Rok bez internetu: o pewnym eksperymencie

Dwa miesiące temu Wykop.pl przypomniał eksperyment, jaki Paul Miller, pracownik serwisu technologicznego The Verge przeprowadził w roku 2013. Podówczas osobnik ów zgodził się spędzić rok bez korzystania z sieci. Sam Miller uważał od dłuższego czasu, że przez sieć czuje się nieszczęśliwy, poświęca jej zbyt wiele czasu, przez co, w skutek skupienia się na znajomościach wirtualnych nie ma czasu na znajomości realne, nie chodzi do parku i nie rzuca frisbee, co z jakiegoś powodu było dla niego czynnością ważną (dla mnie jest głupią). Miał też nadzieję przeczytać mnóstwo książek i obejrzeć wiele dobrych filmów.

Miał nadzieję, że zdoła uzdrowić swe życie.

Efekt byl jednak inny. Zamiast zawrzeć nowe znajomości Miller zrujnował swoje życie towarzyskie, zamiast żyć zdrowo przytył, bo zamiast zażywać ruchu zaczął nałogowo oglądać telewizję… Przeczytał też dużo mniej książek i oglądał mniej filmów (za to głównie kiepskie) niż miał nadzieję.

Czyli skończyło się tak jak można by się spodziewać. Dlaczego?

Sztuczny podział na „Realne” i „Wirtualne”:

Pierwsza rzecz, jaka zawsze uderza mnie w tego typu tekstach jest podział na rzeczy „realne” i „wirtualne”, gdzie te drugie mają mniejszą wartość i traktowane są tak jakby nie istniały. Nie zrozumcie mnie źle: wykłócanie się na Facebooku z nieznajomymi o Tuska i Kaczyńskiego nie jest szczególnie wartościowym aspektem życia. Jednocześnie dziwi mnie to, że ludzie z jakiegoś powodu uznali, że np. wysłanie tej samej wiadomości mailem jest mniej „realne” niż wysłanie jej tradycyjną pocztą. Mimo, że wpływ na nasze życie pozostawia taki sam.

Tak, jakbyśmy korespondowali z robotem, a nie prawdziwym człowiekiem.

Obawiam się, że obecnie te światy bardzo mocno się przemieszały.

Wiecie: obecnie mam znajomych i członków rodziny, z którymi rozmawiam głownie przez internet lub telefon, znajomych internetowych, z którymi rozmawiam głownie w realu, do banku praktycznie nie chodzę, podobnie do większości rodzajów sklepów (wyjątek stanowią spożywcze i ciuchowe). Książki kupuję na Arosie, delikatesy w sklepach internetowych, gry na Steamie i Gram.pl. Czasem bywam w Komputroniku, gdzie jest punkt odbioru elektroniki. W stacjonarnym banku cale lata już nie bylem.

To jest element wirtualny czy realny?

Z bratem rozmawiam głownie przez net, bo ja mieszkam w Ciemnogrodzie, a on w Krakowie. Znajomość z bratem jest więc wirtualna czy realna?

Shutterstock, wydawca powieści, wydawca ebooków, giełda i parę innych miejsc, gdzie zarabiam pieniądze, którymi płace w realu to miejsca całkowicie wirtualne.

Prawdę mówiąc o ile mam poważne wątpliwości, czy kiedyś wirtualne od realnego dało się rozróżnić tak dziś jestem niemal pewien, ze w 90 procentach dziedzin miedzy światem wirtualnym i realem należny postawić znak równości.

Oczywiście można tutaj przywołać przykład ludzi, którzy tracą całe dnie lub tygodnie życia na granie w WoWa…

Ale można pokazać też kontrprzykład. W pracy mamy takiego specjalistę, który z komputerami nie ma nic wspólnego, za to czyta te wszystkie prawackie fanziny. Lektura ta sprawia, że robi się czerwony, macha pięściami, drze ryja, wydaje z siebie ćwieki, z których tylko trzy są artykułowane („Tusk”, „kurwa” oraz „kanalia”) i wdaje się w głośne polemiki z jakimiś, urojonymi Żydami…

On żyje w świecie realnym, czy wirtualnym?

Tak wiec: same założenia eksperymentu moim zdaniem były sztuczne. Nie ma oczywistego podziału na świat „realny”, materialny i „wirtualny”, wygenerowany przez komputery. Tak samo, jak coś nie ulega odrealnieniu dlatego, że odbywa się za pomocą telefonu, tak samo nie zyskuje lub nie traci dlatego, ze odbywa się za pomocą Internetu.

Po drugie: obecnie „normalne”” społeczeństwo masowo wykorzystuje internet. Wczoraj, stojąc w kolejce w Biedronce słyszałem jak staruszki kłóciły się o to, co jedna wypisała o drugiej na Facebooku. Ciemnogrodzka polityka natomiast toczy się głownie w komentarzach na stronie eCiemnogród.

Prowadzi nas to do następnego punktu:

Efekt „Elendila”:

Elendil Voronda (nazwisko i imię zmienne) to jeden z moich „kolegów” z pracy. Jest to też pewnie najbardziej wkurzający człowiek, jakiego w swoim życiu spotkałem, wynika to z tego, ze na wszystko ma swoja filozofię, wszystko robi inaczej niż inni i chyba specjalnie tak, żeby ludzi wkurzyć. Przykładowo: Elendli lubi przyjść do zakładu 20 minut przed czasem, zamknąć się w budynku od środka, zając się otwieraniem drzwi i okien, podlewaniem kwiatków i takimi tam, drobnymi pracami porządkowymi, podczas, gdy reszta załogi czeka na zewnątrz, na mrozie, aż skończy i łaskawie nas wpuści do budynku.

Potem oczywiście Elendil ma pretensje do wszystkich, że mu nie pomogli. Próbowaliśmy przychodzić przed nim, ale facet zaczął przychodzić 40 minut przed czasem.

Jedna z bardziej wkurzających cech Elendila jest fakt, że nie używa telefonu komórkowego.

Tak więc, o ile w normalnych sytuacjach pracownika da się ściągnąć w razie jakiegoś alarmu (typu „księgowa wzywa”, „dyrektor urządza spotkanie” etc.) po prostu do niego dzwoniąc, tak Elendila trzeba szukać po całym kompleksie.

Obawiam się, że nasz bohater rezygnując z korzystania z Internetu samemu ustawił się w analogicznej sytuacji.

Po prostu: jeśli większość ludzi prowadzi życie osobiste z pomocą Internetu, czy to korzystając z Facebooka, czy maili czy innych tego typu udogodnień, ogląda filmy na Netflixie, kupuje na Allegro, o nowościach dowiaduje się z internetu, restauracje wybiera w necie, ich menu sprawdza w necie, lokalizacje znajduje w necie etc. (bo jak inaczej? Książki telefoniczne prawie już nie istnieją), to nie robiąc tego wykluczamy się poza nawias normalnie funkcjonującego społeczeństwa.

Bo inni też mają życie:

Nasz bohater wyobrażał sobie zapewne, ze odstawi internet i zacznie chodzić po imprezach, bo będzie miał więcej wolnego czasu. To zapewne się częściowo sprawdziło: odstawił internet i przez tydzień chodził po imprezach. A potem okazało się zapewne, że inni ludzie też mają pracę (za to nie mają rocznego urlopu), dzieci, nadgodziny, wizyty u fryzjera, wyjazdy, szkołę, studia lub zwyczajnie chcą sobie posiedzieć w domu i pograć w strzelanki korzystając z dnia wolnego.

I cały plan dostał po głowie.

Bo o ile pierwszy tydzień znajomi cieszyli się, że wyszedł ze swojego pokoju, tak potem mieli już pewnie dość imprezowicza, który stale im się narzucał.

Efekt nudnych wakacji:

Cofnijmy sie w czasie. Nie wiem, jak u was w liceum, ale u mnie wielu uczniow nie lubilo wakacji, a wolalo szkole. Powod byl taki, ze o ile w roku szkolnym mogli dosc swobodnie prowadzic zycie towarzyskie (bo wiekszosc ich znajomych chodzila jesli nie do tej samej klasy, to do tego samego liceum), tak w wakacje kazdy siedzial u sieie w domu, zgadanie z kimkolwiek bylo trudne, ludzie wyjezdzali etc. Wiec sie takie osoby nudzily.

Czesto tez okazywalo sie, ze osoby takie, procz imprezowania nie mialy innych, ciekawych cech osobowosci, tak wiec skazane byly na osamotnienie.

Tkwily wiec pod blokiem lub w domu, ogladajac telewizje.

Nasz bohater z duzym prawdopodobienstwem wpakowal sie w taka sytuacje, bowiem odcial sie od glownych srodkow komunikacji, przestal sie zajmowac swoja specjalizacja (byl dziennikarzem technicznym), ktora czynila go wartosciowym dla innych ludzi oraz niestety wypadl z normalnego obiegu, bo trafil na roczny urlop.

Bez internetu jak bez prądu:

Efekt ten potęgowany był przez inna rzecz. Mianowicie net przez ostatnie 20 lat stal się głównym narzędziem komunikacji ze światem i załatwiania spraw. Do tego stopnia, że jego brak jest bardzo przykro odczuwalny. Ja go porównuje z brakiem prądu, gazu, wody lub odcięciem kanalizacji. Owszem, ludzie jeszcze nie tak dawno, bo 50-100 lat temu obywali się bez tych rzeczy, jednak dziś do nich przywykli. Co więcej bez nich trudno ponownie funkcjonować, bo alternatyw brakuje. Tak samo, jak dziś na podwórkach nie ma ani studni, ani sławojek, tak samo nie ma też wielu rzeczy nie załatwia się już offline.

Tak wiec, jeśli netu nie ma, to w gry komputerowe nie pograsz, bo DRM-y.

Filmu nie pooglądasz, bo wypożyczalni nie ma (za to jest Netflix).

Książki nie poczytasz, bo katalog biblioteczny dostępny jest wyłącznie przez siec.

Ja w takich okolicznościach poszedłbym na rower, fotografować błoto. Ale facet zdaje się w Nowym Yorku mieszkał. Wiec o dobre błoto do fotografowania trudno.

Internet: chłopiec do bicia:

Mam też jeszcze jedno wrażenie: otóż przypuszczam, ze Internet w tym wypadku pełni funkcję dyżurnego chłopca do bicia. Przekaz medialny, obecny może nawet nie w mainstreamowych mediach, ale w wierzeniach ludowych jest prosty: Internet wciąga, izoluje, sprawia, że ludzie zamykają się w swoim świecie, bez przyjaciół i uczą się przemocy.

Zapomina się natomiast, że Internet to tylko narzędzie, które jako takie nie ma mocy zniewalania i omotywania umysłów samo z siebie.

Nikt nam tez Internetu do głowy na siłę nie wciska.

Aby się od niego uzależnić trzeba albo miedz odpowiednie predyspozycje, albo samemu tego chcieć.

Uzależnienie od Internetu to obawiam się często po prostu dobra wymówka, zarówno dla otoczenia jak i samego „uzależnionego”. Pozwala zrzucić winę za nasze złe nawyki, wady osobowości i inne takie na zewnętrznego demona. „Nie wychodzę z domu rzucać frisbee, bo jestem uzależniony od Internetu”. „Nie mam przyjaciół, bo jestem uzależniony od Internetu”. „Nie myje się, bo jestem uzależniony od Internetu”.

A nie „Nie wychodzę z domu, bo jestem leniem, który nie potrafi organizować wlanego czasu, moja osobowość jest mało atrakcyjna dla innych, a poza tym mam za słabą wole, żeby coś w sobie zmienić”.

PS. Ale gościowi i tak trzeba pogratulować wytrwałości. Jak nam w robocie odcięli internet, to po ludzie zareagowali jak Goblinoidy w pierwszej edycji Warhammera: w dwa dni podzielili się na plemiona i zaczęli między sobą walczyć.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Internet, Komputery i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Rok bez internetu: o pewnym eksperymencie

  1. Grisznak pisze:

    Bardzo dobry i sensowny tekst.
    Cóż, przypomina mi się cytat z pewnej powieści z początku XX wieku, gdzie bohaterka deklaruje, że nigdy nie wsiądzie do kolei żelaznej, bo to niebezpieczne, niewygodne, nie daje prywatności, hałaśliwe i generalnie od czapy, pewnie chwilowa moda i ludzie wrócą do koni, bo przecież tym nie da się wszędzie dojechać. Że ona i tak będzie podróżować powozami.

  2. DoktorNo pisze:

    Kiedyś ludzie czytali gazety, dziś przeglądają feedy na telefonie:

    A „fake news” to fenomen równie stary co prasa:

    https://theconversation.com/techniques-of-19th-century-fake-news-reporter-teach-us-why-we-fall-for-it-today-75583

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s