Baldur’s Gate: Enhanced Edition – recenzja:

Dziś zajmiemy się recenzją gry, dla której bardzo wielu z nas ma specjalne miejsce w sercu: Baldur’s Gate. Dokładniej zajmiemy się jej ostatnią odsłoną: Enhanted Edition, czyli odświeżoną wersją, która pojawiła się na rynku kilka lat temu.

Nowości:

Jeszcze zanim zaczniemy grać rzucają się nam w oczy pewne nowości. Po pierwsze: otrzymujemy dostęp do nowych ras i klas. Tak wiec możemy wreszcie grać w jedynkę Barbarzyńcą, Mnichem, Półorkiem i innymi postaciami dostępnymi w BG 2, zyskujemy też dostęp do kilku zupełnie nowych klas (np. Szamana). Do tego w grze napotkać można nowe postacie NPC należące do nowych klas. Są to dzika magini Neera, mnich Raasad yn Bashir, półork Dorn Il-Khan będący czarnym strażnikiem, oraz drowi czarownik Baeloth Barrityl… Nie będę okrywał, że kupiłem grę właśnie po to, żeby się nimi pobawić. Wcześniej nie korzystałem z nowych klas, nawet w dwójce grałem bowiem bohaterami przeniesionymi z BG 1.

Zaletą nowych postaci, w szczególności NPC jest też to, że otrzymały własne questy, pozwalające zwiedzić nowe lokacje i rozszerzające grę. Nie są to w prawdzie największe możliwe questy i w kilku momentach miałem wrażenie, że zostały zrobione po łebkach oraz brakuje im pointy. Niemniej jednak każde starania należy docenić.

Niestety, nowe klasy jak się okazuje nie rewolucjonizują gry. Mnich, bardzo silny w BG 2, w szczególności na wysokich poziomach musi się niestety rozpędzić, podobnie jak czarodziej. W przeciwieństwie do niego jednak na poziomach niskich jest zwyczajnym zawalidrogą i piątym kołem u wozu.

Barbarzyńca owszem, ma dużo hit pointów, ale jednocześnie małą Klasę Pancerza. W efekcie bardzo szybko te hit pointy traci i w drużynie jest mniej przydatny od dodatkowego wojownika, albo, jeszcze lepiej: kilku rangerów z lukami (problemu przesadzenia potęgi broni miotającej nie rozwiązano).

Dziki Mag, potencjalnie najciekawszy z całej gromady okazał się dla mnie największym rozczarowaniem: dzikie efekty pojawiaj się rzadko i zwykle się ich nie zauważa.

Najlepiej wypada chyba Czarownik, zwłaszcza jeśli ma się go w grupie równolegle z Czarodziejem. O ile bowiem zdobycie odpowiedniej ilości zwojów z czarami dla klasycznego magika jest problematyczne, tak Czarownik rozwiązuje ten problem samemu wymyślając zaklęcia.

Lokalizacja:

Drugim, co rzuca się w oczy, zwłaszcza jeśli gramy w polską wersję jest lokalizacja. Ta kwestia została rozwiązana w sposób moim zdaniem najmniej elegancki, jak tylko się dało. Otóż: o ile ścieżki dialogowe z oryginalnej wersji są spolszczone tak, jak w wersji oryginalnej, tak nowa część jest spolszczona „na sposób kinowy”. Czyli nowe postacie gadają po angielsku, a tylko napisy otrzymują po polsku. Nie wygląda to za dobrze.

Powrót na dzieciństwa łono:

Tym, co mnie zaskoczyło w tej produkcji był stopień w jakim gra się zestarzała. Czas nieco zniekształcił moje wspomnienia, nie da się też ukryć, ze wiele rzeczy, które w Baldur’s Gate były nowatorskie lub wręcz rewolucyjne stało się dziś standardem.

I to dawno temu.

Niestety, prawda jest brutalna: Baldur’s Gate I było grą przestarzałą już w momencie wyjścia Baldur’s Gate II. Późniejsze gry cRPG: w tym Icewind Dale i Planescape: Torment oraz właśnie Baldur’s Gate II wiele rzeczy wprowadzonych przez ten tytuł zwyczajnie robiło lepiej.

Tym, co najbardziej kłuje w oczy jest ogromna ilość niewykorzystanych opcji: czarów, których nie warto rzucać, bo nic nie dają, albo mają lepsze odpowiedniki, zdolności, w które nie opłaca się inwestować (Kradzież Kieszonkowa w pierwszej kolejności), postaci, których nie warto przyłączać do drużyny… Oraz hektary pustej przestrzeni i rozległych lokacji na których nic nie ma, prócz jednego albo dwóch błahych questów i paru słabych potworów do zabicia. W szczególności ruiny szkoły czarodziejów Ulcastera, farma Anghegów i most Firewine rozczarowują. Duże lokacje, z podziemiami, a zwyczajnie nie warte czasu poświęconego na eksplorację. Nie da się ukryć, ze Baldur’s Gate II albo Icewind Dale lepiej gospodarowały przestrzenią.

Baldur’s Gate I jest po prostu mały i nudny.

Nawiasem mówiąc pamiętam, że dokładnie takie samo uczucie miałem, gdy wróciłem do gry po pierwszym przejściu dwójki. Wówczas także gra, która kiedyś wydawała mi się gigantyczna i doskonała wydala mi się po prostu żałosnym karzełkiem.

No niestety, często bywa tak, ze tytuły rewolucyjne starzeją się w błyskawicznym tempie.

Tym, czego brakuje w Baldur’s Gate to sensu eksplorowania lokacji. W samym pierwszym rozdziale możemy zwiedzić prawie 30 lokacji, pod trzema z nich rozciągają się dość rozlegle podziemia, jednak jedyne, co w nich możemy napotkać, to trochę koboldów, wilków i giberlingów, parę gnolli i hobgoblinów oraz czasem ogra, niedźwiedzia lub bazyliszka. Brakuje natomiast ciekawych walk, przedmiotów magicznych do zdobycia, sekretów do odkrycia, bardziej skomplikowanych zagadek czy questów. Bo większośc tych ostatnich to: idź i przynieś, które rozwiązuje się w pięć minut.

Późniejsze gry radziły sobie z tym lepiej.

Pod tym względem Baldur niestety bardzo się zestarzał.

Zwięzłość:

Zapomniałem natomiast, jak szybką i w sumie krótką grą jest Baldur’s Gate. Oraz jak zwięzłą. Otóż: zapamiętałem go jako produkt gigantyczny, pozwalający na 50-100 godzin gry. Tymczasem do walki z Sarevokiem bylem gotowy po 20, a ukończenie Wieży Durlaga zajęło mi ledwie 5 dodatkowych. Wyspa Wilkołaków natomiast pochłonęła mi jeszcze jedną dodatkową, a i to nie całą.

Jak widać w dzieciństwie wszystko wydaje się większe.

Pod tym względem szczególnie dobrze wypada Baldur na tle swoich współczesnych następców, jak Pillars of Eternity czy Tyranny. Obydwie gry zapewniają w prawdzie dłuższy czas rozrywki, jednak pod wieloma względami jest on bardzo sztucznie rozciągnięty. Przykładowo: z pierwszej lokacji w Baldur’s Gate można wyjść w ciągu maksymalnie 5 minut, a po 6 jesteśmy rzucani w prawdziwą grę. W Tyranny, w które obecnie gram ukończenie sekwencji wstępnej trwa półtorej godziny, a zanim jeszcze do niej dochodzi spędzić musiałem niemal godzinę czytając grafomanię w Fazie Podboju…

Zaleta są też dialogi. Te nie są porywające, powiedzmy sobie szczerze: fabula Baldur’s Gate to okropna grafomania w najgorszym stylu powieści o Drizzcie, podobnie jak dialogi, ale w stosunku do wielu późniejszych gier mają one pewne zalety. Otóż, o ile w PoE czy Tyranny wchodząc do sklepu i rozpoczynając rozmowę ze sklepikarzem musimy nierzadko przeklikać się przez 4-5 ekranów bezwartościowych bzdur (zwłaszcza jeśli po raz pierwszy odwiedzamy dane miejsce), tak w Baldurze większość dialogów ogranicza się do kilku treściwych linijek.

I tak powinno być: krótko, a mądrze.

Mechanika:

Teza o przydatności 1 poziomowego maga może wydawać się kontrowersyjna, tak długo, jak długo nie rzuci się pierwszego Uśpienia.

Mechanika Baldur’s Gate ma swoje cienie jak i blaski. Moim zdaniem największym jej cieniem jest duża losowość walk, która szczególnie boleśnie odczuwa się na 1 i 2 poziomie doświadczenia. Przebieg walki w dużym stopniu zależy od wyniku rzutów na wirtualnych kostkach, więc nierzadko więcej czasu poświęcamy na wczytywanie gry, niż na samą grę. Jeden ogr może bowiem zarówno paść po 1-2 ciosach, jak i wybić nam całą drużynę.

Osobiście grałem na poziomie „Prawdziwe zasady Advanced Dungeons and Dragons” i raczej nie polecam. Zasady są bowiem zbyt losowe i zbyt często należy wczytywać grę.

Z drugiej strony jest to system bardzo treściwy, gdzie wszystkie elementy mają jakieś znaczenie. Pojedyncze trafienia krytyczne, czy rzucone czary mogą dosłownie odmienić sytuację na polu walki, podobnie eliksiry, jeśli tylko ktoś z nich korzysta. Zdolności postaci w prawdzie nie ma za dużo, a wiele z nich jest pasywnych, jednak już na pierwszym poziomie drużyna stanowi zgrany zespól taktyczny, w którym każdy ma swoją role.

Kontrastuje to z systemem z takich gier, jak Dragon Age: Origin, PoE czy zwłaszcza z Tyranny, gdzie wprawdzie zdolności jest dużo więcej, ale ich efektywność jest niewielka. W szczególności sytuacja z Tyranny ciśnie się na usta jako porównanie. Walki w Baldur’s Gate są szybkie i śmiertelne, nawet w obliczu ciągłej konieczności wczytywania sejwów. W Tyranny natomiast nierzadko miewała miejsce sytuacja, gdy poszczałem drużynę samopas lub patrzyłem znudzony, jak obie strony zadają sobie po jednym obrażeniu. Tu nawet pierwszoplanowy czarodziej potrafi więcej, niż maksymalnie niewentylowany mag w Dragon Age*.

Zasługa jest tu w dużej mierze mechanika. W prawdzie daleko jej od intuicyjności, ale suma sumarum okazuje się ona prostsza i sensowniejsza niż ta z gier Obsidianu czy późnego Bio Ware. Wynika to z obecności kilku, łatwych do zrozumienia i prostych do wyliczenia czynników. Widać niestety, co jest dziełem specjalistów od gier wojennych, jak Gygax czy Anderson, a co projektanta z łapanki.

*Patrz punkt niżej.

Porady:

  • Najczystszym błędem popełnianym przez początkujących graczy w Advanced Dungeons and Dragon, Dungeons and Dragons 3-3,5 oraz grach na nich opartych jest wybór zaklęcia Magiczny Pocisk jako podstawowego oręża maga pierwszego poziomu. Dużo lepszym wyborem jest czar Uśpienie, który w kilka chwil pozwala wygrać walkę z większością wrogów, jakich napotkamy na początku gry. O ile Magiczny Pocisk zadaje tylko głupie 1k4 rany, co często nie wystarcza, żeby zabić gibberlinga, uśpienie może wyeliminować z walki nawet i 10 przeciwników.

  • Uśpienie jednak nie działa na Nieumarłych ani na przeciwników o większej ilości Kości Ran. Po awansowaniu drużyny na 3 poziom doświadczenia powinno zostać zmienione na inny czar.

  • Nie zmienia to faktu, ze Magiczny Pocisk jest jednym z najlepszych czarów na poziomach 3-10. Potem nieco traci na znaczeniu.

  • Inne ważne czary to: Rozproszenie Magii, Przyspieszenie, Ognista Kula, Wezwanie Potworów i Lodowa Burza.

  • Część graczy wskazuje też na Spowolnienie, Śmierdzącą Chmurę lub Pajęczynę oraz Ulepszoną Niewidzialność, aczkolwiek ja rzadko z nich korzystałem.

  • W wypadku Kleryka wybór jest prostszy, albowiem większość jego slotów zbierana jest przez zaklęcia leczące. Warto jednak dysponować kilkoma Wstrzymaniami Osoby, Wezwaniem Szkieletów oraz Rozproszeniem Magii. Cenne są też buffy.

  • Mimo, że w zasadzie od pierwszego poziomu czarodziej jest główną silą bojową drużyny, to nie warto brać więcej niż jednego maga. Zwoje z czarami są w Baldur’s Gate towarem deficytowym i niestety, posiadanie kilku czarodziejów sprawi, że jeden z nich nie będzie wykorzystywał pełni swych umiejętności właśnie z powodu braku czarów do nauczenia się.

Ogólnie:

Niestety, mimo, że Baldur’s Gate nadal ma sporo zalet, to zwyczajnie lepiej jest zagrać w drugą część gry. Jest ona bardziej rozbudowana, bardziej przemyślana i ciekawsza.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gry komputerowe, RPG i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Baldur’s Gate: Enhanced Edition – recenzja:

  1. Grisznak pisze:

    Masz sporo racji odnośnie zagospodarowania przestrzeni – choć to generalnie problem starych rpgów, a nawet pierwszych jrpgów (Final Fantasy III, Dragon Quest III), gdzie twórcy czarowali graczy sporymi przestrzeniami, ale nie dbali już o to, aby je zapełnić. Japończycy poszli potem w kierunku minimalizowania lokacji lub dawania graczom możliwości szybkiego przemieszania się między nimi (np. statkiem powietrznym). W cRPG zaś powstał Morrowind i pokazał, że wielka przestrzeń wcale nie musi być pusta.

  2. Kasztelan pisze:

    Patrze przez wielkie różowe okulary z daleka jednym okiem po pijaku na BG 1 , ale wciąż uważam że jest lepsze od BG 2 pod kątem fabuły i lokacji. W jedynce byłeś pierwszolevelowcem i odkrywałeś świat (który nie zawsze ma coś ciekawego), przechodziłeś TRAKTEM (puste lokacje) do kolejnej lokacji gdzie trafiasz na podróżujących albo bandytów to było umf czego brak nie mogłem wybaczyć II. Fabuła moim zdaniem też jest lepsza, odkrywasz polityczną intrygę z listów i zeznań po kolei atakujesz komórki Żelaznego Tronu w II hej porwali Ci siostre która nie była Twoją siostrą daj 10k golda które zbierzesz w 3 lokacjach i idź po nią. Jedyne co II ma lepszego to walki z bossami i epilogi NPC. Na mechanikę nigdy nie patrzyłem bo savescumming i rozproszenie magii/prawdziwe widzenie
    PS przechodziłem BG I na modach że jest na silniku II z 8 lat temu. BG 2 przypomniałem sobie z 2 lata temu i odczucia mam dalej te same

  3. slanngada pisze:

    Ciekawe jak za x lat będę opisywać nowe erpgi.

  4. Karoluch pisze:

    Grałem w BG2, w tym samym czasie gdy i w KotORa, ta druga gra mi się bardziej podobała. Dlatego jakoś fenomenu Baldurów nigdy nie rozumiałem. Dużo bardziej ze starych produkcji w rzucie izometrycznym podobały mi się Fallouty 1 i 2.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s