O anime i ilości, która nie przechodzi w jakość:

Istnieje kilka tendencji, a raczej prądów myślowo-demagogicznych, które ostatnimi czasy da się zauważyć w świecie miłośników anime, a raczej w dyskursie, jaki ten świat wiedzie. Nie przekładają się one bezpośrednio na producentów, a dotyczą tylko fanów. Zjawiska, a raczej sposoby argumentacji te są dla mnie delikatnie mówiąc: niezrozumiałe i trochę mnie wprawiają w konfuzję.

Pierwszą rzeczą jest to, jak ktoś może z pełnią świadomości wypowiadać takie kwestie, jak:

To jest anime, tego nie można mierzyć skalą dla zachodnich produkcji”

…bo na pierwszy rzut oka widać, że jest gorsze. Jest mniej efektowne wizualnie, ma gorsze scenariusze, gorsze postacie, porusza płytszą tematykę i robi to po łebkach.

Nie rozumiem tej postawy z dwóch powodów (w sumie z trzech, ale o trzecim napiszę w ostatnim punkcie). Po pierwsze: jest to świadome przyznanie się do klęski. To jak otwarcie powiedzieć, że tak, jesteśmy gorsi i lubimy rzeczy, które są złe. Nie odnajdujemy w nich cech, które obiektywnie mogłyby stanowić zaletę i które nas by rozwijały. Jesteśmy świadomi tego, że inni mają lepiej, ale odrzucamy to lepiej…

Szczerze mówiąc nie potrafię zrozumieć tego podejścia. Ja zawsze myślałem o sobie nie jako o fanie anime, tylko miłośniku rzeczy, które są fajne, a przynajmniej: fajne w ramach mojego zrozumienia fajności. Jeśli coś mi się nie podoba, to raczej bym się tym nie zajmował. Nigdy jakoś nie byłem wielbicielem gatunku, choć oczywiście mam takie, które preferuje bardziej niż inne. Jednak nie będę wielbił czegoś, co jest kiepskie, tylko dlatego, że należy do gatunku, któremu postanowiłem lubić.

Po drugie: normalny człowiek nie patrzy na produkt na zasadzie „9/10 w skali dla drugiej ligi”, tylko „4 na 10 w skali ogólnej”, a jeszcze częściej na zasadzie „dobre / złe”. Mając do wyboru dwie rzeczy, z których jedna jest lepsza, a druga gorsza wybierze tą pierwszą.

Problem malejących standardów:

Drugim, powiązanym zjawiskiem, jakie od jakiegoś czasu daje się obserwować i to zarówno w Polsce jak i za granicą, na serwisach typu ANN są malejące standardy. Dziś niestety wystarcza już, żeby postacie nie były całkowicie odstreczające, fabuła miała jeden, niepozorny twist, a akcja jedną, dobrą scenę, a już recenzenci rozpływają się nad tą produkcją, bo jeden szczegół…

I często robią to ludzie, którzy kiedyś potrafili np. doczepić się do takich rzeczy, jak Black Lagoon, Vision of Escaflowne czy filmy studia Ghibli… A dziś chwalą różne barachła o słodkich panienkach robiących słodkie rzeczy.

Jeszcze obawiam się doczekamy się czasów, gdy grafika będzie chwalona za to, że postacie się poruszają, bo przecież mogliby pokazać statyczne plansze.

Nie wiem skąd to się bierze.

Tym bardziej, że wystarczy wziąć twórczość takiego Wince Gilligana, gdzie każdy odcinek pełen jest takich i jeszcze lepszych smaczków. A to zwykła, dość mainstreamowa telewizja.

No, ale anime nie należy porównywać z zachodnimi produkcjami. Pewnie właśnie dlatego.

Zjawisko „oglądania, bo chińskie”:

Trzecią rzeczą jest coś, co obserwuje w zasadzie od dawna. Otóż: są gatunki, których w normalnych okolicznościach dani ludzie by się nie czepili, ale jeśli jest to anime, to oglądają, aż im się uszy trzęsą. Przykładowo bardzo trudno było zmusić szanującego się, męskiego nerda do oglądania romansu lub komedii romantycznej o filmie obyczajowym już nie wspominajac… Ale jak to jest anime, to bardzo chętnie, będzie chwalił. Ba! Będzie nagle tylko takie anime oglądał. On, poważny pan fantasta.

Nagle, jeśli coś jest z Japonii to okazuje się, że nie jest dłużej niemęskie.

Zachodnie produkcje mogą być lepsze, ale anime jest więcej!”

Kolejny argument, który kocham.

Po pierwsze: pokażcie mi tą wezbraną falę produkcji fantasy, science fiction, kryminałów czy nawet normalnych komedii romantycznych. Raz na sezon coś się znajdzie, zwykle jakaś adaptacja książki, z premedytacją przerwana w połowie. Fenomeny w rodzaju Shingeki no Kyojin trafiają się jeszcze rzadziej, a na kolejne sezony czekać trzeba po kilka lat.

Po drugie: a kogo tak naprawdę obchodzą obiektywnie średnie produkcje? Tak naprawdę w rozrywce istnieją dwie kategorie: rzeczy wybijające się i cała reszta. Nikt normalny nie będzie oglądał średniaków, w momencie, gdy ma do wyboru rzeczy świetne.

Po trzecie: a nawet gdyby tych anime było faktycznie dużo, to co z tego? Owszem, może jest to zaleta dla japońskiego hikikomori, który nie ma nic innego do roboty, niż tylko gapić się w ekran. Jednak normalny człowiek nie ma tyle czasu, bo praca, knajpa i szkoła. A jeśli nawet by miał, to zwykle spożytkowałby go inaczej. Bo po co tracić go na jakieś substandardowe barachło, kiedy można cieszyć się czymś, co ma pełen standard? Na ten przykład pijąc piwo?

Nie da się bowiem nie zauważyć, że rozrywki konkurują nie tylko we własnym obrębie, ale też z innymi rozrywkami. Oglądanie tak więc lepiej wypić dobre piwo, obejrzeć dobry serial, przeczytać dobrą książkę, niż tracić czas na średnie anime.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Anime i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

23 odpowiedzi na „O anime i ilości, która nie przechodzi w jakość:

  1. Grisznak pisze:

    Cóż, ja wciąż, mimo upływu lat, nie potrafię znaleźć zachodniej kreskówki, której byłbym w stanie obejrzeć więcej niż 3-6 odcinków. Może źle trafiam, ale zawsze wypada mi coś czysto epizodycznego (Gargoyles), z kloacznym humorem (Family Guy) i bez polotu (Avatar) albo po prostu nie mój fetysz (My Little Pony). Chciałbym dostać jedną z tych serii, którymi zachwycałem się jako małolat (jak G.J. Joe czy Starcom) zrobionych wedle japońskich standardów (czyli z pełną fabułą, pełnokrwistymi bohaterami, rozwojem osobowości i jakimś relacjami między nimi). A w anime jednak tę przynajmniej jedną ciekawszą serię na sezon co najmniej znajduję.

    • DoktorNo pisze:

      Ej, „Avatar” to całkiem dobry serial przygodowy, tylko końcówka zbyt przyspieszona. A „Legenda Korry” to niewypał bo autorzy nie mogli się zdecydować czy ile czasu poświęcić na karierę sportową bohaterki a ile na główny konflikt, plus jazmo kategorii wiekowej.

      • Grisznak pisze:

        No właśnie to ostatnie skutecznie trzyma gros zachodnich kreskówek na poziomie bajek dla dzieciaków. Jedyna seria, którą śledzę to Star Wars, bo to tam tego nie i można zabijać, choć nadal w pozostałych kwestiach wszystko jest purytańskie jako cholera (czyli żadnych romansów, związków, relacji innych niż kumpelskie).

      • DoktorNo pisze:

        Akurat na zakończenie „Legendy Korry” autorzy pojechali po bandzie i zasugerowali ze bohaterką jest lesbijką.

      • Grisznak pisze:

        Ale odwagi tego powiedzieć wprost też nie mieli, stwierdził to dopiero twórca po zakończeniu emisji serii.

  2. Ktoś tu baaaardzo zapomniał że nie da się na jednej skali zmieścić i oceniać kultury wysokiej i kultury masowej. Tak, wśród dzieł kultury masowej czasem pojawia się rodzynek, który ustanowi jakiś trend, czy z racji nieprzeciętnych zalet „przejdzie” z masówki do „kanonu”. Ale takie przypadki można liczyć na palcach jednej ręki… w ostatnim stuleciu, i w skali planety.

    Cała reszta jest i pozostanie kulturą masową z jej wszystkimi zaletami… i wadami, a przede wszystkim pozostanie zwierciadłem „duszy ludu” który nie zawsze chce spójnej czy skomplikowanej fabuły, poprawnych politycznie i zdywersyfikowanych między wszystkie L….plepleple płcie, i potrafi w zaciszu prywatności cieszyć się czymś, co poprawnych politycznie komentatorów przyprawia o apopleksję.

    Wpis śmieszy tym bardziej, że stanowi kolejny głos w dyskusji toczonej z przerwami od 2005 roku, kiedy autor pierwszy raz zadawał dhramatyczne pytanie „Czy anime upada”… i cóż, minęło lat naście, i …co? Kultura masowa pozostaje kulturą masową, jej twórcy – jak wtedy, jak zawsze – tarzają się w pieniądzach jeśli ich produkt trafi w gusta klienta. Niewiele się zmieniło – zbankrutowali ci, co upierali się przy swoich doktrynach, rozparcelowano tych, którzy nie potrafili dostrzec i ekonomicznie spożytkować potencjału nie-japońskich odbiorów… tylko ten czy ów, dalej, jak zepsuty patefon, dalej to samo…

    • Będę brutalnie szczery: to najbardziej nieprzemyślany komentarz w tym roku.

      Po pierwsze: pierwszy blog założyłem w 2009 na Poltergeiście, a nie w 2005. Więc o czym (o kim?) mówisz?

      Po drugie: „Ktoś tu baaaardzo zapomniał że nie da się na jednej skali zmieścić i oceniać kultury wysokiej i kultury masowej. Tak, wśród dzieł kultury masowej czasem pojawia się rodzynek, który ustanowi jakiś trend, czy z racji nieprzeciętnych zalet „przejdzie” z masówki do „kanonu”. Ale takie przypadki można liczyć na palcach jednej ręki… w ostatnim stuleciu, i w skali planety.”

      Strasznie stereotypowy argument, wiesz? Niestety, jak wszystkie stereotypowe argumenty także i ten niczego nie oznacza. Nie porównuje tu nikt anime z kulturą wysoką, tylko z kulturą popularną właśnie. I nie da się ukryć, że Japończycy nie są w stanie obecnie dotrzymać pola konkurencji.

      Po trzecie: merytoryka. Zanim się powie o Japończykach, że ich „twórcy kultury masowej tarzają się w pieniądzach” proponowałbym przeczytać, ile oni faktycznie zarabiają. Otóż: grosze. Animator zarabia przy jednej serii polską najniższą krajową, autorzy mang, nawet popularnych, żeby wyżyć muszą harować 16 godzin na dobę. Tak więc nie jest to złoty biznes.

      Po czwarte: „Niewiele się zmieniło – zbankrutowali ci, co upierali się przy swoich doktrynach, rozparcelowano tych, którzy nie potrafili dostrzec i ekonomicznie spożytkować potencjału nie-japońskich odbiorów… tylko ten czy ów, dalej, jak zepsuty patefon, dalej to samo…”

      Jest dokładnie na odwrót niż mówisz. Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami anime jest tworzone nawet nie tyle tyle na rynek japoński, co dla 1) japońskich dzieci 2) dla Otaku. Nawet normalny Japończyk tego nie ogląda. Większość zysku pochodzi natomiast z tego co 1) wyłożą sponsorzy, bowiem znaczna część anime to po prostu reklamówki mang i LN 2) z reklam w trakcie emisji serii 3) ze sprzedaży DVD po zakończeniu emisji. Zyski z dystrybucji zagranicznej to natomiast, poza kilkoma fenominami kropla w morzu potrzeb.

      To ostatnie dzieje sie dlatego, że Japończycy sami nie za bardzo są zainteresowani dystrybucją zagraniczną. A dzieje się tak dlatego, że płyty DVD są w Japonii bardzo drogie, tak drogie, że klienci w USA lub UE nie są skłonni tyle płacić. Gdyby natomiast je obniżyć, to otaku z Japonii dużo bardziej opłacałoby się sprowadzić anime z USA, więc firma by zbankrutowała.

      • No, tego typu słowa z ust tak spokojnego mistrza merytoryki jak Ty to prawdziwy przytyk. Naprawdę mnie zabolało.

        Twoim pierwszym problemem jest to, że twoje komcie w zasadzie są puste. Prócz taniej erystyki nic w nich nie ma.

        Drugim otwarta agresja wobec wszystkiego i wszystkich.

        Wychodzi na to, że jak na faceta, który próbuje być sumieniem świata jesteś strasznym hipokrytą.

      • A jeśli chodzi o konkrety. Zarobki animatorów w Japonii masz tutaj:
        http://www.animenewsnetwork.com/news/2015-05-15/study-animators-earned-usd28000-on-average-in-japan-in-2013/.87762
        Weź pod uwagę, że średnio jedna osoba jest jednocześnie zatrudniona przy 4 seriach. 9392 x 3,66 /12 / 4 = 716 złotych. Nie za dużo.

        Na tym samym serwisie znajdziesz z użyciem google informacje o tym ile Kubo Kite pracował przy Bleach i jakie za to pieniądze dostawał. Daje to pewne światło na to ile typowy mangaka zarabia (bo Kite to koniec końców gwiazda).

        Tu masz natomiast poziiomy tygodniowej sprzedaży Top 29 z marca 2017 wydań na DVD:
        http://www.someanithing.com/7687
        Jak widać bestsellery empika to to nie są. W szczególności rażą te wyniki typu 200 egzemplarzy w pierwszym tygodniu po premierze. Przecież nawet dziecko wie, że właśnie wtedy sprzedaje się najwięcej sztuk.

        Jeśli natomiast zechciałbyś wejść na japoński Amazon, to widziałbyś, że średnia cena za DVD z 4 odcinkami (około 1 godzina filmu) anime waha się między 100 a 200 złotymi. Dal porównania wydania kompletnych sezonów seriali (około 12 godzin filmu) chodzą po równowartość 40-110 złotych.

        Widzisz różnicę?

  3. Żorż pisze:

    Zaklinanie rzeczywistości: PART 2

    To będzie już stała seria tego blogu? Bo nie wiem, czy mam się nastawić na więcej, czy to tylko tak w ramach sezonu ogórkowego.

  4. DoktorNo pisze:

    Dwie rzeczy:

    @JakośćAnime

    Chciałbym zauważyć, że klasycy gatunku byli najpierw reżyserami, artystami i scenarzystami a w dalszym ciągu dopiero reżyserami, artystami i scenarzystami anime. Np. Katsuhiro Otomo („Akira”) interesował się filmem, bardzo podziwiał min. Stanleya Kubricka i nurt Nowego Hollywood i pisał scenariusze do filmów fabularnych, a pierwsze jego mangi oscylowały miedzy realizmem a czarną komedią i eksperymentem.

    A pamiętacie fejka „Anime was a mistake” Miyazakiego? Trolle puściły tą fałszywkę nadinterpretując jego uwagi nt. kondycji anime, które w/g niego cierpi z powodu tego że artyści zamiast obserwować rzeczywistość to wytwarzają chłam dla otaku. http://en.rocketnews24.com/2014/01/30/ghiblis-hayao-miyazaki-says-the-anime-industrys-problem-is-that-its-full-of-anime-fans/

    @ZachodniaAnimacja

    Wielkim słoniem w pokoju jest fakt że na Zachodzie animacja jest albo czymś dla dzieci albo „politycznie niepoprawną” komediową rozrywką dla dorosłych (patrz: „South Park”, „Family Guy” i w mniejszym stopniu „Simpsonowie”, którzy już dawno powinni być wygaszeni).

  5. Lurker pisze:

    1. Problem z rynkiem anime.
    Rzecz polega na tym, co już zresztą niejednokrotnie Zegarmistrz podejmował w swoich wpisach, że rynek anime trapi ciągnący się od dawna, narastający kryzys. Spowodowany również w dużej mierze właśnie przez kryzys gospodarczy, w którym akurat sama Japonia tkwi permanentnie od lat dziewięćdziesiątych.

    Na czym to polega?
    Otóż – wiadomo powszechnie, że jeśli chcesz stworzyć coś ambitniejszego, to siłą rzeczy trafi to do mniejszego grona odbiorców. Mniej zarobisz. Ciężej ci to promować. A i pewniej więcej kosztowała cię cała produkcja. Nie dotyczy to zresztą tylko anime. Dotyczy to wszelkich tworów, niezależnie od medium, na które miały by być skierowane.
    Złote lata anime były czasami, kiedy właśnie można było coś takiego tworzyć. Był na to popyt, twórcy mieli ambicje, by mierzyć się z nowymi tematami, anime starało się być dojrzałe. Wtedy właśnie rodziły się kultowe dzisiaj, legendarne dzieła kategorii anime.
    No ale potem przyszedł kryzys, który z czasem zaczął być coraz bardziej zauważalny na rynku anime. Najbardziej ambitni stali się de facto niszowi. Studia poupadały. Inne zostały wykupione. Inne przetrwały, gdyż przystosowały się do nowych realiów rynku.

    Jakie to realia?
    Takie same, jak wszędzie. Spójrz na block-bustery tak zwane. Im durniejszy, tym więcej zarobi.
    Muszę tu zaznaczyć – daleki jestem od kontestowania kultury popularnej, masowej, tak zwanej „niskiej” – nie jestem jakimś zblazowanym filmoznawcą, który oczekuje nie wiadomo czego, a za szczyt kinematografii uważa film, który będzie tak zagmatwany, „prze-artystowany”, że nie wiadomo, o co w ogóle w nim chodzi.
    Absolutnie nie. Daleko mi do takich. Moje oczekiwania to również kawał porządnej rozrywki. Tylko no właśnie – porządnej…
    Chcę więc jedynie stwierdzić powszechnie znany fakt – im niższych lotów dane dzieło – tym większe szanse na sukces na rynku. Bądź czasem wręcz – na w ogóle zarobienie na siebie.
    Tak też anime również dopadła ta przypadłość. Obniżyły loty. Jednakże – na początku nie doszło do jakiejś katastrofy. Wiele produktów wciąż miało w sobie pewne ambicje. Wciąż mogły satysfakcjonować dawnych fanów. Pod pewnymi względami. Wciąż miały w sobie tego samego ducha. Tylko może były trochę naiwniejsze miejscami, może troszkę… dziecinniejsze…
    Tymczasem dawni fani… co cóż… wręcz odwrotnie…
    Wiesz. Ludzie się starzeją. A nie na odwrót.
    Natomiast ludzie przyzwyczajeni do pewnego poziomu, którzy często gęsto swego czasu odkryli anime jako pewne „objawienie” – no przynajmniej niektórzy z nich, ale z czasem coraz więcej – odpuścili sobie.

    I tak powstało pewne kółeczko…
    Kiedy odeszli ambitniejsi fani, średnia wieku spadła. Poziom dostosowano. Odeszli kolejni, młodsi od poprzednich, którzy w tym momencie jednakże byli tymi „najstarszymi”. Znów średnia wieku, a i wymagań obniżała się… i tak powstał błędny krąg…

    Kto pozostał?
    Mówiąc dosyć oględnie – tak zwani Hikikomori. Ludzie, którzy – co opisywał zegarmistrz – chcą nieskomplikowanych pierdół w wykonaniu upośledzonych(bo koniecznie głupszych, niż oni sami) dziewczynek. Wzór męskiego bohatera to gamoniowaty chłopaczek, który co rusz się potyka – o jakieś najpewniej niewidzialne sznurówki – i wpada dokładnie w majtki koleżanek. Po czym one się drą jak głupie. Bo to takie słodkie – w mniemaniu tej widowni, która temu rynkowi pozostała.
    Oczywiście – oni również od czasu do czasu chcieliby czegoś „innego”. Byle nie do przesady. Stąd można odnieść powierzchowne wrażenie, że wciąż produkuje się i inne gatunki anime. Ale do czego one się sprowadzają? …

    2. Cała dyskusja tak na dobre zaczęła się od kompletnie oderwanego od realiów zdania niejakiego Jana I. Cognito.

    „Ktoś tu baaaardzo zapomniał że nie da się na jednej skali zmieścić i oceniać kultury wysokiej i kultury masowej”
    Przecież Zegarmistrz i w tym wpisie, i w wielu poprzednich, zawsze odnosi się właśnie li jedynie do kultury masowej. O tworach rozrywkowych. Pisał zresztą już kiedyś na czym rzecz polega – o tym, gdzie były anime dwadzieścia lat temu, a gdzie seriale amerykańskie. I co się stało z anime, podczas gdy na zachodzie zrodził się tzw. „serial nowej generacji”. Który przecież nie jest od razu kulturą wysoką. To są seriale tworzone przez stacje(kablówki, itp.) KOMERCYJNE. Ich celem jest zarobienie jak najwięcej pieniędzy dla swoich stacji! To wciąż ROZRYWKA. Tylko no właśnie – rozrywka wysokich lotów. Nie czyni ich to jednak zaraz kulturą wysoką.
    Co – tak swoją drogą – dowodzi, iż współczesny widz tego właśnie oczekuje. Rozrywki – wciąż rozrywki – ale coraz wyższych lotów!
    Kiedyś anime to dawało. Ono przecierało szlaki. Ale później uznało – że wobec kryzysu – jednak będzie tworem dla dzieci. (Albo raczej – dawno dorosłych – mentalnych dzieci)
    I generalnie właśnie o to my – dawni, około-trzydziestoletni dawni fani anime – mamy żal.

    To aż musiałem zacytować w całości.
    „Cała reszta jest i pozostanie kulturą masową z jej wszystkimi zaletami… i wadami, a przede wszystkim pozostanie zwierciadłem „duszy ludu” który nie zawsze chce spójnej czy skomplikowanej fabuły, poprawnych politycznie i zdywersyfikowanych między wszystkie L….plepleple płcie, i potrafi w zaciszu prywatności cieszyć się czymś, co poprawnych politycznie komentatorów przyprawia o apopleksję”
    Co to jest według autora poprawność polityczna? W jaki sposób niby anime są rzekomo „po prostu” niepoprawne politycznie?
    To, że coś jest durne, nie jest od razu synonimem „niepoprawności politycznej”.
    Poprawność polityczna tak swoją drogą może przybierać różne oblicza w zależności od kultury. Dla innych kultur wszak co innego może być mocno „rażące” swoją „niepoprawnością”.
    I szczerze mówiąc – w kontekście Japonii akurat – wydaje mi się, że anime jest raczej bardzo „poprawne”.

    „Kultura masowa pozostaje kulturą masową, jej twórcy – jak wtedy, jak zawsze – tarzają się w pieniądzach jeśli ich produkt trafi w gusta klienta. Niewiele się zmieniło – zbankrutowali ci, co upierali się przy swoich doktrynach, rozparcelowano tych, którzy nie potrafili dostrzec i ekonomicznie spożytkować potencjału nie-japońskich odbiorów”

    a)ekonomicznie spożytkować potencjał nie-japońskich odbiorów – LOL
    Co już pisałem wyżej, i co pisał Zegarmistrz nie raz, i co jest generalnie dosyć znanym faktem – Japończycy produkują li talko i wyłącznie na własny rynek. Co przecież widać gołym okiem.
    Dlaczego – też pisał dokładniej, ale to faktycznie kiedyś. Ostatnio pisze chyba tylko po to, by coś napisać i za bardzo się nie przykłada. Co faktycznie może stwarzać u co poniektórych mylne wrażenie na temat jego wiedzy w tym temacie. Poszukajcie, poczytajcie starsze teksty – wiele się dowiecie o anime. Bo ostatnio faktycznie chyba już mu się za bardzo nie chce.
    W skrócie – w Japonii są tak napompowane ceny anime, że zwyczajnie nie opłaca się firmom startować na innych rynkach. Jak zwykle wszystko obraca się wokół pieniądza. Co pogrąża ten rynek. Ale o tym za chwilę.

    potencjał nie-japońskich odbiorów…
    Tu troszkę może odbiegnę od tematu głównego i podzielę się pewną myślą.
    Otóż – kiedyś pomyślałem sobie, co by to było gdyby np. taki Wiedźmin nie był produkowany z góry z myślą o międzynarodowym rynku…
    Oczywiście – niby ma tam elementy „słowiańskie” – ale po pierwsze – nie są one niezrozumiałe dla innych odbiorców, niż „my”, a po drugie – tylko dodaje mu to jeszcze więcej kolorytu, czyni go bardziej unikalnym, oryginalnym – na tym wszak tak „anglosaskim” rynku fantasy.
    Chodzi mi o coś innego – z racji, iż zapewne argument taki byłby kompletnie wyśmiany – podaruję sobie hipotetyzowanie na temat, jak by wyglądał, gdyby kierowano go tylko na nasz rynek – wiem, jak mały to rynek. Ale wyobraźmy sobie większy rynek – ot, chociażby japoński – na którym wszak Wiesiek przyjął się swoją drogą bardzo bobrze. Ale podkreślam – wyobraźmy sobie tą grę, gdyby była kierowana tylko i wyłącznie na ten rynek – sprofilowana dokładnie pod te konkretne gusta… tylko i wyłącznie…
    Do czego zmierzam – żeby produkt był naprawdę wszechstronny, musi być od razu kierowany na międzynarodowy rynek. Z założeniem, żeby każdego zadowolić. Z założeniem, żeby nie musieć umieszczać dziwactw lubianych tylko na jednym, specyficznym rynku. Z założeniem, żeby nie dostosowywać się pod tylko jeden konkretny gust, dosyć hermetyczny czasem, jak chociażby właśnie w przypadku Japonii… Która to estetyka odrzucałaby na kilometr wszystkich innych…
    Dlatego polskie gry tak dobrze sobie radzą – gdyż z góry są kierowane na międzynarodowy rynek i nie muszą dostosowywać się pod dziwactwa tylko jednej nacji i kultury. Dlatego mogą być tak dobre i uniwersalne.
    Wyobraźmy teraz sobie anime, które jest tworzone z takim właśnie zamysłem – czyli właśnie „ekonomicznie pożytkujące potencjał nie-japońskich odbiorów”.
    Mielibyśmy – obok zachodnich „seriali nowej generacji” – „anime nowej genaracji”.
    No tylko to sobie wyobraźcie! O to nam właśnie chodzi!

    b)Czemu więc anime nie upada? Czemu firmy, skoro produkują taki chłam, mają pieniądze? Czemu, skoro „w dyskusji toczonej z przerwami od 2005 roku” każdy „ten czy ów, dalej, jak zepsuty patefon” zapowiada jego koniec – a ono ciągle trwa?
    Ponieważ wbrew pozorom, i wbrew temu, co sobie tutaj powyżej już wyjaśniliśmy, pieniędzy na tym rynku jest sporo. Owszem – co dobre, to upadło. Ale cała reszta chłamu – te firmy, które się dostosowały – radzą sobie w tych warunkach tak, jak umieją. Miejscami wręcz – całkiem dobrze.
    Mówimy wszak w tym momencie jedynie o aspekcie finansowym. Nie jakościowym, który już omówiliśmy. I jak sprawa się ma z kasą? Jak widać po kondycji rynku – który co roku jest w stanie wypluwać z siebie coraz to nowe twory – nienajgorzej.
    Otóż – ci aspołeczni nerdzikowie, którzy są trzonem odbiorców współczesnego anime, mają kasę. A w każdym razie – prędzej wygrzebią żarcie ze śmietnika, niż odmówią sobie zakupu kolejnej serii o niedorozwiniętym bohaterze i jego jeszcze bardziej upośledzonych lolitkach. Rynek taki – w aspekcie popytowym – ma się świetnie. Wystarczy wypuszczać kolejne serie figurek ulubionych bohaterek, gry randkowe z nimi w roli głównej(bądź na odwrót – to często anime jest wtórne – ma być reklamówką już istniejącej gierki) i przede wszystkim – sex-lalki o ich postaci.
    Produkty około-animowe przynoszą firmom krocie – tak, że często sprzedaż samego anime na płytach jest dodatkiem. Nieistotnym wręcz miejscami. Kto by w takich warunkach martwił się o jego jakość? Liczy się tylko jedno – konkurencja sprowadza się do tego, kto wymyśli „słodszą” kretynkę – na której później oprze się cała machina komercyjna. Do czasu kolejnej, jeszcze lepszej „łamaczki serc”.
    Czyli – rynek ma się świetnie. Ale co to za rynek – dochodowo i nieustannie rotującej… kupy…

    3. Potencjał animacji
    Ktoś mógłby w tym momencie rzec – skoro więc masz „seriale nowej generacji”, to na co ci jeszcze „anime nowej generacji”? Nie stękaj, tylko oglądaj to, skoro ci się podoba. Co za problem?
    Otóż – serial aktorski to jednak – pod pewnymi względami zdecydowanie – inne medium. Wymyśliłem takie oto dla tego określenie, żeby to w skrócie zobrazować – „Papier więcej przyjmie”. (Tak, wiem, że istnieje ono w innym kontekście, ale tutaj też świetnie pasuje).
    Oczywiście – jak wiem, że dzisiaj to na komputerze się maluje, renderuje, i takie tam. Ale mi nie chodzi o kwestie techniczne, tylko symboliczne. Wszak kiedyś anime się rysowało. Na papierze. Stąd to porównanie.

    Mianowicie – wszelkie naprawdę „niewyobrażalne” światy tak naprawdę można – bez narażania się na śmieszność – przedstawić jedynie w formie rysowanej. Gdzie wszystko jest rysowane – a nie aktor wklejony między jedną planszą, a drugą. Między green-screenem, a kolejną makietą. Wszelkie światy naprawdę mocno high-fantasy, wszelkie dziwne stwory, rasy, magiczne efekty, tudzież wszelkie s-f, dystopie, post-apokalipsy, cyberpunki. Co zrobione w CGI w filmie – od razu widać.

    Prosty przykład – słynna Gra o Tron. Smok, żeby był na ekranie przez pół minuty, i to wciąż nie w pełnej okazałości, wymaga mnóstwo pracy ze strony grafików. I ile to kosztuje! Ale nie tylko takie rzeczy – zwykłe mury czasem – gdzie mają fizyczną lokację, tam mają – ale nie wszędzie. Toż to trzeba budować całe konstrukcje – żeby mogły robić za tło. A mury w animowance – no chyba nie ma nic prostszego.
    O tym, jakim problemem jest czasem sama scenografia w filmach(a przede wszystkim serialach) s-f, nawet tych z dużym budżetem, nie wspomnę. (Zresztą kostiumy w aktorskich fantasy to też finansowy hardcore).

    Po prostu niektóre gatunki wciąż, pomimo rozwoju grafiki komputerowej, są stworzone raczej do medium rysowanego, niż aktorskiego. A przez to, że anime samo siebie sprowadziło do kategorii „dla upośledzonych nastolatków” – wiele wspaniałych rzeczy nigdy nie powstanie. Bo anime to przerasta, a w formie aktorskiej uniemożliwiałoby zawieszenie przysłowiowego kołka niewiary.

    4. Spróbuję coś nie coś podsumować – Czego więc oczekuję od anime?
    Ale konkretnie od anime. Nie od rozrywki jako takiej. Ale konkretnie od anime właśnie.
    No przede wszystkim – rozrywki właśnie.
    Ale na porównywalnym poziomie do „seriali nowej generacji”.
    Ale w formie rysowanej. Bo w jakichś odjechanych światach – po to musi być rysowane.
    A więc – zbierając to wszystko do kupy – ESKAPIZMU.

    I stąd bierze się nasz żal i ból dupy.
    Bo opowiastki o kretynach, którzy szukają wciąż sposobu, by przedstawić się jako jeszcze gorszy kretyn – mi tego nie zapewniają.
    A kondycja rynku anime wynika niestety z tego, że niedojrzałym Japończykom, nie mogącym odnaleźć się w społeczeństwie – owszem.
    😦

    P.S.
    Problem Zegarmistrza.
    Rozumiem nerwy blogera, któremu ktoś – za każdym razem i pod każdym wpisem – na dzień dobry wyskakuje z tekstem: „Od kogoś, kto żyje z pisania i obróbki tekstu, naprawdę spodziewałbym się więcej”. I – przynajmniej póki go nie ruszyć – nie pisze nic więcej. Tylko recenzuje – „słaby jesteś bloger i w ogóle piszesz bez researchu, a tak w ogóle to bredzisz trzy po trzy”.
    Na miejscu Zegarmistrza również bym się „zirytował”. No każdy bloger, który próbuje budować jakąś reputację i jakiś wizerunek kompetentnego znawcy danego tematu(czy wręcz ma już taki wizerunek – u niektórych przynajmniej – wyrobiony) normalnie by się wkurzył, gdyby mu ciągle taki troll wyskakiwał z pudełka i dawał kuksańca.
    Wiem również, że już w szczególności by mnie wkurwiał taki troll, gdybym doskonale zdawał sobie sprawę… że ma rację…
    I że przez jego upierdliwość fakt ten staje się aż nazbyt widoczny…

    Kiedyś zegarmistrz pisał lepiej. A na pewno na temat anime. Ostatnio nie miałem nastroju, ni ochoty, żeby się rozpisywać – bo jak widać dzisiaj – jak już zacznę… to końca nie widać…
    Ale pod ostatnim wpisem o anime już ci to pisałem – coś ostatnio piszesz „na odpierdol się”.
    Oczywiście – rozumiem przyczyny – lato jest, a ty nie jesteś takim skończonym nieudacznym no-lifem, jak co poniektórzy(ot, chociażby niżej podpisany ;). Bierzesz rower i w trasę. Sam o tym wspominałeś wpis temu. 😛
    Nie jest to oczywiście zarzut. Prowadzisz zdrowy tryb życia. A nie tylko ciągle przy komputerze, smarując kolejne wpisy dla kretynów, którzy uważają, że im się należy regularny wpis od ich nieszczęsnego blogera, który jakoby nie miał prawa do prywatnego życia – nie wiedzieć czemu, co oni sobie wyobrażają?
    Ale! Ty założyłeś bloga, żeby promować swoją twórczość! Swoją osobę! No musisz trzymać fason – więc piszesz cokolwiek, byle tylko nie było, że nie jesteś regularny. Pięć minut, szybko co ci ślina na język przyniesie, byle cokolwiek. I spadać frajerzy.
    A tu taki kutafon się znajdzie jeden z drugim, co to zauważy. No kurwicy idzie dostać! ;P

    Słuchaj – ale serio – bo muszę się tu przy okazji odnieść do poprzedniego wpisu. Powiem ci coś, co wtedy chciałem powiedzieć, ale zapomniałem.
    Gdybym pierwszy raz trafił na twój blog, na ten wpis, to bym serio pomyślał, że to jakiś nastoletni fanboj moe znowu podnieca się swoimi głupimi panienkami, co to mają „takie życiowe problemy”.
    No normalnie, gdybym ciebie nie znał, to bym był święcie przeświadczony, że właśnie na kogoś takiego natrafiłem.

    No bo co my tam mamy?

    1. „Kolejna rzecz, która zawsze działała mi na nerwy w serialu pierwszej generacji było oddalenie bohaterów od typowego człowieka. Głównymi bohaterami zawsze byli ludzie piękni, młodzi, bogaci i odnoszący sukcesy, którzy najwyraźniej nie chodzili do pracy ani do szkoły. A jeśli nawet chodzili (lub akcja rozgrywała się w miejscu pracy lub w szkole), to najwyraźniej tylko na plotki. Mieli też nieskończone ilości pieniędzy i wiedli bezstresowe życie, co jakiś czas wyjeżdżając na różne wakacje, niemal codziennie imprezując w knajpach etc.”
    Bo bohaterowie anime są tacy bliscy prawdziwemu człowiekowi! Nie są piękni, młodzi, bogaci i odnoszący sukcesy, a w dodatku non stop siedzą w pracy, bądź szkole! I przez cały odcinek tam zasuwają! Zamiast walczyć z kosmitami, podróżować przez kosmos i czas i pomiędzy wymiarami!
    Serio – mam pytanie – kiedy ostatnio walczyłeś z jakimś smokiem, transformowałeś się, czy przemierzałeś post-apokaliptyczną pustynię? Bo podobno życie, jakie wiodą bohaterowie anime jest tak podobne do twojego?

    2. „W anime bohaterowie zawsze jakoś poważniej traktowali życie i miało to na nich większy wpływ.”
    Obrona planety przed atakiem kosmitów, demonów, czy czego tam z pewnością wymaga „poważniejszego traktowania”, niż plotki, wakacje, knajpy. Więc zdecydowana racja – w pełni się zgadzam – w anime bohaterowie zawsze jakoś poważniej muszą traktować życie. I przechodzenie różnych mutacji, czy opętanie przez demona zdecydowanie ma na człowieka większy wpływ, niż koniec sprzedaży ulubionej szminki. W każdym razie tak mi się wydaje, może się nie znam.

    3. „Mieli kłopoty finansowe, jak Goku”
    Muszę to czysto formalnie sprostować, bo coś pomieszałeś. Goku wygrał 23 Tenkaichi Budoukai i z wygranej postawił dom i żył – można rzec – jak rentier. Nie rozrzutnie, ale – nie musiał martwić się o kasę. Dopiero po kilkunastu latach żonka zaczęła coś przebąkiwać, że się kasa kończy. I dopiero w tym nowym DB Super faktycznie zagnała go do roboty. Ale nie na długo. Bo zjawił się niejaki Mr. Satan i dał mu 100 mln zeni(ilekolwiek to jest, ale zmieściło się w jednej walizce). Po czym capnęła walizkę i znów dała mu spokój. Tak więc ten znów sobie trenuje i utrzymanie domu dalej nie jest jego zmartwieniem.

    4. „W anime, przynajmniej do nadejścia ery moe bohaterowie nie prezentowali aż tak żałosnej płycizny i wypadali dojrzalej. I to nawet mimo faktu, że zwykle mieli po 14 lat”
    Czy to nie anime spopularyzowało typ bohatera – emo-mazgaja? Który notabene właściwie chyba tylko w nim występował? Tak – czas przeszły. Obecni bohaterowie to wesołe, gamoniowate głupki. To w czasach, o których mowa, królowali cierpiętnicy, co to na barkach mają przetrwanie całego świata, a oni tacy wrażliwi, że rozpamiętują, jak im w przedszkolu kolega dokuczał.

    i 5. „Kolejną zaletą anime na tle serialu pierwszej generacji był fakt, że było bardziej szczere. Japończycy nie bali się rozmawiać o tematach, które na zachodzie wydawały się być tabu: bardziej, niż platoniczna miłość nastolatków, wchodzenie w stały związek, fascynacja erotyczna, śmierć, niepowodzenie, przemoc…”
    W tym miejscu byłem najzupełniej szczerze przeświadczony, że sobie po prostu jaja robisz – że to taki wpis-żart, żeby pośmiać się z tych, co to wezmą na serio – z jakichś nastoletnich fanbojów…
    A potem jeszcze piszesz, jaką to złożoną fabułę ma anime – i wstawiasz ten obrazek obok

    😀
    No byłem 100% pewien, że to jakieś spóźnione, utajone prima aprillis.

    Ale wszystko wskazuje, że ty to tak na serio…

    Wiesz, jak to widzę?
    Kiedyś się starałeś. Budowałeś swój wizerunek, renomę. Starałeś uchodzić ze pewien autorytet w pewnych dziedzinach – a w każdym razie – koleś, który się zna.
    Bo faktycznie się znasz. Czytam twoje teksy od ładnych paru lat i to po prostu wiem.
    Jednakże. Sam się tu czasem chwalisz, jak to ci urosła liczba wejść, ilu już masz fanów na fejsbuku – ogółem – jak wzrasta popularność tego twojego bloga. A założyłeś go w prostym celu – żeby promować swoją osobę, swoją twórczość i ogółem – w celach zarobkowych. O czym, jeśli dobrze pamiętam, pisałeś wprost i otwarcie.
    Jednak niestety – blogować trzeba regularnie. (Czy raczej – nikt nie zmusza, ale ty chcesz się trwale „rozwijać”). A ty nie zawsze masz czas, ochotę, pomysł. Ale jakikolwiek wpis wrzucić trzeba.
    Więc – skoro wyrobiłeś sobie jako taką opinię specjalisty w niektórych dziedzinach, to usiłujesz niejako „odcinać kupony”. Oczywiście – nie jest to oczywiście jakiś ultra popularny blog, a ty wydałeś raptem kilka książeczek (jedną fantasy, a reszta – kucharskie), więc oczywiście – znajmy miarę. Jednakże – współzakładałeś tanuki, swego czasu byłeś gwiazdą poltera – więc w pewnym światku jesteś rozpoznawalny.
    Więc zaczynasz wychodzić z założenia, że napiszesz cokolwiek, a ludzie to łykną, boś ty znawca. I kolejny post z głowy.
    W ten sposób zraziłeś do siebie RPGowców, tak że już nawet nie odważysz się tematu poruszyć. I widzę, że w ten sam sposób zaczynasz podchodzić do anime. Bo jeszcze rok temu pisałeś staranie. I często trafiałeś w punkt ze swoimi analizami. Nie wiem, kiedy zacząłeś odwalać manianę. Na pewno już przy tym ostatnim wpisie, który tu przywołuję.
    Rzecz jednak w tym, że w ten sposób nie ułatwiasz sobie życia, talko wręcz odwrotnie – niszczysz swoją „renomę”. A nie będąc autorytetem w żadnej dziedzinie, o czym będziesz pisał jako „fanboj”?

    A potem jest jak jest. Tak jak my tu możemy narzekać, że anime dno, bo kiedyś to było dopiero super, co za poziom, co się z nim teraz porobiło – tak samo ludzie podchodzą do ciebie – porównują to, jak piszesz teraz z tym, jak pisałeś kiedyś.
    I wytykają ci, że obecnie piszesz na odpierdol się.

    P.S.2
    Jeśli uważasz, że ja również popłynąłem i również bredzę, uświadom sobie jedno – ja mogę bredzić.
    Jestem tylko anonimowam lurkerem z czeluści internetu, który przebudzi się raz na ruski rok.
    Nie mam własnego bloga, na którym to zamierzałbym się promować i zarabiać na reklamach. Który to blog chciałbym, żeby zyskiwał na popularności i co dalej za tym idzie – popularyzował moją osobę i twórczość – również w celach stricte zarobkowych. Nie piszę pod własnym nazwiskiem, nie muszę budować żadnego wizerunku, ani o niego dbać.
    Wszystko, co ty piszesz – wpływa na to, jak będą cię postrzegać różne światki fanowskie. I, jak widać, coraz więcej z nich zauważa, że zaczynasz pisać na odpierdol się.

    P.S.3
    Jeśli komukolwiek w którymkolwiek momencie tego komentarza przyszło do głowy pytanie – „Co ten koleś taki egzaltowany” – już tłumaczę.
    Nie jestem nawiedzony. Po prostu tak się wkręciłem w jego pisanie, że z czasem miałem coraz większą frajdę z tego. Więc miejscami postanowiłem pojechać po bandzie, ku uciesze gawiedzi. I mojej, haha. No po prostu miałem świetną zabawę z pisania tego posta. I co ważne – miałem wenę. Co ostatnio się rzadko zdarza. Więc postanowiłem wylać z siebie wszystko, co mi tam w duszy gra. Skoro nadarzyła się okazja(czyt. wena). No, może pod koniec popadłem w pewną melancholię(albo zmęczenie).

    P.S.4
    Jeśli coś popieprzyłem w trakcie, to wybaczcie. Zacząłem pisać rano, kończę wieczorem. Z przynajmniej kilkugodzinnymi przerwami pomiędzy. Chcę to wreszcie po prostu puścić, nie będę dokładnie sprawdzał. Więc jeśli pogubiłem wątki, to cóż – trudno. 😛

    P.S.5
    Tak, wiem. Ze mną chyba jest coś nie tak. 😛

    • DoktorNo pisze:

      Rzecz polega na tym, co już zresztą niejednokrotnie Zegarmistrz podejmował w swoich wpisach, że rynek anime trapi ciągnący się od dawna, narastający kryzys. Spowodowany również w dużej mierze właśnie przez kryzys gospodarczy, w którym akurat sama Japonia tkwi permanentnie od lat dziewięćdziesiątych.

      I jest nawet gorzej, bo nadciąga kryzys demograficzny. Do 2100 roku Japonia może skurczyć się z 128 mln mieszkańców do 50 mln…

      Wole nie wiedzieć co będzie z rynkiem anime gdy nerdo-otaku zestarzeją się…

  6. Anon-kun: szanuję twoją opinię i to że się ze mną nie zgadzasz, ale niestety, w roku 2011 uroczyście obiecałem, że będę udawał iż użytkownicy forum Kotatsu, (z którego pochodzi ten wpis) nie istnieją. Dlatego też go kasuję.

    Niestety, musisz mi to wybaczyć, ale nie ma co prowokować międzyserwisowej wojny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s