Rasy dla science fiction:

Jak dało się zauważyć czytając ten blog trochę lubię science fiction (aczkolwiek dużo bardziej lubię fantasy). Moje preferencje rozkładają się jednak w ten sposób, że dużo bardziej lubię tytuły pokroju Aliens, Starcrafta, Expanse czy Firefly niż takie pokroju Star Treka, Kontaktu czy Mass Effect.

Czyli uniwersa, gdzie ludzkość stoi na pierwszym planie, a głównym zagadnieniem jest ludzka natura, a nie problemy kosmitów, którzy różnią się od nas jedynie kształtem nosa. Jednym z głównych problemów są sami kosmici. W science fiction, zwłaszcza popkulturowym często przedstawiani są jak ludzie z nieco odmienną anatomią, przez co nierzadko wypadają mało autentycznie. Dlaczego bowiem obcy wyglądają jak ludzie, skoro ich ewolucja powinna przebiegać w zupełnie innych warunkach? Dlaczego są w stanie żyć w ziemskim środowisku, z naszymi zarazkami, naszym spektrum temperatur i ciśnienia? Dlaczego posługują się mową opartą o artykułowanych dźwiękach (a nie np. zmianie koloru ciała, jak ośmiornice?) w słyszalnym dla człowieka zakresie?

Z drugiej strony naprawdę obcy obcy są bardzo niewygodni, bowiem są zbyt obcy i trudni do interakcji. Trudno się z nimi dogadać, zrozumieć, a być może nawet spotkać, bowiem mogą żyć w zupełnie różnych dla człowieka ekosferach (np. obcy oparty na krzemie prawdopodobnie potrzebowałby wiele więcej ciepła do życia i preferowałby obszary przestrzeni, w których ludzie nie byliby zdolni przeżyć, życie oparte na fluorze natomiast przetrwać mogłoby tylko w obszarach bardzo chłodnych, a co więcej sam kontakt z takim obcym najpewniej zakończyłby się poważnymi poparzeniami chemicznymi).

Z tej też przyczyny wolę rasy z tradycyjnych settingów fantasy. Bajkowość zwyczajnie pozwala dużo więcej wybaczyć. Aczkolwiek mam pewną ideę na grywalne, pozwalające na interakcje, a jednocześnie klimatyczne rasy do science fiction.

Konkretnie: jedną rasę. Ludzi. I ich potomstwo. Bo nie od dziś wiadomo, że największym wrogiem ludzi są inni ludzie.

Podstawowa trójka:

Idea ta nie do końca jest moja. Prawdę mówiąc pochodzi ona z gry Civilisation: Beyond Earth i jest (obok intra) jednym z najlepszych elementów tej, poza tym napisanej mocno na odczepne gry. Generalnie w grze budujemy kolonię na obcej planecie, stosunkowo wcześnie podejmując decyzję o tym, w jakim kierunku rozwijać się ma nasze społeczeństwo. Rezultaty tej decyzji stopniowo się nawarstwiają, a podejmowane kroki sprawiają, że stopniowo nasz lud staje się zupełnie odmienny od innych.

Decyzje te są czymś w rodzaju ścieżek życia czy sposobów na radzenie sobie z trudnościami, jakie preferują nasi ludzie. Generalnie podążyć możemy w jednym z trzech kierunków. Kierunki te to:

Czystość: jej wyznawcy pragną uczynić nową planetę miejscem takim, jakim była Ziemia i wieść takie życie, jakie ich przodkowie. Budują więc okryte kopułami miasta, w których panują ziemskie warunki, dbają o sztuczne ciążenie lub jego regulację, chcą terraformować planetę, by mogła podtrzymać życie ziemskich organizmów, zmienić skład chemiczny atmosfery, temperaturę, może nawet długość dnia. Wyciąć obce zarośla, zasadzić lasy, zaorać pola i obsiać je ziemskim zbożem…

Wyznawcy Czystości szerzej opierają się na tradycyjnej, ziemskiej wizji człowieczeństwa. Odrzucają rozwiązania akceptowane przez inne ścieżki, nawet kosztem mniejszej efektywności pracy czy skrócenia potencjalnej długości życia, uważając je za zbyt radykalne i po prostu nieakceptowalne.

Harmonia: natomiast przystosowuje siebie do świata, najczęściej w drodze modyfikacji genetycznych. Dostosowują się do ciążenia i temperatury, zamiast siać ziemskie rośliny modyfikują już istniejące rośliny do produkcji strawnych dla człowieka białek, tłuszczy i węglowodanów (oraz własne układy trawienne do przyswajania obcych substancji odżywczych), asymilują się z obcym życiem etc.

W dalszej perspektywie Harmonia polega na znaczących zmianach w ludzkim genomie, projektowaniu dzieci, tworzeniu pracowników wedle potrzeb, budowie społeczeństwa opartego na genetyczne kasty (superżołnierzy, super pracowników fizycznych, intelektualnych, wykwalifikowanych etc.), potencjalnie bardzo odległe od pierwotnego wzorca ludzi.

Supremacja: obchodzi kwestie środowiskowe dzięki łączeniu ludzi z maszynami. Cywilizacje dążące tą drogą, zamiast sadzić ziemskie lub dostosowywać się do spożywania ziemskich roślin szukają alternatywnych źródeł produkcji żywności, zamiast dostosowywać się do środowiska lub środowisko do siebie pakują w swoje ciała cyborgizacje podnoszące ich odporność tak, by problem przestał być istotny, masowo używają robotów, zdają się na SI i samemu przenoszą się do cybernetycznych ciał.

Ludzi się tam produkuje, do ściśle określonych celów. Co więcej odcięcie się Supremacjonistów od kwestii środowiskowych sprawia, że ci mogą czerpać z zasobów planety pełnymi garściami, bez patrzenie na ekosystem, a ewentualne skutki przerzucając na adeptów pozostałych ścieżek. Ich nie obchodzi skażenie, a jeśli kwaśne deszcze zniszczą komuś uprawy, to nie jest to ich problemem.

Ścieżki pośrednie: system ten ma jeszcze taką zaletę, że umożliwia istnienie ścieżek pośrednich (np. harmonia-supremacja, gdzie ludzie łączą biologiczne modyfikacje z modyfikacjami technicznymi, harmonia-supremacja, gdzie zaprzęgają mikrobiologię do pracy dla dobra ludzkości, etc.), czyli w efekcie otrzymujemy 6 możliwych ścieżek rozwoju.

Co więcej wszystkie one dają nam całkiem sporo możliwości na stworzenie bliskich, ale dalekich sobie gatunków, różniących się fundamentalnie technologią oraz przede wszystkim sposobami rozwiązywania pewnych problemów. Przykładowo: goście od Czystości potrzebują jakiejś formy sztucznego ciążenia i prawdopodobnie dysponują wyrafinowanymi technologiami z nim związanymi. Goście od Harmonii zapewne przystosowali się do życia bez tych udogodnień, co może oznaczać, że zatracili możliwość życia w normalnych warunkach. Specjaliści od Supremacji zapewne również nie posiadają technologii sztucznego ciążenia, bowiem ich wszczepy przygotowały ich do życia w takich warunkach. Problem z tym, co się stanie jeśli znajdą się w sytuacji, gdy wszczepy nie będą mogły być serwisowane…

Idąc dalej tym tropem:

Przychodzą mi do głowy idee dalszych „ras”, czy może raczej orientacji rozwojowych rasy ludzkiej. Są to:

Fundamentaliści: czyli ludzie bardzo mocno wierzący w coś, nie do końca dającego się obiektywnie zaakceptować. Fundamentalistów może być bardzo, ale to bardzo wiele rodzajów. Począwszy od ludzi, którzy z jakiegoś powodu odrzucają niektóre zdobycze nauki, nawet takie nie będące zdobyczą science fiction (szczepionki, bo powodują autyzm, GMO, bo powoduje raka, samochody, bo trują, komputery, bo zabierają pracę rachmistrzom).

Druga, potencjalnie możliwa grupa to osoby celowo ograniczające zastosowania nauki i cenzurująca jej osiągnięcia ze względów religijnych lub innych ideologicznych. Powiedzmy sobie szczerze: Żydzi żyją zgodnie ze swoją religią, na przekór wszystkiemu od VI wieku przed naszą erą. Nie widzę powodu, żeby nagle postanowili to zmienić. Tak samo, jak nie sądzę, by zrobili to wyznawcy Islamu, Amisze czy Hinduiści.

Trzecia potencjalnie możliwa grupa może w prawdzie akceptować naukę, ale też wierzyć, że wszyscy zmodyfikowani ludzie są potworami, które należy zapędzić do obozów i zniszczyć. Sytuacja ta różni się diametralnie od Czystości. Cywilizacje, które wybrały drogę tej ostatniej chcą żyć, tak jak ich przodkowie, ale najpewniej zaakceptują sztuczne zapłodnienie jako metodę leczenia bezpłodności, modyfikacje genetyczne jako sposób eradykacji raka lub chorób genetycznych, użycie implantów jako protez, acz odstręczać ich będzie zapewne myśl, by przebudować genom człowieka tak, by celem dostosowania się do obcej planety zatracił zdolność życia w warunkach ziemskich… Natomiast Fundamentaliści uważać będą zapewne, że wszystkich tych ludzi należy co najmniej wysłać do więzień.

Ostatnia opcja to ludzie, którzy uznali, że ich ulepszenia są tak fajne, że zarówno nieulepszeni ludzie jak i narody wykorzystujące konkurencyjne rozwiązania muszą po prostu być głupie, jeśli jeszcze nie doceniły ich zalet. I należy się ich pozbyć dla dobra ludzkości.

Technoguślarze: druga opcja, która przychodzi mi do głowy, to wyznawcy technoguseł. Technogusła to nazwa jaką czasem stosuje na różnego rodzaju zabobonne przeświadczenia związane z nauką oraz na praktyki, które, mimo że wyglądają atrakcyjnie nie przynoszą za sobą realnych, a przynajmniej: porównywalnych do zaangażowanych środków zysków.

Przykładem technoguseł może być wykorzystanie ogromnych maszyn kroczących jako głównego środka bojowego, miecze świetlne czy klonowanie dawno zmarłych liderów, w nadziei, że ich kopie okażą się równie skuteczne.

Voidborn / Pasiarze: pierwsze określenie pochodzi z uniwersum Warhammera 40.000, drugie z Expanse. Obydwie grupy są ludźmi wychowanymi poza powierzchnią planet, żyjącymi w stacjach kosmicznych, na asteroidach, pokładach pokoleniowych statków kosmicznych i arkologii.

Życie w tego typu środowisku znacząco różni się od życia na powierzchni planet, nawet najbardziej nieprzyjaznych, choćby z tego powodu, że nie ma potrzeby przystosowywać się do środowiska, albowiem zwyczajnie tego środowiska nie ma. Istnieją za to inne problemy: całkowity brak ciążenia, promieniowanie kosmiczne, chłód w zewnętrznych regionach układu, gorąc w regionach bliskich słońca, a do tego absolutny brak jakichkolwiek zasobów (żyjemy dosłownie w pustce przecież), brak przestrzeni, prawdopodobnie zupełny brak prywatności i konieczność dzielenia się wszystkim (nawet przestrzenią) z innymi z jednej strony, a z drugiej poczucie izolacji, bowiem od innych społeczności mogą dzielić nas nawet lata świetlne, prawdopodobnie konieczność poddania się bardzo surowemu reżimowi wymogów bezpieczeństwa i wykształcenia u siebie nawet większego poczucia odpowiedzialności za wspólnotę, niż na planetach (bo, w razie wypadku, np. zaprószenia ognia nie będzie nawet gdzie uciekać). Do tego dochodzi poważne niebezpieczeństwo wypadków…

Tym, co różni Pasiarzy od mieszkańców planet jest konieczność przyjęcia naprawdę spartańskich warunków życia. Nie dziwiłbym się, gdyby niektóre z tego typu grup np. zabijały lub co najmniej wypędzały nadmiarowych członków społeczności lub osoby nieproduktywne, albo wprowadziły limit potomstwa, jak swego czasu Chińczycy. Z drugiej strony: zdolność do podtrzymania odpowiedniej ilości istnień mogłaby być u nich kwestią prestiżu. Tak więc bogacze, którzy mogliby pozwolić sobie na wykup dodatkowych koncesji na potomstwo mogliby prześcigać się w jego ilości: tak naturalnego jak i adopcyjnego. Nie zdziwiłoby mnie to, gdyby typowa rodzina w takim społeczeństwie wyglądała 2+17 dla klas wyższych, 2+2 dla średnich i 2 + świnka morska dla niższych. Bo posiadanie świnki morskiej też zapewne byłoby objawem luksusu.

Fakt, że ze stacji kosmicznej dużo łatwiej wyruszyć w przestrzeń (na Ziemi do oderwania się od planety potrzeba dużej rakiety, na Plutonie wystarczyłoby podskoczyć, by znaleźć się na orbicie) najpewniej uczyniłby taki lud naturalnymi piratami, pilotami, oficerami floty i zdobywcami kosmosu, nawet pomimo tego, że ich statki mogłyby być mniej wyrafinowane od statków pozostałych grup.

(Pod)wodniacy: kolejna, potencjalnie możliwa grupa to mieszkańcy głębin. Mówię tu zarówno o zdobywcach ziemskich oceanów, planet oceanicznych i lodowo-oceanicznych (są to planety podobne do księżyca Europa: powierzchnię stanowi lód, pod nim jest ocean) i gazowych gigantów.

Kolonizacja głębin wiąże się z zupełnie innymi wyzwaniami niż zdobywanie lądów czy nawet kosmicznej pustki. Trzeba poradzić sobie z brakiem miejsca i wymogiem spartańskiej dyscypliny, jak w pustce, ale zasoby, ciążenie, woda i powietrze nie są problemem. Ten stanowią natomiast: potworne ciśnienie (zanurzenie o jeden metr w ziemskich warunkach powoduje taką samą różnicę ciśnień, jaka panuje między powierzchnią Ziemi, a próżnią kosmiczną), ciemność i temperatura.

Co więcej istnieją poważne różnice warunków między szelfem i płyciznami, gdzie pełno jest życia, światła i ciśnienie jest małe, a prawdziwą głębią oceaniczną, gdzie jest ciemno, zimno, a masy wody nas miażdżą, a życia praktycznie nie ma. Na tym pierwszym żyć mogą ludzie w lekkich kapsułach i różne mutanty. W głębi mogliby przetrwać tylko ludzie w bardzo ciężko opancerzonych statkach.

Właściwie to nie widzę przeszkód, by tego typu lud był jakiegoś rodzaju odizolowaną, ale obecną na większości światów, neutralną diasporą. Ich, w głębinach móż trudno dorwać, bo potrzebna jest do tego dostępu do ICH technologii (albo opracowanie bardzo kosztownej, własnej). Oni sami natomiast nie podróżują w kosmosie, bowiem jak? Z dna morskiego trudno odpalić rakietę (choć można to zrobić z oddalonej wyspy, dedykowanego miasta-lotniskowca lub zbudowanej na płyciźnie platformy startowej).

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, RPG i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Rasy dla science fiction:

  1. Grisznak pisze:

    Nie bardzo widzę sens budowania cywilizacji sticte podwodnej, chyba, że jako start. Taka cywilizacja prędzej czy później wylazłaby na powierzchnię, a gdyby takiej nie było, to by ją sobie sama stworzyła, choćby własnie przez platformy, sztuczne wyspy czy lotniskowce. Chyba, że byłaby to cywilizacja ludzi szukających schronienia i izolacji, jacyś religijni odszczepieńcy czy inni fundamentaliści, nie akceptowani powszechnie z powodu dziwnych przekonań lub też grupa prześladowana, szukająca ukrycia przed prześladowcami (jacyć zbiegli niewolnicy itd).

  2. Nuriel pisze:

    „Czyli uniwersa, gdzie ludzkość stoi na pierwszym planie, a głównym zagadnieniem jest ludzka natura, a nie problemy kosmitów, którzy różnią się od nas jedynie kształtem nosa. Jednym z głównych problemów są sami kosmici. W science fiction, zwłaszcza popkulturowym często przedstawiani są jak ludzie z nieco odmienną anatomią, przez co nierzadko wypadają mało autentycznie. Dlaczego bowiem obcy wyglądają jak ludzie, skoro ich ewolucja powinna przebiegać w zupełnie innych warunkach? Dlaczego są w stanie żyć w ziemskim środowisku, z naszymi zarazkami, naszym spektrum temperatur i ciśnienia? Dlaczego posługują się mową opartą o artykułowanych dźwiękach (a nie np. zmianie koloru ciała, jak ośmiornice?) w słyszalnym dla człowieka zakresie?”

    Bo te uniwersa to zazwyczaj space opery które de facto są właśnie fantasy w kosmosie.

    Science fiction science fiction nie równe:

    http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/MohsScaleOfScienceFictionHardness

  3. Petro pisze:

    Zdaje mi się, że ziemskie ciążenie odpowiada mniej więcej 10 metrom słupa wody a nie 1 (trzeci akapit od kończ).

  4. slanngada pisze:

    Wiesz, tylko problem polega na tym, że Klingoni czy Cardasianie są bardziej realistyczni niż zergowie czy protosi. Pośrednio sam to udawadniałeś w artkule „ludzkie supermoce” i paru innych.

  5. Oberon pisze:

    Ciekawostka: w chyba najmniej znanej i docenianej serii star treka: enterprise pojawiły się nico inne rasy obcych xindi, między innymi wodni (postacie podobne do waleni, w czasie rozmów z innymi rasami pływający w hmm „dużych akwariach” 🙂 – ich statki to też były w sumie duże akwaria), hindi owady i gady.

  6. Lurker pisze:

    Mnie ostatnimi laty szczególnie kręcą obcy, którzy są tak „naprawdę obcy”.
    Wszak nie tylko humanoidy, ale również wszelkie robale, ośmiornicopodobne, reptiloidzi, czy inni cudakoidzi – są bardzo „ziemscy”. Bo albo to ludziopodobne ludki, albo zwierzopodobne ludki. Zbyt ziemsko wyglądające. I oczywiście tak, jak wymieniasz – komunikujące się dźwiękami nawet jeśli niesłyszalnymi dla ludzi na przykład, to i tak w naszym spektrum skali. I widzą podobnie, i w ogóle wszelkie zmysły mają przynajmniej będące odpowiednikami naszych, itd., itp.

    Przykłady przez ciebie podane oczywiście również są inspirujące, bo podchodzą do sprawy z innej strony – brak obcych (bo już coraz częściej naukowcy mówią – „obcy” mogą być tak bardzo obcy, że nawet ich „nie zauważymy”) – tylko różne rodzaje ludzi, przez swoje doktryny rozwojowe ewoluujących w odmienny sposób – przez co stających się wobec siebie „obcymi”.
    Tak, jak mówię – ta wizja również jest inspirująca.

    Ja jednak chciałbym tutaj podać przykład, na jaki natknąłem się jakieś dwa i pół roku temu – który przedstawił nam obcych tak bardzo „obcych”, jak jaszcze nigdy wcześniej się nie spotkałem. I powiem szczerze – wizja ta mnie zafascynowała.
    Powieść – początkującego ponoć, co mówiąc szczerze miejscami widać, ale to nieistotne – czeskiego pisarza:
    Najemnicy (tytuł oryginału: Žoldnéři) – Tomáš Bartoš.
    Nie wiem ostatecznie, jak ją zakwalifikować – bo dzisiaj po zastanowieniu myślę, że chyba powinna podchodzić pod space operę (no bo to w końcu najemnicy walczący z obcymi na Plutonie) – ja jednak, zaraz po jej przeczytaniu, uznałem ją za hard sf – przynajmniej miejscami, kiedy wchodziły rozkminy naukowe – z terminami z fizyki, których wyjaśnienie musiałem sobie doczytywać na wikipedii – i po prostu przyjmować do wiadomości, bo wciąż nie do końca rozumiałem.
    Początek – najemnicy lądują na Plutonie, by przejąć bazę wrogiej korporacji.
    Zimno, ciemno, pusto, samotnie – jak w najlepszych horrorach sf, dziejących się w pustej przestrzeni. Nie wylądowali przecież pod nosem tamtych, tylko gdzieś dalej, więc muszą dotrzeć najpierw na miejsce. Po drodze odnosi się wrażenie, że coś się tam czai, że coś jest nie tak (nie bohaterowie – dla nich to normalne, ale ty jako czytelnik dostajesz takie sygnały). W jednej z baz po drodze… ale to spoiler – w każdym razie: jest klimacik – jak mówię: jak w najlepszych horrorach sf w pustej przestrzeni. Miejscami klimacik, jak w np. Event Horizonie – porównanie oczywiście pewnie na wyrost, ale chciałem jakoś to zobrazować.
    Obcy – kiedy już dochodzi do walki z nimi – nie widzisz ich, nie wykrywasz na żadnych czujnikach (podczerwień, ciepło, fale radiowe, cokolwiek ludzkość wymyśliła). A potwierdzić ich obecność możesz jedynie na podstawie leciutkich zawirowań pola grawitacyjnego (nie pamiętam co to dokładnie było) – po prostu – no masy swojej nie ukryją, ot co – jedyny rejestrowalny dowód obecności „czegoś”. Jedyne, co wiesz na pewno, to to, że strzelają, obrywacie, a kiedy ich traficie, to również coś po nich faktycznie pozostaje, ale to i tak prawie nic ci nie daje.
    I to było autentycznie najlepsze w tej powieści (no i jeszcze oczywiście klimacik) – przez blisko połowę powieści nie wiecie z czym walczycie. Właściwie – później również wiecie niewiele więcej – tyle tylko, że faktycznie to obcy (bo przez ponad połowę książki można mieć co do tego wątpliwości – cały czas przewija się wątek eksperymentalnej sztucznej inteligencji, której forma naszym również nie jest znana) i z czasem – jak ich lepiej wykrywać i zabijać. Rozkminianie tego wszystkiego razem z bohaterami i próba zrozumienia, z czym ma się do czynienia – zajmujące właściwie całą powieść do samego końca – było po prostu tak odświeżające po tych wszystkich humanoidach, czy innych tak oczywistych robakach.
    I powiem jeszcze raz – ci obcy są naprawdę OBCY – a nie, że po prostu mają inną anatomię, czy czymś innym oddychają, albo inaczej widzą, czy się porozumiewają. Albo nawet, że są z innych pierwiastków – że zamiast z węgla, to z krzemu, litu, czy innego fluoru – nie, nie, to nic w porównaniu do pomysłu autora (gdzieś przeczytałem, że podobno fizyka, a napisał powieść hobbystycznie, co by wiele w sumie tłumaczyło, ale nie jestem tego pewien).

    Gdyby ktoś się zainteresował – uczciwie uprzedzam – końcówkę to spieprzył.
    Kompletnie – bym powiedział wręcz – infantylna.
    Ponadto – faktycznie w wielu miejscach widać, że w literaturze to debiutant. Wykorzystuje swoje przewagi jako naukowiec, fizyk, ale jego styl nie ustrzegł się „dziwnostek”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s