Czego oczekuje od powieści fantasy?

9329_dfd3_500Wpis ten zainspirowany (a raczej bardzo mocno oparty) został wpisem Gryzipióra o podobnym tytule. Skłonił mnie on do przemyślenia tej sprawy oraz sformułowania kilku własnych myśli na ten temat. Oraz przeniesienia ich na papier.

Na wstępie zaznaczyć muszę, że w zasadzie zgadzam się z opinią Gryzipióra, przy czym w niektórych kwestiach rozmijamy się w szczegółach. Ponadto dodałbym kilka zagadnień, których ona w swoim tekście nie umieściła.

Nawiasem mówiąc blog Gryzipióra to wartościowe miejsce, które IMHO warto śledzić. Poza tym dość często zdarza jej się zauważyć rzeczy, na które ja nie zwróciłbym uwagi.

Tak więc moje oczekiwania od powieści fantasy:

By miała wizję:

Po pierwsze oczekuję, by powieść fantasy przeniosła mnie do obcego świata. I to świata, który uznać mógłbym za naprawdę realną, istniejącą krainę. A nie tylko taką planszę, na której autor rozgrywa swoją fabułę.

Dobry świat fantasy powinien więc w zasadzie posiadać trzy cechy. Po pierwsze: tworzyć iluzję realności, jak światy Sapkowskiego, Martina czy Tolkiena, Amber albo Arda. Po drugie: powinny, prócz egzotyki zawierać elementy rozpoznawalne, sprawiające, że daje się je zrozumieć i czytelnik nie czuje się w nich obco. Powinny być więc dobrze zdefiniowane oraz zrozumiałe, mieć elementy, które da się rozpoznać. Powinno być przemyślane i to w dwójnasób: po pierwsze mieć jasno określone reguły, w których ramach bohaterowie się poruszają. A po drugie: spójne i wiarygodne. Niestety nie wszystkie fantasy cechują się tego typu światy. Tak więc wyróżnić można:

Lego-światy: to światy, których twórcy, zamiast tworzyć spójną wizję po prostu wykorzystują istniejące już elementy i mieszają je. Jedno królestwo więc zrobią w stylu Rycerzy Okrągłego Stołu, drugie dawnych Sumerów, trzecie starożytnego Rzymu, w czwartym dadzą Japończyków, a w piątym XVII wieczną Rzeczpospolitą. I zamiast urządzić im porządne Zderzenie Cywilizacji, w którym ci uzbrojeni w armaty i broń palną podbijają resztę prymitywów, karzą im w pokoju egzystować, bez żadnej refleksji.

Na szczęście w literaturze takie kreacje są dość rzadkie. Dużo częściej ponawiają się natomiast w grach. Przykładem może być np. uniwersum Warhammera Battle, gdzie obok siebie egzystują właśnie Rycerze Monthy Pythona, Wikingowie, Celtowie i uzbrojeni w muszkiety oraz armaty Niemcy.

Jestem naprawdę zapracowany. Tak więc zamiast memów macie kaczuszki.

Jestem naprawdę zapracowany. Tak więc zamiast memów macie kaczuszki.

Światy post-dedekowe: druga kategoria, to światy, w których czuć obecność jakichś niedookreślonych metaregół (głównie mechaniki którejś edycji Dungeons and Dragons) pozwalające robić postaciom rzeczy nieprawdopodobne i nie robić prawdopodobnych. Nie lubię światów, w których czuć, że zostały stworzone na potrzeby sesji RPG i potem przeniesione do książki, a po przebiegu akcji widać, że decydowały o nim rzuty kościom. Elementy charakterystyczne dla takich światów to:

  • Charaktery postaci dające się zmieścić w tabeli Chaotyczny-Neutralny-Prawożądny i Dobry-Neutralny-Zły.
  • Koncepcja Planów i Półplanów egzystencji
  • Koncepcja biegłości i typy bohaterów mogące / nie mogące sztucznie dokonywać niektórych rzeczy (mag nie może nosić zbroi i miecza, tylko złodziej może kraść, każdy, kto nie jest magiem, wojownikiem lub magiem automatycznie jest złodziejem… To wszystko dziedzictwo AD&D… Kiedyś napiszę artykuł „po czym poznać, że autor fantasy grał w DeDeki” w którym bardziej go rozbuduję)
  • Fabuła tworzona zgodnie z zasadami tworzenia modułów typu „City”
  • Koncepcja dobrych i złych bogów
  • Zgony postaci na skutek niezdanych Rzutów Obronnych.
  • Koncepcja bohaterów-epików

Światy nadmiernie egzotyczne i niedookreślone: Tu przykładem może być twórczość Moorcocka, w której w zasadzie nie wiadomo było, jak bohaterowie wyglądają. I to dosłownie. Przykładem może być „bezskrzydła kobieta z Myrr” występująca w jednym z opowiadań. Jest to postać o której dowiadujemy się właśnie tyle. Natomiast jeśli chodzi o to co to jest Myrr, kto tam mieszka, czy to normalne, że kobiety w Myrr mają skrzydła, to tego Moorcock już nam nie powiedział.

Sapkowski napisał kiedyś, że powieść fantasy wymaga dobrej mapy. I jest to prawda, bowiem niestety tego typu uniwersa wymykają się naszemu, empirycznemu poznaniu. Owszem, bywają światy, gdzie duża ilość obcej egzotyki dobrze działa (np. w „Pieśni Oberżysty”), ale są też takie, gdzie twórcy nie starcza talentu, by im sprostać (jak w tym całym Elryku).

Światy służebne: niestety do kategorii tej zaliczyć można znaczną część światów fantasy. To konstrukcje ubogie, na które zwykle składa się trzy królestwa: jedno dobre, drugie złe, trzecie się waha oraz ilość wątków fabularnych, które starczą na jedną trylogię. Po co komuś więcej?

Przykładem takiej kreacji może być cykl „Słudzy Arki” (zupełna tragedia nawiasem mówiąc).

Od światów fantasy oczekuję, by były bytami samymi w sobie, prawdopodobnymi i po prostu mogącymi istnieć. By czytając je miało się wrażenie, że faktycznie czyta się opowieść z jakiejś obcej krainy.

IMG_8547Przemyślanej stylizacji:

Na początku wyjaśnijmy sobie, czym jest stylizacja. Stylizacja, to (cytując Wikipedię) „Celowe naśladowanie w wypowiedzi jakiegoś stylu”. O co mi chodzi… Chodzi mi o to, że w zasadzie nie przeszkadzają mi np. elfy i smoki, cyberninje, kowboje na cyberkoniach, żołnierze napoleońscy na smokach, steampunkowi jeźdźcy gryfów czy samuraje wędrujący ramię w ramię z rycerzami w ramach zderzenia kulturowego.

Przeszkadza mi natomiast fakt jeśli mamy np. świat ustylizowany na Wikingów, którzy to Wikingowie np. oblegają jakiś zamek, które to oblężenie, mimo, że po jednej stronie walczą Anglosasi, a po drugiej Normanie przedstawiona jest jak pierwszowojenna wojna okopowa, ze szturmami na magiczne, maszynowe balisty chronione przez drut kolczasty, bo autor uznał, że tak będzie efektowniej.

Nie. Jak piszemy o wikingach, to piszemy o wikingach. Jak o magicznych, maszynowych balistach, to o magicznych, maszynowych balistach. Jak chcemy pisać o obydwu, to w pierwszym tomie zaznaczamy, że wikingowie nie chcą złupić Anglosasów, tylko państwo gnomów.

I charyzmatycznych bohaterów:

Trzecia rzecz: lubię postacie, co do których widać, że mogłyby faktycznie istnieć i gdy mają jakiś charakter. Nie lubię natomiast papierowych, archetypowych i sztampowych. Fantasy powinno mieć dobrych, pociągających bohaterów. Dobry bohater może ciągnąć sobą fabułę. Widać to choćby po twórczości Martina.

I wiecie co jest śmieszne? To nie musi być jakaś bardzo wymyślna postać. Po prostu lubię bohaterów, po których widać, że czegoś chcą. Geralt Sapkowskiego, Konował Cooka, postacie Martina właśnie, Kane Nieśmiertelny Wagnera, Conan, Druss Legenda, Ged, Corwin z Amberu… Nawet głupi Tanis z Dragonlance.

Nie lubię natomiast postaci, które są… Nijakie… Takich, które zostały odbite od sztampy, które wygrywają dzięki szczęściu, woli autora, lub łasce bogów albo dlatego, że są mądre, piękne i dobre, więc wszechświat im sprzyja, wszelkich kenderów, nastolatków wyruszających na pierwszą przygodę, płaks i słabeuszy. Lubię specjalistów, spryciarzy, kombinatorów, strategów i taktyków, osoby gotowe do poświęceń, cechujące się odwagą, głębią myśli, życiowym doświadczeniem, siłą i gotowością, by jej używać lub przynajmniej zdolne wyciągać wnioski ze swoich błędów.

IMG_8542Konwencjonalna, ale trochę szalona:

Gryzipiór dobrze to ujął.

Osobiście nie mam nic przeciwko elfom, smokom, czarodziejom, ADeDekowksiemu bestiariuszowi, konwencjonalnym światom etc. Mam jednak natomiast bardzo dużo przeciwko książkom, które już po kilku pierwszych zdaniach można opowiedzieć, odgadując występujące w nich postacie, ich motywacje, podjęte przez autora tematy oraz całość fabuły.

Książki, gdzie częstokroć najoryginalniejszy jest właśnie świat.

Niestety autor, by książka była dobra powinien wnieść coś od siebie do ogólnego dyskursu. I to nie tylko to, że wymyślił krainę, gdzie magia kapłańska swe źródło ma w smokach zamiast bogów. Fantasy powinno jednak podnosić jakieś, ponadczasowe tematy oprócz zabijania kolejnych lordów mroku.

Była magiczna:

Na początku wypadałoby zdefiniować czym jest magia. Na szczęście już to za mnie zrobiono, więc wystarczy zrobić Copy-Paste z jednego z poprzednich tekstów.

Magia Nauka
Geneza Tradycja – magia jest obecna „od zawsze” lub przynajmniej bardzo długo Doświadczenie fizykalne
Ewolucja Pozaracjonalna, w sferze mistycznej Na drodze obserwacji, za głosem rozumu
Koncepcja przyjęcie mistycznej, niedostrzegalnej, bezosobowej siły mana Oparcie się na działaniu sił przyrody
Działanie przez emocje i pragnienia przez obiektywizm
Skuteczność przez znajomość praw magii przez znajomość praw przyrody
Możliwość zaznajomienia ekskluzywna – przez wtajemniczenie lub dziedziczenie otwarta dla wszystkich

Moim zdaniem najistotniejszy jest ostatni punkt. Świat powieści fantasy mimo wszystko powinien rządzić się czy też: zawierać pakiet alternatywnych wobec władających naszym światem zasad. Moim zdaniem nie powinna być to alternatywna nauka lub rzemiosło, mimo, że od późnych lat 90-tych ta tendencja jest coraz silniejsza. Dla mnie to jednak spłycenie tematu.

Choć w sumie nie do końca…

W zasadzie to było u kilku autorów i nieźle działało. Było w przezabawnym „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” czy w Wiedźminie, gdzie magia była bardzo wbrew pozorom naukowa. Myślę jednak, że decydująca tutaj jest stylizacja i jej konsekwencja. Autorzy obydwu dzieł wiedzieli co robili porównując magów do uczonych i wkładając w ich usta naukowy język. Problem tkwi w tym, że wielu tego nie wie, więc skacze po stylizacji zależnie od tego, co w danym rozdziale bardziej im pasuje.

Dlaczego to takie ważne? Po pierwsze: fantasy jest o magii. To najważniejszy element danego świata, który tak naprawdę odróżnia go od innych gatunków fikcji. Bez niego staje się tylko kiepską powieścią historyczną, horrorem lub kryminałem. Jeśli fantasy może obejść się bez magii, szerzej: czynnika niezwykłego, to znaczy, że nie powinno być fantasy. To jest właśnie ta rzecz, która nie podobała mi się w Sarantyńskiej Mozaice i Składanym Nożu. Obydwie te książki byłyby dużo lepsze, gdyby właśnie nie były powieściami fantasy.

IMG_8536Ale z porządnej, krasnoludzkiej stali:

Mimo to fantasy nie powinna być czystym eskapizmem… Jak powiedziałem: powinna uczyć nas coś ponadczasowego. Jakiejś prawdy o ludziach, świecie, bogach, wartościach, postawach życiowych, psychice, losie, naturze…

Tak jak baśń posługuje się morałem i ma głębszy sens, tak fantasy także ów głębszy sens mieć powinna.

I tu przechodzimy do kolejnego punktu.

Inteligentna:

Generalnie od książek oczekuję, bym po ich przeczytaniu był trochę mądrzejszy, niż przed lekturą. Poważnym problemem znacznej części fantasy jest niestety to, że poza czystą rozrywką nie mają nic do zaoferowania.

Oczywiście nie mówię, że książka powinna być nudna. Wręcz przeciwnie, aspekt zapewniania rozrywki jest bardzo ważny. Niemniej jednak nie powinna to być jedyna cecha, jaką za sobą książka niesie. Przeciwnie, fakt, że książka nie jest nudna nie jest po prostu zaletą. Jest wyłącznie brakiem wady.

Nie oczekuje też, że olśni mnie jakimś gigantycznym przesłaniem, które od razu rzuci mnie na kolana i odmieni moje życie. Fantasy koniec końców to nie Tatarkiewicz, żeby się z niego filozofii uczyć. Jednak po zakończeniu lektury coś w człowieku powinno pozostać. Część pisarzy: Tolkien, Lewis, Pullman, by wskazać na konkurencyjną opcję, Le Guin, Martin nawet lub inny Sapkowski faktycznie coś takiego pozostawia. To są książki, które, po ich przeczytaniu pamięta się wiele lat.

Niestety są też takie, które już po kilku tygodniach pozostawiają jedynie pustkę w głowie.

Dobrze podsumował to Rob Chilson w 1998 roku:

Prawdziwe fantasy nie traktuje o domku z piernika, ani o czarownicy, ani nawet o piecu i smutnym losie Jasia i Malgosi. Prawdziwe fantasy to opowieść o złem macosze, równie żywej i aktywnej dziś jak wtedy, w Szwarzwaldzie, w czasach bajecznie zamierzchłych. Fantasy, które nie stawia czoła problemom prawdziwie dla fantasy (i całej literatury) istotnym, nie jest w ogóle fantasy, jest zaledwie jakimś pseudofantastycznym mainstreamem.

IMG_8534Lecz barbarzyńska:

Z drugiej strony: fantasy powinno pozostać jednak na poziomie symbolizmu, a nie stanowić bezpośredniego komentarza do rzeczywistości. Kiedyś była taka moda wśród polskich autorów Science Fiction, że pisali o ludzikach zielonych z Marsa, mając na myśli ludziki czerwone z PZPR, a potem cieszyli się, że im tego cenzor nie przyuważył. Kilku na tym nawet karierę publicystyczną zrobiło.

Moim zdaniem droga tędy nie powinna przebiegać. Fantasy powinno pozostać dziełem fikcji, przenoszącym nas do światów fantastycznych, a nie manifestem komunistycznym (fantastyka zachodnia) czy broszurką antyunijną (współczesna fantastyka polska). Idee powinny być, lecz ideologię należy wyrzucić na śmieci.

Nie obraziłbym się natomiast, gdyby fantasy opierało się na problematyce tak naprawdę już zapomnianej, ale cały czas bardzo atrakcyjnej pod względem fabularnym. Niewolnictwo, kwestie równości społecznej, zakazana miłość, pytania o wartość tradycji, konwenans społeczny, cel toczenia wojen i wartość pokoju, upadek imperiów, wartość i granice tolerancji… Przypominać o problemach, które wydawać mogłyby się zapomniane, a mogą przecież gdzieś tam czekać w ciemności, by kiedyś raz jeszcze wyskoczyć z ukrycia.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Książki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Czego oczekuje od powieści fantasy?

  1. Dziękuję za miłe słowa! Podpisuję się zwłaszcza pod punktem o nieodzowności magii w fantasy. Poszłabym nawet dalej i wykluczyłabym z gatunku i „Składany nóż”, i chyba „Sarantyńską mozaikę”. Autorzy i specjaliści od marketingu niech sobie etykietkują te książki jak chcą, ale fantasy ma być o magii.

    Zgadzam się co do ubogiego świata Moorcocka, ale muszę zawalczyć o honor tych autorów, którzy z niedookreślenia świata czynią jego zaletę. Patricia McKillip, Tanith Lee, Jack Vance czy Anna Brzezińska nie potrzebują wielu słów, by stworzyć świat, który wydaje się żywy, barwny i autentyczny mimo oszczędności opisu (a może dzięki niemu?). Możemy nigdy się nie dowiedzieć, gdzie leży Myrr ani dlaczego ludzie mają tam skrzydła. Jeśli jednak autor zdoła „operować” tą niedookreślonością w taki sposób, by poruszyć wyobraźnię czytelnika czy zbudować tajemnicę, to ja jestem za.

    Zastanawiam się też nad tą stylizacją. Czy masz na myśli tylko te przypadki, w których Wikingowie są wprost nazwani Wikingami, a akcja wyraźnie toczy się w „naszym” świecie? Bo ja taką książkę nazywałabym nie fantasy, a historią alternatywną czy fikcją historyczną. W fantasy często mamy do czynienia z wikingopodobnymi ludami, ale chyba nie powinniśmy ich utożsamiać z historycznymi Wikingami i domagać się od autora wiernego odwzorowania ich wojennych zwyczajów.

    A, i muszę zaprotestować przeciwko akapitowi o zapomnianej problematyce. Mnie wszystkie te problemy wydają się aktualne. Myślę też, że fantasy prawie zawsze jest w jakimś stopniu ideologiczna, bo jak chyba każda literatura reaguje na społeczne zmiany i niepokoje. I – co ważniejsze – zawsze prezentuje i propaguje/krytykuje jakiś określony obraz świata i stosunków władzy.

    • Grisznak pisze:

      Problem polega na tym, że taka ideologia wepchnięta na siłę sprawia, iż książka staje się nudnym czytadłem pisanym pod tezę. Oczywiście, da się napisać ideologiczny tekst będący zarazem majstersztykiem, ale to już sztuka. Czasami nawet jeden autor raz tworzy coś, co bardzo zgrabnie łączy jego przekonania polityczne z dobrą literaturą (vide choćby „Dzień przed rewolucją” LeGuin), by potem stworzyć nie dający się czytać ideologiczny gniot („Inny Wiatr” także LeGuin).
      Tolkienowi swego czasu imputowano takie rzeczy, łącznie z tym, że „Porządki w Shire” miały być pamfletem na współczesną mu scenę polityczną w Anglii, ale sam zainteresowany zawsze twierdził, iż to brednie.

      • Iselor pisze:

        „Inny wiatr” ideologicznym gniotem? Nie jest to najlepsza rzeczod Le Guin, ale na bogów Olimpu, bez przesady. „Ziemiomorze” (każda część) działa na mnie lepiej uspokajająco niż melissa. Może zabluźnię ale z całego „Ziemiomorza” za najsłabszy uważam „Najdalszy brzeg”.

      • Grisznak pisze:

        Dla mnie Ziemiomorze kończy się na Najdalszym Brzegu, który, choć owszem, nieco słabszy od dwóch poprzednich, jest i tak dużo lepszy od dwóch kolejnych, które, tak jak dwa ostatnie tomy Diuny, mogłyby nigdy nie powstać.

  2. Haluciński pisze:

    We wpisie roi się od błędów ortograficznych, np. „karzą im w pokoju egzystować” (powinno być: każą), „Chaotyczny-Neutralny-Prawożądny” (powinno być: praworządny). Błędów interpunkcyjnych i składniowych jest jeszcze więcej. Niestety, nie dotarłem do końca wpisu.

  3. Grisznak pisze:

    Dobry tekst, nic dodać, nic ująć, w zasadzie zgodzę się z większością punktów, bo i moje gusta są dość zbliżone.
    Ja bym jeszcze dorzucił rozmach – bo lubię fantasy, gdzie mamy poczucie, iż obserwujemy dany świat w jakichś przełomowych, kluczowych dlań momentach, a nie nudnej codzienności.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s