O co i po co walczyć w kosmosie?

nauka_gora_Przy okazji mojego wpisu o tym, jak wyobrażam sobie inwazję planetarną pojawiły się wypowiedzi na temat bezsensowności prowadzenia wojen przez cywilizacje międzygwiezdne. Głównym powodem takiego stanu rzeczy był dostęp do w zasadzie nieograniczonych zasobów, co eliminuje potrzebę zajmowania planet. Przyjrzyjmy się tej kwestii.

Na początku:

Po pierwsze: zgadzam się, że – gdyby ludzkość opanowała technikę lotów międzygwiezdnych – prawdopodobnie nie potrzebowalibyśmy z żadnego powodu zajmować planet w rodzaju Ziemi, zamieszkałych przez rozumne rasy i posiadające bogatą biosferę. Jedyne dwa cele, dla których warto byłoby to robić to: przebadanie owej biosfery i pobranie próbek gatunków gospodarczo przydatnych (co można dokonać rękoma lokalnych badaczy) oraz likwidacja wrogiej siły żywej lub zajęcie nieprzyjacielskich baz rekrutacyjnych. Zdobywanie planety dla jej posiadania byłoby IMHO bez sensu.

W całym wszechświecie istnieje identyczny zestaw pierwiastków i występują one w podobnych ilościach. Tak więc równie dobrze można byłoby zadowolić się otworzeniem kolonii wydobywczych na planetach martwych i asteroidach.

Tlen i wodę ponownie można uzyskać z asteroid.

Dostęp do wody i żywności nie jest problemem. Przy dzisiejszej technologii zbudowanie farm pionowych, które produkowałyby żywność na statkach lub stacjach kosmicznych jest kwestią tylko znalezienia odpowiednich rozwiązań inżynieryjnych, a nie braku technologii.

Wszelkie ziemskie i nieziemskie, bezcenne gatunki (których nie trzeba szukać daleko, jednym z przykładów może być kauczukowiec, bez którego cały nasz przemysł leży, bowiem wielu rzeczy nie da się zrobić z syntetycznego kauczuku) dałoby się zapewne hodować w farmach pionowych.

Co więcej: w ogóle nie widzę planet jako rdzenia cywilizacji międzygwiezdnej (o przyczynach napiszę w jednym z punktów niżej). Jak już to taki rdzeń widziałbym we flotach w rodzaju tej z komiksu Armada, światach-statkach, jak pojazdy Eldarów z Warhammera 40.000 czy gwiezdnych fortecach jak z Macrossa.

Inaczej wyglądałaby sytuacja, gdybyśmy natknęli się na cywilizację, której droga rozwoju technicznego poszła w inną stronę i części współczesnych rozwiązań nie opracowano.

Mit wojny o zasoby:

Mimo to uważam, że do wojen będzie dochodzić. I to pomimo dostępu do w zasadzie nieograniczonych zasobów naturalnych. Powód jest prosty: teza, jakoby wojny były toczone wyłącznie o zasoby jest niestety głównie tezą propagandową, stanowiącą spłycenie problemu i nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Polemologia (nauka zajmująca się badaniem nad wojną) wylicza trzy typy przyczyn wojen. Są to:

Strukturalne: czyli wynikające z potrzeby czegoś. Te potrzeby mogą przybierać różne postacie. Tak więc wojna może wynikać z chęci zagarnięcia jakiegoś obiektu materialnego (ziemia, zasoby) lub niematerialnego (władza), może też być toczona o zasoby demograficzne (np. przyłączenia miast zamieszkanych przez ludność określonej narodowości). Dobrym przykładem tego typu konfliktu mogą być spory o Gdańsk i Śląsk, gdzie były to obszary zamieszkane zarówno przez ludność polską, jak i niemiecką, które obydwie rościły sobie do nich prawa i chciały ich przyłączenia do właściwego sobie państwa narodowego.

Innym powodem wojny strukturalnej może być chęć wyprzedzającego zniszczenia potencjału wojskowego przeciwnika. Sytuacja taka ma miejsce, gdy dochodzi do nadmiernych zbrojeń: jedno państwo zaczyna się militaryzować, co budzi obawę w innych, że stanie się celem agresji. W końcu, gdy te obawy zyskają uzasadnienie dochodzi do wojny.

Okazjonalne: czyli zainicjowane niespodziewanymi wydarzeniami i prowokacjami. Dobrym przykładem tego typu wojny jest Inwazja na Afganistan z początku obecnego stulecia (cel: zniszczenie baz Al Kaidy po zamachach z 11 września) lub I Wojna Światowa, która wybuchła w skutek zamachu w Sarajewie.

Koniunkturalne: do tej grupy zaliczyć można dwa typy wojen. Po pierwsze: wywołane przez sojusze, zwykle obronne. Po prostu państwo A zostaje zaatakowane z jakiegoś powodu (np. dlatego, że zatopiło obcy kuter rybacki łowiący dorsze na jego wodach przybrzeżnych), państwo B natomiast przystępuje do wojny, bowiem zawarło z nim sojusz obronny.

Drugim typem wojen koniunkturalnych są wojny wywołane przez ideologie lub religie. Przykładowo: jeśli w państwie A istnieje religia wymagająca ofiar z ludzi, a państwo B uznaje, że jego obowiązkiem jest bronić praw człowieka w całym świecie, to populistyczni lub co bardziej ideowo zmotywowani politycy państwa B mogą żywić przekonanie o konieczności uderzenia na państwo A.

how-people-in-the-90s-saw-the-futureAle jeśli chodzi o zasoby:

Długi wiek pokoju:

Mimo to uważam, że pierwszy okres po rozpoczęciu masowej kolonizacji pozaziemskiej będzie raczej pokojowy. Poza wojnami lokalnymi i ograniczonymi cyber i technowojnami przez pierwsze 500 do 1000 lat kolonizacji zapewne nie będzie dochodziło do większych konfliktów, bowiem potencjalny zwrot inwestycji z kolonizacji kosmicznej pustki będzie wielokrotnie większy od zwrotu z inwestycji w wojnę. Zwyczajnie: wysłanie statku kosmicznego celem wzniesienia kolonii na jakiejś, obcej planecie, planecie karłowatej, planetoidzie lub księżycu będzie zapewne tańsze i bardziej zyskowne, niż wysłanie owego statku na wojnę.

Tak więc, jeśli walki będą się zdarzały, to będą to głównie operacje o charakterze policyjnym: likwidacja piratów, obalenie psychopaty, który ogłosił się lokalnym dyktatorem, tłumienie spisków stawiających sobie za cel oderwanie części terytorium od macierzy etc.

Problem polega na tym, że niestety, co dowodzą przykłady z kolonizacji obydwu Ameryk, Afryki, Australii i Syberii ludzie, gdy okazuje się, że jest ich mało, za to mają pod dostatkiem zasobów i przestrzeni dostają kopulacyjnego kręćka. Przyrost populacji skacze do jakichś 5% rocznie, co niestety jest wartością pozwalającą na podwojenie populacji w ciągu 15 lat.

W tym tempie 100 osobowa grupa kolonistów byłaby w stanie rozmnożyć się do 7 miliardów w ciągu 450 lat.

Oczywiście w takim wypadku nadal nie muszą oni wszczynać wojen o zasoby. Wystarczy, że polecą po nie gdzieś dalej, co pewnie będzie wykonalne. Problem polega na tym, że każda z tych grup będzie miała co najmniej równe apetyty do ich przodków z Ziemi.

Co więcej grup tych będzie bardzo dużo. Już obecnie znamy 500 obiektów w samym Układzie Słonecznym wystarczająco dużych, by pomieścić nań państwo rozmiarów USA.

Jeśli je zasiedlimy, aby dorównać rozmiarowi pierwszej fali kolonizacji druga będzie musiała zagarnąć więc najmniej 250.000 ciał niebieskich. Trzecia: 125 milionów. Czwarta zapewne ogarnie całe ramię galaktyki. Piąta: galaktykę. Dla szóstej nie starczy w niej już miejsca.

Korzyść komparatywna:

W pewnym momencie linie logistyczne rozciągną się na tyle, że albo sprowadzanie zasobów do planet rdzenia stanie się nieopłacalne, albo na tyle drogie, by coraz bardziej kuszące było zagarnięcie ich siłą. Może też okazać się, że ich wartość wzrośnie na tyle wysoko, by poszczególne potęgi rozważały zagarniecie ich siłą zamiast uczciwie konkurować o ich pozyskanie.

Wówczas to wybuchną wojny.

Może zdarzyć się też, że ludność z ciał niebieskich, których zasoby już wyeksploatowano podejmie migrację na tereny, które cały czas w nie obfitują, mając jednocześnie nadzieję wypchnąć z nich lokalnych mieszkańców.

Tego typu „najazd barbarzyńców” może również być przyczyną wojen kosmicznych.

nadgodziny-02-11-14-1_1763kStopniowa utrata pozycji przez Ziemię:

Kolejny powód, który wydaje mi się bardzo prawdopodobny nawet na wczesnym etapie historii podboju kosmosu to wybuch wojny hegemonicznej, toczonej przez Ziemię z jej konkurentami.

Wydaje mi się logiczne, że Błękitna Planeta przez pierwsze kilka stuleci po rozpoczęciu kolonizacji stanowić będzie stolice i centrum ludzkości. Powodów jest kilka, a najważniejszym z nich jest demografia: zwyczajnie przez jakiś czas to na niej będzie żyło najwięcej ludzi. Ona też będzie stanowiła zarówno najlepszy rynek zbytu jak i głównego konsumenta pozyskanych zasobów. W zamian natomiast będzie dostarczała wiedzy, wynalazków i produktów przemysłowych.

Problem polega na tym, że (IMHO) Ziemia na dłuższą metę jest kiepskim miejscem na stolicę ludzkości: owszem, leży w ekosferze gwiazdy, jednak prócz tego nie jest bogatsza w zasoby od innych planet. Co więcej znajduje się na dość mocnym uboczu oraz posiada bardzo silną grawitację, która sprawia, że celem wyniesienia ładunku na orbitę trzeba ozywać skomplikowanych obiektów jak rakiety nośne, antygrawitacja lub windy orbitalne.

Ziemia może nie być konkurencyjna wobec innych, ludnych, lepiej położonych światów.

Jednocześnie jej wysoka, początkowa pozycja może, w obliczu gwałtownego wzrostu cen surowców skłonić jej władzę do wymuszenia na koloniach danin lub położenia kresu konkurencji za pomocą siły.

Lokalne tarcia, koalicje i wojny kolonialne:

Kolejnym powodem do toczenia wojen może być chęć rewizji wcześniejszych traktatów.

Przykładowo całkiem prawdopodobne wydaje mi się, że wyruszając w kosmos ludzie podzielą się strefami wpływu na poszczególnych planetach. I całkiem możliwe jest, że podział ten będzie sprawiedliwy i zadowalający wszystkich Ziemian.

Pytanie brzmi, czy dwieście lat po podpisaniu tej umowy będą z niej zadowoleni również mieszkańcy Marsa i Księżyca (albo innych ciał niebieskich). Tym bardziej, jeśli została ona podpisana w innej rzeczywistości, przed ich narodzinami więc siłą rzeczy bez pytania ich o zdanie.

Inne pytanie brzmi jak traktowane będą te kolonie? Jako część państwa istniejącego na Ziemi? Jego terytorium zamorskie? A może eksploatowany wasal? I czy ich mieszkańcy z takiego traktowania będą zadowoleni?

Po trzecie: czy państwo to będzie w stanie wymóc przestrzeganie praworządności poza swą macierzystą planetą? Łatwo można sobie wyobrazić sytuację, gdy kolonia, formalnie mająca zagwarantowane prawa i wolności wpadnie w ręce niebezpiecznego watażki, który za pomocą broni podporządkuje ją sobie i ogłosi się dyktatorem. Wszystkie te sytuacje mogą doprowadzić do wojny.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dziwne rozkminki, fantastyka i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „O co i po co walczyć w kosmosie?

  1. Grisznak pisze:

    Pierwszy Gundam nieźle pokazywał, czym się skończyła zabawa w tworzenie państwa kosmicznego z Ziemią w roli stolicy.

    • DoktorNo pisze:

      Po pierwsze: tradycyjnie w takich dyskusjach odsyła do Winchella Chunga i jego strony Atomic Rocket: http://www.projectrho.com/public_html/rocket/stellarcolony.php (i kolejne artykuły o gwiezdnych imperiach i wojna w Kosmosie).
      Tylko uwaga: można się zaczytać na cały weekend!

      Teraz moje 3 grosze:
      Po pierwsze, powyżej zakładamy że stosunki polityczne w Kosmosie będą przypominały te znane z Ziemi, gdzie planety przyjmują role państw i wysp a Kosmos mórz i oceanów. A tak oczywiście nie jest, ze względu na to że zdatne do życia planety są zasadniczo samowystarczalne, a odległości międzygwiezdne są – no właśnie – astronomiczne. A to powoduje że jeśli trzymamy się zasad „hard SF” to polityka w Kosmosie musi przebiegać inaczej niż w epoce odkryć geograficznych i kolonizacji Ameryki.

      Po drugie: częstym błędem jest traktowanie całych planet jak pojedynczych państw, co ma sens tylko w sytuacjach gdy kolonia ogranicza się do jednego miasta (tzw. syndrom „Planetville”). Tymczasem gdy kolonie osiągną rozmiary liczone w milionach mieszkańców i zaczną kolonizować inne kontynenty, nie mówiąc o kulturowych różnicach miedzy mieszkańcami i różnych falach kolonizacji, to zaczynamy wchodzić w rejony podobne do ziemskich stosunków międzynarodowych, tylko na skale jednej planety.

      Po trzecie: Autorzy SF często przenoszą w Kosmos doświadczenia historyczne z historii swoich krajów i kultur. I tak Amerykanie umieszczają w Kosmosie swoją wojnę o niepodległość i kolonizacje Dzikiego Zachodu (np. „Luna to surowa pani” Heinleina), cykl o Honor Harrington nawiązuje do epoki żaglowców i Imperium Brytyjskiego (mimo iż autor jest Amerykaninem), japońskie anime często nawiązują do wojny z Amerykanami na Pacyfiku, a polska SF/F ciągle drepcze w latach 80-tych i 90-tych i tamtejszej „social fiction” krytykującej komunistów i transformacje ustrojową itp.

      Ekstrapolowanie kolonizacji Nowego Świata jest bez sensu, bo np. kolonie kosmiczne IMHO będą miały więcej wspólnego z miastem-państwem Singapurem niż typowym tzw. „boomtown” z Dzikiego Zachodu, bo brak dyscypliny społecznej i kontroli rządowej nad zasobami grozi zagładą w Kosmosie. A więc nie róbmy kosmicznych kowbojów i minutemenów.

      Po czwarte: podsumowując, uważam że wojny w realiach kolonizacji Kosmosu będą przebiegać nie między międzygwiezdnymi imperiami, a częściej między samymi kolonistami i ich najbliższym otoczeniem (np. orbitalnymi miastami w stylu cylindrów O’neilla).

      Wojna jest zasadniczo sposobem na rozwiązywanie sporów politycznych poprzez przemoc, i możemy mieć do czynienia np. z wojnami rewolucyjnymi i konfliktami w stylu hiszpańskiej wojny domowej, partyzantek południowoamerykańskich czy konflikt w Irlandii Północnej będący konfliktem o podział Wysp Brytyjskich po uzyskaniu niepodległości przez Irlandię.

  2. koel pisze:

    Jeśli chcesz udowodnić, że istnieje możliwość wojny w erze prawdziwej kolonizacji kosmosu, to wyważasz otwarte drzwi. Taka możliwość teoretycznie będzie istnieć zawsze. A jeśli próbujesz przewidzieć, jak taki konflikt może wyglądać, bijesz głową w mur. Nie masz przecież żadnego wyobrażenia, jak będzie wyglądać technologia, ekonomia, etyka itp. Wydaje mi się, że próbujesz przenieść lądowanie w Normandii i kolonizację świata przez Europę zachodnią w kosmos. Skąd pomysł na tak szalony przyrost naturalny? Przecież kolonie będą panoptikami doskonałymi. Zabójcze środowisko + ograniczone zasoby = pełna kontrola. I to za powszechną zgodą. I nie zapominaj, że mając do dyspozycji cały kosmos, po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju technologicznego nie ma palącej potrzeby wymiany ekonomicznej z podmiotami zewnętrznymi.Co by było, gdyby Korea Północna miała technologię U.S.A. i odpuściła zbrojenia? Może mogliby się naprawdę całkowicie odciąć od świata zewnętrznego. Na koniec, ty zdajesz się pisać o organizmach politycznych niezdolnych do efektywnego podróżowania pomiędzy gwiazdami i co za tym zamkniętymi w piekiełku walki o zasoby jednego układu gwiezdnego. Jeśli jednak możesz podróżować między gwiazdami, to o co się kłócić?

  3. Lurker pisze:

    W swoich dywagacjach tak naprawdę pomijasz najistotniejszą kwestię.
    Prędkość przemieszczania.

    Jeśli istniałyby WARPy, nadprzestrzeń, czy choćby jakieś Gwiezdne Wrota(bądź Przekaźniki Masy) – swoją drogą bardzo wygodne, bo wybudowane przez kogoś miliony lat temu i akurat w sam raz dla nas pozostawione, byśmy wygodnie ruszyli w gwiazdy – to można sobie gdybać.

    Jednak.
    Jeśli podróż będzie się odbywała z normalnymi prędkościami – przynajmniej teoretycznie – do osiągnięcia dla obiektów wybudowanych przez ludzi – to między jednym systemem gwiezdnym a drugim podróż trwałaby kilkadziesiąt lat.
    Stosunki polegałyby więc co najwyżej na karawanach wysyłanych co pokolenie w celach handlowych, a i to niepewne. No co i po co?
    Każda taka planeta żyłaby „własnym życiem” – sama zaś cywilizacja „Ziemian” nie zaistniałaby w jednolitej formie. Wszyscy mieliby co najwyżej ogólną świadomość, że nasz gatunek jest rozsiany po całej galaktyce, ale każdy system planetarny siłą rzeczy rozwijałby się w pełni autonomicznie – i to w najprzeróżniejszych kierunkach.
    A wojny w takich warunkach byłyby nierealne. Pomyśli tylko – wysyłasz całą flotę, która prze kilkadziesiąt lat przez pustkę kosmosu – ciężko właściwie powiedzieć, po co – jadąc na resztkach zasobów na końcu, dociera w końcu do planety, która ma te lata rozwoju technologii do przodu, a poza tym gigantyczną(rozmiaru całej planety) przewagę logistyczno-strategiczno-wszelakozasobową. Jakie masz szanse?

    Jedyne stosunki widzę w obrębie jednego systemu. Częsta chociażby w s-f rywalizacja Ziemia-Mars. Ale to tylko tyle.
    Cywilizacja homo sapiensów mogłaby objąć i całą galaktykę, ale nie byłaby jednolitą cywilizacją, a co najwyżej quasi-cywilizacją jednego gatunku, bez szans na jakąkolwiek władzę „centralną”. I jakiekolwiek wojny o takową.

    • DoktorNo pisze:

      @Lurker

      O właśnie to, napisałem podobnie w komentarzu powyżej.

      W realiach napędu „warp” konflikty mogły by toczyć się o punkty gdzie są „wormhole” umożliwiające takie podróże. W „Wiecznej Wojnie” Haldemana ludzie po prostu starali się zająć planety obok wygasłych słońc, służących jako punkty dostępowe do szybkich podróży międzygwiezdnych, zanim to zrobi druga strona. Jako że powieść jest metaforą wojny w Wietnamie, więc sami żołnierze nie bardzo widzą w tym sens w kontekście dylatacji czasu…

  4. slanngada pisze:

    Zegarmistrzu: Tu chodzi o to, że skopiowałeś z książki, która ci się podobała scenariusz wojny sensowny jeno gdy walczymy zergami. W innych wypadkach cała zabawa w lądowanie nie ma sensu, bo wszystko sprowadzi sę do okładania po łbach atomówkami, a dzielni amerykańscy chłopcy nie będą potrzebni. Albo nawet nie, bo taniej jest być podbitym.
    Nadziałeś się na pułapkę MAD. Jeśli chcesz wprowadzać fajne współczesne konflikty to trzeba wywalić broń atomową, tak po prostu.

    I trachę za bardzo wzorujesz się realiach kolonizacji. Z jednej strony, kolonie znacznie szybciej będą niezależe ekonomicznie, nawet przy istnieniu warpu taki miesiąc podruży w jedną stronę sporo zmienia.

    • No nie no… Przecież od samego początku pisałem, że jedyne sensowne rozwiązanie to okładanie się atomówkami, a i to wyłącznie wtedy, jeśli nie możemy rozpędzać obiektów do prędkości relatywistycznych, wtedy należy strzelać wolframowymi prętami rozpędzonymi do prękości podświetlnej, bo będą miały większe pierdolnięcie dzięki samej energii kinetycznej (rozpędzony do prędkości światła obiekt o wadze 1 kilograma będzie miał mniej-więcej tyle energii, co głowica o mocy 40 megaton).

      Lądowanie na planecie jest koniecznie z dwóch powodów. Po pierwsze: trzeba jakoś opanować teren. Po drugie: mogą mieć podziemne miasta zakopane kilka kilometrów pod skorupą ziemską, jak w Matrixie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s