I co z tego, że Polacy nie czytają książek?

14980806_1168539859881704_2924544904012485929_nKilka razy zdarzyło mi się martwić upadkiem czytelnictwa. Dziś zajmiemy się drugą stroną medalu: Dlaczego czytelnictwo spada i dlaczego mimo wszystko nie jest to straszne. Prawdę mówiąc, nie pamiętam dokładnie, dlaczego przyszedł mi do głowy akurat taki temat, jednak prawdopodobnie po ogłoszeniu wyników badań czytelnictwa za miniony rok ktoś mnie zirytował.

Co by się stało, gdyby Polacy czytali jeszcze mniej i dlaczego nie jest to takie straszne?

Pierwsze uściślenie:

Zacznijmy od jednej rzeczy: wbrew temu, co twierdzą statystyki, w Polsce książki czyta nie 40, 50 czy 60 procent ludności, między którymi to liczbami oscylują wyniki, a 5-10 procent. Reszta czyta barachło i równie dobrze mogłaby tego nie robić, bo i tak nic z tego nie wynika.

Jeżeli spojrzeć na listy bestsellerów, to królują tam straszne rzeczy: jakieś romanse i kryminały na poziomie, przy którym Conan Barbarzyńca jest literaturą nie dość, że wysoką, to jeszcze błyskotliwą i intelektualnie stymulującą. Potworne kicze, jak ta bajka o chłopcu przemierzającym ogarnięty wojną świat, by znaleźć liska o imieniu Pax (nie ma to jak powściągliwa symbolika). Pozycje szkodliwe społecznie, jak „dzieła” Bieszka, Zięby czy Pawlikowskiej… Polityczne agitki, jak „Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera”, czy też wreszcie zwykłe pornole, jak „50 twarzy Greya”.

Powiedzmy sobie szczerze. Nic strasznego by się nie stało, gdyby ludzie nagle przestali czytać takie książki. Nawet wydawcy nie ucierpieliby za bardzo, statystycznie bowiem czytana jest 1 na 5 sprzedanych książek.

Książka jako źródło magii:

9889_f06b_500Po drugie: nie ma prostego przełożenia pomiędzy liczbą przeczytanych książek, a inteligencją, wiedzą czy mądrością. By się o tym przekonać, wystarczy przyjrzeć się „fandomowi literackiemu”, jego grupom dyskusyjnym lub blogom. Jako człowiek wrosły w fandom graczy fabularnych i komputerowych oraz w środowisko miłośników anime, byłem nieprzyjemnie zaskoczony tamtejszym poziomem intelektualnym. U nas nawet z trollem można porozmawiać mądrzej.

Problemy z formułowaniem własnych opinii i ich wyrażaniem, zerowy krytycyzm, powtarzanie jeden przez drugiego, okropne wręcz luki, zarówno w wiedzy o funkcjonowaniu rynku, własnym hobby, jak i w ogólnej oraz zwykłe chrzanienie na poziomie: „Przeczytałam w tym roku wszystkie tomy Sagi O Ludziach Lodu, jestem więc 47 razy mądrzejsza od przeciętnego Polaka”, „Ekranizacja Władcy Pierścieni jest tak dokładna, że nie ma sensu czytać książki”, czy „Ucieszyłam się, gdy dotarło do mnie, że Aleksander Dumas podjął się napisania książki na podstawie filmu Trzej Muszkieterowie, ale niestety jestem nią rozczarowana, bowiem powieść znacząco odbiega od oryginału” (wszystkie cytaty są autentyczne).

Mangowcom, graczom komputerowym czy RPG-owcom aż tak bardzo bredzić się nie zdarza. Ale żeby być graczem, to jednak trzeba umieć samodzielnie rozwiązywać problemy. A przynajmniej znajdować ich rozwiązania w sieci.

Książka to produkt:

No niestety, książka to produkt, spełniający pewne konkretne funkcje. Książki mają dostarczać wiedzy, umiejętności i rozrywki, służyć też do wypełnienia jakoś czasu, którego z tej czy innej przyczyny akurat nie pożytkujemy inaczej. Są stosunkowo młodym (szeroko dostępna, masowo drukowana książka to niestety dobro, które pojawiło się dopiero w II połowie XIX wieku) wynalazkiem zaawansowanej cywilizacji, która nie tylko miała czas wolny, ale też środki produkcji niezbędne, by stworzyć narzędzia do jego wypełniania. Stąd wzięły się takie zjawiska, jak powieści czy wiersze.

Niestety, XIX wiek był jedynie krótkim mgnieniem w dziejach naszej cywilizacji i część jego zdobyczy okazała się w dłuższej perspektywie jedynie ślepymi zaułkami ewolucji, które przegrały konkurencję z innymi formami rozrywki.

Tak więc poezja, która w dużej mierze zaspokajała te same potrzeby, co obecnie muzyka popularna, została w dużej mierze przez nią pokonana. Teza ta może wydawać się kontrowersyjna, ale spójrzmy na takie Ballady i Romanse Mickiewicza. Przecież to zwykły pop. Odkąd istnieje radio oraz ogólnie dostępne gramofony, rola poezji w życiu społecznym spada coraz niżej.

Tak samo wygląda sprawa z innymi gatunkami literatury. Radio i telewizja zabiły modne w latach 50. powieści w odcinkach, drukowane w gazetach. Masowa motoryzacja zlikwidowała „powieść pociągową”, popularną jeszcze w latach 70. „Powieści pociągowe” to krótkie, liczące 150-200 stron utwory, które kupowało się na stacji, czytało, a po dojechaniu do stacji końcowej najczęściej wyrzucało. W Polsce nie były modne, gdyż nigdy nie mieliśmy wystarczająco masowej produkcji, by pozwolić sobie na coś takiego. Anderson, Zelazny i wielu innych klasyków fantastyki pisało właśnie w tym nurcie.

Radio i telewizja zabiły lub w dużej mierze ograniczyły też rynek „powieści dla kucharek”, uwalniając nas od okropieństw pokroju Znachora Tadeusza Dołęgi-Mostowicza czy Nocy i dni Marii Dąbrowskiej, bo najmniej wymagający czytelnicy przerzucili się na brazylijskie seriale.

Dość długo, bo do lat 90. broniła się „powieść samolotowa”, która pełniła podobną funkcję, jak „pociągowa”, jednak ostatecznie przegrała z laptopami, odtwarzaczami MP3 i innym sprzętem pozwalającym w trakcie podróży pracować lub oglądać filmy.

Jestem gotów założyć się, że czytelnictwo w dużej mierze spadło właśnie dlatego, że w kulturze uczestniczyć można dzięki innym, często dużo doskonalszym środkom.

Książka: nośnik danych:

16508679_1581702461846656_9152294293232486574_nNie jestem pewien czy proces zastępowania książki przez inne media, w tym gry lub telewizję jest w stu procentach negatywny. Książka, koniec końców, jest tylko nośnikiem danych, a gatunki literackie, takie jak opowiadanie, wiersz, powieść, dramat, to tylko sposoby ich wyrażania. Dane mogą być równie dobrze przenoszone na innych nośnikach, jak filmy czy gry komputerowe. Tak było kiedyś, może być i w przyszłości. Wiele osób tego nie wie, ale zanim zaistniała książka, istniały sposoby przenoszenia, często bardzo bogatej wiedzy, w formie ustnej. Utwory epickie, jak epos o Gilgameszu, Iliada czy Odyseja, były w całości zapamiętywane i z pamięci recytowane; tak samo sagi Wikingów i wiele innych, często skomplikowanych zespołów danych. Kanony edukacyjne tego typu były bardzo bogate. Przykładowo od wchodzącego w dojrzałość młodzieńca w średniowiecznej Skandynawii wymagano, by był w stanie wyrecytować cały, liczący około 200 artykułów, kodeks prawny. Dziś nikt takich rzeczy nie robi, gdyż dysponujemy narzędziem mnemotechnicznym zwanym właśnie „książką”. Tak samo będzie, kiedy epoka książki się skończy. Będą inne narzędzia do przenoszenia wiedzy.

Osobiście wystrzegałbym się gatunkizmu, czyli stawiania książki wyżej tylko dlatego, że jest książką. Filmy czy gry komputerowe potrafią opowiadać, a nierzadko też tworzyć (to zupełnie coś innego) historie na podobnym, jeśli nie na tym samym poziomie co książki.

Wielu może wydawać się dziwne, że przywołałem te ostatnie, ale dziś właśnie gry stanowią awangardę kultury popularnej; zarówno jeśli chodzi o sposoby wyrażania fabuły, jak i wykorzystywane środki estetyczne, o poszukiwaniu nowych sposobów przekazywania idei nie wspominając. Przykładowo, kilka dni temu ukończyłem Wiedźmina 3 i jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co tam osiągnięto: głębi fabuły, poruszanej tematyki, odpowiedzialności, jaką złożono na barki gracza, wyborów etycznych, jakie nierzadko trzeba dokonywać, narracji, dialogów, scenopisu… Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek czytał tak kompleksową, złożoną oraz wielowątkową i jednocześnie emocjonującą opowieść.

Owszem, Wiedźmin 3 jest fenomenalny, nawet jeśli chodzi o gry i wydaje mi się wątpliwe, żebym kiedykolwiek w swoim życiu zagrał w coś równie wspaniałego, jednak nie jest wyjątkiem, jeśli chodzi o fakt opowiadania historii.

Gier, które pod tym względem można porównać z książkami jest dużo, naprawdę dużo. Life is Strange, This War of Mine, Valiant Heart’s, Banner Saga, To The Moon, Shadow of the Colossus, Undertale, przygodówki od Telltale – to te, które mogę wymienić z marszu, a jest ich dużo, dużo więcej. Ja wiem, że nadal są ludzie, którym wydaje się, że gry komputerowe to rozrywka na poziomie Pacmana czy Tetrisa, ale dziś w zasadzie to oni zasługują na miano ignorantów i porównanie z analfabetami.

Obecnie mało która gra obywa się bez fabuły i kompleksowej opowieści. Nawet gry, po których trudno takiej oczekiwać, mają ją bardzo rozbudowaną. Taki X-COM (2012) to przykładowo bardzo frapująca opowieść science fiction, stawiająca wytarte już wprawdzie, ale ciągle aktualne pytanie o granice człowieczeństwa (nawiasem mówiąc Beyond Earth też, choć moim zdaniem akurat tutaj warstwę tę, jak i wiele innych rzeczy, skopano). Ba! Nawet Mortal Kombat (2012) to całkiem zgrabna historia sensacyjna, opowiadająca o przyjaźni, zemście, poświęceniu i odwadze wobec niebezpieczeństwa. A to tylko zwykłe mordobicie.

Książka książce nie równa:

Nie będę wam wmawiał, że Mortal Kombat (2012) jest jakąś szczególnie pouczającą historią, którą każdy powinien poznać, by stać się lepszym człowiekiem, jednak moim zdaniem Zmierzch oraz 50 twarzy Greya i tak przebija. Nie jest też tak społecznie szkodliwa, jak Ukryte terapie Zięby.

Ogólnie problem z nieczytaniem książek nie polega nawet na tym, że nie czyta ich ogół, ale raczej na tym, że nie czytają ich ci, którzy powinni. Tak więc mamy do czynienia z polonistkami, które „od studiów nie miały czasu przeczytać ani jednej książki”, lekarzami, którzy nie zdobywają nowych informacji o medycynie, takimi samymi architektami, historykami, filozofami, czy nawet wykładowcami akademickimi, którzy „dziś już nic nie czytają, dziś już tylko piszą”. Czyli ludźmi, którzy nie poszerzają swojej wiedzy, mimo że to wiedza jest teoretycznie ich główną wartością.

Co do książek niespecjalistycznych i nienaukowych/popularnonaukowych, to powiedzmy sobie szczerze: dają one głównie rozrywkę. I to nie zawsze najwyższych lotów. Owszem, są książki bardzo dobre, bardzo pouczające, otwierające umysł na nowy światopogląd lub pomagające nam dojrzeć coś, czego do tej pory nie dostrzegaliśmy. Niemniej jednak nie ma co oczekiwać, że przeczytanie dowolnej książki zagwarantuje nam oświecenie.

Książka innym nie równa:

4140_1fb8_500Chciałbym teraz napisać, że być może dzieje się tak, że od książki odpadają osoby, które są najbardziej wybredne i to właśnie one siedzą przy grach, oglądają seriale czy anime.

Byłoby to złośliwe i dosadne, jednak nie jest to prawdą. Przeciwnie: gracze, czy to komputerowi, czy to ci bez prądu, czy oglądacze czytają statystycznie więcej od średniej krajowej. Widać to zresztą po serwisach i stronach tematycznych, gdzie zawsze istniały różnego rodzaju kąciki czytelnicze, które miały mniejszą lub większą popularność, ale zawsze były.

Przy książce pozostaje też niestety bardzo wierne grono ludzi, którzy oczekiwania mają bardzo małe lub wręcz ujemne, tak jak ci nieszczęśni miłośnicy pseudonauki.

Odnoszę wrażenie, że największy problem z rynkiem książki polega na dwóch rzeczach. Po pierwsze: istnieje w Polsce rozległa grupa obywateli, która niejako tradycyjnie nie uczestniczy w kulturze. Nie czyta książek, nie gra w gry, nie chodzi do restauracji, ani na imprezy, nie korzysta z internetu, a czasem też nawet nie ogląda telewizji i nie słucha radia.

Po drugie: istnieje też grupa konsumentów styropianu, do której adresowane są te wszystkie marne kryminały, romanse i horrory. Grupa ta stopniowo się kurczy, w miarę jak telewizja i częściowo Internet są w stanie dostarczać styropian lepszej jakości. Problem w tym, że żaden cud się nie stanie, jeśli nagle zaczną spożywać styropian pod postacią książek, a nie Klanu.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

20 odpowiedzi na „I co z tego, że Polacy nie czytają książek?

  1. Wiron pisze:

    Książka jeszcze długo nie zginie bo ma jedną wyraźną zaletę – niski koszt produkcji. Jasne, prowadzi to do powstawania dużej liczby chłamu ale również ogromnej różnorodności i pozwala istnieć historią czy nawet całym gatunkom nieopłacalnym dla innych form przekazu.

  2. Paweł W pisze:

    Świetny tekst. Wiele ciekawych spostrzeżeń. Słowem, dobra robota:)

  3. Grisznak pisze:

    Bierzesz najbardziej ekstremalne przykłady i przekładasz je na normę.
    Czytanie nie tylko rozwija wyobraźnię, ale przede wszystkim zmusza nasz umysł do pracy. A umysł jest jak ciało – pracując ćwiczy i pozostaje w formie. Nawet przeczytanie kryminału czy innych Ludzi Lodu działa tu pozytywnie, znacznie bardziej niż obejrzenie tegoż w TV.
    Pomijam juz to, że nawyk czytania sprzyja pogłębianiu wiedzy i wychodzeniu poza lekturę nagłówków i clickbaitów, co przekłada się na większą wiedze ogólną, mniejszą podatność na manipulacje i większy krytycyzm.

    • Karoluch pisze:

      Zgadzam się 🙂

    • Grisznak, ale spójrz choćby na top 100 bestsellerów Empika. Tam widać, co czytają ludzie. I nowy Pilipiuk to w tym zestawieniu perła.

      • Grisznak pisze:

        Ale nawet czytanie takich rzeczy jest dla człowieka ćwiczeniem intelektualnym. Poważnie. Nie każdy musi czytać LeGuin, tak jak nie każdy da radę zrobić 30 pompek.

      • Po pierwsze: ja Le Guin czytałem jak miałem 12 lat. Nie nazwałbym jej jakąś intelektualną wagą ciężką. Tzn. to są bardzo dobre i niekiedy mądre książki. Ale nie są trudne czy nieprzystępne.

        Po drugie: większość tych książek, które czyta „lud” to nie są intelektualne pompki, ale papierosy. I niestety mają one często negatywny wpływ na nich i na nich postrzeganie świata.

        Dobrym przykładem może być tu pani Elfryda (imię zmienione), która pracuje u nas. Pani Elfryda jest wielką miłośniczką romansów, czyta je pasjami i twierdzi, że każda książka jest gimnastyką umysłu. Niestety o ile np. fantastyka stawia sobie na celu realnie pokazywać to, co nie istnieje, tak współczesny romans stawia sobie na celu to, co istnieje pokazać nierealnie.

        Efekty są takie, że pani Elfryda czasem próbuje podzielić się z nami swoimi przemyśleniami na świat, to jak ludzie postępują i jak postępować powinni. I powiem krótko: nawet Lechitom nie zdarza się tak chrzanić.

  4. Jarek pisze:

    ,,wchodzącego w dojrzałość młodzieńca w średniowiecznej Skandynawii wymagano, by był w stanie wyrecytować cały, liczący około 200 artykułów, kodeks prawny”

    Mógłbym prosić o źródło?

    • Foote, Wilson, „Wikingowie”, Warszawa 1975.

      Dodatkowo prawo Smalandu rozpoczyna się następująco: „Mężczyźni muszą udać się na thing i nauczyć się recytowanych praw. Ci, którzy są obecni muszą słuchać i nauczyć tych, którzy pozostali w domu”.

      Jest jeszcze fragment z Gunnlungs saga „Gunlug mieszkał jako chłopiec w domu przywódcy Thorsteina i nauczył się od niego prawa. Pewnego dnia powiedział: „Istnieje jeden punkt prawa, którego mnie nie nauczyłeś. Jak odbywają się zaręczyny?” „To drobiazg” odparł Thorstein i nauczył go jak to się robi (tego samego dnia Gunlung zaręczył się z jego córką)”.

      • Karoluch pisze:

        Prawo prawem, ale jak wyglądało jego stosowanie w praktyce? Ilu rzeczywiście to znało? A drugi fragment odnosi się elit, którzy nie musieli ciągle pracować i mieli czas na takie rzeczy.

      • Niestety, wiele wskazuje na to, że my obecnie pracujemy znacznie dłużej, niż średniowieczny chłop pańszczyźniany. O wolnym przedstawicielu normańskiej kultury nie wspominając.

      • Karoluch pisze:

        Tu się mylisz. Taki wikiński chłop, mieszkający na wsi to pracował od świtu do zmierzchu. Jarl to sobie tylko mógł siedzieć i praw na pamięć uczyć.

        Życie na wsi wtedy to była ciągła harówka. Wszystko było trzeba ręcznie robić.

        Nie wiem czy wiesz wiele o życiu na wsi i tu nie chodzi mi o obecną wieś, tylko taką dawną. Ja wiem z opowieści dziadka i babci, którzy się urodzili przed wojną jak wyglądało życie na wsi w czasach przed mechanizacją i elektryfikacją. Wiesz ile roboty było przy takich żniwach? Sianokosach? Kartoflach? (tego akurat wikingowie nie mieli). Albo przy gromadzeniu opału na zimę. A co dopiero robota przy przędzeniu lnu czy wełny, choć to akurat kobiety robiły głównie. Przy zwierzętach też ciągle trzeba było chodzić. Dzieciaki choćby pasały krowy.

        Ślady tego było widać w mentalności dziadka i babci. Oni musieli ciągle coś robić póki byli w miarę zdrowi, ciągle krytykowali, że wszyscy młodsi są leniwi i „nic nie robią”, a także dość często wynajdowali różne roboty do zrobienia przy podwórku. Teraz na to patrząc to akurat sensowne, bo coś to zawsze poprawiało czy naprawiało. Tak jak wtedy gdy z dziadkiem w wakacje przed dwa dni drzwi i futrynę w piwnicy ulepszyliśmy rozbierając stare i korzystając z dobrych części zrobiliśmy nowe cieplejsze i szczelniejsze.

      • 1) Nie było czegoś takiego, jak „wikiński chłop”. Chłopstwo jako warstwa społeczna w Skandynawii pojawia się na przełomie wieku XIII i XIV, czyli dwie setki lat po tym, jak epoka wikingów się zakończyła. Dzieje się tak z dwóch powodów: po pierwsze wcześniejsi wolni rolnicy się spauperyzowali, po drugie: tych, którzy się nie spauperyzowali wybili królowie w szeregu krwawych rozpraw.

        2) W Skandynawii za czasów wikingów ludność wiejska nie pracowała na Jarla. Na Jarla pracowali jego thralle czyli niewolnicy pojmani podczas wypraw łupieżczych. Prawdopodobnie to właśnie napady doprowadziły do powstania warstwy Jarlów jako takich.

        3) Ogólnie, to tragiczna kondycja średniowiecznego chłopstwa jest w połowie XIX wiecznym, a w połowie Marksistwoskim mitem. Powstał on w wieku XVIII i XIX, na skutek przeniesienia wstecz kondycji ludności wiejskiej, którą uznano za żyjącą „na poziomie średniowiecznym” więc przeklejono ją do wiadomej epoki. Utrwalili go natomiast historycy marksistowscy w wieku XX, dla których był on wygodny ze względów ideowo-propagandowych.

        Faktycznie było trochę inaczej. Jedyne oszacowanie jakie znam pochodzi z „Life on the English Manor 1150-1400” wyd. Campbrige University 1937 i szacowało czas pracy chłopa pańszczyźnianego (w Anglii, gdzie w tym czasie generalnie była bieda i zacofanie) na 1000-1400 godzin rocznie. Dla porównania dziś w Polsce to średnio 1800-1960 godzin. W wieku XIX, skąd kopiowano sytuację chłopstwa średni czas pracy wynosił natomiast 3000 godzin rocznie.

      • Karoluch pisze:

        1. Użyłem słowa chłop w znaczeniu rolnik, kwestia czy to był wolny czy pańszczyźniany włościanin czy jak to nazwać ma mniejsze znaczenie, bo rozmawiamy o tym ile oni musieli pracować. Robić. Zajmować się czymś konkretnym, a nie uczeniem się praw na pamięć.

        2. Nie jest istotne w tej kwestii kto pracował na jarla, istotne jest, że jarl sam nie musiał pracować, a czas sobie poświęcał na ćwiczenia z bronią, polowania i uczenie się mitów i praw na pamięć.

        3. Naprawdę mnie marksizm w tym wypadku wiele nie interesuje, ale to ile trzeba było pracować na wsi w czasach przed mechanizacją. A tutaj to ja nie widzę większych różnić między takim XIX wiekiem, a średniowieczem. Cepy się nie zmieniły. Kosy i sierpy też się nie zmieniły. Chrust sam też się normańskim chłopom nie zbierał w lesie. Krowy się same nie pasły. Konopie, len i wełna tak samo trudno się obrabiały, albo i trudniej. No chyba, że do pracy zaliczamy tylko robotę na polu. Ale to nawet tutaj jest dużo. Czy wiesz ile takiej roboty przy sianie jest, jeśli to wszystko robić ręcznie?

      • Ad 1 i 2) To wytłumacz mi, w jaki sposób Islandczycy mogli mieć w XIII wieku niemal zerowy poziom analfabetyzmu?

        Ad1B) Kiedy jego kondycja jest kluczowa. Jesteś świadom tego, że przed II Wojną Swiatową normą w Eurpie było, że czynsze tytułem użytkowania ziemi i / lub podatki pochłaniały 80% przychodu gospodarstw wiejskich? Wolny chłop zwyczajnie mógł pracować 20 procent z tego, co chłop późniejszy, bo nie musiał tego płacić.

        Ad 3) Istnieje poważna różnica między średniowiecznym rolnikiem, a nowożytnym. Otóż: średniowieczny chłop nie musiał konkurować cenowo ze zbożem amerykańskim, pochodzącym z Kanady, Australii, Południowej Afryki i Argentyny, gdzie same areały upraw były i są większe, niż w Europie, a stopień mechanizacji upraw długo pozostawał nieporównywalny. W odróżnieniu od twoich dziadków nie musiał też sprzedawać swoich owoców pracy państwu po oszukańczych cenach, poniżej realnej wartości rynkowej. W efekcie ta sama praca miała po prostu dużo większą wartość.

        Jak wiele tego nikt na świecie nie wie. Ja bym oceniał, że ze 20-30 razy, ale całkiem możliwe, że zaniżyłem wartość o rząd wielkości.

        Do tego trzeba dodać jeszcze to, że średniowieczny chłop dysponował znacznie większymi areałami upraw, niż nowożytny (średnio 15-17 Ha w najbardziej zaludnionych regionach jak Niderlandy czy Włochy, 50-60 na terenie Polski, dla porównania z 6,3 Ha w latach 80-tych w Polsce i 10 z czymś współcześnie), dzięki czemu zwyczajnie nie musiał wyrywać każdego ziarenka i źbła trawy ziemi, by związać koniec z końcem.

      • Karoluch pisze:

        Islandia wyspa na Północnym Atlantyku to unikat na skalę światową.

        Ty naprawdę nie rozumiesz o co mi chodzi. Bo nie o podatki, procenty czy coś ile tam kmieć miał łanów pola. Tylko o to jak czasochłonne było życie na wsi kiedyś. O takie rzeczy ile czasu pochłaniało koszenie trawy kosą, a potem przewracanie siana i zgrabywanie drewnianymi grabiami. Albo koszenie żniwa, a potem młócka cepem. Technika siania zboża od Średniowiecza do czasu nadejścia siewników to się nie zmieniła. Nie wiem kiedy dokładnie w Polsce siewniki się upowszechniły, czy to lata 50te czy nawet później, ale do tego czasu od tysięcy lat to szedł człowiek przewiązany płachtą i rzucał z niej ziarna na pole. W google wpiszesz siew ręczny to zobaczysz obrazki.

        Co do areału. To czy miał kmieć 60 hektarów w Średniowieczu czy 5 w przedwojennej Polsce. To są pewne pytania. Ile z tych 60 hektarów było gruntów ornych? Ile było obsianych (jak wiemy, była trójpolówka)? Ile lasów? Bo bez pomocy większej liczby ludzi, to nie da rady zbyt wielu obsiać w warunkach roboty końmi, albo wołami. To wymaga korzystania z pracy najemnej, czyli parobków. Natomiast to, że istnieją parobkowie implikuje, że na tych wsiach istnieje całkiem liczna grupa ludności mało lub bezrolnej, która musi sobie szukać dodatkowych źródeł dochodu. Na każdego Borynę przypadał taki Kuba, albo i kilku.

        80% czynsze dzierżawne i podatki przed wojną. Gdzie? Bo nie w IIRP. Włościanie byli uwłaszczeni w XIX wieku, w różnych latach i na różnych zasadach w różnych zaborach. Czyli czynsze dzierżawne odpadają.
        „W odróżnieniu od twoich dziadków nie musiał też sprzedawać swoich owoców pracy państwu po oszukańczych cenach, poniżej realnej wartości rynkowej. W efekcie ta sama praca miała po prostu dużo większą wartość.”
        Większość ich opowieści to PRL, bo to najlepiej pamiętali, bo przed wojną to byli mali. A w PRL to ceny produktów rolnych w tej księżycowej gospodarce były bardzo korzystne dla mieszkańców wsi, co tylko utrwalało rozdrobnione stosunki własnościowe, plus oczywiście państwo było niechętne koncentracji . Na dodatek większość ludności wiejskiej stała się „chłoporobotnikami”, miała jakąś robotę, ale i tak po robocie robiła na tych swoich kilku hektarach. Widocznie się im to opłacało i chciało się to robić, mimo, że mieli już jakąś robotę. Pewnie tutaj też odniosłeś się do kontyngentów, które istniały do czasów „dobrego króla Edwarda, który zastał wieś krytą strzechą, a zostawił krytą eternitem”. Do pewnego stopnia były one uciążliwe, ale za takiego Gomułki, to już nie stanowiły na chłopach zbyt wielkiego ciężaru. Zresztą w czasach PRL zaczynając od lat 50tych, gdy skończyła się presja na kolektywizację na wsi zaszły pewne przemiany, które jasno wskazują na bogacenie się ludności. Mianowicie ludzie, własnym sumptem, własnym wysiłkiem postawili murowane domy i zabudowania gospodarcze. Tyle się mówi o budownictwie mieszkaniowym w PRL, czyli o państwie, które budowało bloki, natomiast się zapomina o tym czego dokonali ludzie na wsi. Może wieś w Twoich okolicach w Podkarpackiem wygląda gorzej, ale u mnie w klasycznej Kongresówce to niemal w każdym siedlisku istniejącym w PRL pojawiły się murowane zabudowania. Już nie ważne, że domy są brzydkie czy często niefunkcjonalne, a budynki gospodarcze często szkaradne, ale ludzie je jednak zbudowali, to jest osiągnięcie.

        Jest w „Rosji carów” Pipesa w jednym z pierwszych rozdziałów o życiu na rosyjskiej wsi w XIX wieku. Ciekawa lektura, bo daje całkiem inny obraz pańszczyzny w Rosji niż stereotypowy. Otóż tam jest coś takiego, że większość świąt cerkiewnych była w zimie, z oczywistego powodu, wtedy jednak było na wsi mniej roboty, bo na polu z wiadomych powodów nie robiono, to był czas by pójść częściej do cerkwi. Podczas gdy w lato czas trzeba było wykorzystać maksymalnie.

        Zresztą to do dziś na wsi jest przekonanie, że w niedzielę się nie robi z wyjątkiem żniw i sianokosów, które to roboty są uzależnione od dobrej pogody. Czyli koszenie zboża czy zwożenie siana w niedzielę jest dopuszczalne, bo trzeba wykorzystać słońce, bo może przyjść burza, która opóźni robotę o jakiś czas. Inna sprawa, że teraz mało kto już siano zwozi, bo duzi hodowcy bydła to sianokiszonkę w belach preferują.

        Dlatego nie uważam, by rolnika w Średniowieczu to była idylla, arkadia, fruwały motylki, a hoże słowiańskie dziołchy śpiewały tańcząc wśród złotych łanów zbóż. To była codzienna harówka, walka z przyrodą, wydzieranie ziemi jej plonów. Owszem taki kmieć, który zatrudniał parobków miał dużo lepiej, a średniorolny lepiej niż mało rolny. Tylko jednak praca, sama aktywność, była ciężka i czasochłonna.

      • Karoluch: niestety muszę poprosić cię, żebyś poczekał na moją odpowiedż tak z pół roku. Od jakiegoś czasu zbieram materiał na tekst o sytuacji chłopstwa w średniowieczu, wtedy pogadamy.

  5. marktheartist pisze:

    Książka to nośnik danych jak płyta DVD z filmem, internet itd. Niekoniecznie jest mądry ktoś kto dużo czyta, ale ten kto z każdego możliwego źródła informacji umie wydobyć użyteczne informacje i sformułować na ich podstawie własne, krytyczne, niezależne wnioski.

  6. Velahrn pisze:

    Jestem lekarzem i nie czytam książek medycznych. Jest to bezsensowne. W Polsce takie książki, czy to dla studentów, czy dla lekarzy, są tragiczne. Zasadniczo, lista sensownych pozycji zaczyna i kończy się na „Internie” Szczeklika. Reszta to chłam, pisany w strasznym, typowo polskim-akademickim stylu, przeładowany zbędnymi informacjami. Albo wręcz przeciwnie, zupełnie pozbawiony konkretnych zaleceń klinicznych. Na dodatek, medycyna tak szybko się zmienia, że 10-letnie książki nadają się tylko do wyrzucenia (nie mówię tu o „Anatomii” Bochenka, czy jakiejś propedeutyce interny, ale po odręcznikach klinicznych).
    Co czytamy? Czasopisma medyczne, aktualne wytyczne i zalecenia towarzystw naukowych, metaanalizy i badania kliniczne, bazy danych i strony typu UpToDate. Książki? Nie, to strata czasu.

  7. Pawel.M. pisze:

    Nie obraź się, ale co do sytuacji chłopów w średniowieczu, to bredzisz jak jakiś Korwin. Polecam na początek dwie książki Karola Modzelewskiego: „Chłopi w monarchii wczesnopiastowskiej” oraz „Organizacja gospodarcza państwa piastowskiego X-XIII wiek”.
    Co do sytuacji w wiekach XVII-XVIII zamiast marksistów i korwinistów, których propaganda ma taką samą głupotę, lecz przeciwne zwroty – polecam teksty źródłowe, relacje przybyszów z Zachodu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s