „zajmują się głównie popularyzatorzy, gracze i emerytowani wojskowi”. Tym razem więc mniej jest pogoni za sensacją i opartych na bliżej nieustalonych przesłankach planów bitew, a więcej pracy na źródłach, metody komparatystycznej, stanu badań i archeologii.

Ogólnie rzecz biorąc książka ta jest bardzo dobra. To prawdopodobnie najlepsze, a z całą pewnością najbardziej rzetelne tego typu opracowanie w mojej bibliotece, choć jednocześnie też najbardziej hermetyczna pozycja.

Autor zajmuje się trzema kwestiami. Po pierwsze: to społeczny aspekt wojny, czyli jej postrzeganie, warstwy ludności biorące udział w konflikcie oraz ich spojrzenie na wojnę, związane z nią prawa i zwyczaje czy też wreszcie efekty, zarówno straty jak i korzyści dla poszczególnych warstw.

Drugi aspekt to logistyka i strategia, czyli uzbrojenie, fortyfikacje, sposoby zaopatrywania armii w prowiant i tym podobne sprawy.

Trzeci to kwestie taktyczne oraz związane z morale wojska i sposobami ustawiana go w walce.

Obszar zainteresowania Halsalla to lata 450-900, czyli głównie państwo Merowingów i Karolingów, a także królestwa Anglosaskie i Wikingowie, aczkolwiek dowiadujemy się też trochę o Longobardach i gockich państwach w Hiszpanii.

Książki w językach obcych:

East of the Sun, West of the Moon:

Ocena: 6/10

Ostatni tom „Wojen Rady” Johna Ringo. Cykl ten ma bardzo ciekawą tendencję: nieparzyste są znacznie bardziej udane od parzystych. Niestety ten jest parzysty.

Do Ziemi zbliża się statek, który przewozi paliwo konieczne do naładowania elektrowni atomowych. Dzięki temu paliwu Rada, a raczej jej frakcje mają energię na używanie technologii. Na nieszczęście zarówno Nowe Przeznaczenie jak i Koalicja Wolności zużyły całe swoje zasoby energetyczne na wzajemne ostrzeliwanie się laserami w początkowej fazie wojny i teraz bić muszą się na miecze i topory. Jednak jeśli ponownie uda się uruchomić reaktory będzie można znów naładować broń laserową. A jeśli uda się przejąć ładunek, strzelanina będzie bardzo jednostronna.

Tak więc obie strony wysyłają w kosmos komandosów, których zadaniem jest zajęcie frachtowca lub (jeśli okaże się to niemożliwe) jego zniszczenie.

Pokrótce: jest to temat, na który na pewno można napisać ciekawie, jednak Ringo tym razem to się nie udało. Najpierw więc przez 300 stron śledzimy kolejne już przygotowania i szkolenie, tym razem prowadzone w bardzo kameralnej grupie, a potem lecimy w kosmos, gdzie wszystkie, najfajniejsze postacie (głównie zbieranina trzecioplanowców z poprzednich trzech książek) zostają zabite w krótkiej, acz bezładnej i napisanej bez polotu nawalance.

Jednak nie to jest największym problemem. Problemem jest to, że książka jest nudna.

Po wydaniu czwartego tomu Ringo zrezygnował z dalszego pisania tego cyklu zniechęcony niską sprzedażą. Szczerze mówiąc: po czymś takim trudno się dziwić, że książka nie sprzedawała się za dobrze.

How to surviwe end of the world we know:

Ocena: 8/10

Poradnik, jak przetrwać globalne załamanie polityczne, napisany po angielsku i wydany w USA, na tamtejszy rynek. Generalnie ze znanych mi poradników surviwalowych zajmujących się zbliżoną tematyką chyba najrozsądniejszy: jedyny, który przedkłada posiadanie obsianych pól nad karabin i skrzyknę amunicji.

Ogólnie jest to książka dość zdroworozsądkowa. Zastosowanie jej pełnego zestawu porad jest mam wrażenie w naszym kraju niemożliwe, jednak daje pewne wyobrażenie o przetrwaniu: kup dom poza miastem, z ziemią i polem, zaopatrz się w narzędzia, zrób kurs pierwszej pomocy, miej zawód, który możesz wykonywać po apokalipsie, przygotuj spore zapasy, miej przedmioty na wymianę, naucz się robić mydło…

Nie ma tu za dużo wzmianek o bieganiu po lesie z nożem i szyciu majtek ze skóry niedźwiedzia, za to jest dużo o przygotowaniach i unikaniu problemów. Czemu czuję, że takie podejście ma szanse działać?

Wicked bronze ambition:

Ocena: 8/10

Czternasty i ostatni wydany (oraz napisany) tom Akt Garretta. Wiele dziesięcioleci temu w mieście Tun Faire odbywał się tak zwany Turniej Mieczy, w trakcie którego magicznie uzdolnione dzieci zabijały się, by zwycięzca rozgrywek mógł przejąć ich moce. Ostatnie jego wydanie zostało jednak sabotowane przez uczestników, a organizatorzy wycięci w pień. Niestety w czasach dzisiejszych turniej został uruchomiony ponownie. Uczestnicy, obecnie będący już emerytowanymi dziadkami zwracają się do Garretta, by pomógł im chronić życia wnuków…

O ile osobiście uważam Akta Garretta za słabszy cykl niż Akta Dresdena, to ten tom znacznie bardziej przypadł mi do gustu. Po pierwsze: Glen Cook odchodzi od komediowej atmosfery rodem z Pratchetta, której to oddawał się od kilku poprzednich książek. Zamiast tego wraca do mroczniejszych tematów z początków cyklu.

Po drugie: o ile Cook ma jednak gorszy warsztat niż Butcher, tak Garrett jest postacią dużo lepiej rozwijaną, niż Dresden. Bohaterowie obydwu powieści są dość podobni: są w podobnym wieku (Garrett w „Ambicjach” jest prawdopodobnie po czterdziestce, Dresden w „Drobnej przysłudze” jej powoli dobiega), trudnią się podobnymi zawodami w podobnych okolicznościach, to Dresden w zasadzie się nie rozwija, mimo że wszystkie inne postacie w tym uniwersum rozwój przechodzą. W efekcie nasz mag pozostaje osobnikiem mało szanowanym, niedojrzałym abnegatem klepiącym biedę w dużej mierze z własnej winy: bo tylko narzeka i przepuszcza mijające go okazje. Źle, oj źle to się dla niego skończy.

Garrett już po pierwszej powieści kupił dom, potem wynajął służącego, z czasem jego usługi zaczęły polecać sobie coraz bardziej wpływowe osoby, dzięki czemu został specem od bezpieczeństwa w największej w mieście sieci browarów. Miał ofertę stałej pracy od lokalnego szefa mafii (Dresden też taką otrzymał), od lokalnej policji (Dresden był konsultantem, ale koniec końców ją stracił), od kontrwywiadu i to ust kogoś, kto w zasadzie był premierem kraju. Wszystkie trzy odrzucił, bo za bardzo lubił swoją pracę. Koniec końców, wraz z szefem wzmiankowanego browaru oraz szefem manufaktury szewskiej został współudziałowcem dużej fabryki, a z byłym skrytobójcą Morleyem Dotesem: sieci modnych restauracji. Wżenił się w zamożny ród czarnoksiężników, szefuje agencji detektywistycznej współpracującej z kilkunastoma świetnymi specjalistami oraz licznymi pracownikami tymczasowymi…

Komiksy i mangi:

Driffters 1-4:

Ocena: 9/10

Podróży w czasie i do krain fantasy ciąg dalszy. Tym razem do krainy fantasy przenoszą się Shimazu Toyohisa, Oda Nobunaga, Nasu bo Yoichi, a także Scypion Afrykański, Hannibal Barkas, Butch Cassidy i Sundance Kid. Trafiają na teren opanowany przez złe, tyraniczne, ludzkie imperium, które głębi inne rasy: elfy, krasnoludy i hobbitów. Sytuacja zmusza ich do grania w jednej drużynie. Jako, że ambicji im nie brakuje, to zaczynają robić rewolucje.

Recenzowałem tu już kilka książek o tym, jak amerykanie w ten czy inny sposób dostają się do innej epoki / na inną planetę / do krainy fantasy i niosą tam amerykańskie wartości. Tym razem takie samo coś robią Japończycy.

Efekt?

Jezu! Ale to jest porąbane! Po prostu czysty, niczym nieskrępowany obłęd.

Zdobywcy Troy:

Ocena: 7/10

Jak wiadomo z Lanfausta w Kosmosie planeta Troy została skolonizowana, gdyż działają nań magiczne moce. Przenosimy się więc w czasie, na stulecia przed rozpoczęciem się komiksu, by poznać historię początków, tej dość przymusowej kolonizacji. Na planetę zesłane zostaje rodzeństwo: Tabula i Rasan, którzy będą próbowali odnaleźć swoich rodziców.

Wiecie co? Nie umiem w komiksy francusko-belgijskie.

Wymieniony album jest zbiorczym, polskim wydaniem „Zdobywców Troy” jednego z licznych spin-offów Lanfausta z Troy. Sam Lanfaust, a raczej jego sukces są dla mnie tajemnicą: jest to bowiem totalnie sztampowa opowieść fantasy o młodzieńcu z magicznym mieczem ratującym swój świat. Komiks teoretycznie przeznaczony był dla dorosłych, ale owa dorosłość zaznaczana jest tylko w ten sposób, że raz na 50 stron pokazują cyca. Do tego w Lanfauście sporo było kloacznego humoru.

Kupiłem ten zbiór, bo miałem ochotę przeczytać jakąś, prostą historię fantasy i pod tym względem nie zawiodłem się. Ale tak zupełnie szczerze? Dragonlance, czy Record of Lodoss War lepsze.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki, Przeczytane i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Przeczytane w 2017: podsumowanie

  1. Aszhe pisze:

    „Tam będą smoki” książką popularnonaukową? Zainteresowałeś mnie książkami Petera Heathera trzeba będzie kiedyś po nie sięgnąć.

    • Suchy pisze:

      Bierz w ciemno. Są świetne. Straszne z nich kobyły ale są napisane naprawdę zdatnym do użytku językiem. Poza tym gość jak omawia temat to co omawia naprawdę porządnie. W barbarzyńcach np. nawet przechodzi do omawiania nas i skąd my się właściwie wzięliśmy – że z powstaniem państw słowiańskich wiązały się te same mechanizmy jak z powstaniem narodów barbarzyńców. Zamień tylko Rzym na państwo franków dla nas i pepików a w wypadku ruskich na Bizancjum.
      Jeśli idzie o historię kościoła to pięknie omawia temat donacji Konstantyna. Naprawdę człowiek się zastanawia dlaczego w szkołach na lekcjach histoii nie ma o tym nawet wzmianki? Tym cholerstwem papierze wycierali sobie gęby przez resztę średniowiecza żeby uzasadniać że mają jakąkolwiek władzę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s