Wynalazki Science Fiction, a prawdziwa wojna:

Science fiction posługuje się bardzo bogatym zbiorem fikcyjnych technologii, z których wiele służy do odbierania życia innym ludziom. Pytanie brzmi, jak wiele z tego typu ekwipunku faktycznie by się na polu walki sprawdziło? A jaka część, nawet gdyby została skonstruowana, to pozostałaby najpewniej tylko ciekawostką techniczną?

Pomijając wynalazki w rodzaju „mocniejszych materiałów wybuchowych”, „lepszej amunicji” czy „wytrzymalsze materiały” przyszło mi do głowy dwanaście, bardzo często spotykanych „technologii przyszłości”. Tak więc:

1) Pola siłowe

Tarcze energetyczne, czy to przeznaczone dla pojazdów, czy też osobiste na pierwszy rzut oka wydają się przedmiotami bardzo przydatnymi. To po prostu dodatkowy pancerz, znajdujący się nad pancerzem, a co więcej: prawdopodobnie nie mający masy prawdziwego pancerza. Moim zdaniem mają bardzo duże szanse wejść do użycia z prostej przyczyny: życie ludzkie ma wartość niewymierzalną.

Widzę z nimi tylko jeden, choć duży problem: baterie. Pytanie brzmi z jakimi źródłami energii będzie miała do czynienia przyszła cywilizacja i jak długo będą w stanie one pracować na polu walki. Otóż: liniowe oddziały typu piechoty lekkiej czy zmechanizowanej muszą robić to nierzadko bardzo długo, broniąc stanowisk gdzieś w lesie czy na bezdrożu całe dnie lub tygodnie (teoretycznie po dwóch tygodniach powinny zostać zluzowane, ale…), względnie patrolując teren, gdzie niekoniecznie musi być dostęp do źródeł energii.

Jeśli więc typowa wydajność tarczy wynosiłaby mniej niż kilka godzin to sprzęt taki byłby umiarkowanie przydatny. Żołnierze pozostający dłużnej w polu nie mogliby bowiem z niego skorzystać, bowiem za szybko by się wyłączył. Przenoszenie dodatkowych baterii mogłoby ich nadmiernie obciążyć, tarcza uruchamiana natomiast dopiero w momencie nadejścia niebezpieczeństwa byłaby natomiast mało efektywna. Obecne trendy są bowiem takie, że niebezpieczeństwo najczęściej przybiera postać bombardowania lub nawały artyleryjskiej, która uderza całą mocą jednocześnie, właśnie dlatego, żeby zaalarmowany wybuchem pierwszego pocisku przeciwnik nie mógł znaleźć schronienia.

Nawet wtedy jednak broń taka mogłaby trafić w ręce formacji przeznaczonych do krótkich, intensywnych walk jak oddziały antyterrorystyczne, grupy szturmowe atakujące budynki, czy oddziały powietrzno-szturmowe, które działają na zasadzie „jest problem, przylatują śmigłowce, rozwalają problem, jeśli to nie starczy: wyskakuje z nich piechota, robi dożynki i powrót do bazy”. Ostatnia grupa odbiorców to oczywiście saperzy, narażeni na wybuchy min i niewypałów.

Wyżej wymieniony problem nie dotyczy pojazdów, które siłą rzeczy i tak muszą pozostawać albo włączone, albo wyłączone, albo zatankowane, albo niezdolne do walki.

2) Pancerze wspomagane

O pancerzach wspomaganych mówi się już od lat 90-tych i pewnie dziś wszyscy już by w nich biegali (wszyscy, nie tylko wojsko) gdyby nie jeden, zasadniczy problem: baterie. Pancerze, a raczej sam egzoszkielet podnoszący wydajność organizmu to marzenie wielu dziedzin życia: straży pożarnej, firm magazynowych i przeprowadzkowych, inwalidów…

Gdyby sprzęt taki trafił na rynek wojsko dostałoby pewnie orgazmu. I niekoniecznie w pierwszej kolejności dostałyby go oddziały liniowe, choć możliwość przenoszenia dodatkowego sprzętu, elektroniki, amunicji, sensorów i płyt pancernych bardzo by się chyba im spodobała. Myślę, że najbardziej zachwycone byłyby jednak wojska inżynieryjne i artyleria. Przykładowo obecnie używana amunicja artyleryjska ma zazwyczaj kaliber około 150 milimetrów (155 w NATO, 152 w ZSRR i spadkobiercach), gdyż jest to największy kaliber, jakim mogą wydajnie posługiwać się ludzcy ładowniczy.

Gdyby ładowniczy dostali nagle dodatkowej siły, to pewnie zaczęto by używać mocniejszej amunicji.

Tak samo w piechocie zobaczylibyśmy zapewne zespoły z uniwersalnymi karabinami maszynowymi jako główną bronią, do tego dźwigające granatniki automatyczne i inne zabawki dla naprawdę dużych chłopców.

3) Teleportacja

Oj… Ta technologia miesza wszystko. Tak naprawdę niezależnie od tego, jak by funkcjonowała poważnie zmieniłaby nie tylko pole walki, ale też życie codzienne.

To, do jakiego stopnia by się to odbyło zależałoby w dużej mierze od szczegółów technicznych: na jak duży zasięg możemy się teleportować, jak dużą masę, czy musimy mieć odbiornik, czy wystarczy tylko nadajnik, ile energii to pochłania etc.

W skrajnym przypadku myślę, że teleportacja sprawiłaby, że znikłyby linie frontów, artyleria, lotnictwo i być może wojska zmechanizowane straciłyby na znaczeniu, natomiast wojnę toczono by usiłując namierzać wrogie nadajniki teleportacji, obozy, składy, elektrownie i centra dowodzenia, a następnie teleportując tam grupy ludzi (albo po prostu bomby) z ręczną bronią, które robiłyby z nimi porządek. Po rozbiciu sił wroga już klasyczną drogą wprowadzono by oddziały liniowe, które opanowałyby teren i złamały wolę walki ewentualnych partyzantów.

4) Androidy

Pomijając tradycyjny już problem z zasilaniem: nie do końca jestem pewien, czy humanoidalny robot bojowy jest najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Ogólnie nasze ciało, z punktu widzenia biologii jest dość mocno skopane i nie jest to najlepsza inżynieria pod słońcem. Być może dużo wydajniejsze byłyby więc jakieś pająki, albo coś w tym guście?

Niemniej jednak widzę kilka i to sensownych zastosowań robotów, nawet niekoniecznie androidów. Po pierwsze: szturmy na silnie bronione obiekty oraz walki w mieście. Oba te rodzaje walki generują bardzo duże straty, a androidy na dłuższą metę prawdopodobnie będą mniej kosztowne niż ludzie, choćby dlatego, że da się je seryjnie produkować, zamiast czekać aż dorosną (choć tu w grę wchodzi problem klonowania), można też je zaprogramować, zamiast szkolić, a wreszcie: zniszczone pewnie do jakiegoś stopnia da się naprawiać. Tak więc rozsądne jest, że do generujących największe straty ataków należy posłać właśnie maszyny. Opinia publiczna też bardziej będzie się cieszyć z tego rozwiązania.

Drugie zastosowanie, to dziedzina do której obecnie używa się robotów. Czyli prace saperskie. Rozbrajanie bomb, usuwanie min i niewybuchów, usuwanie przeszkód przed atakującym wojskiem… Wszystko to są prace bardzo trudne, bardzo żmudne i nierzadko dużo niebezpieczniejsze, niż zwyczajna walka. Lepiej więc, by ginęły maszyny, niż ludzie.

5) Terminatorzy

Jeśli chodzi o zamaskowane roboty udające ludzi, celem przeniknięcia w szeregi nieprzyjaciela i zlikwidowania go od wewnątrz, to obawiam się, że broń ta nie będzie miała okazji zagościć na polu walki, bowiem najpewniej natychmiast zakazana, gdy tylko technicznie możliwym stanie się jej opracowanie.

Użycie terminatorów jest bowiem bardzo mocno sprzeczne z duchem (choć nie z literą, bo cyborgów nie ma) Konwencji Genewskiej. Żołnierze mają być umundurowani, nawet partyzanci muszą posiadać jakieś sposoby identyfikacji ich jako partyzantów (godła, symbole, opaski etc.). Walka bez munduru, w przebraniu cywila może być traktowana jako zbrodnia wojenna. Przebieranie się w mundur przeciwnej strony natomiast zbrodnią wojenną jest.

Coś czuję więc, że użycie broni, która ma za zadanie podszywać się pod żołnierzy nieprzyjaciela celem zdobycia ich zaufania również za zbrodnie zostanie uznane.

Inna rzecz to przeciwnicy z którymi nikt żadnych konwencji nie podpisywał, jak kryminaliści, terroryści lub kosmici. Do bandytów można strzelać kulami dum-dum mimo że zakazuje ich konwencja genewska właśnie, więc szczuć terminatorami też zapewne ich będzie można.

6) PSI / Magia / Supermoce

Ponownie to jest coś, co by się przydało i już mówię komu najbardziej. W pierwszej kolejności: wojskom aeromobilnym, czyli głównie spadochroniarzom, ale też innym oddziałom zrzucanym na spadochronach na pole walki. Oddziały takie posiadają dość przykrą cechę: z racji na sposób dostarczania na pole walki są bardzo ograniczone pod względem możliwości transportu sprzętu i pozostałego zaopatrzenia. W efekcie czego zwykle nie są w stanie prowadzić walki dłużej, niż 48 godzin bez otrzymania wsparcia.

A supermoce mają to do siebie, że nie ważą. Czyli problem z wyposażeniem, przynajmniej częściowo znika.

Innymi beneficjentami takiego „uzbrojenia” mogłyby być zespoły zwiadowcze i poszukiwawcze, zwłaszcza tak zwane „grupy głębokiego zwiadu”, czyli zespoły rozpoznawcze, operujące na dystansie większym, niż 100 kilometrów w głąb terytorium nieprzyjaciela. Ponownie: grupy takie muszą transportować cały swój ekwipunek na własnych plecach. Zdjęcie z nich ciężaru chociaż karabinu i naboi bardzo by je wzmocniło.

7) Broń promienista

Jeśli nie dojdzie do wynalezienia jakichś superpancerzy, których naprawdę nic innego nie będzie w stanie zniszczyć broń promienista, zwłaszcza taka, jak prezentowana jest na filmach nigdy się nie przyjmie, a w szczególności w wojsku.

Pierwszy powód takiej sytuacji jest prosty: ani lasery, ani plazma, ani broń cząsteczkowa nie działają tak jak na filmach. Nie ma tych widzialnych wiązek, które statecznie przelatują obok żołnierzy sycząc w powietrzu. Co więcej większość testów broni energetycznej zakończyło się porażką: po prostu okazała się ona droga, skomplikowana, ciężka i niestety (albo może: na szczęście) nie wystarczająco skuteczna. Może przyszłość coś zmieni…

Jednak jeśli broń taka się pojawi, to z całą pewnością nie będą to blastery z Gwiezdnych Wojen, ani fazery ze Star Treka. Te mają bowiem poważną wadę: bardzo mocno sygnalizuje pozycję strzelca. A to od mniej-więcej I Wojny Światowej oznacza, że po pierwszym strzale na pozycje strzelca spadnie nawała artyleryjska lub bomba kasetowa. Wszelkie trendy idą niestety w stronę wykrycie = zabicie.

8) Miecze

Wiecie co? W trakcie ostatniej, dużej wojny ogień artyleryjski powodował od 50 do 80 procent strat ludzkich, zależnie od frontu na którym walczono i nasycenia go działami. Obecnie odsetek ten zmniejszył się, na rzecz strat powodowych przez bomby lotnicze i inne środki przenoszone drogą powietrzną, a artyleria stała się jedynie środkiem pomocniczym (inna sprawa, że w ciągu ostatnich 30 lat nie bardzo było gdzie tych dział używać). Nie zmienia to faktu, że obecnie dysponujemy środkami, by zmiatać z powierzchni ziemi całe bataliony z odległości nawet i kilkuset kilometrów. I nie mówię tu o broni masowej zagłady, tylko zwykłych nawałach ogniowych, bombach kasetowych, mieszance paliwowo-powietrznej i innych tego typu zabawkach. Donośność zwykłej, głupiej haubicy to jakieś 40 kilometrów.

Po co o tym mówię?

No wyobraźcie sobie takiego Jedi, Space Marine czy innego zealota protosów, jak wyjmuje ten miecz i biegnie 40 kilometrów pod ostrzałem artylerii, przecinając sobie drogę w zasiekach i polach minowych, aby zaatakować drużynę piechoty.

Której głównym środkiem walki we współczesnych czasach jest wóz bojowy z działkiem 30 milimetrów, zdolnym razić przeciwnika na dystans 2.000 metrów.

Nawet w anime takich jaj nie ma.

Używanie mieczy w trakcie strzelanin jest po prostu bez sensu.

Owszem, w ciągu ostatnich 50 lat zdarzyło się kilka przypadków decydujących szarż na bagnety (chyba łącznie 5) jednak nie widzę sensu noszenia przy sobie specjalnej broni, która może przydać się raz na 10 lat i to w sytuacji skrajnie desperackiej. Owszem, jest sens używania maczet, toporków i bagnetów, w szczególności jako uniwersalnych narzędzi surwiwalowych lub do wycinania przejść w roślinności. Jednak tworzenie wyspecjalizowanych jednostek do walki wręcz nie ma sensu.

Już za Napoleona obowiązywała zasada „Artyleria zdobywa teren, piechota go zajmuje”.

9) Wielkie mutanty:

Kolejna broń, która mi przychodzi do głowy to gigantyczne mutanty o niezwykłej sile oraz wielkim wzroście. Coś w rodzaju Supermutantów z Fallouta, Mutonów z Xcom czy kosmiczni marines o wzroście 7 do 8 stóp (2,1-2,4 metra) z Wargammera 40.000.

Niestety jest to kolejna broń która ma niewiele sensu.

Ogólnie genetyczne ulepszanie i bioinżynieria pomyślana o stworzeniu superżołnierzy ma dużo sensu. Już obecnie wymagania stawiane kandydatom do wielu jednostek są tak duże, że bardzo trudno znaleźć doń kandydatów. Na żołnierzy jednostek specjalnych czy pilotów myśliwskich nadaje się poniżej 1 procenta ludzi. Klonowanie ich miałoby sporo sensu.

Przy czym dużo więcej sensu miałoby wyhodowanie jakiś krasnoludów niż takich spaślaków.

Niestety od pewnego momentu masa mięśniowa przestaje być zaletą. Przerośnięte mięśnie nie tylko dają siłę, ale też ważą i to całkiem sporo. Od pewnego momentu masa ta bardziej staje się przeszkodą niż pomocą, bowiem obciąża układ krążenia i spowalnia oraz powoduje spadek ogólnej wytrzymałości na zmęczenie. Przykładowo: pewnego pięknego dnia wybrałem się rowerem do oddalonego o jakieś 20 kilometrów miasteczka, podziwiać tamtejsze ruiny zamku. Zamek, jak to zamek był na niewielkiej górce, na szczyt której prowadziły dodatkowo schody. Zupełnym przypadkiem równo ze mną do zamku podjechało trzech dresów samochodem. Wszyscy ważyli po 90-100 kilo i nie był to tłuszcz. Wszyscy też wymiękli jeszcze zanim doszliśmy do schodów. Nerd, który od trzydziestu lat siedzi przed komputerem okazał się mięć lepszą kondycję od trzech karków. Strach się bać, co by się stało, gdyby np. wyruszyli na szlak turystyczny. Bo na rowerze do ruin pewnie nie daliby rady dojechać.

Niestety większość tego typu ludzi, jeśli wysłać ich na obóz treningowy, w góry, na wojnę, do ciężkiej pracy fizycznej etc. szybko traci swą figurę. Zwyczajnie spalają mięśnie. Co więcej: do ich podtrzymania konieczna jest odpowiednia dieta i odpowiedni trening.

Tak więc: w oddziałach liniowych tego pewnie nie zobaczymy. Jednak istnieją pewne zastosowania. Duża masa mięśniowa może przydać się np. podczas forsowania przeszkód, do wyłamywania drzwi. Tak więc różnego rodzaju mutony mogą pojawić się w wyspecjalizowanych oddziałach szturmowych typu antyterrorystów, w ochronie osobistej czy też w służbie wartowniczej.

10) Miotacze ognia

Kolejna broń, która ma bardzo ograniczony sens. Obecnie klasyczne, plecakowe miotacze ognia wyszły z użycia. Powodem było nałożenie się kontrowersji etycznych, budzonych przez tą, bardzo okrutną broń z bardzo krótkim zasięgiem jej użycia i związanym z nim, dużym ryzykiem (płomień zdradzał pozycje żołnierza, czyniąc go łatwym celem, a podejść trzeba bardzo blisko). Obie te rzeczy sprawiły, że większość armii świata zdecydowała się na rezygnacje z nich.

Nie sądzę, by w przyszłości trendy te miały się odwrócić. Jeśli już, to żołnierz z miotaczem płomieni stanie się jeszcze łatwiejszym celem.

Nie znaczy to, że miotacze ognia znikną całkowicie. W niektórych armiach plecakowy miotacz ognia został bowiem zastąpiony rakietowym miotaczem ognia, czyli wyrzutnią rakiet przenoszącą pociski z napalmem i mieszanką termobaryczną. Które to okazały się bardzo skuteczną bronią. Ponoć rosyjskie rakietowe miotacze ognia „Trzmiel” w Czeczeni jednym strzałem potrafiły zniszczyć blok mieszkalny.

Jeśli już to zobaczymy w użyciu raczej taką broń.

11) Czołgi antygrawitacyjne

Czołgi antygrawitacyjne na pewno trafią na uzbrojenie co najmniej jednej armii świata: Wojska Polskiego. Jeszcze w latach 60-tych nasze Ministerstwo Obrony wymyśliło, że pojazd pancerny koniecznie musi pływać. I trzyma się tego konsekwentnie (dlatego np. mamy te stada niemodernizowalnych trumien na gąsienicach, czyli BWP-1). Gdyby okazało się, że czołgi mogą latać, to by pewnie biurwy z MON ejakutowałyby z zachwytu.

A wracając: tak na serio to nie wiem, czy ten sprzęt by się sprawdził. Tzn. poważnym problemem takiego czołgu byłaby stabilizacja działa. Już stojący na ziemi czołg ma z tym problemy, czołg zawieszony w powietrzu po wystrzale pewnie fiknąłby koziołka. Można to obejść zmieniając uzbrojenie np. na broń promienistą (co niestety znacząco obniży żywotność czołgu na polu bitwy) lub też na pociski rakietowe, jak w helikopterze. Które to pociski mają jednak trochę inną charakterystykę niż działa…

Co więcej latający czołg straci swą ważną zaletę: niską, niewidoczną sylwetkę ułatwiającą jego ukrycie.

Da się to naprawić zwiększając jego szybkość do takiej, jaką ma helikopter, dzięki czemu będzie mógł pozostawać na polu walki bardzo krótko… W rezultacie otrzymamy więc superpancerny helikopter.

Myślę więc, że czołgi anty-grawitacyjne raczej nie zastąpią normalnych czołgów, w odróżnieniu od śmigłowców szturmowych właśnie.

12) Holo-kamuflarze:

Wydajny holokamuflarz, który pozwoliłby samolotowi zniknąć na tle nieba, czołgowi na tle roślin czy człowiekowi na tle czegokolwiek ponownie byłby zapewne marzeniem każdej armii świata. Ponownie największym problemem są baterie. Jeśli udałoby się wyprodukować je w miarę skuteczne, to pewnie wszystkie formacje dostałyby taki sprzęt.

Jeśli nie, to pewnie nie pojawiłby się na polach walki, a już w szczególności w jednostkach zwiadowczych, u snajperów etc. gdzie w różnej twórczości zwykle się pojawia. Powód jest prosty: jednostki te muszą dźwigać wszystko na swoich plecach i pozostawać długo w polu. Coś, co nie będzie działać wiele dni jest dla nich umiarkowanie przydatne.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „Wynalazki Science Fiction, a prawdziwa wojna:

  1. Grisznak pisze:

    Roboty na polu walki to znowu problem dla konwencji genewskiej. Bo już drony wywołują dyskusje, a teraz wyobraź sobie takiego Niszczyciela z Wojen Klonów, który wchodzi do miasta i walki ze swoich działek do wszystkiego, co się rusza, nieważne, czy to żołnierz, cywil czy kot. Jasne, można mu zamontować jakiś tam algorytm odróżniania „zagrożenie/cywil”, ale ludzie są na tyle cwani, że szybko takie algorytmy nauczą się oszukiwać. A im bardziej będziesz kombinował z AI takiego, tym bardziej będzie rosło ryzyko nieprzewidywalności działań maszyny (Odyseja Kosmiczna 2001 wciąż pozostaje tu wzorem).

    Latający czołg ma sens. W pewnym sensie taki jak okręt podwodny. Latanie (a w zasadzie unoszenie się nad ziemią na wysokości nawet niewielkiej- dajmy na to 3-5 metrów) to nawet na krótki czas cholernie przydatna umiejętności, pozwalająca omijać przeszkody terenowe, poruszać się w terenie grząskim,unikać min, lejów itd. Taki czołg mógłby normalnie poruszać się na kołach, zaś dryfów używałby wtedy, kiedy są mu naprawdę potrzebne.

    Pole siłowe to dla mnie zagadka – bo jak zamkniesz człowieka w takim szczelnym bąblu energii, to jak dostarczysz mu powietrza? Chyba, że to będzie pole w postaci takie jak w „Youjou Senki”, czyli swego rodzaju tarcza generowana na określonym kierunku, w postaci półkola lub nawet ściany.

    • sm00k pisze:

      Hammers Slammers czy późnie Bolo? >]
      SI na polu bitwy i dylematy moralne z nią związane rozwiązuje się w prosty sposób – nie informując o jej istnieniu ogółu, integrując jednocześnie w środkach bojowych gdzie ma największy sens. Inteligentne pociski, nie drony przenoszące pociski.
      Pole siłowe może mieć rożnoraką formę. Może na przykład, przepuszczać określoną gęstość materii. Może być twardą kontrą dla obiektów poruszających się relatywnie szybko w stosunku do generatora, nie stanowiąc przeszkody dla wiatru poniżej zefirka.
      Może być konkretnie tarczą energetyczną, jak aktualne prototypy oparte na plaźmie. Za dużo zmiennych i wariantów.
      A propos. Dlaczego magowie/psionicy/cyborgi dysponującymi polami siłowymi uparcie stawiają je możliwie najbliżej kąta prostego w stosunku do zbliżającego się zagrożenia. Jeden Dresden ustawia swoją tarczę pod kątem by zmiejszyć ryzyko penetracji.

  2. DoktorNo pisze:

    A.D. „Broń promienista”

    Lasery są obecnie testowane przy zestrzeliwaniu pocisków balistycznych i nisko przelatujących samolotów przez okręty.

    http://www.globalsecurity.org/military/systems/ship/systems/laws.htm

    Podziękujmy za to dziadkowi Reganowi.

    A.D. „Holo-kamuflarze”

    Technologia już jest:

    https://en.wikipedia.org/wiki/Adaptiv

    A.D. „Miotacze ognia”

    Wystarczy wyrzutnia RPG z amunicją zapalającą zamiast tego, np:

    https://en.wikipedia.org/wiki/RPO-A_Shmel_(Bumblebee)

  3. Suchy pisze:

    ad 9
    Jak to czytałem to przypomnieli mi się klanerskie elementale z BattleTech’a.
    Ogółem to społeczeństwo klanów na tle innych fikcyjnych ubermensch jest bardzo specyficzne i ciekawe.
    O ile dobrze pamiętam to tam poza grzebaniem przy genach oni zajmowali się też eugeniką na szeroką skalę przez ponad 250 lat.
    Rodzisz się w swojej kaście i z góry twoje ciało jest „zaprogramowane” do tego byś był możliwe jak najefektywniejszy w narzuconej ci z góry roli. Mamy pełne spektrum od elementali – mierzących 2,5 metra sterydów psycholi którzy walczą w takich przystosowanych do rozkręcania na śrubki mechów pancerzach wspomaganych, po pilotów aerospace którzy są anemicznymi pokurczami z ogromnymi oczami, większą odpornością na przeciążenia i czasem reakcji jak chomik po kawie.
    Dodajcie do tego, że taki delikwent spędza dosłownie całe swoje, życie na trenowaniu/praktykowaniu dziedziny w której ma być wyspecjalizowany + przewaga technologiczna klanów.

    Efekt? Normalni ludzie ze sfery wewnętrznej stają naprzeciw wojownikom którzy przewyższają ich pod każdym praktycznie każdym względem. Jedyna możliwość żeby ich zagiąć to przewaga liczebna, kombinowanie z jakimiś podstępami albo wykorzystanie ich kretyńskiego kodeksu honorowego.

    Ciekawe czy ludzie kiedyś zaczną się bawić w takie „hodowanie” ludzi do określonych zawodów czy warunków w których by mieli żyć. Na przykład podział na ziemian Marsjan i pasiarzy z Expance, który zrobił się tam jakby samoistnie, ale mógłbym sobie wyobrazić jak np. wysyła się statek kolonizacyjny z ludźmi już z góry przygotowanymi do tego by byli przystosowani do występujących na miejscu warunków jak inny skład atmosfery, grawitacja czy jaśniejsze/ciemniejsze słońce.

    ad 11
    Jak się zastanowić to mogłoby mieć sens gdyby zmajstrować coś w stylu siege tank’ów ze starcrafta. Artyleria która rozkłada się na ziemi oddaje salwę i natychmiast zmienia pozycję coby nie oberwać odpowiedzią wroga.

    • Ad9: Mi to kojarzy się jeszcze z Civilization: Beyond Earth, gdzie był podział na cywilizacje Harmonii (zmieniające swe ciała genetycznie, by dostosować się do nowej planety), Supremacji (zmieniających się poprzez łączenie ciał z maszynami, by przezwyciężyć trudne warunki) i Purity (zmieniające planetę tak, żeby jak najbardziej nadawała się dla ludzi).

      Ad11: Tak i nie. Taki sprzęt istnieje i to już od lat 60-tych https://pl.wikipedia.org/wiki/M109_SPH. Od Sige Tanków różni go tylko jedno: nie musi się rozstawiać przed strzałem.

      • sm00k pisze:

        Antygrawy zaowocowałyby dwoma logicznymi ekstremami – małymi zarazami, zapewne dronami i możliwie największą mobilną platformą jaką udałoby się zbudować. Bo skoro możesz latać, to dlaczego nie zbudować lewitującej bazy ogniowej na ten przykład? Mobilne umocnienia? A proszę bardzo.
        W zależności od stosowanej technologii, antygrawy mogą przyczynić się do nowych rodzajów opancerzenia, silników, źródeł zasilania czy też rozwiązać bolączkę większości technologii z listy powyżej – jeśli nie ogranicza Ciebie masa , to nic nie stoi na przeszkodzie albo opancerzenie dajmy na to gruntołaza bateriami , albo po prostu pakujesz mu reaktor atomowy i posyłasz w bój ku chwale ojczyzny.
        Nowa gałąź artylerii – przypomina mi się opowiadanie lata temu w Sci-Fi o działach wykorzystujących czarne dziury do akceleracji ładunków na horyzoncie zdarzeń – grawitacyjne odpowiedniki dział szynowych.
        Beztarciowe łożyska i wszelkiego rodzaju połączenia.
        I tak dalej.

      • sm00k pisze:

        M109 potrafi tak zdaje się od Paladina dopiero?

  4. sm00k pisze:

    Pominąłeś jedną technologię.
    Racje żywnościowe w tabletce.
    A skoro już mamy wysoko kaloryczną żywność, to mamy też wysokolaryczne paliwa. Tudzież materiały pędne.
    Ad Miecze.
    Na aktualnym polu bitwy nie mają racji bytu. Niemniej aktywne środki ochrony rozwijają się wciąż i sukcesywnie psują najnowsze rozwiązania mające zrobić przeciwnikowi bubu. Jeśli w którymś momencie wyścigu zbrojeń dojdziemy do sytuacji analogowej do tej z Gundama UC, gdy jakaś technologia po prostu wyeliminuje wojnę na odległość, miecze znowu wrócą do łask. Do chwili oczywiście, aż ktoś wpadnie jak używać balist i łuków w nowym balansie.
    Alternatywnie miecze mają jakiś sens jak podepnie się ostrza pod pancerze wspomagany z opancerzeniem wystarczająco odpornym by spokojnie mógł wejść w ogień piechoty. W miejskim polu walki miałoby to jakiś taktyczny sens – ale tu od razu nasuwa się pytanie, dlaczego po prostu nie używać min kierunkowych – a w sytuacjach dajmy na to, odbijania zakładników, min kierunkowych z gumowymi kulkami miast łożyskowymi.

    • Suchy pisze:

      Środki ochronne środkami ochronnymi ale walka wręcz w SF to IMO mogłaby mieć sens tylko w specjalnych warunkach – kiedy strzelanie do siebie generowałoby więcej kłopotów jak korzyści.
      Do Cyberpunk 2020 był dodatek kosmiczna otchłań gdzie to ładnie rozpisali.
      W 0 G strzelanie jest kłopotliwe o tyle, że generuje odrzut w efekcie czego zwykły strzał z nawet małego pistoletu mógłby sprawić że będziesz wirować sobie w powietrzu.
      Do tego dochodzi jeszcze kwestia uszkodzenia otoczenia – rykoszety, niecelne trafienia etc.
      Każda kula która nie skończy w ciele przeciwnika może rąbnąć w jakieś ważne ustrojstwo, zrobić dziurę w poszyciu itp. W normalnych warunkach jak np. zrobisz dziurę w ścianie czy rozwalisz szybę to zazwyczaj nie jest niebezpieczne. Na statku czy stacji kosmicznej albo jakimś habitacie np. na powierzchni marsa może cię to bez problemu zabić.
      Jaki jest sens zabić kogoś serią z automatu, skoro przy okazji zabijesz samego siebie bo nie będziesz mieć czym oddychać? Życie to nie gra komputerowa – w walce w pierwszej kolejności najważniejsze to nie dać się zabić – spacyfikowanie przeciwnika jest dopiero na drugim miejscu.
      Teoretycznie w takich warunkach (+ ciasnota ) można dojść do wniosku, że bezpieczniej jest kogoś zwyczajnie podziabać nożem, przywalić mu pałą w łepetynę czy popieścić jakimś paralizatorem.

      • sm00k pisze:

        Albo używać amunicji dedykowanej do użycia w habitatach – https://en.wikipedia.org/wiki/Frangible_bullet
        Pamiętam ten dodatek do C2020. Pamiętam też radosne house rules jak używać broni palnej jako alternatywnych metod napędowych. Z domową wersją Oriona włącznie.
        Walka poza atmosferą ma własny zestaw problemów i specyficznych rozwiązań, na temat których popełniono setki artykułów, książek, opracowań czy chociażby gier – http://store.steampowered.com/app/476530/Children_of_a_Dead_Earth/?l=polish
        Adaptacja technologii które Zeg wymienił w artykule to kolejne godziny gimnastyki umysłowej.
        Chociaż w zasadzie, nie. Specyfika kosmicznego robienia sobie krzywdy przy plus minus aktualnym poziomie technologicznym czy nawet dowolnego twardego sci-fi bez technologii FTL, pozostaje bez zmian – będziemy mieli drony, możliwie najmniejsze, o minimalnym przekroju czołowym i tylko tam z jakimiś śladami opancerzenia, kamikaze albo uzbrojone; nosiciele dron, będące w zasadzie stojakami z możliwie dużym silnikiem i zapasem paliwa do tankowania dron i siebie; na koniec lotnistkowce/fire control, gdzie w pętli w końcu pojawia się człowiek. Może, bo sensowna SI też tu sobie poradzi, z racji stosunkowo ograniczonych opcji manewrowych i terenowych w porównaniu z walką w atmosferze.

        Paradoksalnie, tu znajdują swoje miejsce miecze. A konkretnie lance z kompozytów,
        rozgrzane do wysokich temperatur, pełniące podwójną rolę radiatorów i penetratorów.

        Teleportacja, w zależności od reguł rządzących nią, byłaby albo Killer App, z racji odległości przy jakich dochodzi do starć pełniłaby w zasadzie rolę broni szybszej od światła – manewr Picarda nagle stałby się realną i skuteczną taktyką. Psi, takie jakie znamy chociażby z dedekowych podręczników w starciach poza habitatami jest bezużyteczne – w kosmosie i tak nie ma się jak ukryć, większość agresorów to i tak bezduszne drony, a eskalacja konfliktu oznacza iż przeciwnik ma własnych psioników. A nie daj borze ma psioników Dzikie Łasice..

      • sm00k pisze:

        Jeszcze a propos śmiecia – większość ewentualnych resztek potyczek na orbitach wokół np Ziemi podzieli się na dwie kategorie. Te które opuszczą strefę oddziaływania planety można pominąć od razu – przy prędkościach osiąganych przez penetratory ludzkość jeszcze długo nie będzie dysponować technologią by takowy pocisk dogonić w tym stuleciu. Ewentualne zagrożenia z tej strony jest minimalne, na poziomie naturalnie występujących mikrometeorów.
        Reszta ewentualnego śmiecia to ten wygenerowany z trafień. Strzępy pancerza, poszycia, załogi, niezdetonowane głowice. Na wydawałoby się losowych orbitach.
        Niezupełnie. Większość tych przeszkód znajdować się będzie na niestabilnych orbitach. Część, po kilku okrążeniach albo spali się atmosferze albo odleci w pustkę.
        Procent który pozostanie będzie albo wystarczająco duży by sensory mogły je zlokalizować na tle nieba, albo na drobny drobiazg, który z racji mechaniki orbitalnej nie będzie miał na tyle energii kinetycznej by stanowić znaczące zagrożenie dla pojazdów kosmicznych – jakby się poruszał wystarczająco szybko, osiągnął by prędkość ucieczki i należałby do jednej z powyższych kategorii.
        To oczywiście wielkie uproszczenie problemu – na Project Rho ktoś zrobił obliczenia jak uderzać w znane satelity by odłamków z nich używać jako gigantycznych min kierunkowych..

    • DoktorNo pisze:

      Jedzenie w pastylkach to byłby odpowiednik tzw. „K-Rations” czyli jedzenia dla zolnierzy na pierwszej linii w sytuacji braku kuchni polowej i zapasów żywności do natychmiastowego spożycia.

      • sm00k pisze:

        Racja K to nadal kilkukilogramowy worek, którego zawartość trzeba rozpakować, przyrządzić , po fakcie zgodnie z konwencjami posprzątać – a nie daj borze jesteśmy w kontakcie z wrogiem, leżymy pod ostrzałem – na nasza jedyna łyżka leży akurat w polu ostrzału snajpera.
        Posiłek w pigułce plus woda to marzenie logistyków. Wyżej dyskusja zeszła na konflikt w kosmosie – pigułka zawierająca wszystko co człowiekowi potrzebne do przeżycia jest idealnym rozwiązaniem dla przypiętego do fotela kosmicznego marine – mało waży, smak może mieć dowolny, nie wymaga uwagi, czasu ani energii do przyrządzenia. Dodajemy do tego wodę w obiegu zamkniętym i mamy redukcję tego, co aktualnie najwięcej waży na statku kosmicznym – kokonu wokół ludzi, podtrzymujących ich przy życiu. Bez redukcji zawartości.

      • DoktorNo pisze:

        Odpowiednik w sensie zastosowania nie formy – to miałem na myśli, poza tym zgoda. ☺ Ale tak jak w przypadku racji K problemem byłaby monotonia i i inne psychologiczne aspekty takiego jedzenia…

      • Karoluch pisze:

        Co do racji wojskowych. Kiedyś czytałem artykuł, to raczej ponad dekadę temu, o poligonie drawskim. Było o relacjach miejscowej ludności z żołnierzami krajów NATO. Nieco o prostytucji, ponoć zwłaszcza Włosi lubowali się w miejscowych niewiastach. Natomiast Amerykanie chętnie udawali się do zwykłych sklepów spożywczych by kupić normalne jedzenie, a swoje przydziałowe racje wyrzucali w krzaki. Natomiast przedstawiciele miejscowej ludności chodzili i zbierali te wyrzucone, ale jadalne racje, aby je samemu potem skonsumować.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s