Przeczytane w grudniu 2017 roku:

Skończył się i grudzień. W grudniu padła całkiem znośna ilość książek czyli cztery (dwie kolejne zostały napoczęte i powinienem skończyć je w pierwszych dniach stycznia). Tym razem fantastyka i niefantastyka rozłożyły się proporcjonalnie.

Do tego doszedł jeszcze jeden komiks i cztery tomy mangi.

Lekturę tworzyło:

Kumin, Kakao i Karawana:

Ocena: 6/10

Powiedziałbym, że „nie wierzę, że ten facet ma doktorat”, ale znam chyba więcej ludzi z doktoratami, niż bez nich i nie wszyscy wywarli na mnie wrażenie swą wiedzą i przenikliwością. Autor tej książki niestety albo też do tej grupy należał, albo nie miał daru pisarskiego.

Zasadniczo opowieść traktuje o podróży amery-irańczyka do źródeł przypraw. Głównie przemierza on Bliski Wschód, potem pisze też o obydwu amerykach. Napisane jest to lekkim, przejrzystym językiem, ale bardzo mocno kłują w oczy błędy i niedociągnięcia wiedzowe i warsztatowe. Nie wiem, ale jakoś Tannahil w „Historii kuchni” czy Higman w „Historii żywności” jakoś bardziej wiarygodnie pisali.

Nie podoba mi się też idealizm z jakim autor traktuje kulturę swych przodków, a który to idealizm momentami bije wręcz po oczach resentymentem i hipokryzją. Jak wyznawcy Islamu podbili Hiszpanię, to było to dobrze. Jak Hiszpanie ich stamtąd pogonili, to była strata dla całej ludzkości. Jak muzułmanie spowodowali oderwanie Kantonu od Chin w XIII wieku, to był to postęp globalnego społeczeństwa wielokulturowego. Jak Chińczycy ich stamtąd pogonili: utrata historycznej szansy. Jak muzułmanie przechrzcili społeczności Indonezji z wierzeń hinduskich na własne, tak, że śladu nie zostało: to temat przemilczamy. Jak zwiedzamy ogrody Granady: to płaczemy, że tak mało się zachowało z muzułmańskiego charakteru tego miejsca. Jak Arabowie w poszukiwaniu niewolników pływali aż na Madagaskar, to był to przykry koszt globalizacji. Jak robili to chrześcijanie: zbrodnia.

6 (punktów) za ciekawostki o przyprawach, pała za podwójne standardy etyczne.

Państwa Wikingów:

Ocena: 8,5/10

Porządna, rzeczowa książka o wikingach, pisana na bazie aktualnej wiedzy. Lektura niezbyt obszerna i przez to sucha, jednak dobra.

Tym razem pozycja skupia się głównie na historii politycznej, czyli „kto rządził, kogo napadł, z kim się przespał”, niewiele natomiast traktuje o aspektach kulturowych, czyli o tym, jakie nosili suknie, jaką walczyli bronią, jak budowali statki etc.

Jednak, prócz przedstawienia przebiegu dziejów wikingów, książka dotyka też i innych tematów. Zaczyna się więc od badania źródeł archeologicznych, datowanych na okres wpływów rzymskich, z których autor wywodzi wiele, późniejszych zdobyczy cywilizacyjnych ludów północy (organizacje wojskową, tworzenie zcentralizowanych zbrojowni, taktykę). Trop ten ma duże szanse być słuszny, bowiem na pewne podobieństwa wskazywali też Foote (umiejętność budowania zorganizowanych obozowisk wojskowych) oraz Słupecki (analogie między bóstwami Gallo-Romańskimi, a Skandynawskimi). Sporo jest też o nawigacji oraz konstrukcjach statków.

Najwięcej nowego dowiedziałem się jednak o chronologii wydarzeń. Streszczając: bili się. Bardziej konkretnie trudno jest niestety powiedzieć, bowiem jak zwykle przy okazji panował przeogromny chaos i aktorów było bez liku. Przykładowo: samych królów anglosaskich potrafiło być jednocześnie kilkunastu.

Szepty pod ziemią:

Ocena: 8/10

Kiedy już byłem przekonany, że Mag zapomniał o tym cyklu nastąpiła niespodzianka…

Przygody Petera Grandta, potrafiącego posługiwać się czarami policjanta z Londynu są kolejnym cyklem Urban Fantasy, tym razem przepojonym jednak duchem angielskości. W tym tomie przyjdzie nam się zmierzyć z tajemnicami londyńskiego metra oraz ukrytymi weń sekretami. Wszystko to za sprawą morderstwa, do którego doszło w jednym, z tuneli…

W międzyczasie trwa inne śledztwo, bohaterowie poszukują bowiem potężnego czarownika, z którym starli się kilka tygodni wcześniej.

Ogólnie: książka była całkiem fajna. Nie jakaś bardo nieprzewidywalna, zakończenie mnie nie powaliło, rozwiązanie zagadki umiarkowanie wynikało z przedstawionych nam wcześniej tropów. Niemniej jednak miała swoją atmosferę i przenosiła nas w ciekawe, niezbyt eksplorowane otoczenie.

Do gustu przypadło mi też zakończenie. Takie niewymuszone. Zwyczajne. Bez tych amerykańskich prób wgniecenia czytelnika w fotel.

Uczta dusz:

Ocena: 8-2/10

Fantasy, typu kobiecego, pisane przez panią Friedman, która między innymi napisała Trylogię Zimnego Ognia, oraz pracowała przy Wampirze: Maskarada. W pewnym świecie fantasy do używania magii potrzebne są dusze ludzi (czy raczej: siła życiowa). Adepci magii dzielą się tam na czarowników i wampiry, znaczy się magów, znaczy się: magistrów. Czarownicy potrafią rzucać czary tylko ze swojej, wewnętrznej energii, zabijając się powoli, magistrowie natomiast pasożytują na innych. Magistrowie rekrutują się wyłącznie spośród mężczyzn. Gdzieś tam jednak zrezygnowany magister szkoli powoli zdeterminowaną, młodą prostytutkę imieniem Kamala, która ma zostać pierwszym na świecie magistrem w spódnicy. Na domiar złego na dalekiej północy budzą się pożerające ludzkie dusze, demoniczne monstra.

Czyli ponownie otrzymujemy kobiece fantasy i ponownie stajemy przed tym samym schematem: mitem Skłodowskiej. Tym razem jednak zabrała się do tego uzdolniona autorka, którą osobiście bardzo cenię. Jak jej to wyszło? Lepiej, niż mogło być. Generalnie książka próbuje, tak jak mój „Gambit mocy” ugrać parę rzeczy na dyskusji z wytartym schematem i o ile jest ona jednak warsztatowo lepsza, to niestety schemat jest zbyt wytarty, by dało się z nim coś zrobić.

Fajne jest natomiast to, że płeć Kamali, poza jednym czy dwoma dziwakami, nikomu nie przeszkadza, w odróżnieniu od kilku czynów, których się dopuściła. Mniej fajne jest podejście do magii i straszna panika „o Jezu! To zabiera nam życie!”. Sorki, ale spójrzcie na cały system ekonomiczny: pieniądz jest w zasadzie licznikiem czyjejś pracy. Praca to spędzony nad czymś czas życia. Idąc do roboty, walić młotkiem przez osiem godzin rezygnujemy z ośmiu godzin swojej egzystencji. Czarownik robi dokładnie to samo, tylko w kilka chwil. Więc skąd to halo, że czary podobne są do prostytucji? No, chyba w tym, że jest to metoda zarobkowania.

Umiarkowanie przekonały mnie też te płacze magistrów „uprawiamy magię, zabijamy ludzi, których nawet nie znamy”. Zupełnie do mnie to nie trafia. Wiecie: przez całe wieki w pewnych kręgach cywilizacyjnych uchodziło za krzyk mody ucinać służącym jajca, w innych, za dobrą rozrywkę patrzyć jak ludzie się zabijają lub rzucani są na pożarcie zwierzętom, jeszcze gdzie indziej preferowanym modelem ekonomicznym było posiadanie plantacji, gdzie murzyni pracowali pod batogiem. Nikt się tym nie przejmował, przeciwnie ludzie nawet pisali jakie to dobre.

Z wypijaniem życia z nieznajomych też by się jakoś pogodzili.

Driffters 1-4:

Ocena: 9/10

Podróży w czasie i do krain fantasy ciąg dalszy. Tym razem do krainy fantasy przenoszą się Shimazu Toyohisa, Oda Nobunaga, Nasu bo Yoichi, a także Scypion Afrykański, Hannibal Barkas, Butch Cassidy i Sundance Kid. Trafiają na teren opanowany przez złe, tyraniczne, ludzkie imperium, które głębi inne rasy: elfy, krasnoludy i hobbitów. Sytuacja zmusza ich do grania w jednej drużynie. Jako, że ambicji im nie brakuje, to zaczynają robić rewolucje.

Recenzowałem tu już kilka książek o tym, jak amerykanie w ten czy inny sposób dostają się do innej epoki / na inną planetę / do krainy fantasy i niosą tam amerykańskie wartości. Tym razem takie samo coś robią Japończycy.

Efekt?

Jezu! Ale to jest porąbane! Po prostu czysty, niczym nieskrępowany obłęd.

Zdobywcy Troy:

Ocena: 7/10

Jak wiadomo z Lanfausta w Kosmosie planeta Troy została skolonizowana, gdyż działają nań magiczne moce. Przenosimy się więc w czasie, na stulecia przed rozpoczęciem się komiksu, by poznać historię początków, tej dość przymusowej kolonizacji. Na planetę zesłane zostaje rodzeństwo: Tabula i Rasan, którzy będą próbowali odnaleźć swoich rodziców.

Wiecie co? Nie umiem w komiksy francusko-belgijskie.

Wymieniony album jest zbiorczym, polskim wydaniem „Zdobywców Troy” jednego z licznych spin-offów Lanfausta z Troy. Sam Lanfaust, a raczej jego sukces są dla mnie tajemnicą: jest to bowiem totalnie sztampowa opowieść fantasy o młodzieńcu z magicznym mieczem ratującym swój świat. Komiks teoretycznie przeznaczony był dla dorosłych, ale owa dorosłość zaznaczana jest tylko w ten sposób, że raz na 50 stron pokazują cyca. Do tego w Lanfauście sporo było kloacznego humoru.

Kupiłem ten zbiór, bo miałem ochotę przeczytać jakąś, prostą historię fantasy i pod tym względem nie zawiodłem się. Ale tak zupełnie szczerze? Dragonlance, czy Record of Lodoss War lepsze.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki, Przeczytane i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Przeczytane w grudniu 2017 roku:

  1. Driftersi – bardzo, bardzo fajne. Pomysł niby prosty, ale jak przyciąga 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s