Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia – wrażenia z lektury

Jak pisałem już w raporcie z lektury ostatnimi czasy, po trwającej niemal 10 lat przerwie wróciłem do jednej z najważniejszych książek w moim życiu czyli Władcy Pierścieni. Podobnie jak dawno, dawno temu książka wywarła na mnie duże wrażenie. W niniejszym wpisie chciałbym się podzielić spostrzeżeniami z lektury pierwszego tomu.

Nie będzie to recenzja tylko dość luźna garść spostrzeżeń:

1) O krytykach Władcy Pierścienia

W zasadzie od momentu wydania Władca jest pozycją dość mocno dyskutowaną i spotyka się z liczną krytyką. Wspomina o tym zresztą sam autor:

Pewne osoby, które przeczytały, a w każdym razie zrecenzowały tą książkę oceniły ją, że jest nudna, niedorzeczna i nic niewarta; nie mogę się obrażać, bo sam podobnie osądzam ich dzieła lub też rodzaj literatury przez nich zachwalany.

Ale pan zaorał panie Tolkien…

2) Wojny o biżuterie:

W sumie wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale obydwie, najważniejsze wojny w Śródziemiu stoczono o klejnoty. W pierwszej erze była to wojna o Sirmarille, która tak naprawdę rozpoczyna zarówno bytność Elfów, a przynajmniej Noldorów w krainie oraz epokę wojen z Mrocznymi Władcami. Druga to oczywiście Wojna o Pierścień, która obie kończy.

3) Hobbity: najbardziej cywilizowana nacja

Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale hobbici są w sumie najbardziej cywilizowaną nacją jeśli nie całego Śródziemia, to z pewnością Eriadoru. Elfy, których w tym regionie jest nadal całkiem sporo są w sumie dość prymitywne, w szczególności pod względem społecznym, podzielone na nieskomplikowane wodzostwa. W Górach Błękitnych siedzą krasnoludy i klepią biedę, choć to pewnie jedyna nacja z którą się hobbici zadają. Dunedanów jest mało i głównie włóczą się bez celu, inni ludzie siedzą w lasach Minhiriath, trochę ich mieszka w Bree i trzech wioskach wokół niego. Prócz nich trochę wieśniaków jest być może jeszcze w pozostałościach Cardolan i z cała pewnością w Rhuduar…

No i jeszcze są trolle z Ettenmoors.

W takich realiach to nic dziwnego, że Hobbici nie wychylają się ze swojego kraju i trzymają się granic wyznaczonych przez granice naturalne: na zewnątrz nie za bardzo jest z kim gadać. Handel najpewniej odbębnia za nich Bree, dla którego pełnią pewnie funkcje zaplecza.

4) Shire: miejsce bardzo toksyczne

Taka mała, zapadła wiocha, gdzie ludzie żyją plotkami. Atmosfera jest u nas w pokoju socjalnym: jeśli coś powiesz, ludzie będą ci to pamiętać do końca życia. Jeśli nic nie mówisz, uznają cię za gbura. Tajemnic i sekretów żadnych nie da się utrzymać, po tygodniu wszyscy i tak wszystko wiedzą, a do tego podają dalej.

Ponoć miało to przedstawiać relacje między angielskimi ziemianami. Dla mnie wygląda to jednak jak typowa prowincja: w Ciemnogrodzie (jeśli pominąć większą ilość patologii w okolicznych wioskach, choć nie wiadomo tak naprawdę ile Tolkien przemilcza) jest tak samo ciasno i duszno.

5) Klub Pickwicka:

Opowieść, aż do mniej-więcej spotkania z Aragornem Władca Pierścieni bardziej przypomina Klub Pickwicka, niż typową powieść fantasy. Hobbici, nawet Frodo, ostrzeżony przez Gandalfa tak naprawdę nie znają i nie rozumieją niebezpieczeństwa. Nazgule traktują raczej jak jakichś natrętów, czy drobnych łotrzyków, a nie wcielone zło.

Idą jak na majówkę, co chwila wpadając w tarapaty, recytują poezję, goszczą w zajazdach, bywają zapraszani na kolacje, zabawiają się ploteczkami i żarcikami… Dopiero spotkanie z Aragornem zmienia ich postrzeganie rzeczy, a i to nie od razu. Wydaje się, że po prostu z czasem coraz bardziej się uczą.

Jedna z analiz Władcy Pierścieni głosi, że Nazgule wraz z rozwojem akcji wyraźnie potężniały…

Myślę, że tak nie było. To po prostu percepcja hobbitów się zmieniała. Im więcej czasu upłynęło, tym bardziej sobie zdawali sprawę z tego, z czym mają do czynienia.

6) Sam-prostaczek? Ale dla kogo?

Sam czasem określany jest jako prostaczek oraz osoba, która ma uosabiać chłopski rozum, rozsądek i chłodną kalkulację.

Jeśli ktokolwiek wśród hobbitów zaprzyjaźnionych z Frodem posiada te cechy, to jest to najpierw Grubas Bolger (ten jego kumpel, który został w domu), a potem Frodo. Sam to zupełnie inna postać: owszem bystry, ale marzyciel i romantyk: pisze wiersze, marzy o elfach i szerokim świecie, cudach i ładnych widoczkach. Shire jest dla niego wyraźnie za ciasne, zresztą, wszyscy się tam z niego śmieją.

Owszem, jest bardzo zaradny, nawet bardziej bardziej, niż inni hobbici, jednak to zupełnie inna postać.

Gdyby żył dzisiaj pewnie grałby w Skyrima i czytał książki fantasy.

To bardziej młody Tolkien w okopach pod Sommą, niż Sancho Panza, którego niektórzy w nim widzą.

7) Gimli i Legolas: książka, a film:

Jeśli już o romantykach mowa: Gimli. Charakter naszego krasnoluda oraz charakter (i rola w fabule) Legolasa są największymi różnicami między filmowym, a książkowym oryginałem Władcy Pierścieni.

W pierwszej kolejności: Gimli jest potwornym, nieuleczalnym wręcz romantykiem, jeszcze większym niż Sam. On chyba po to zapisał się na wyprawę do Mordoru, by korzystając z okazji zwiedzać, podziwiać zabytki oraz słuchać poezji. Żadną miarą mu do idioty, jakiego zrobiono zeń w filmie.

Podobnie nawiasem mówiąc jest z Legolasem, tylko w drugą stronę. Legolas to ogólnie rzecz biorąc postać, która w książkowym Władcy Pierścieni osiąga najmniej: zabija wierzchowca pod Nazgulem w trakcie zasadzki na Anduinie oraz 41 orków. Dla porównania Gimli, drugi najmniej aktywny: ratuje życie Eomerowi w Helmowym Jarze i Pipinowi pod Czarną Bramą oraz wyrywa się jako pierwszy spod uroku Sarumana, a także zabija jednego orka więcej.

Legolas to takie typowe książątko i bucowaty synek bucowatego ojca: nabija się z zasypanych śniegiem towarzyszy, potem rozbija solidarność zespołu w Lorien, jest zarozumiały i zafiksowany na swojej własnej, elfickiej zajebistości… Na szczęście po tym, jak ustawia go Aragorn w owym Lorien idzie po rozum do głowy.

Bo wcześniej stanowił najbardziej antypatyczną postać.

8) Śródziemie: kraina cudów

Ogólnie w Śródziemiu jest mnóstwo magicznych, legendarnych miejsc i niebezpiecznych stworzeń. Już w pierwszych rozdziałach natykamy się na nich więcej, niż w niejednej książce fantasy. Pomijając oczywiście hobbitów i Nazgule: mamy do czynienia ze spotkaniem z elfami, Starą Wierzbą, Tomem Bombadilem, tajemniczym nawet jak na krainę tajemnic (ja osobiście stawiam, że jest on duchem opiekuńczym lasu), Upiorami Kurhanów… Diabli wiedzą, co jeszcze się tam kryje, tym bardziej, że mamy do czynienia z bardzo małym fragmentem większego świata: wszystkie nasze źródła dotyczą tylko Elfów Wysokiego Rodu oraz Ludzi Zachodu (którzy nawiasem mówiąc się od nich wychodzą: Numenor założył przecież Elros Półelf, brat Elronda).

Tak naprawdę o innych ludzkich narodach wiemy bardzo niewiele, mamy informacje i to niepełne tylko o trzech klanach krasnoludów: Plemieniu Durina i tych dwóch, które powędrowały do Gór Błękitnych, naparzały się z Elfami i koniec końców wymieszały się z ludem Durina. O pozostałych czterech, które siedzą w Orokarmi nic nie wiemy. W sumie to nie wiemy nawet, co działo się z Elfami Czarnymi.

Przy takich lukach wiedzowych okazać się może, że tam siedzi jeszcze ze trzech Sauronów i kolejny Mordor…

W sumie to z całą pewnością z kanonu wiemy, że gdzieś we Śródziemiu istnia drugi Mordor: była to ta druga (lub trzecia, zależy jak liczyć Dol Guldur) forteca Saurona. Ta leżąca „na najdalszym wschodzie” „spowita w płomienie”. Tylko pytanie, czy go Błękitni Czarodzieje w międzyczasie nie rozwalili?

9) Wiersz o Aragornie ułożył Bilbo

Ten:

Nie każde złoto jasno błyszczy, nie każdy błądzi, kto wędruje…

I ogólnie są oni z Bilbem przyjaźnieni. Nie zwróciłem na to wcześniej uwagi.

10) Boromir: nacjonalista pod krawatem

Ciekawą postacią jest natomiast Boromir. Boromir pod wieloma względami przypomina typowego, polskiego nacjonalistę: „Gondor Stronk! First to fight! Przedmurze! Dywizjon 303!” Dużo w nim dumy i narodowego szowinizmu.

Z drugiej strony nie da się ukryć, że jego propozycje są rozsądne. W sumie najrozsądniejsze, a na pewno najbardziej pragmatyczne ze wszystkich, jakie padają. To strasznie inteligentny facet, ze zdroworozsądkowym podejściem. Jest albo bardzo sprytny, albo faktycznie dał się uwieść syreniej pieśni pierścienia.

Choć może jestem uprzedzony i źle go oceniam.

11) Opowieść o trudach wędrówki

Tylko co mnie podkusiło, żeby kupić Władcę z najgorszą okładką na rynku?

Wygląda na to, że Bractwo Pierścienia, w odróżnieniu od większości fantasy, która opowiada głównie o zabijaniu się (aczkolwiek tu też się leją co chwilę) jest opowieścią traktującą przede wszystkim o trudach wędrówki. Bohaterowie idą, idą i idą, czasem też płyną. Walczą głównie z otoczeniem: śniegiem, niepogodą, bagnami, komarami, czasem dręczy ich głód, ale głównie znużenie i niewygoda oraz zwykłe znużenie wywoływane a to koniecznością przenoszenia łodzi, a to wykopywania się ze śniegu, a to innych, podobnych czynności.

W sumie to prawie jak na wojnie, gdzie podobno kontakt z wrogiem ma jakieś 10 procent żołnierzy.

12) Najważniejsze sceny: Lorien

Sceny w Lorien, w filmie niemal zignorowane (przychodzą, gadają chwile, dostają prezenty i płyną dalej) są chyba najważniejszymi dla całej powieści. Tam wyjaśnia się bardzo wiele, równie wiele wydarzeń zostaje zapowiedzianych, tak naprawdę tłumaczona jest rola pierścienia, ceny, jaką trzeba będzie zapłacić zarówno za jego zatrzymanie, zaniechanie zniszczenia, zwrócenie Sauronowi jak i jego zniszczenia.

Wtedy też dopiero tak naprawdę drużyna się ze sobą dociera.

Ok, teraz krótka przerwa na nadgonienie nowych nabytków i czytamy „Dwie Wieże”.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Książki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia – wrażenia z lektury

  1. Oel pisze:

    Ciekawe spostrzeżenie z tym punktem 3). Może to wrażenie bierze się stąd, że o Shire najwięcej wiemy, jeśli chodzi o sprawy przyziemne?
    Dodaj może tylko, że z tym „poziomem cywilizacyjnym” chodzi o Eriador, bo z tekstu notki to bezpośrednio nie wynika.

  2. Niestety mnie władca pierścienia zupełnie nie ujął i do tej pory nie mogę zrozumieć jego fenomenu… 😦

    • A wiesz? Mnie natomiast zupełnie nie ujęła cała masa innych popularnych twórców fantasy: Nortonka, Leiber, Goodkin, Jordan, Edgins, „Pamięć, Smutek Cierń” Williamsa, Lackeyka, Rothfuss, Brett, Sandersonn.

      Coś czuję, że w każdym gatunku jest tak, że jednych pisarzy się lubi, a innych nie.

    • Żorż pisze:

      Pamiętam swoje własne rozczarowanie, po którym przestałem czytać. Po zmęczeniu Drużyny, w której nie licząc kilku krótkich momentów absolutnie nic się nie dzieje, za to wleką się grafomańskie opisy przyrody a la młoda Orzeszkowa, przychodzą wreszcie Dwie wieże. Akcja, akcja, akcja i więcej akcji, wreszcie dzieje się i to wręcz aż za dużo…
      … i nagle fabuła cofa się do tyłu, żeby śledzić jak to Frodo i Sam idą i idą i idą i dużo przy tym gadają o niczym i znów grafomańskie opisy.
      I wtedy stwierdziłem, że naprawdę nie jestem w stanie się już nawet zmusić, żeby to kontynuować. Film, przy wszystkich swoich mankamentach, sprytnie z tego problemu wybrnął, stosując zamiast sztywnego podziału na księgi przeplatające się sceny, więc Frodo i Sam swoim „nic się nie dzieje a my jesteśmy nudni i marudni” tak nie męczą.

      Tolkien był świetny w kreowaniu świata, beznadziejny natomiast w pisaniu jako takim – toporny język (i to nie jest wina tłumaczeń), grafomańskie opisy i nieudolne prowadzenie akcji zwyczajnie bolą. I chociaż mam w zwyczaju choćby i na siłę kończyć książki, które zacząłem, tak Dwie wieże mnie pokonały.

      • Karoluch pisze:

        Najlepsza jest pierwsza połowa „Powrotu Króla” tam się dzieje dużo i jest ciekawa bitwa.

      • Żorż pisze:

        Tylko wtedy musiałbym zmęczyć Dwie wieże. A dla mnie Drużyna była już drogą przez mękę, po której na krótką chwilę dostałem marchewkę w postaci akcji, przygód i rozwoju wypadków… by wrócić do punktu wyjścia i perspektywy 300 stron o tym, jak dwóch hobbitów idzie przed siebie. Jest naprawdę niewiele książek, które mnie od siebie tak mocno odrzuciło samą tylko konstrukcją swojej fabuły.

  3. Żorż pisze:

    W sumie koniec końców wychodzi z twojej własnej analizy, że jednak Drużyna faktycznie zaczyna się jak Klub Pickwicka ^^

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s