Czy recenzent powinien lubić to, co opisuje?

4356_1645W chwili, gdy powstaje ten tekst, powoli piszę sobie recenzję Valiant Hearts, która powinna zostać opublikowana kilka dni przed nim. Valiant Hearts to niezła gra, posiada jednak bardzo poważną wadę, której nie mogę ująć w tekście.

Jest przygodówką.

A wychodzi na to, że ja przygodówek nie lubię.

Nie będę może wchodził za bardzo w szczegóły i rozdrabniał się nad tym, dlaczego rzeczonych gier nie lubię. Zajmiemy się samym rozważaniem tego, czy recenzent powinien lubić to, o czym pisze. Dość powszechnie zarzuca się, że recenzent z tego lub innego serwisu czy bloga kipi nienawiścią do jakiegoś gatunku bądź tytułu. Zwłaszcza jeśli akurat zdarzyło mu się wystawić negatywną ocenę.

Zdroworozsądkowe rozwiązanie tematu:

W początkach internetu, kiedy jeszcze dość aktywnie działałem w różnych zinach i na serwisach, wychodziłem z dość idealistycznego założenia, że problem jest nieistotny, bowiem prawdopodobieństwo tego, że recenzent weźmie na siebie omawianie tytułu należącego do gatunku, którego nie lubi jest bardzo małe. Zwłaszcza w sytuacji, gdy czas nas nie goni, nikt nam za nic nie płaci, nikt nas nie zmusza i tylko my sami dobrowolnie poświęcamy czas, by wzbogacić świat opowiadając o naszym doświadczeniu.

Po latach muszę powiedzieć, że założenie to (jeśli odjąć od niego młodzieńczy idealizm) było bliskie prawdy. Po piętnastu latach zabawy w recenzowanie muszę powiedzieć, że przypadki, gdy ktoś podejmuje się pisania o gatunku, z którym nie sympatyzuje, są w mediach nieprofesjonalnych rzadkie. Nie ma bowiem sposobu, żeby wyciągnąć tekst od autora na temat, o którym nie ma ochoty pisać. Zresztą w pisaniu profesjonalnym także zebranie tekstów od ludzi jest trudne.

Problemem nie jest to, że ludzie prześcigają się w złośliwościach, tylko znalezienie chętnych i ściągniecie tekstów o kiepskich produkcjach. Ludzie biorą egzemplarze recenzenckie, doczytują lub dogrywają je do połowy i rzucają w kąt, a pisania nawet nie zaczynają. Potem trzeba za nimi wydzwaniać, wypisywać maile i łazić godzinami, żeby oddali tekst. I nie ma w tym nic dziwnego. Tylko idiota będzie czytał kiepską książkę, grał w marną grę lub oglądał słaby film albo anime, kiedy może zajmować się czymś innym.

Dlatego recenzje – zarówno w świecie profesjonalnego, jak i amatorskiego dziennikarstwa – pisze pewna dość specyficzna grupa ludzi. Są to najczęściej osobnicy, którzy czerpią przyjemność z zabawy w redakcję, uważający, że ich misją jest głoszenie prawdy. Nie jest też prawdą, że redakcje celowo zaniżają oceny, by zwiększyć wyświetlalność. Owszem, bywają recenzenci, którzy krytykują dla draki, ale podbijanie sobie popularności w ten sposób wymyślił ktoś, kto nigdy niczego nie opublikował. Palnąć pięć gwiazdek na pięć gdzieś koło tytułu to najlepszy sposób, by zwiększyć poczytność tekstu o dobre 20-30 procent. Niska nota powoduje dokładnie taki sam efekt, tylko w drugą stronę.

3582_dc8cNajgorsza plaga – bezkrytyczny fanboj:

Większym problemem są bezkrytyczni fanboje, którzy piszą recenzje na zasadzie „dziękuję wydawcy za piękna książkę”, albo też dają oceny 10/10 tylko dlatego, że produkt jest z Japonii, bo wiadomo, że wszystko co japońskie jest najlepsze: gry, książki, kreskówki, filmy…

Nie jest to prawda. Barachło to barachło, niezależnie od tego, gdzie zostało wydane i w jakim kraju zostało nakręcone. Niestety różnego rodzaju otaku są dosłownie zaślepieni swoją pasją, w efekcie czego nie potrafią dostrzec oczywistych wad jakiegoś produktu.

Fanboje są problemem, bo robią reklamę rzeczom bezwartościowym, tylko naciągając ludzi, którzy kupując dany produkt tracą pieniądze i czas. Szkodzą też swojemu hobby, bowiem ludzie, którzy raz się nacięli, nie wezmą teraz danego produktu i więcej do tej tematyki nie powrócą.

Hejter – zło nadal dosyć duże:

Innym problemem są hejterzy. Obawiam się, że hejter to osoba, która wychodzi poza zwykły poziom lubienia i nielubienia. Normalny człowiek, który czegoś nie lubi, zwyczajnie omija to szerokim łukiem, koncentrując się na tym, co mu się podoba. Hejter natomiast z jakiegoś powodu czuje misję, żeby swoją nienawiść szerzyć. Bardzo chętnie bierze też na swoje barki recenzowanie nielubianego tytułu tylko po to, żeby go zjechać.

Dobrym przykładem hejtera jest moim zdaniem Sławek Serafin, redaktor najpierw Gamecornera, a potem Gram.pl, jedyny redaktor serwisów internetowych, którego rozpoznaję (i świadomie omijam). Jego teksty mają szereg wad: dużo miejsca poświęca na zupełnie zbędne gadanie o niczym. Często pisze pod tezę. Próbuje (nieudolnie) budzić kontrowersje dla samych kontrowersji. I w szczególności: nie znosi gier Blizzarda i bardzo stara się udowodnić ich niższość. A jeśli nie jest to zgodne z faktami, to tym gorzej dla faktów. Niech za przykład twórczości tego pana posłuży jego recenzja Starcraft II: Heart of the Swarm, w której, mimo zapisania blisko 10 stron wordowskich, o tytułowej grze padły może trzy zdania. Pozostała część była pieśnią pochwalna dla Dawn of War 2 i League of Legends.

Problem zarówno z fanbojami, jak i hejterami jest taki, że jedni i drudzy wprost ustawiają się do pisania recenzji, czują bowiem wewnętrzny przymus głoszenia swojej ewangelii.

Rzetelność:

2884_08fe_500Problemem jednych i drugich jest nie tyle brak obiektywizmu, bowiem powiedzmy sobie szczerze: recenzja siłą rzeczy nigdy nie będzie obiektywna, a rzetelności. Rzetelność sprecyzowałbym, podobnie jak w metodologii naukowej, jako „powtarzalność doświadczenia”. Czyli w momencie, gdy całkowicie świeży i niespaczony użytkownik siada do danego produktu powinien on być w stanie odczuć dokładnie to, co recenzent. W przypadku zarówno fanboja, jak i hejtera coś takiego nie jest możliwe, bowiem ci nie dostrzegają pewnych cech produktu lub wręcz na ich miejsce wklejają rzeczy zupełnie zmyślone.

Jeśli spojrzeć na osobę, która nie żywi sympatii dla danego gatunku, sytuacja jest nieco inna. Dla osoby takiej pewne cechy gatunku są relatywnie mało istotne, a inne relatywnie ważne. Przykładowo w moim wypadku i przygodówek, które posłużyły jako inspiracja tego tekstu, cechą taką jest brak akcji. Przygodówki są raczej powolne, liczy się w nich kojarzenie faktów i spostrzegawczość. Dla mnie istotne jest raczej tworzenie planów i strategii oraz zarządzanie zasobami i ryzykiem, które w tego typu grach nie ma miejsca. Istnieje natomiast w RPGach, strategiach, strzelankach, zrecznościówkach, mordobiciach… Przy czym nie jest to kwestia powtarzalności doświadczenia, tylko położenia nacisku na pewne, mniej lub bardziej dla kogoś istotne, wartości i owego doświadczenia interpretacji.

Problemem nie jest niestety to, że jakaś pozycja jest dobra lub zła, tylko to, że komuś przypasowała lub nie. Tym, o czym trzeba pamiętać oceniając taką pozycję jest fakt, że innym może się podobać.

Efekt hiphopowca” czyli trudność oceniana:

5219_d95dNawet (a raczej zwłaszcza) rzetelny recenzent, biorąc się za nielubiany gatunek, staje przed bardzo poważnym wyzwaniem: jest nim najczęściej brak wiedzy o nim.

Zjawisko to nazywam „efektem hiphopowca” i w zasadzie od dawna chciałem o nim napisać. Nazwa pochodzi od przygody, jaką miałem jeszcze na studiach, kiedy to dość poważnie pokłóciłem się z kolegą z roku, który właśnie był milośnikiem hip-hopu. Ja osobiście tej muzyki nie lubię. Niestety dyskusja zeszła na argumenty i mój przeciwnik mnie całkowicie zmiażdżył. Powód był prosty: o hip-hopie nie wiedziałem (i dalej nie wiem) nic, oprócz tego, żee działa mi na nerwy. Jedyny argument, który potrafiłem podnieść, odnosił się do kwestii estetycznych.

Niestety często bywa tak, że osoby nie gustujące w jakimś gatunku posiadają bardzo płytką wiedzę o nim. Nie wynika to z faktu, że „nienawidzą, bo nie znają”, tylko odwrotnie: „nie znają, bo nienawidzą”. Jeśli coś zostało przez nas uznane za mało wartościowe, to automatycznie niestety przestajemy gromadzić informacje o tym. W efekcie osobie nastawionej krytycznie bardzo trudno jest znaleźć argumenty przeciwko swojemu obiektowi niechęci. Obrońcy za to, który jest doskonale rozeznany w swoim ulubionym gatunku, kontrargumenty przychodzą bardzo, ale to bardzo łatwo.

Prowadzi to niestety do jeszcze jednego efektu. Osobie niechętnej jakiemuś gatunkowi bardzo trudno jest gromadzić o nim wiedzę. W efekcie najczęściej nie ma o nim większego pojęcia. Przykładowo: ja i przygodówki. Ostatnia przygodówka, w jaką grałem to Neverhood. Nie mam pojęcia co się w tym gatunku działo przez ostatnie 20 lat, jakie miały miejsce trendy, mody i zmiany. Ze względu to nie wiem jak pod tym względem na tle innych gier wypada Valiant Hearts. Dlatego też staram się tego tematu w recenzji unikać. Gdyby więc gra ta była zupełnie wtórna bądź totalnie innowacyjna, to najpewniej w ogóle bym nie zauważył różnicy.

Podsumowując:

Wychodzi więc na to, że recenzent powinien być skłonnym do marudzenia miłośnikiem danego gatunku. Miłośnikiem, gdyż bez tego trudno jest znaleźć motywację do jego zgłębiania i trzymania ręki na pulsie. Skłonnym do marudzenia, by nie dać się zaślepić miłości i mieć oczy otwarte na jego wady.

Korekta i redakcja: Mateusz Stępień.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Pisanina i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Czy recenzent powinien lubić to, co opisuje?

  1. Grisznak pisze:

    ” Tylko idiota będzie czytał kiepską książkę, grał w marną grę lub oglądał słaby film albo anime, kiedy może zajmować się czymś innym.”
    Nie do końca. Istnieje coś, co nazywa się „guilty pleasure”, czyli oglądanie/czytanie/granie celowo w rzeczy niezbyt, delikatnie mówiąc, udane po czym recenzowanie ich, czy to dla przyjemności. ostrzeżenia czy też zabawy. W życiu napisałem sporo recenzji słabych płyt czy anime.

    • Kasztelan pisze:

      NIe zgodzę się z definicją „guilty pleasure” a raczej guilty pleasure pojawia się kiedy jest się fanem danego gatunku/medium że sięga się po mniej znane/gorszej jakości tytuły i potrafi się wskazać co dany film/książka/gra robi źle ale jako całość bądź pojedyńczy jej element „ratuje” medium przed całokowitym potępieniem (np dla mnie drobną grzeszną przyjemnością jest cars 2 gdzie żywe gadające auta dosłownie się zabijają ). Trzeba być fanem żeby tak jak zwrócił uwagę Zegarmistrz wiedzieć czy tytuł jest wtórny czy nawet totalną zrzynką. Żeby coś było grzeszną przyjemnością trzeba najpierw wiedzieć czemu nie powinno nam się podobać.

      Jeśli chodzi temat wpisu to uważam że nie trzeba lubić gatunku co przynajmniej znać cechy jakim się charakteryzuje żeby nie krytykować roweru że nie umie pływać. Tak jak wspomniałeś że przygodówka jest dla Ciebie za wolna Zegarmistrzu fani gatunku są podzieleni co do zręcznościowych elementów i np. sztandarowy recenzent przygodówek w starym CD-Action El General Magnifico zawsze wypomniał tytułowi nielubiany przez niego zręcznościowy element chwaląc sobie gry o spokojnej, melancholijnej atmosferze.
      Ogółem recenzje można pisać o wszystkim byle widzieć co ta rzecz chciała osiągnąć i czym jest, a nie o tym jak My byśmy woleli żeby była 🙂

  2. Elessar pisze:

    Dobry, ciekawy tekst 🙂

    I zgadzam się: nic nie wiesz o hip-hopie 😀
    Hip-hop to rodzaj kultury, nurtu podczas gdy ty tym mianem nazywasz konkretną muzykę. Dla wytłumaczenia (choć i tak te informacje cie nie zainteresują) hip-hop to styl życia łączący takie działania jak: DJ-owanie, Rap, Graffiti i różne rodzaje tańca i walki uliczne tańcerzy. Też nie zagłębiałem się w ten temat nigdy ale myślę, że z każdej dziedziny wiedzy warto znać jakieś podstawy :p

  3. slanngada pisze:

    Znam teksty Serafina, też się sprzeczaliśmy.
    Ja nie nadaję się do przygodówek, zawsze się zacinam i robię Klikando!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s