Przeczytane – czerwiec 2016: Glen Cook, Mann, Grzędowicz

pan-lodowego-ogrodu-tom-4-b-iext35355753Czerwiec okazał się wyjątkowo owocnym pod względem lektury miesiącem. W jego trakcie udało mi się przeczytać aż sześć książek i rozpocząć siódmą. Prawdopodobnie ją także bym ukończył, rozpoczynając ósmą i dziewiątą, gdyby nie nagły atak klientów skoordynowany z natarciem upałów. Ten pierwszy znacząco ograniczono moje zasoby czasu, które musiałem spożytkować na zarabianie pieniędzy. A pieniądze lubię nawet bardziej od książek. W sumie to chyba niczego tak jak pieniędzy nie lubię. Drugie sprawiło, że i tak nie miałem na czytanie ochoty. Ani nawet na nic innego.

Ale wracając do naszej historii sukcesu. Tym razem ta obejmowała następujące pozycje:

Cruel Zink Melodies:

Ocena: 7/10

Cruel_Zinc_MelodiesDwunasty tom cyklu o prywatnym detektywie Garrecie. Dla przypomnienia i objaśnienia: Garret jest post-chandlerowskim (tzn. takim w kapeluszu i długim płaszczu, ze zgryźliwym charakterem i szlachetnym sercem) prywatnym detektywem działającym w zamieszkanym przez wiele nieludzkich ras, magicznym mieście Tun Faire. Tym razem podejmuje się wyjaśnienia dziwnych zjawisk, które mają miejsce na placu budowy nowego teatru. Robotnicy skarżą się bowiem na obecność duchów. Oraz wielkie owady.

W skrócie: Akta Garreta to taki bieda-Dresden, rozpoczęty jednak sporo czasu (tak ze 20 lat) przed tym, jak Jim Butcher stworzył swojego sztandarowego bohatera (który obecnie jest chyba bardziej rozpoznawalny od Garreta). Nie da się jednak ukryć, że nie jest to najlepiej napisana książka w mojej kolekcji. To, że w połowie napisana została slangiem też bynajmniej mi w lekturze nie pomagał, podobnie jak to, że z powodów logistycznych (jest permanentnie niedostępny w handlu) musiałem pominąć lekturę jednego tomu.

Ogólnie, jak Garreta jest nieźle. Książka lepsza od Petty Pewtered Gods i Angry Lead Skies. Glen Cook dużo lepiej sprawdza się, gdy pisze normalne fantasy z lekkim mroczkiem, niż gdy próbuje udawać Pratchetta. Co nie zmienia faktu, że opowiedziana historia jest napisana odrobinę bez polotu, a wyjaśnienie zagadki powstało chyba tylko po to, żeby jakoś książkę zakończyć.

Ot, rzemiosło.

Niewidoczna siła:

large_mafiaOcena: 7/10

Dobra rada: chcecie przeczytać ciekawą książkę historyczną? Znajdźcie taką dotyczącą możliwie najbadziej udokumentowanej epoki. „Niewidoczna siła” jest pozycją dotyczącą rozwoju i kształtowania się sycylijskiej mafii. A jako, że organizacje przestępcze zwykle działają skrycie i nie produkują dokumentacji niestety autor opierać musi się na bardzo nikłych źródłach, w efekcie czego dużo tu białych plam i pustych kart.

Zaletą książki jest naukowe podejście, bazujące tylko na tym, co faktycznie da się udokumentować i udowodnić. Autor odrzuca więc wszystkie pamiątki o nieszporach sycylijskich, mija fijach i inne legendarne oraz apokryficzne wersje wydarzeń. Skupia się natomiast na procesach, których istnienie da się jakoś poświadczyć.

Nie da się też ukryć, że mafia daleko zaszła od czasów spisku złodziei działkowych, jakim była w pierwszych dniach swego istnienia.

Mafia na wojnie:

mafia-na-wojnie-wspolpraca-wielkich,big,121932Ocena: 7/10

To samo, co wyżej, tylko uszczegółowione do okresu II wojny światowej oraz związanej z nią legendy o współpracy amerykańskiego wywiadu z mafia oraz Luckym Luciano. Autor bada to zagadnienie stopniowo odkrywając prawdę, która oczywiście okazuje się znacznie mniej malownicza, niż ludowa opowieść.

O książce w zasadzie można napisać to samo, co powyżej. Niestety o ile niedomówienia i nieścisłości oraz atmosfera tajemnicy zwykle pozwalają rozwinąć skrzydła autorowi fikcji, tak dla historyków są zmorą. Tak więc i tym razem otrzymujemy książkę, która wyraźnie boleje z powodu faktu, że do większości najbardziej interesujących faktów nie da się dotrzeć, a której autor aż nazbyt momentami często jedynym, co może powiedzieć, to przyznać się do niewiedzy.

Mimo to książka zasługuje na uwagę choćby za odkłamywanie popularnej wizji wyzwolenia Sycylii oraz mocno zmitologizowanego udziału amerykańskich gangsterów w ochronie portu w Nowym Jorku przed niemiecką infiltracją.

1491: Ameryka przed Kolumbem

okladka-200Ocena: 9/10

Powiem uczciwie: sądząc po tytule oraz umieszczonej zaraz na początku książki mapie, przedstawiającej rozmieszczenie poszczególnych ludów i plemion amerykańskich spodziewałem się po czegoś nieco innego: jakiegoś przewodnika archeologicznego po tym, kto i gdzie mieszkał w dawnej Ameryce oraz kim byli ci ludzie…

Otrzymałem natomiast historię środowiskową.

Czyli opis tego, co gdzie rosło oraz jak zmieniła się biosfera od momentu pojawienia się białych, oraz ich największego „prezentu” dla Indian (czyli ospy) po XIX wiek. Wbrew pozorom taka lektura okazała się chyba nawet ciekawsza, zwłaszcza dla fantasty wychowanego na postapokalipsie. Otrzymujemy więc takie zagadnienia, jak występowanie i rozpowszechnienie różnych gatunków roślin, dziczenie terenu w skutek ekspansji lasów na ongiś uprawiane ziemie czy różnego rodzaju konsekwencje śmierci 90% populacji (po ospie przyszło jeszcze kilka innych zaraz).

Osobną zaletą Mann’a jest jego bardzo wyważony styl. Z jednej strony jego książka jest zrozumiała, łatwa w lekturze, co wśród autorów książek naukowych i popularnonaukowych nie jest codziennością. Z drugiej mimo to potrafi przenieść ogrom informacji bez popadania w infantylizowanie i trywializowanie poszczególnych zagadnień.

1493: Świat po Kolumbie:

1493Ocena: 9/10

Drugi tom opisanej wyżej książki. Tym razem interesujemy się zmianami, jakie zaszły na świecie. Otrzymamy więc informacje o rozpowszechnieniu się nowych upraw i ich wpływie na obraz świata: populacje, demografie i środowisko. Ekspansji szkodników i gatunków inwazyjnych etc.

Wiele miejsca poświęcono też przeplataniu się ludzi i ludzkich losów, w tym także mniej znanym aspektom tego zjawiska. Jak się okazuje bowiem np. niewolników sprowadzano nie tylko z Afryki, ale też z Azji oraz bliskiego wschodu, znaczna część kolonistów miała arabskie korzenie, na statkach Srebrnej Floty służyli głównie Malaje, do Meksyku już w XVII wieku ściągnięto znaczne ilości japońskich żołnierzy najemnych…

Ogólnie rzecz biorąc: bardzo interesująca pozycja, którą zdecydowanie było warto przeczytać.

Pan Lodowego Ogrodu tom 4:

pan-lodowego-ogrodu-tom-4-b-iext35355753Ocena: 8/10

Ostatni tom Lodówy jest moim zdaniem słabszy nieco od poprzednich trzech. Przyczyną są niestety dość liczne dłużyzny, jak wyprawa po Panią Bolesną, użeranie się z ową oraz wreszcie użeranie się ze Szkarłatem w samym Lodowym Ogrodzie. Wydarzenia te toczą się niestety powoli, odwlekając tylko zbliżający się powoli koniec. Ogólnie książka ta mogłaby się obejś bez Pani Bolesnej, a być może też i bez Szkarłata.

Sprawę ratuje natomiast dużo, dobrej batalistyki w ostatnim etapie powieści, czyli jak łatwo zgadnąć finałowa bitwa między Czyniącymi i ich armiami. W jej trakcie dzieje się wiele, obydwie strony rzucają przeciwko sobie bardzo zróżnicowane środki, widzimy też sporo podłości i bohaterstwa. Całość trzyma w napięciu i jest więcej, jak udana.

Ogólnie rzecz biorąc cykl ten mi się podobał, choć daleki jestem od zachwytu. Dobra książka akcji, wykorzystująca wiele, sprawdzonych już w literaturze fantastycznej (np. W trylogii Zimnego Ognia lub w Panie Światła) rozwiązania. Chętnie jednak wrócę do niego za kilka lat.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii fantastyka, Fantasy, Książki, Przeczytane. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Przeczytane – czerwiec 2016: Glen Cook, Mann, Grzędowicz

  1. Paweł Mi pisze:

    Wkurza mnie to, że nie mogę po polsku przeczytać połowy cyklu o Garrecie. Ale chociaż miło popatrzeć na oryginalne okładki, bo te z Maga były beznadziejne (lepsze we wcześniejszym wydaniu Alfy).

    • Nie tylko ta jedna seria. Vlad Taltos w podobnym klimacie też został przerwany. W niedawno Mag zatrzymał wydawanie Harrego Dresdena, żeby zrobić miejsce dla Rzek Londynu. Teraz na odwrót: Rzeki Londynu są zastopowane, by zrobić miejsce dla Dresdena, nikt nie wie na jak długo. „Swiat Rzeki” też wydawali przez prawie 15 lat w mękach.

  2. Asiapaczu pisze:

    Przyznam, że zaciekawiłeś mnie tą recenzją.
    Nie czytałam żadnej z książek tego autora, ale jak widać warto.
    Polecisz coś jeszcze? 🙂

    • Glen Cook? Sztandarowa jego pozycja to Czarna Kompania (dark fantasy o żołnierzach najemnych). Z mniej znanych: Tyrania Nocy (która jest taką bardziej zawikłaną Czarną Kompanią) oraz Imperium Grozy (IMHO słabe bardzo). Oraz oczywiście Detektyw Garret (zaczynające się od Słodki Srebrny Blues, książki z tego cyklu można dostać na allegro za śmieszne pieniądze).

      Ogólnie rzecz biorąc: Glen Cook ma bardzo specyficzny, szorstki styl, używa mało opisów, za to często pisze z perspektywy pierwszej osoby. Generalnie ludzie, którzy czytali jego twórczość dzielą się prawie po połowie na tych, którzy zakochali się od pierwszych stron i znienawidzili. Obojętnych nie ma.

      • Siman pisze:

        Czy ja wiem? Rzeczywiście się od Czarnej Kompanii za pierwszym podejściem zupełnie odbiłem i dopiero gdzieś po roku udało mi się usiąść do niej z innym nastawieniem i wciągnąć. Ma bardzo wyrazisty styl, co jest rzadkie u fantastów i uważam, że wśród nich plasuje zdecydowanie powyżej średniej. Sporo wniósł do gatunku. Ale zakochanym w jego twórczości to bym się nie nazwał.

      • Strategiusz pisze:

        Mnie Czarna Kompania się bardzo podobała, za to Garreta nie trawię jakoś. Z Imperium Grozy kiedyś coś czytałem i wydało mi się całkiem fajnym fantasy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s