Życie z hobby: czy się da?

 Velahrn podpowiedział mi bardzo ciekawy temat: życie z hobby.

Czy da się to zrobić?

Czy możliwy jest sukces?

Czy w ogóle to może się udać?

Oraz jakie przynosi to dochody?

Historie klęski:

Osobiście jestem pewien, że ze swojej pasji można czerpać całkiem niezłe dochody, a w niektórych przypadkach może ono stanowić (pośrednio lub bezpośrednio) główne ich źródło. Powiedziałbym, że człowiek wręcz powinien postępować tak, żeby swoją pasję przekuć właśnie w sposób zdobywania pieniędzy.

Niemniej jednak tradycja tego typu tekstów nakazuje, by rozpocząć je od jakiejś historii sukcesu, która zachęci czytelników do dalszych wysiłków. Nie będę jej kontynuował. Większość ludzi ponosi bowiem klęskę. Powody są rożne: najczęściej porażka wynika z prostego faktu, że osoby takie nie szukają pracy, tylko bezpiecznej, leniwej przystani, gdzie nie będą musiały pracować i użerać się z innymi, nieodmiennie złymi ludźmi, a zamiast tego będą mogły leniwie i komfortowo pędzić życie wśród kwiatków, motylków i wiecznej wiosny.

Faktycznie należy przygotować się raczej do pracy jak na dwa albo trzy etaty, w tym jeden – przynajmniej przez kilka lat – praktycznie za darmo. Oraz na szereg, bardzo stresujących sytuacji.

Po pierwsze: jeśli źle znosisz krytykę, to raczej nie odniesiesz sukcesu. Podobnie jeśli przejmujesz się niepowodzeniami. Jeśli będziesz przejmował się tym, że twoje prace zbierają negatywne oceny, to raczej nie jest to zajęcie dla ciebie. Podobnie jeśli będziesz przejmował się każdym odrzuceniem pracy. Z własnego doświadczenia wiem, że w większości przypadków 40 procentowy poziom akceptacji jest dobrym wynikiem.

Będą się zdarzać sytuacje, gdy wyślesz 1.000 prac, a przyjęte zostaną 3. Będą się zdarzać sytuacje, gdy usłyszysz od osoby kwalifikującej prace, że „To najlepsza pozycja, jaką miała w ręku od kilku lat. Jest pewna jej sukcesu. Niestety, nie mogą jej przyjąć, bo akurat ponieśli klęskę na innym polu i chwilowo nie stać ich na Twoją propozycję więc życzą szczęścia u konkurencji”.

Będzie tak, że będziesz tracić czas i okazje tylko dlatego, że ktoś inny coś spierniczy.

Po drugie: jeśli słuchasz krytyków, w szczególności w sieci, to najpewniej nie odniesiesz sukcesu. Większość ludzi po prostu nie wie, o czym mówi. Z innej strony: możesz być po prostu nienormalny, a twoje dzieło może faktycznie być tak kalekie, jak mówią o nim inni.

Po trzecie: aby prace zaczęły przynosić rezultaty należy poświecić im bardzo dużo czasu. Przygotuj się mentalnie na projekty, które będą trwały rok, nim w ogóle osiągną taki poziom, by pokazać je ludziom.

Po czwarte: przygotuj się, że nagroda (a przynajmniej ich pierwsze dziesięć) Cię rozczaruje. Przykładowo: jedyna moja komercyjna praca, która nie osiągnęła poziomu ocen rzędu 9-10/10 jest „Gambit mocy”. Żadna nie osiągnęła jednak poziomu sprzedaży adekwatnego do poziomu ocen. Wychodzi na to, ze 10/10 to zwyczajnie za mało.

W większości przypadków kluczem do sukcesu jest wytrwałość. Przygotuj się mentalnie na to, że wytrwały będziesz musiał być przez 10 czy 20 lat.

Po piąte: należy pogodzić się z prostą prawdą. Na świecie są rzeczy przyjemne i nieprzyjemne. Ludzie pobierając pieniądze za to, że pozwalają innym ludziom robić rzeczy przyjemne i płacą im nimi, żeby ci robili za nich rzeczy nieprzyjemne. Tak samo działa to na rynku hobbystycznym.

Zawód = pasja:

Istnieją jednak sposoby na to, by komercyjnie zajmować się swoim hobby. Pierwszym z nich jest znalezienie pracy zgodnej ze swoją pasją, talentami i zainteresowaniami. Jest to całkiem możliwe, choć w dużej mierze zależy od tego, jakie masz pasje, talenty i zainteresowania. Powiedziałbym wręcz, że większość ludzi, odnoszących sukcesy w swoich zawodach, w tym tych, wymagających najwyższych kwalifikacji jest jednocześnie absolutnymi nerdami swojej dziedziny. Nie wyobrażam sobie, jak w innym wypadku mieliby siły, by raz odnieść sukces, dwa wkładać całego siebie w pracę, a trzy stale podnosić kwalifikacje na ciągle zmieniającym się rynku. Osoby, które nie maja serca do swojej dziedziny lub leniwe zwykle kończą na jakichś podrzędnych stanowiskach..

Z mojej osobistej obserwacji wynika, że poza najbardziej poszukiwanymi na rynku zawodami jak lekarze, zgodnie ze swoim kierunkiem edukacji pracuje miedzy 10 a 25 procentami absolwentów. Przy czym, niezależnie od kierunku od 50 do 80 procent absolwentów zwyczajnie nie nadaje się na studia, które podjęło i raczej jej w zawodzie nie znajduje, bo nie ma ku temu odpowiednich kompetencji.

Podejmując studia niezgodnie z zainteresowaniami lub po prostu z przymusu mamy ogromna szanse, ze znajdziesz się w tej 50 do 80 procentowej grupie, która zwyczajnie się nie nadawała.

W wypadku najbardziej poszukiwanych zawodowa też tak to działa, choć konsekwencje nie są tak drastyczne. Pasjonaci zostają informatykami w Google, ludzie którzy poszli na informatykę z przymusu: uczą jej w szkołach lub instalują Windowsy. Lekarze z pasją koczą kardiochirurgię. Ci, którzy jej nie mieli zostają sprzedawcami leków, gdzie zarobki są mniejsze, niż na kasie w Lidlu, a poziom uciążliwości pracy podobny.

Oczywiście to, że jesteś pasjonatem nie oznacza, że nie skończysz na podrzędnym stanowisku. Jednak istnieje różnica między szansami na sukces z przedziału 50 procent, a tych z przedziału 10-25 procent.

Zawód = koszmar:

Z drugiej strony wymarzona praca nie zawsze okazuje się taka wymarzona. Pomijając fakt, że wiedza, doświadczenie, talent czy nawet znajomości nie zawsze ukazują sie kluczowe, w odróżnieniu od zwykłego szczęścia zauważyć trzeba, że wiele zawodów po prostu polega na czymś innym, niż mogłoby się wydawać. Przykładowo: znaczny odsetek osób z mojego otoczenia, które probowaly kariery naukowej lub akademickiej odpadła z tego zawodu nie z powodu braku zdolności, pasji etc. tylko dlatego, ze prace naukowa prowadzili w zasadzie w domach, hobbystycznie. 90 procent czasu na etacie natomiast poświęcali na pisanie podań o granty. A nie tego chcieli od życia.

Podobnie ja nie jestem już dziennikarzem, gdyż dziennikarstwem zajmowałem się głownie w domu. Mój normalny dzień pracy wyglądał bowiem tak: zebranie redakcyjne (2,5 godziny), opowiadamy o tym, co zamierzamy dziś zrobić. Przerwa śniadaniowa. Zebranie redakcyjne (2 godziny): opowiadamy o tym, co powinniśmy właśnie robić. Przerw obiadowa. Zebranie redakcyjne (2,5 godziny): tłumaczymy się, dlaczego znowu nie wykonaliśmy żadnej pracy.

Raz kolega się wściekł i powiedział co o tym myśli. To naczelny zwolnił go dyscyplinarnie, bo „podważa jego autorytet”.

Czasem zebrania trwały tak długo, że trzeba było rezygnować z innych zebrań.

A potem ludzie tworzą teorie spiskowe na temat tego, czemu Agora bankrutuje.

Pracoholizm: choroba zawodowa:

Należy zauważyć jeszcze jedno: osoby, które wykonują prace będącą ich pasją najczęściej prędzej czy później popadają w pracoholizm. To jedna z rzeczy, które część mojego otoczenia nie rozumie. Dla tego typu ludzi każdy dzień w pracy jest po prostu wakacjami (jeśli nie liczyć zebrań, życia biura i tym podobnych przerywników). To przerwy w niej są dyskomfortem, podobnie jak powroty do domu. W okolicznościach takich człowiek musi zajmować się jakimiś, zupełnie trywialnymi rzeczami, zamiast rozwiązywać fascynujący problem.

Zjawisko to jest powodem z którego wiele osób zrezygnowany ze swoich, wcześniejszych hobby.

Ale pytanie brzmi: czy da się zarabiać na swoim hobby, jeśli nie jest ono jednocześnie pracą na etacie, wynikająca z wykształcenia?

Blogi i vlogi:

Pierwszym i obecnie najmodniejszym sposobem na zarabianie na własnej pasji jest prowadzenie dochodowego bloga lub vloga. Niedawno materiał na ten temat nakręcił Kopyra, pozwolę sobie go wkleić.

Ze swojej strony dodam, że swego czasu zajmowałem się reklamami na stronie mającej 2 miliony wyświetleń. Udawało nam się na niej zarabiać 50 dolarów miesięcznie. Niemniej jednak było to prawie 10 lat temu, od tego okresu bardzo dużo się w Intrnecie zmieniło. Marne skutki tych działań w dużej mierze wynikały też niestety z naszej winy, w szczególności w skutek ze sprzecznych komunikatów wysyłanych przez redakcję i jej momentami histerycznego zachowania (O Jezu! Na stronie będą reklamy! Będą wyskakiwać okienka! A w okienkach będzie porno! I będzie grało i śpiewało!) przez które jakakolwiek merytoryczna dyskusja nie była możliwa. Ile pieniędzy mógłby zarabiać zgrany zespól lub dobry bloger nie wiem.

Niemniej jednak 50 dolarów miesięcznie, dla pojedynczego blogera w polskich realiach mogłoby stanowić całkiem zacny zastrzyk dodatkowej gotówki , zwłaszcza, że w skali rocznej to około 2400 złotych.

Minusem tej sytuacji jest fakt, że doprowadzenie bloga do stanu, w którym w w ogóle jest w stanie generować dochody to (przy dobrych wiatrach) minimum 2-3 lata pracy.

Warto zrozumieć też jedno: w Internecie zarabia się grosze. Rzecz w tym, ze niektórzy zarabiają kilka groszy, inni kilkadziesiąt, jeszcze jedni zarabiają ich setki, tysiące lub miliony.

Manga i RPG czyli założę własne wydawnictwo:

Drugim, przychodzącym do głowy chyba każdemu pomysłem jest założenie własnego wydawnictwa i życie z wydawania mang, gier fabularnych, książek etc.

W Polsce żyje może kilka osób, które ten pomysł zrealizowały. Czasem są to przypadki ludzi, którzy dosłownie doszli od zera do klasy średniej. Przykładowo Janek z wydawnictwa Yatta zaczynał od dystrybucji Otaku, pisma będącego podówczas niemalże fanzinem, a obecnie posiada minimum cztery stacjonarne sklepy, w dużych, polskich miastach. Jeszcze lepszym przykładem jest CD Project, firma która zaczynała od stoiska na bazarze, a obecnie warta jest ponad miliard dolarów.

Niestety znane są też liczne przypadki wydawnictw, które zbankrutowały po pierwszym produkcie, lub też takich, które mimo początkowych sukcesów znikły z rynku po 5 czy 10 latach, albo się przebranżowiły.

Ogólnie: wydawnictwo jest dość kosztownym, a jednocześnie ryzykownym biznesem. Zyski przynosi średnio co druga książka, co więcej z punktu widzenia typowego Kowalskiego jej wydanie nie jest tanie. Przygotowanie do druku takiej, typowej powieści to koszt około 10 tysięcy złotych. Do tego należy ponieść koszta marketingu, który może być nawet 2-3 razy droższy, acz różnie z tym bywa…

Jak łatwo zgadnąć należałoby zacząć z ofertą wydawniczą liczącą co najmniej kilka tytułów, które przyniosłyby pewien zysk. Konieczne do takiej inwestycji pieniądze w zasadzie wystarczą, by odstrzelić większość chętnych.

Co więcej: nie jest powiedziane, że jeśli wyda się 10 książek, to (przy 50 procentowej skuteczności) 5 będzie zarabiać, a 5 przyniesie straty. Może okazać się na przykład, że 10 naszych okaże się klapą, a 10 konkurencji sukcesem…

Z powodu tego ryzyka większość znanych mi, małych wydawnictw działa posługując się modelem biznesowym, który nazwałem „strategią punktu ksero”. Wygląda to tak, że wydawnictwo posiada jakaś działalność gospodarczą, zwykle zakład poligraficzny (choć nie zawsze, przykładowo jeden z wydawców mangi prowadzi sieć restauracji sushi, a o Yattcie mówi się, że swe główne dochody czerpie ze sprzedaży maskotek i słodyczy) , która stanowi podstawę utrzymania firmy. Książki, mangi czy komiksy wydawane są obok.

Złośliwi twierdzą, ze dla hobby.

Osobiście, znając trochę ten biznes powiedziałbym, że produkty wydawnicze przynoszą im zapewne dość duży, ale nieregularny i niepewny zysk, który najpewniej, jako nadwyżka jest po prostu inwestowany w coś trzeciego (albo przejadany).

To oczywiście jest kolejny element, na który trzeba mieć pieniądze (i talent). I który także może się nie udać. Statystycznie 50 procent firm upada bowiem po pierwszym roku działalności, a kolejne 50 procent po kolejnym roku.

Pisarstwo czyli książki i eBooki:

Książka, jeśli zostanie wydana i nie jest się przypadkiem gwiazdom pokroju Pilcha albo Sapkowskiego przynosi dochody miedzy 1.500 a 25.000 złotych w ciągu pierwszego roku sprzedaży. Ebook miedzy 250 a 5000 złotych. Mowie tu oczywiście o normalnym wydawaniu w wydawnictwach, a nie samodrukach, sprzedaży na blogu etc.

Około 50 procent sprzedaży książki ma miejsce w ciągu pierwszych 30-60 dni od jej premiery. Przez resztę roku sprzedaje się kolejne 50 procent. Wraz z każdym kolejnym rokiem sprzedaż spada o około połowę, choć ratować ją mogą różnego rodzaju wyprzedaże, premiery dalszych tomów etc. Różnie z tym bywa.

W pisarstwie najbardziej kluczowe jest jednak niestety słowo „przyjęta do wydania”. Otóż: z tym rożnie bywa i wszystko zależy od rodzaju książki. Generalnie najłatwiej jest wydawać różnego rodzaju poradniki. Jeśli komuś uda się znaleźć dobre wydawnictwo zainteresowane ich publikowaniem i napisze coś, co zawiera choć ślad rozumu i godności człowieka, to z 90 procentową pewnością uda mu się tą książkę wydać. Problemem jest znalezienie wydawcy, który wydaje polskie poradniki. Większość z nich to bowiem tłumaczenia z angielskiego, albo prace zbiorowe typu „nasze wydawnictwo opublikowało w swoich gazetach dla kobiet 1200 przepisów na placki, Zbyszek, wybierz najlepsze z bazy i na przyszły tydzień zrób z tego książkę kucharską”.

Dużo łatwiej jest pod tym względem z ebookami. W tej dziedzinie osiągnąć można bardzo dużo, zwłaszcza będąc pasjonatem. Myślę że wszelkiego rodzaju poradniki malowania dla modelarzy, podstawy strategii w Hearstone i Magicku, książki typu „Chomik w domu” czy „Jak opiekować się świnką morską” mogły by mieć wzięcie. W szczególności, jeśli bylibyśmy je w stanie podeprzeć jakimiś sukcesami typu „pięciokrotny mistrz Europy radzi”.

Literatura piękna jest wydawana raczej niechętnie i debiutanci mają raczej pod górkę. Należy liczyć się wiec z odpowiedziami typu „Książka 10 na 10 i chętnie bym ją zobaczył w druku, ale nasza firma nie wydaje początkujących pisarzy, pozostaje mi więc życzyć Panu /Pani szczęścia u konkurencji”.

A i to jest dowodem szczęścia. Większość propozycji wydawniczych w ogóle nie spotyka się z żadną odpowiedzią.

Jeszcze gorzej mają poeci.

Jeśli przypadkiem nie masz literackiego nobla, to nie masz szans na wydanie swojego zbioru wierszy inaczej, niż w self publishingu.

Poważnym problemem są też nakłady czasu, konieczne do napisania książki. Powieść pisze się około roku bardzo intensywnej pracy. Stworzenie czegoś pokroju moich książek kucharskich to natomiast około kwartału bez nadmiernego przemęczania się.

Dziennikarstwo:

Po kolejne: możesz załapać się do pracy w jakimś dzienniku, piśmie lokalnym lub serwisie tematycznym, niekoniecznie o grach. Tak na oko np. pisma ogrodnicze radzą sobie dużo lepiej od komputerowych, bardzo poszukiwani są też spece od kultury oraz przede wszystkim sportu. Najlepiej wyszedłbyś jednak będąc z zawodu architektem, lekarzem, ekonomistą lub posiadając aplikacje radcowską albo adwokacką (jednak z takim wykształceniem możesz zrobić lepszą karierę niż w mediach). Dziennikarstwo jednak ma kilka minusów: po pierwsze cześć serwisów prowadzona jest przez fanów dla fanów, przez ludzi, którzy nie potrafią lub nie chcą monetaryzować ich ruchu, a ich tematyka dotyczy dziedzin, w których nie ma pieniędzy. W takich miejscach nie ma szans na zarobienie choćby złotówki.

Natomiast istnieją duże szanse zarabiania w czymś poświęconym lokalnej społeczności, ogrodnictwu lub opiece nad zwierzętami, grom komputerowym, kulturze, budownictwu, hardware i software, sportowi, prawdopodobnie serialom, filmom i telewizji, z pewnościom aktorom i plotkami oraz na serwisach modowych.

Istnieje kilka minusów tego typu pracy.

Na początku: od lokalnej społeczności, podobnie jak od sportowców można dostać po ryju. Przygotuj się też na to, że do redakcji lokalnych gazet pozwy przychodzą codziennie. Na szczęście 99.99 Polaków nie wie, jak coś takiego napisać, więc prokuratorzy zwykle nie dopatrują się znamion przestępstwa. Prawdopodobnie też nigdzie indziej nie poznasz tylu meneli, narkomanów, drobnych przestępców i psychicznie chorych.

Po drugie: typowa stawka to 10 złotych. Naliczana jest ona różnie: za 1000 słów, 1000 wyświetleń, stronę znormalizowaną (strona znormalizowana = 1800 znaków) tekstu… Oznacza to, ze jeśli będzie się chciało zarobić na najniższą krajową trzeba spłodzić 5 tekstów dziennie. Jeśli założyć, że do druku pójdzie co drugi, to 10.

Należy więc się pogodzić z faktem, że pracować będzie się od świtu do zmierzchu (w wypadku branż technicznych od wieczora do południa, bo większość newsów do sieci trafia w trakcie amerykańskiego przedpołudnia), nie oglądając światła dziennego.

Ogólnie: gdy zaczynałem poznałem pewnie z 50 dziennikarzy. Obecnie znam jednego, reszta uciekła, straciła pracę lub przekwalifikowała się. Sam też w 2015 zakończyłem ostatnia współpracę.

Sztuki plastyczne, filmowe i muzyczne:

I teraz będzie wyjątek: będąc artystą, czy to grafikiem, czy fotografem, filmowcem czy muzykiem faktycznie można zarobić. Pominę tu działalność statutową, jak malowanie obrazów. Będąc pracownikiem muzeum poznałem kilku artystów-malarzy, pomijając fakt, że to w dużej mierze to właśnie ci ludzie czynią tą pracę stresującą, to najczęściej są to ludzie zatrudnieni na kasach w Społem, na pasie w fabryce lub w najlepszym razie jako sekretarki, które po godzinach malują. Raz na pól roku udaje im się sprzedać jeden obraz za 1000 złotych.

Druga grupa to malownicze ikon i innych świątków, z czego zdaje się są całkiem niezłe pieniądze.

Istnieje jednak inne rozwiązanie: Banki Zdjęć. Czy zastanawialiście się skąd bierze się zdjęcia na pocztówki i do konspektów reklamowych? Właśnie z nich. Prócz tego handluje się tam też muzyką, filmami i grafikami. Banki zdjęć dzielą się na serwisy mikro i macrostockowe. Różnice miedzy nimi są dwie. Po pierwsze: w makrostockach zarabia się jakieś 10 razy więcej, niż w microstockach. Po drugie: w Microstockach zarejestrować się może każdy, stocki macro natomiast same sobie wybierają dostawców.

Jako, ze ze stockami macro nie mam doświadczenia skupie się na tych micro.

Obecnie rynek fotograficznych microstocków jest warty trochę ponad 1 miliard dolarów. 85 jego procent należy do czterech głównych serwisów. Są to (kolejno) Shutterstock, Fotolia, Istock i coś czwartego, czego nazwy nie pamiętam. Średni bank zdjęć Wielkiej Czwórki to 100 milionów fotografii. Statystycznie typowa fotografia zarabia więc jakieś 2 dolary rocznie. Z tego fotograf dostaje 25 centów.

Oczywiście w świecie zdjęć działa ta sama zasada co w reszcie wszechświata: za 80 procent zarobków odpowiada 20 procent treści.

Z tego, co zauważyłem statystyka mniej-więcej działa. To jest: miedzy listopadem, a lutym faktycznie zarabiałem tyle, ile statystycznie powinienem. W ostatnim tygodniu lutego nastąpiło gwałtowne załamanie, w marcu zarobiłem 1/5 tego, co wynikałoby ze statystyki, kwiecień nie był lepszy. Myślę, że powodów nie trzeba szukać daleko: zima się skończyła, a 80 procent moich fotografii to zdjęcia śniegu lub pokrytych szronem głogów. W marcu zróżnicowanie portfolio nie udało się, bowiem zwyczajnie nie było czego fotografować.

Co więcej różne zdjęcia sprzedają się różnie. Generalnie: fotografie hipsterów sprzedają się lepiej, niż gołych bab, a gołe baby od śniegu. Śniegu za to zdecydowanie łatwiej nałapać.

Jak łatwo policzyć celem uzyskania najniższej krajowej należałoby posiadać portfolio 18.000 zdjęć. Przynajmniej więc można sobie wyznaczyć jakiś cel.

Poważną zaletą stocków jest to, ze rozmawiasz z miliardowym biznesem, często notowanym na giełdzie i działającym na całym świecie, a nie z jakimś Januszem z Pcimia. Ma to dwie konsekwencje. Po pierwsze: jest to znacznie większy rynek. Twoje zdjęcia kupować będą ludzie z całego świata, głównie jednak z Tajlandii (z uwagi na tanie koszta życia to właśnie tam mieszka bardzo wielu webmasterów, technoblogerów i grafików komputerowych), tak więc nie musisz martwić się szczupłością polskiego rynku.

Po drugie: w momencie, gdy pracujesz w Polsce najczęściej masz do czynienia z rożnego rodzaju kombinatorami, którzy albo próbują cię okraść, choćby na 5 złotych, albo też z ludźmi, którzy właśnie zostali przez jakiegoś Janusza biznesu okradnięci i nie mają Ci czym zapłacić. Stocki to za duży biznes, żeby się w coś takiego bawić.

Z drugiej strony maja też wady. By zarabiać na nich musisz znać angielski. Musisz mieć komputer, wypadałoby mieć Photoshopa i aparat fotograficzny. Aparat z kategorii „litość i trwoga” to jakieś 1000 złotych. Z kategorii: „bieda” 2-3 tysiące. Z kategorii „od biedy ujdzie” powyżej 5000 złotych.

Jeśli chcesz fotografować hipsterów i gole baby musisz zatrudnić modeli.

Fotografowania przyrody jest tanie i gubi się w jego trakcie kilogramy, ale w tym celu trzeba iść do lasu, gdzie jest pełno złych ludzi i ich amstafów, można stracić zdrowie lub zostać zabitym.

Fotografia kulinarna wydaje się bezpieczna, ale wcale dobrze się nie sprzedaje. Co więcej trzeba do niej mieć masę sprzętu o trudnych nazwach i umieć się nim posługiwać. Należy też przygotować się mentalnie do wydania 2-3 tysięcy złotych na talerze, widelce, miseczki, noże i pałeczki.

Serwisy stockowe to warte miliony dolarów korporacje i gnębią je wszystkie, korporacyjne problemy. Przygotuj się więc na typowe, korporacyjne odchyły w rodzaju „zarząd postanowił, ze kolor żółty obraża naszych azjatyckich klientów i w związku z tym skasowaliśmy wszystkie żółte zdjęcia! All hail our immaculate managment!”

Co więcej gnębią je też dwa największe raki internetu: moderacja i Sztuczne Inteligencje. Sztuczne Inteligencje mają zwykle jakieś algorytmy, po których stwierdzają, co jest ładnym zdjęciem. Użeranie się z nimi przypomina zdawanie matury z polskiego bez znajomości klucza. Z moderatorami łatwiej dojść do ładu, choć nie ma gwarancji, ze np. nie trafisz na lenia, który odrzuci ci wszystkie 500 wysłanych przez ciebie fotografii za ten sam, nieistniejący błąd, bo łatwiej mu było nacisnąć CTRL+A i wybrać jeden przycisk, niż pracować.

Podsumowując:

Jak widać pasja nie przynosi jakichś rewelacyjnych dochodów. Mimo to moja osoba nie rezygnuje. Powód jest widoczny w tekście: jest to wymieniona już Strategia Punktu Ksero w nieco zmodyfikowanej wersji. Pieniądze z pasji niestety nie gwarantują godnego życia, a co gorsza otrzymuje się je nieregularnie. Mimo to są to kwoty mające, przynajmniej dla typowego Polaka z prowincji znaczenie. Owszem, za te 220 dolarów, które do tej pory zarobiłem na Shutterstocku trudno byłoby mi przeżyć. Jednak jest to już blisko 1000 złotych.

O ile więc zwykła pensja pozwala mi na w miarę normalne życie, tak dodatkowe pieniądze mogę przeznaczyć na inwestycje np. w inne, dochodowe hobby, giełdę etc.

Co więcej można to robić w czasie, który normalnie jest marnowany. Np. Ebooki obecnie piszę w martwym sezonie w pracy, gdy nie odwiedzają nas klienci.

I tak jakoś się kreci.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wredni ludzie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Życie z hobby: czy się da?

  1. Eire pisze:

    Zeg, następnym razem po prostu się zapytaj. Lekarze pasjonaci nie zostają kardiochirurgami. Tak naprawdę zawsze był to kompromis między tym co chce i umie się robić a tym co łaskawie pozwolą człowiekowi zgłębiać.
    Akurat medycyna to doskonały przykład na to jak życie rozjeżdża się z wyobrażeniem- chcesz leczyć ludzi, kończysz jako sekretarka medyczna.

  2. Suchy pisze:

    Jeśli idzie o robienie zdjęć przyrodzie to do sebiksow i ich piesuńciów bym osobiście dodał jeszcze komary, pijawki, kleszcze, barszcz Sosnowskiego i inne przykłady tego jaką kochaną matką jest matka natura.

  3. Strategię punktu ksero powinien zaadaptować na swoje potrzeby. O zarabianiu (np. na Youtube i w innych miejscach) i oszczędzaniu mądrze pisze Michał Szafrański na blogu http://www.jakoszczedzacpieniadze.pl. Michał wydał książkę i pokazuje jak się za to zabrał i jak zarabia na publikacji http://jakoszczedzacpieniadze.pl/self-publishing-finansowy-ninja-case-study-czesc-1

    • Mam pytanie: czy aby na pewno nie jest to taki autor, ktorego głównym biznesem jest pisanie o biznesie?

      • O ile jego działania dwa czy trzy razy nosiły znamiona nieetycznych, tak generalnie rzecz biorąc Michał Szafrański jest uczciwym blogerem, który od kilku lat dzieli się darmowym, cennym contentem. Tzn. oczywiście jest mnóstwo osób, które uznają jego publikacje za kompletnie nieprzydatne, ale większość z nich kończy swoją argumentację na „po co to komu, przecież każdy inteligentny człowiek wie, jak oszczędzać pieniądze” itp. No ale doskonale zdajesz sobie sprawę, że takim argumentem można każdy rodzaj działalności obsłużyć.

      • Uważam, że taki opis nie pasuje do tego autora. Ja go tak nie odbieram. Warto sprawdzić to co pisze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s