Post-Tolkienowskie wzorce: dobre czy złe?

Dziś pora na ostatni wpis inspirowany dyskusją o Wiedźminie 3. Zajmiemy się tak zwanymi tolkienowskimi wzorcami i ich powielaniem oraz obecnością w dziełach kultury. A dokładniej tym, czy warto takowe w owych umieszczać oraz czym autor ryzykuje powielając je.

Jako „Tolkienowskie wzorce” rozumiem częściowo przez Tolkiena stworzony, a częściowo mu przypisywany schemat uważany za nieodłączny składnik „typowego fantasy”. Czyli ten zestaw podstawowych ras: człowiek, ork, elf, krasnolud, niziołek, gnom oraz klas w rodzaju wojownik, paladyn, kapłan, barbarzyńca, złodziej…

Znaczna część z tych elementów nie jest dziełem Tolkiena, a naleciałością pochodzącą z późniejszych produkcji, głównie z Dungeons and Dragons, potem rozpowszechnioną przez takie tytuły jak Eye of the Beholder, Baldur’s Gate czy World of Warcraft.

Wykorzystanie tych wzorców ma kilka zalet, ale też i wady. Do tych pierwszych należy:

Rozpoznawalność:

Po pierwsze: motywy te są łatwe do zrozumienia dla większości miłośników fantastyki. Tolkien, jest jednym z najbardziej wpływowych pisarzy wszechczasów, liczbę sprzedanych przez niego książek szacuje się na 300-350 milionów. Powoduje to, że pod względem rozpoznawalności konkurować on może z takimi tuzami, jak Mahomet czy czterej ewangeliści. Tak więc zaczerpnięte od niego tematy i motywy są czytelne dla każdego, kto ma choć trochę wspólnego z współczesną kulturą popularną.

Tego nie można tego powiedzieć o każdym zagadnieniu. Przykładowo gdybym zajął się pisaniem o dobrze koniec końców znanej kulturze wikingów i w swym dziele umieścił takie postacie jak godi, seidr, ulfvandir czy vitki, to podejrzewam, że mało kto byłby w stanie zorientować się na pierwszy rzut oka, czym one się zajmują.

Ludzie je lubią:

Drugą zaletą tolkienowskich wzorców jest to, że wiele osób je lubi. Elfy czy krasnoludy mają swoich fanów, podobnie jak Aragorn czy Legolas, choć faktycznie obecnie są oni mniej widoczni w głównym nurcie fandomu. Powiedziałbym wręcz, że w tej chwili istnieje pewna moda na nielubienie Tolkiena, ale czuję coś, że powoli ona słabnie. Można przypuszczać, że spowodowane jest to słabnącym oddziaływaniem filmów i związane jest z typowym zachowaniem hype: kilka lat temu stoczyliśmy się ze Zbocza Nabrzmiałych Oczekiwań i obecnie powoli wydostajemy się ze Szczeliny Rozczarowania.

Nie da się też ukryć, że te 300 milionów książek nie zostało kupionych po to, żeby usypać z nich stosy i spalić. Jest więc to tort, z którego można jeszcze całkiem sporo odkroić.

Dekonstrukcja:

Łatwa rozpoznawalność zawartych w fantasy kodów kultury sprawiać może, że te staną się dobrym narzędziem do dekonstrukcji, zabawy konwencją i reinterpretacji. Przykładowo paladyni zwykle uważani są za praworządnie dobrych, ale łatwo ich sobie też wyobrazić jako krwiożerczych wojowników, pod płaszczykiem ideałów skrywających czarne serca, zachowujących się jak nasi, swojscy, stereotypowi Krzyżacy. Byłoby to coś nowego, a być może nawet świeżego. Takich możliwości jest całkiem sporo i myślę, że dałoby się na tej podstawie zbudować niezłą fabułę, na nowo reinterpretując stare wzorce, lub na powrót wydobywając nośne, choć już trochę zapomniane (jak np. Moorcocowska koncepcja trójkąta Prawo-Chaos-Balans) koncepcje.

Niestety takie podejście ma też i wady.

Cokolwiek zrobisz i tak ludzie powiedzą, że przepisujesz Dungeons and Dragons:

Powód będzie prosty: niezależnie jak świeże interpretacje zawrzesz w swym dziele, to spora cześć odbiorców i tak go nie przeczyta, jednak fakt ten ich nie powstrzyma przed wyrażaniem opinii. Statystyka jest niestety nieubłagana: 50 procent zakupionych książek i 80% pobranych plików nigdy nie zostało przeczytanych. Wielu potencjalnych odbiorców poprzestanie na zwykłym przewertowaniu tego dzieła, albo wręcz przeczytaniu blurba, kontem oka zauważy kilka slow kluczowych i na tej podstawie wyrobi sobie opinie, często błędną. Ma to głębsze konsekwencje albowiem:

Fantasy ma swoich hejterów:

Jeśli jesteśmy już przy lubieniu Tolkiena, to niestety nie da się ukryć, że nie jest on pisarzem uniwersalnie kochanym. Podobnie też uniwersalnie kochany nie jest gatunek, w którym on tworzył. Pomijając fakt, że jak już wspominałem jesteśmy w tej chwili w momencie dziejowym, w którym modne jest Tolkiena krytykować, a nawet stał się on w niektórych środowiskach czymś w rodzaju symbolu obciachu, to zauważyć należy, ze Fantasy w ogóle w naszym kraju przez wielu fantastów uważane jest za gatunek drugiej kategorii. Sytuacja taka ciągnie się od bez mała 40 lat i raczej się już nie zmieni. Krytyka ta nie zawsze daje się ująć w kanony rozumu, bowiem jak to powiedzieć o ludziach, którzy z jednej strony jeżdżą po fantasy, jako wtórnym, a z drugiej piszą np. zupełnie odtwórcze space opery?

Są też ludzie autentycznie znudzeni:

Należy zauważyć jeszcze jedno: niektórzy, nawet fani Tolkiena, DeDeków etc. mają tego schematu autentycznie dość. Przykładem mogę być Ja. Wychowałem się na Beholderach, Baldurach i Władcy Pierścieni, ale z jakiejś przyczyny ostatnimi czasy nie mogę wręcz patrzyć na te, najbardziej typowe wzorce. Osobiście jakiś czas temu zaczęło mnie razić, że ludzie, nierzadko autorzy dużych, znanych gier po prostu bezmyślnie przenoszą ten schemat, nie starają się zmienić nawet układu słów kluczowych i nazwać Rangera Zwiadowcą, Barbarzyńcę Berserkiem a Paladyna Templariuszem i lekko zmienić fluff.

Albo gdyby zamiast kilku klas podstawili coś nowego.

Nie wiem czemu, ale zwyczajnie mnie to razi, że gatunek, w którym powinno dać się wymyślić wszystko okazał się tak ograniczony.

Po prostu razi mnie ten zestaw keywordów, którego prawie nikt nie zmienia.

W zasadzie obecnie z podstawowej grupy toleruje tylko Wojownika, Łowcę i Czarodzieja.

Należy też zauważyć, że podobna sytuacja istnieje też na rynku wydawniczym. Osobiście uważam, ze zaczynanie kariery od powieści fantasy (tak jak ja) dla młodego pisarza może nie być dobrym pomysłem. Powód jest prosty; około 90 procent twórczości początkujących pisarzy stanowią pierwsze rozdziały powieści fantasy. Powiedziałbym, ze pozostaje 9 procent to powieści fantasy na rożnym stopniu ukończenia. Wydawnictwa są więc obecnie zapchane książkami w rodzaju „Ja i moja czarodziejka z Diablo”.

Aczkolwiek należy zauważyć, że od momentu, gdy ja próbowałem wydać „Gambit Mocy” minęło już 4 lata i sporo się na rynku zmieniło. Wiele wskazuje na to, że obecnie wydawcy mogą chętniej patrzeć na taką twórczość.

Problem kręgów kulturowych:

Kolejnym problemem jest zasięg kulturowy tych słów kluczowych. Otóż:

  • Paladyn pasuje jedynie do kręgu cywilizacji zachodniej oraz okresu średniowiecza. Ani później, ani wcześniej nie było podobnego zjawiska kulturowego. Umiejscowić go można wyłącznie w średniowiecznej kulturze rycerskiej.

  • Kapłan jest nieco bardziej uniwersalny, ale ponownie uosabia on bardzo zachodnioeuropejskie spojrzenie na religię. W innych kręgach kulturowych często rola kapłana była zupełnie różna, nierzadko niepodobna do tego, jak to wyglądało u nas. Przykładowo u relatywnie bliskich nam przecież kulturowo Normanów czy starożytnych Greków kapłan nie był człowiekiem, który czół boskie powołanie i z tej przyczyny został wybrany do pośredniczenia w kontaktach z wyższymi bytami. Najczęściej był to po prostu najbardziej szanowany członek danej grupy: wódz, kapitan statku, głowa rodziny, która w imieniu swoich kolegów brał się doraźnie za pośrednictwo. Albo we współczesnym Shinto, gdzie kapłani są w zasadzie zaledwie urzędnikami Ministerstwa Kultury, albo w Taoizmie, gdzie kapłan jest zawodowym praktykiem i nauczycielem sztuki życia…

  • Druid i Bard to elementy kultury celtyckiej, lub nieco szerzej zachodnioeuropejskiej. Jako tacy pasują w zasadzie tylko do świata, gdzie owi Celtowie występują lub po prostu niedookreślonego. Ponownie, przeniesienie akcji nieco dalej np. do Wikingów uniemożliwia korzystanie z tych archetypów.

  • Mnich w ogóle do wszystkiego pasuje jak pięść do nosa. Od biedy broni się w settingu chińskim, przy czym, jeśli podchodzimy do niego drobiazgowo, to nawet w nim nie przeżywa konfrontacji z Wikipedią. Stanowi bardzo kiepski przykład bulshit-do.

Problem logiki klas kapłańskich:

Co więcej kopiując te, dobrze znane rozwiązania narażamy się na kopiowanie problemów, na jakie natknęli się ich twórcy. Pierwszym z takich problemów, który będziemy musieli rozstrzygnąć jest logika klas kapłańskich. W ich wypadku będziemy musieli zmierzyć się z następującymi wyzwaniami:

  • Rozstrzygnąć czy kapłani w danym settingu rzucają czary, czy też czynią cuda, odwołując się do pośredniej interwencji swych bóstw. W tym drugim przypadku będziemy musieli zdecydować dlaczego takie potęgi stają na baczność na żądanie zwykłego śmiertelnika, dlaczego nie interweniują osobiście oraz dlaczego dają rozpraszać swoje moce zwykłym czarownikom. Oraz zmierzyć się z problemem balansu…

  • Rozstrzygnąć jak to się dzieje, że często sprzeczne ze sobą systemy wierzeń są równie realne w tym samym systemie odniesienia. Można to zrobić na dwa sposoby: albo decydując się na rodzaj jakiegoś absolutyzmu (i uznać, że prawdziwa jest tylko jedna opcja), co wiąże się ze swego rodzaju fantastycznym rasizmem i brakiem balansu (bo jedni mogą prosić swych bogów o pomoc, a bogowie innych nie istnieją), albo też zdecydować się na jakąś postać relatywizmu i uznać, że słuszne są wszystkie wierzenia, albo wiele z nich, co często prowadzi do sprzeczności, paradoksów i głupawek w rodzaju kapłanów i bogów ateizmu.

  • Wreszcie zmierzyć się z tym, że w takim układzie byle katechetka powinna mieć dostęp do zestawu całkiem potężnych zaklęć, co może poważnie wpływać na wygląd tego świata i nie pasuje do niczego poza konwencją Hig Magic Fantasy i New Weird.

Problemy paladyna i złodzieja:

Kolejnym dziedzictwem po tym zestawie jest niestety starcie z kłopotami wbudowanymi w klasy Paladyna i Złodzieja. Już Dungeons and Dragons dręczą odwieczne kłopoty z tymi klasami, które nie przez przypadek należały do najczęściej usuwanych z settingów i przebudowywanych na przestrzeni lat. Generalnie z klasami tymi wiąże się kilka problemów:

  • Po pierwsze, w odróżnieniu od innych nie mają odpowiedników w kulturze popularnej. Zarówno Złodziej jak i Paladyn są takimi trochę celebrytami gamedewu: występują we wszystkich grach, bo występują we wszystkich grach. Wzięli się trochę znikąd. To znaczy: zarówno jedna jak i druga postać, pod względem koncepcji jak i zestawu mocy zaczerpnięte zostały ze starych, klasycznych utworów fantasy: paladyn pochodzi z powieści Poula Andersona „Trzy serca i trzy lwy”, gdzie obecna jest postać Olgiera Duńczyka, który chodzi, odgania modlitwą potwory, godzi zło i leczy dotykiem, a gdy zgrzeszy nieczystymi myślami o koleżance wypada z boskich łask i traci moce. Druga z cyklu o Lankmark Fritza Leibera. Oba tytuły są klasykami fantasy, ale pochodzą z czasów, kiedy po prostu fantastyki nie było dużo i zwyczajnie trącą myszą. Nie sądzę by ktoś dziś się w nich rozczytywał, bo zwyczajnie są i zawsze były kiepskie.

  • Sam złodziej, w swej oryginalnej inkarnacji był postacią źle zaprojektowaną. Posiadał bardzo przydatne, a może wręcz niezbędne drużynie moce, jednak jednocześnie był zwyczajnie słaby. W efekcie wybierany był z konieczności, a potem stanowił kulę u nogi, którą trzeba było chronić. Grający nim ludzie generalnie mieli niewiele frajdy.

  • W nowej inkarnacji, zwanej jako Łotrzyk jest dużo bardziej grywalny i przydatny, jednak stał się postacią sztuczną, której obecność trudno logicznie uzasadnić w świecie gry.

  • Paladyn jest postacią bardzo wrażliwą na problemy mniejszego zła i zła koniecznego. Przykładowo w sytuacjach, gdy staje on przed dylematem: okłamać przeciwnika, by ratować np. dziecko to ryzykuje utratę swoich mocy, niezależnie którą ze ścieżek wybierze. W szczególności, jeśli gra się u czepliwego Mistrza Gry.

  • Istnienie paladynów służących praworządnie dobrym bogom, w settingach, gdzie występują prócz nich inne bóstwa implikuje pytanie dlaczego inni bogowie (np. chaotycznie źli) nie posiadają własnych sług tego rodzaju? Jeśli ci korzystają z takowych, to dlaczego nie robią tego i pozostałe bóstwa? Grozi to niestety mnożeniem bytów ponad miarę i atakiem 30-40 różnych rodzajów paladyna.

Problem mnożenia bytów ponad miarę:

Wreszcie należy sobie uświadomić, że część klas wchodzących w skład „Tolkienowskiego wzorca”, zwłaszcza tego późnego tak naprawdę jest niepotrzebnych i uzasadnienie mają tylko w dość konkretnym przypadku. Mianowicie podział spellcasterów na Czarodziejów, Warlocków i Zaklinaczy ma uzasadnienie jedynie w Dunegons and Dragons, a cała siła oddziaływania tych klas polega na innym podejściu do klasycznej, vanciańskiej mechaniki rzucania zaklęć.

W innych systemach magii klasy te całkowicie tracą swoją siłę oddziaływania i przez to znaczną część racji bytu. Degenerują się do identycznych czarowników z nieco odmiennymi listami czarów i fluffem.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Pisanina, RPG, tolkien i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

24 odpowiedzi na „Post-Tolkienowskie wzorce: dobre czy złe?

  1. Shockwave pisze:

    Są tylko trzy klasy – Cleric, Fighting-Man i Magic-User. Reszta to dodatki. Nie wiem skąd wziąłeś te tolkienowskie wzorce. Jedynym wzorcem z Tolkiena jest Ranger, ewidentnie bazowany na Aragornie. Ile grałeś w B/X, BECMI lub AD&D, skoro twierdzisz z całą pewnością, że Thief był brany z przymusu i później był kulą u nogi? Kompletnie pomijasz klasę Assasina z AD&D i wiem dlaczego – bo niezbyt pasuje do rozważań. Cleric to nie kapłan (Priest), tylko kleryk – wszyscy później z każdego kapłana robią kleryka, a to nie prawda. Źródłem tej klasy był Abraham van Helsing (i filmy z wytwórni Hammer), który kapłanem na pewno nie był. Paladyni też bywają źli, miałeś rycerzy śmierci z AD&D i upadłych paladynów, którzy służyli złym bogom. „Tolkienowskie wzorce” i D&D to są pojęcia, które się wzajemnie gryzą. W D&D bardzo mało Tolkiena, to ludzie później go na chama powciskali, bo przecież fantasy zaczęło się od Tolkiena, prawda? Tolkien-srolkien, fantasy i pochodnych było od groma przed Tolkienem. Lovecraft i Howard to tylko czubek góry lodowej – na tym opierają się wzorce D&D, nie na Legolasach i Frodach. Dlatego Ci się to gryzie, bo ktoś wziął sobie grę – która wykorzystywała tylko drobne elementy z Tolkiena, ale bazowała na zupełnie innym fantasy, z którym Tolkien niewiele ma wspólnego – i zaczął na nią patrzeć tylko przez pryzmat Hobbita i Władcy Pierścieni.

    • Enc pisze:

      Ja w ogóle nie zrozumiałem czy w tym tekście chodzi o prozę, RPG, filmy czy gry komputerowe. Ponieważ słowo „klasa” pada często domyślam się, że chodzi o D&D, a nie o Tolkiena.

      Swoją drogą, Dedeczki rasy mają tolkienowe, w końcu były tam przecież nawet hobbity. 🙂

      • Schematem Tolkienowskim zwykle nazywa się właśnie ten schemat z DeDeków (a dokładniej z Baldur’s Gate). Tak, bo tak, nie ma sensu się z tym kłócić bo i tak ludzie stosują tą nazwę. W tekście natomiast chodzi o wszystkie dostępne media: niezależnie od fandomu ludzie myślą to samo i posługują się identycznymi argumentami.

      • Enc pisze:

        Podważanie Twojego zdania to nie kłócenie się, tylko nie zgadzanie się z błędną tezą. Schemat tolkienowski, o ile coś takiego może funkcjonować, z pewnością nie opiera się o klady postaci. Juź samo posiłkowanie się paladynem czy druidem wskazuje, że to strzał w kolano. „Tolkienowskie fantasy” to już prędzej elfy, krasnoludy, niziołki i ludzie, orki jako złe istoty, ukazanie walki dobra ze złem. Nie ma tu miejaca dla elementów stricte dedekowych.

      • Nie przypominam sobie, żebym zarzucił ci kłócenie się.

        Natomiast zgodzę się, że nazwa jest głupia i nieadekwatna, jednak co poradzić, skoro – jak mówiłem Shockwave – prawdopodobnie 2/3 osób, które jej używają nigdy nie czytało Tolkiena, więc skąd mają wiedzieć. Widzą jednak, że ten sam schemat jest używany i w Pillarsach i w WoW i w całej masie starszych gier pokroju HoMM, Disciples oraz wielu innych. I jakoś muszą go nazwać.

      • Shockwave pisze:

        @Enc
        Były hobbity, tak samo jak Enty, Nazgule i Balrog. Po interwencji Tolkien Enterprises pojawił się treant, zniknął Balrog i słowo Nazgul spod jednego rysunku, hobbitów przemianowano na niziołków. Niziołek zaś jest – tak samo jak te krasnoludy i elfy – nieokreślony. De facto pokrywa rolę jakiegokolwiek karzełka, może to być gnom (którego rysunek znajduje się obok opisu rasy), albo cokolwiek innego. Elfy wyglądają pokracznie i mają brody (kolejny rysunek), w niczym nie przypominają dostojnych Eldarów ze Śródziemia. W ogóle mieli jakąś fazę na brody, bo nawet goblin z Men & Magic jest brodaty.

        To wszystko tak wygląda, bo klasy, rasy i ich szczegółowy opis pozostają w gestii prowadzącego. Dlatego nie rozumiem poglądu reprezentowanego przez pewne osoby, i powielanego w tym artykule, że do czegoś się mogą nie nadawać – jak późniejszy druid i bard będące inspiracją celtyckimi klimatami. Jak gramy w kampanię kosmicznych wikingów pomykających przez otchłań kosmosu na magicznych drakkarach, to klasa barda nazywa się skald i po problemie. Wojownik może być berserkerem, zaś magik vitkim (choć bardziej pasowałby do clerica).

        Tolkien oczywiście jest obecny w D&D i nigdy nie zgodzę się z opinią, że Gygax i Arneson kompletnie go ignorowali – jak to z fanatycznym szałem twierdzą pewni grognardzi. Jednak pozostawał jednym z mniej istotnych elementów dla całości gry, która wyraźnie jest inspirowana pulpą, sword & sorcery, Conanem i całą niemal przedtolkienowską fantastyką. Zwrot w stronę Tolkiena i jego Legendarium to późniejsza sprawa, wymuszona raczej oddolnie – bo TSR chciał zarabiać, zaś hobbyści byli już pokoleniem gondorskich strażników i rohańskich jeźdźców, nie cymmeryjskich barbarzyńców i hyperboreańskich czarnoksiężników.

        Mnie też mocno utrudniło odbiór tekstu to skakanie między mediami. Poza tym nie za bardzo w ogóle poważam temat, bo ten „schemat tolkienowski” jest wierutną bzdurą i najczęściej pokazuje, że jego użytkownicy w ogóle nie rozumieją Tolkiena i jego przekazu. Jak to ma w zwyczaju większość ludzi posługujących się schematami. Nie jestem jakimś wielkim specjalistą, ale mocno mnie śmieszyły kłótnie o level Gandalfa i jaką skalę wyzwania ma Balrog i Sauron. Tym mocniej, że sam pamiętam czasy, gdy też rozważałem takie bzdury.

      • Enc pisze:

        @Shockwave:

        Druid i bard nie pasują mi jako element „tolkienowskości” D&D. Do tego się odnosiłem, nie do tego co pasuje w Dedekach.

      • Enc pisze:

        @Piotr Muszyński:

        Nie dyskutuję z ludźmi spoza Twojego bloga, tylko z Tobą. Przeczytaj tytuł swojego tekstu, zobacz co napisałeś na samym początku: „Jako „Tolkienowskie wzorce” rozumiem częściowo przez Tolkiena stworzony, a częściowo mu przypisywany schemat uważany za nieodłączny składnik „typowego fantasy”. Czyli ten zestaw podstawowych ras: człowiek, ork, elf, krasnolud, niziołek, gnom oraz klas w rodzaju wojownik, paladyn, kapłan, barbarzyńca, złodziej…”

        Nie spychaj tego na „ludzi”, skoro sam jesteś jedną z osób mieszających D&D ze Śródziemiem.

    • Wiesz co? Z ludzi, którzy mówią o „tolkienowskim fantasy”, albo z angielskiego „tolkienesque” pewnie i tak 2/3 nigdy żadnej książki Tolkiena nie czytało. Z pozostałej jednej trzeciej może co drugi kojarzy Dungeons and Dragons i to współczesne edycje, najczęściej ze słyszenia. Za to grali w World of Warcraft, Baldura (czy dziś raczej Pillars of Eternity) i Diablo, a jedynym pisarzem fantasy, jakiego kojarzą jest właśnie Tolkien (i może Martin). Tak więc nazwali taą nazwą, jaką znali. Efekt jest taki, że ludzie mówią i na Warhammer „Tolkienesque” i na DeDeki i na Warcraft i na masę innych rzeczy. Czasem słusznie, czasem niesłusznie.

      Trochę za głęboko IMHO szukasz.

  2. Grisznak pisze:

    „Druid i Bard to elementy kultury celtyckiej, lub nieco szerzej zachodnioeuropejskiej. Jako tacy pasują w zasadzie tylko do świata, gdzie owi Celtowie występują lub po prostu niedookreślonego. Ponownie, przeniesienie akcji nieco dalej np. do Wikingów uniemożliwia korzystanie z tych archetypów.”
    Nie wiem, jak z druidem, ale skaldowie to w końcu nic innego jak właśnie wikińscy bardowie, nieprawdaż?

    • Tak, ale zauważ jedno: przyjdzie purysta, zobaczy „Bard” i będziesz miał: „AHAHAHA! JAKI BARD! PRZECIEŻ WIKINGOWIE MIELI SKALDÓW! AHAHAHA! HISTORII NIE ZNAJO… JAKIE SPECJALISTY!!!”.

      Przykładowo otaku Legendy Pięciu Kręgów przez całe lata robili sobie jaja z DeDeków, bo w podręczniku pisało „Katana: statystyki mistrzowskiego Miecza Półtoraręcznego”.

      • Shockwave pisze:

        No, ale puryści to zazwyczaj idioci i nie ma sensu lub potrzeby się nimi przejmować. Szczególnie fanatykami jednej gry (i to w wersji radykalnej – jedynie słusznej edycji), bo otaku z Legendy Pięciu Ringów i tak nie zagra w te DeDeczki. Więc niech sobie bredzi co chce ze swoim daimyo i resztą samurajów, podczas zachwycania się jakie kunsztowne haidate ma ten wojownik w błyszczącym kabuto.

        PS
        Ludzie wymagający doktoratu z japonistyki na sesji LPR w ogóle jeszcze gdzieś są?

      • Nie ma. Legenda chyba w ogóle u nas zdechła.

        IMHO nie zawracanie sobie głowy purystami to trochę droga do nikąd. Skoro już ich uznajemy za idiotów, to czemu za idiotów nie uznać młotków, tolkienistów, wodziarzy, odgrywaczy, turlaczy, powergammerów, jesiennogawędziarzy, rudych, brunetów, blondynów, lewaków, prawaków i każdego innego, kto nam nie pasuje. A potem biadać, że kiedyś gry fabularne miały nakłady po dziesięć tysięcy sztuk, a dziś po dwieście sztuk, z czego sprzedać setkę to jest sztuka.

  3. Buszasp pisze:

    Nie tego się spodziewałem po tytule. Generalnie mnie wzorce post-tolkienowskie kojarzą się głównie z dwoma motywami:
    1) ze standardowym zestawem ras fantasy typu: człowiek, elf, krasnolud itd.
    2) z określonymi rozwiązaniami fabularnymi, w których prostaczek okazuje się być wybrańcem i zmuszony jest wyruszyć w drogę, najlepiej w towarzystwie dzielnej drużyny, aby wykazać się odwagą, pokonać zło i opcjonalnie zaliczyć questy poboczne.
    Tak, to można znaleźć w dedekach, baldurach oraz tonie książek, filmów i komiksów, ale Ty w sporej części notki piszesz o klasach w grach rpg. Po prostu dziwię się, jak można klasy wiązać z Tolkienem, zupełny brak związku. Moim zdaniem to nie są wzorce post-Tolkienowskie.

    • O tych rozwiązaniach fabularnych pisałem już tyle razy, że poprostu zapomniałem. Pozatym chyba z 5 lat już nie natrafiłem na medium wykorzystujące ten schemat. Może uważniej dobieram teraz to, czym się zajmuję. A może wyszły z mody.

  4. slanngada pisze:

    Eee kiepski tekst, kompletne pomieszanie z poplątaniem.
    I błędów kilka.
    Zapominasz, że najpopularniejszą z implementacji paladyna są Jedi…
    Akurat teraz jest dosyć mocno protolkienowska moda. Inna rzecz, że w Polsce raczej Tolkiem jest dekonstruktywistyczny, bo Sapkowski raczej mocno odwołuje się do typowo lokalnej środkowoeuropejskiej mentalności.

    • Jedi imho nie mają nic wspólnego z paladynami. Paladyni są bardzo mocno osadzeni w filozofii chrześcijańskiej i opierają się na bojaźni borzej oraz podporządkowaniu się boskim wyrokom. Jedi osadzeni są w filozfii pseudo-orientalnej, opierają się na taoistycznej koncepcji harmonii. Moc paladynów płynie z zewnątrz, od bogów. Jedi z wewnątrz, z przenikającej wszystko energii, która tylko przypadkiem nie nazywa się „Chi”. Paladynem zostaje się wchodząc w boskie łaski. Jedi, mając dużo mocy. Paladyn to tank i support, Jedi: mobilny damage dealer. Moce paladyna skupiają się na leczeniu obrażeń, czarach defensywnych i antyundeckich. Jedi natomiast ma moce zwiększające jego mobilność, wpływające na umysły przeciwników i wyspecjalizowane przeciwko ludzkim przeciwnikom z nowoczesną bronią (wyrywanie blasterów z rąk, odbijanie laserów mieczem).

      • slanngada pisze:

        Tylko przeciętny odbiorca kultury tego nie widzidzi. Dla większości paladyn to dobry rycerz służący dobru i mający trochę czarów.

        A po za tym zależnie od specjalizacji pedeków i talentów do paladyn może być tankiem healerem czy strickerem.

  5. Madmartigan pisze:

    „”Nie wiem czemu, ale zwyczajnie mnie to razi, że gatunek, w którym powinno dać się wymyślić wszystko okazał się tak ograniczony.””

    Gdzieś kiedyś przeczytałem coś ciekawego na temat doboru słów w tekstach piosenek w wersji angielskiej biorąc pod uwagę cały świat.Konkluzja była taka że wszystkie badane piosenki w zestawieniu ograniczały się do około 2000 angielskich słów.Bierzemy pod uwagę oczywiście popularność tych utworów.Myślę sobie że coś podobnego ma miejsce w literaturze fantasy( w innym rodzaju literatury rozrywkowej raczej też).Tym bardziej że Tolkien bardzo mocno zaorał gatunek.Ile może być frakcji Elfów ostatecznie?Tych dobrych i tych dobrych trochę tylko :-).Osobiście nie bardzo wierzę że w fantasy można wymyślić wszystko.Steven Erikson w Malazańskiej Księdze Poległych chyba poszedł w tym kierunku najdalej z tego co czytałem(mówię tu o formie książki którą daje się strawić jakoś).Chwilami saga wybitna,chwilami mocno niezrozumiała ,a chwilami wręcz nie do ogarnięcia poprzez pomysły autora i zapętlenie fabuły,postaci.Zostaje tylko epickość który przeciętny czytelnik nie potrafi ogarnąć(w tym ja)Widać wyraźnie że nadmiar nowych pomysłów bywa zdradliwy niestety i powinien być dawkowany ostrożnie i ze smakiem(Tolkien!).Koniec końca liczy się jeszcze umiejętność pisarza do sprostania zadaniu którego sam się podjął.A podobnych Tolkienowi mistrzów jest nie za wielu w końcu 🙂

    PS.Hmmm.Zastanawiam się czy sam nie poległem pisząc tego posta.A co tam.Jakoś to przeżyję 🙂

  6. Przepraszam za zniknięcie części komentarzy, ale odpowiadał za nie gość, który dostał już tutaj bana. Tak więc: pa pa!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s