Inwazja planetarna

bf66aaa661da0c1d4ba5df9aa0996176a9c012c02cade60639074d6ead808cf0_1Lektura „Wojny z Posleenami” zachęciła mnie do spekulacji nad tym, jak mogłaby wyglądać i przebiegać inwazja planetarna. Motyw ten jest dość dobrze znany z książek i filmów.

Tak się zastanawiam, jak mogłoby to wyglądać, przy zastosowaniu techniki ze space opery.

Podstawy doktryny wojennej:

Zacznijmy od kilku podstaw czyli ustaleń doktryny. Zasadniczo uważa się, że operacje desantowe (a koniec końców inwazja planetarna taką jest) są zadaniami bardzo trudnymi, a do ich powodzenia potrzebne są minimum pięciokrotnie większe siły, niż posiada obrońca. Także strategia zarówno napastników jak i obrońców bardzo się różni. Generalnie:

  • zasady wojny napastniczej najlepiej wyłożył Sun Tsu słowami „Prawdziwym mistrzostwem jest wygrywać bez walki”.

  • wojny defensywnej natomiast Clausewitz twierdząc, że „Nie ma czegoś takiego, jak bezkrwawe zwycięstwo”.

Generalnie napastnicy są na dużo słabszej pozycji. Największy ich problem polega na tym, że muszą polegać na zewnętrznych dostawach. Nawet jeśli przetransportują ze sobą fabryki orbitalne będą musieli dowozić do nich surowce (bez tych nawet nanoboty nie będą w stanie produkować zasobów). Tak więc każdy nabój, każdy żołnierz i każda konserwa muszą zostać przywiezione z zewnątrz.

Dla napastników więc liczy się zwycięstwo możliwie bezkrwawe (zwłaszcza dla siebie) i szybkie. Musi im też zależeć na możliwie jak najszybszym przechwyceniu możliwie jak największej ilości zasobów przeciwnika. Do momentu, aż tego nie zrobią znajdują się w wyjątkowo ciężkiej sytuacji: na obcej, wrogiej planecie, bez schronień. Nie są w stanie nawet zapewnić opieki medycznej swoim rannym.

Z drugiej strony obrońcy posiadają stałe zaplecze. Z ich strony najważniejsze jest stawić możliwie najbardziej zacięty opór. Po pierwsze: każdy dzień walki przybliża ich do zwycięstwa. Po drugie: w trakcie walki ludzie giną po obu stronach, zużywane i niszczone są też zasoby. Raz, że przeciwnik traci paliwo i naboje, dwa, że niszczy też środki, które sam mógłby wykorzystać.

Należy więc cofając się burzyć mosty i ewakuować fabryki. Bronić się najpierw w miastach, a potem w ich ruinach, prowokować nieprzyjaciela do użycia możliwie jak najcięższej broni i stosować taktykę spalonej ziemi.

wiew1

Sprawa wygląda tak: jutro jadę na delegację, a poza tym mam duży projekt pisarski. Nie mam czasu szukać memów, które byłyby choć trochę w kontekście. W zastępstwie macie tu wiewiórki.

Niezbędne zasoby:

Do przeprowadzenia inwazji na planetę wielkości i gęstości zamieszkania Ziemi niezbędne byłyby kolosalna ilość zasobów. Generalnie opierając się na Global Firepower i zakładając, że obydwie strony dysponują równorzędnym uzbrojeniem założyć można, że napastnik potrzebowałby:

  • 120 milionów żołnierzy

  • 800 tysięcy luf artylerii, wliczając działa, moździerze oraz wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe, tak samobieżne jak i ciągnione.

  • 1,8 miliona transporterów opancerzonych i bojowych wozów piechoty

  • 780 tysięcy czołgów

  • 340 tysięcy atmosferycznych pojazdów latających

  • (przy założeniu, że flota morska = flota kosmiczna) 50 tysięcy okrętów kosmicznych

  • oraz około 30 tysięcy okrętów desantowych i transportowych.

Lub oczywiście ich ekwiwalentu.

Większość tych sił potrzebnych jest w jednym tylko celu: do patrolowania pustkowi. Ponad połowa mieszkańców planty Ziemia zasiedla bowiem zaledwie jeden procent powierzchni lądów. Znaczna część lądów (około 70%) nie nadaje się do zamieszkania, bowiem jest tam zbyt sucho lub zbyt mokro, zbyt zimno lub zbyt gorąco, jest tam zbyt wiele roślinności lub przeciwnie: tereny te nie są w stanie podtrzymać życia roślinnego. Ewentualnie jest zbyt stromo i zbyt wysoko.

Te same tereny mogą jednak nadawać się do prowadzenia na ich obszarze wojny oraz czasowego obozowania. By odnieść zwycięstwo napastnik musi natomiast, zgodnie ze słowami Clausewitza:

  • pobić armię obrońcy

  • opanować teren

  • i złamać jego ducha walki.

Oznacza to, że po prostu należy opanować miasta wroga, a następnie przeciąć kraj siecią punktów kontrolnych, patroli i zdolnych zapewnić im wsparcie baz ogniowych. Jest to zadanie nader trudne, wymagające przede wszystkim milionów żołnierzy.

Tysiąc kosmicznych marines w superpancerzach znanych z Warhammera 40 tysięcy mu nie podoła. Nawet, jeśli wygrają, to zwyczajnie jest ich za mało, by opanować tak wielki obszar.

Prowadzi to do smutnego wniosku. W trakcie bitwy konieczna będzie:

Broń masowej zagłady:

W dużych ilościach. Powód jest prosty: bomba atomowa zajmuje mniej miejsca, niż – powiedzmy – czołg, wymaga mniej części zamiennych oraz z dużym prawdopodobieństwem lepiej zabija. Ewentualnym skażeniem nie należy się przejmować, w końcu to (jeszcze) nie jest nasza planeta, zresztą, skazimy tylko jej jakiś 1 procent.

Napastnicy wykorzystać mogą też broń kinetyczną: po prostu wolframowe rdzenie rozpędzone do dużych prędkości kosmicznych, których uderzenie w powierzchnię planety niosłoby podobne efekty, jak atak atomowy.

Problem polega na tym, że także obrońcy mają możliwość skorzystania z tego typu broni. I prawdopodobnie najmądrzejszą rzeczą, jaką mogą zrobić to natychmiast zaatakować bombami termojądrowymi (lub czymś nowocześniejszym) miejsca lądowań nieprzyjaciela. Jeśli oczywiście nie uda im się zniszczyć lądowników ładunkami zdetonowanymi na orbicie i w górnych partiach atmosfery.

Wywołanie zimy atomowej mogłoby nawet być na ich korzyść, w szczególności, jeśli dysponowaliby możliwością produkcji żywności bez oglądania się na temperaturę zewnętrzną (np. dzięki farmom pionowym). Koniec końców oni będą mieć co jeść, a najeźdźca nie. Jeśli idzie o biosferę, to planetę zapewne będzie trzeba na nowo terraformować, niezależnie od tego, kto wygra.

Natomiast co do ofiar w ludziach i infrastrukturze, to konflikt o jakim mowa i tak będzie większy, niż obie wojny światowe razem wzięte. Więc nie ma się co oszczędzać.

Osobiście uważam, że bardzo prawdopodobnym byłoby, gdyby obydwie strony skorzystały też z innej broni: bomb populacyjnych i (prawdopodobnie) szarej mazi. Szara maź to po prostu nanoboty ustawione tak, by zabijały nosicieli. Broń populacyjna to hipotetyczna broń biologiczna groźna wyłącznie dla przedstawicieli jednej narodowości, czy raczej: nosicieli określonych typów genów. Jej użycie byłoby szczególnie łatwe przeciwko obcym, zwłaszcza, jeśli użytoby wirusa opartego o XNA (analog ludzkiego DNA), gdyż mało prawdopodobne jest, by był w stanie przenieść się na życie typu ziemskiego.

Ta forma walki moim zdaniem byłaby szczególnie kusząca dla obrońców, tym bardziej, że mogliby po prostu wzruszyć ramionami i oświadczyć „skąd mieliśmy wiedzieć, że nasze zarazki są dla was zabójcze? Było się tu nie pchać!”

Inną bronią jaką można by użyć są duże ładunki kinetyczne, w postaci np. masywnych pocisków rozpędzonych do prędkości relatywistycznych lub asteroid skierowanych na kurs kolizyjny. Uderzenie takiego obiektu porównywalne byłoby do uderzenia dużej asteroidy. Napastnicy mogliby użyć go np. celując w wody przybrzeżne, celem wywołania masywnego tsunami, które wdarłoby się głęboko w głąb lądu niszcząc wszystko na swojej drodze, dezorganizując obronę, ale jednocześnie też pozbywając się infrastruktury.

Zanim jednak doszłoby do bombardowania musiałby mieć miejsce inny etap walki:

wiew2

Nawiasem mówiąc są to inwazyjne wiewiórki z innego kontynentu, które wypierają i zabijają nasze. Więc pasują.

Etap pierwszy: bitwa informacyjna

W pierwszej kolejności, na długo przed rozpoczęciem ataku najeźdźca musiałby zgromadzić duże ilości danych na temat warunków naturalnych panujących na atakowanej planecie, nawet, jeśli te byłyby podobne do ziemskich. Musiałby w pierwszej kolejności zebrać mapy tego globu, szczegółowe informacje o panujących w rożnych jej obszarach warunkach klimatycznych (sprzęt pustynny nie sprawdzi się w arktyce, arktyczny: na pustyni etc. a trzeba wiedzieć ile którego zabrać), opracować wzory kamuflażu, przygotować dedykowany sprzęt oraz zebrać informacje o lokalnym ciążeniu, gęstości atmosfery etc. Z dużym prawdopodobieństwem musiałby wyszkolić co najmniej część jednostek do walki w charakterystycznych i szczególnie ciężkich warunkach typowych dla tego świata.

Powód jest bardzo prosty: bez tych informacji nie są w stanie przeprowadzić skutecznych działań. Pomijając fakt, że nie wiedzą, gdzie znajdują się centra populacji, najważniejsze zakłady przemysłowe, przełęcze górskie i przeprawy mostowe, to nie są w stanie też walczyć na najbardziej podstawowym poziomie. Jeśli więc lądują np. na planecie, na której jest większe (nawet niewiele) ciążenie, niż w ich rodzimym świecie istnieje duże prawdopodobieństwo, że ich pojazdy utknął pod ciężarem własnego pancerza, żołnierze będą mieli trudności z przenoszeniem ekwipunku i ładowaniem broni, a wystrzelone pociski, natykając większy opór powietrza nie dosięgną pozycji przeciwnika, spadając zbyt wcześnie.

Na planecie o niewielkim ciążeniu będzie odwrotnie i pociski przelecą nad głowami wroga nie czyniąc mu szkody.

Bitwa o orbitę

Pierwszym momentem konfrontacji musi być, co nieuniknione bitwa o orbitę danej planety. Przyczyny są dwie: po pierwsze, jeśli ta zostanie wygrana przez flotę obrońców, to przeciwnik nigdy nie zdoła wylądować (chyba, że flota obrońców również zostanie unicestwiona). Po drugie: orbita jest najlepszym punktem, by przechwycić nieprzyjacielskie statki.

Już na ziemi bardzo poważnym problemem jest namierzanie pozycji nieprzyjacielskich okrętów morskich. W efekcie w całych dziejach ludzkości zaledwie kilka razy zdarzyło się, by doszło do bitwy morskiej na dystansie większym, niż 50 mil morskich od lądu. Powodem jest trudność z wykryciem przeciwnika na tak dużych odległościach… A bezmiar kosmosu jest nieporównywalnie większy od ogromu oceanów. W wypadku konfliktu międzyplanetarnego wiadomo natomiast, że jeden z przeciwników będzie próbował zaatakować planetę.

Drugim powodem jest fakt, że nie ma lepszego miejsca na wydanie mu bitwy. Flota obronna na orbicie będzie mogła nie tylko wylądować w wypadku uszkodzenia części okrętów, ale też walczyć przy wsparciu załóg planetarnej obrony orbitalnej, próbować wepchnąć przeciwnika w studnię grawitacyjną swego świata, a w razie porażki: schronić się za krzywizną planety i z tamtą ostrzeliwać się pociskami balistycznymi lub kinetycznymi rozpędzanymi dzięki katapulcie grawitacyjnej i nakierowywanych na namiar z powierzchni globu.

Bitwa o atmosferę

Po opanowaniu orbity należałoby wylądować na powierzchni planety. Generalnie lądowanie to najpewniej najniebezpieczniejszy element każdej operacji desantowej i prawdopodobnie w wypadku najazdu kosmicznego byłoby podobnie.

Poważną barierą byłyby już dwa podstawowe fakty: ciążenie planety oraz posiadanie przez nią atmosfery. O ile w kosmosie to pierwsze nie ma znaczenia, tak w bliskości danej planety takiego nabiera. Po drugie: atmosfera także stanowi przeszkodę, wchodzące w nią obiekty nagrzewają się do ogromnych temperatur, muszą też spełniać reguły aerodynamiki, co w wypadku statków poruszających się w próżni jest pomijalne. Co więcej, jako, że prawdopodobnie każda planeta różniłaby się ciążeniem, składem atmosfery, jej gęstością etc. należałoby założyć, że pojazdy przystosowane do ruchu w warunkach jednego świata niekoniecznie sprawdziłyby się dobrze podczas uderzenia na inną planetę.

Co gorsza musiałoby to odbywać się pod ogniem stanowisk obrony planetarnej nieprzyjaciela.

W tym momencie taktyka napastnika musiałaby być taka sama, jak taktyka w trakcie dowolnego innego desantu. Nieprzyjaciel musiałby więc po prostu zrzucić jednostki, które zajęłyby natychmiast porty kosmiczne, lądowiska czy windy orbitalne (albo zbudowałyby polowe urządzenia tego rodzaju), którymi następnie dostarczono by na planetę siły i środki dalszej walki.

To ostatnie jest konieczne, bowiem wojska desantowe zwykle nie mają możliwości dłuższego kontynuowania działań, a dokładniej uzupełnienia niezbędnych do tego środków. W efekcie mogą zabrać tylko tyle amunicji i paliwa, ile przenosi jedna jednostka ogniowa, czasem uzupełnionych niewielkim zrzutem.

W tym momencie obrońcy mają dwie możliwości przeciwdziałać tego typu planom. Po pierwsze: organizując obroną infrastruktury strategicznej lub miejsc, gdzie mogłaby zostać umieszczona.

Po drugie: starając się zniszczyć pierwszą falę statków desantowych. To można osiągnąć za pomocą szeregu broni orbitalnej. Pomijając lasery, railguny i inny sprzęt futurystyczny za skuteczne środki walki uznałbym: przeprowadzone na orbicie i w górnych partiach atmosfery eksplozje nuklearne oraz szereg rodzajów broni podobnej do uzbrojenia ASAT, przeznaczonego do zwalczania satelitów geostacjonarnych.

Jedynym przeciwdziałaniem jakie mógłby podjąć przeciwnik byłby prawdopobnie ten sam środek, który używa się w trakcie konwencjonalnych desantów: dezorganizacja obrony poprzez ciężkie bombardowanie powietrzne i nawałę artyleryjską.

Dlatego też najlepiej byłoby, gdyby obrona korzystała z wysoce mobilnych środków przenoszenia broni, jak samoloty, klasyczne okręty morskie i łodzie podwodne albo nawet pojazdy lądowe, prawdopodobnie jacyś krewniacy rosyjsko-radzieckich transporterów rakiet balistycznych MZKT.

Zastosowanie tego typu sprzętu ma takie zalety, że jest on w stanie zmieniać swoje położenie, unikając ewentualnego kontrataku.

Inną taktyką mogłaby być budowa stacjonarnych baz obrony planetarnej, wykorzystujących ciężkie rakiety i inną broń przechowywane w czymś w rodzaju silosów atomowych. Gdyby zostały one ukryte pod górami, jak np. amerykańska baza Cheyenne Mountain Air Force Station, czapami lodowymi lub na dnie morskim, to mogłyby przetrzymać nawet zmasowaną nawałę nuklearną i / lub kinetyczną, a następnie odpowiedzieć własnym ogniem.

wiewiorNuklearne kontruderzenie

Jedynym sensownym krokiem, jaki obrońca mógłby podjąć w momencie, gdy nieprzyjaciel wylądował i zdołał zdobyć / wznieść przyczółki byłaby próba ich natychmiastowego zniszczenia, nim zdoła przerzucić na planetę większe siły zbrojne.

Najlepszą moim zdaniem bronią do tego byłyby ponownie pociski atomowe, najlepiej krótkiego zasięgu, odpalone zapewne z okrętów podwodnych. Powód jest prosty: broń tego typu daje możliwość szybkiego i skrytego dostarczenia w dowolny punkt globu oraz równie błyskawicznego odpalenia.

Po drugie: obrona przed balistycznymi pociskami krótkiego zasięgu (tzn. o zasięgu poniżej 1000 kilometrów) jest wyjątkowo trudna, a jej skuteczność jest minimalna. W wypadku pocisku pola walki (zasięg do 150 kilometrów) w praktyce jedynym sposobem obronienia się jest niedopuszczenie do umieszczenia wyrzutni na tak krótkim dystansie.

Jeśli więc pociski zostałyby odpalone przed tym, nim nieprzyjaciel rozmieściłby w miejscu lądowania własne środki przeciwdziałania, to jego przyczółki zostałyby zniszczone, kończąc cała operacje desantową.

Bitwa powietrzno-lądowa

Jeśli to ostatnie się nie powiedzie obrońcom pozostaje tylko próba zepchnięcia nieprzyjaciela z powrotem na lądowiska. Ich sytuacja jest bardzo ciężka: nieprzyjaciel w tym momencie prawdopodobnie będzie posiadał przewagę w kosmosie (chyba, że udało im się zachować flotę), a co za tym idzie możliwość prowadzenia swobodnego bombardowania orbitalnego. Z drugiej strony na tym etapie nadal posiadać będą znaczące możliwości produkcyjne i logistyczne oraz zasoby ludności, które można zmobilizować do pracy i walki. Kolejne ciosy nuklearne zapewne wywołają też zmianę klimatyczną, która dla nich będzie prawdopodobnie mniej dotkliwa.

Biorąc pod uwagę podane wyżej liczby wojsk ewentualne kontruderzenie musiałoby prowadzić do bezprecedensowych bitew o zaciekłości nieznanej w dotychczasowej historii. Na dzień dzisiejszy za największą bitwę lądową w dziejach uważa się Bitwę na Łuku Kurskim, podczas której użyto 3,5 miliona żołnierzy, 60 tysięcy dział, 10 tysięcy czołgów i 5 tysięcy samolotów. Przy czym bitwa ta została stoczona siłami jednej planety (a raczej dwóch mocarstw planetarnych). W wypadku konfliktu między dwoma planetami siły niemieckie i sowieckie należałoby traktować jako pojedynczą armię. Tak więc każda z Bitew O Lądowiska musiałaby być co najmniej dwukrotnie większa, niż ta od Kurskiem.

Sam konflikt na tym etapie trwałby zapewne kilka lat i okrucieństwem przewyższyłby II wojnę światową.

Odwrót w góry

Po ewentualnej klęsce obrońcom pozostaje jeszcze jeden manewr: odwrót na tereny niezdatne do prowadzenia wojen. Może to wydawać się dziwne, ale około 70 procent lądowej powierzchni naszej planety nigdy nie było areną działań wojennych. Tereny te pokrywają bowiem albo wysokie góry, albo lasy tropikalne, albo arktyczne pustkowia, albo pustynie (albo porośnięte dżunglą góry . Przeprowadzenie tam jakichkolwiek działań byłoby wyjątkowo kosztowne, wyjątkowo trudne i pochłonęłoby bardzo dużo żyć. Już dysponujący ziemską technologią obrońcy mogliby cofnąć się np. do górskich dolin lub na odizolowane płaskowyże, gdzie, po ufortyfikowaniu się i wzniesieniu fabryk mogliby bronić się w nieskończoność.

Wykorzystanie technologii futurystycznych, jak podziemne i podwodne miasta czy farmy wertykalne mogłoby ten okres wydłużyć wielokrotnie. Niemniej jednak na tym etapie obrońcom pozostałoby już tylko bronić się bez końca i toczyć walkę partyzancką. Oraz liczyć na to, że koniec końców da się albo zachęcić jakąś, inną kosmiczną potęgę do opowiedzenia się po ich stronie, albo też wynegocjować korzystny rozejm.

Taka walka mogłaby trwać nawet i stulecia.

Odwrót pod ziemię i w głębiny

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dziwne rozkminki, fantastyka i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Inwazja planetarna

  1. Jakub Ślęzak pisze:

    Ciekawy wpis, ale uzupełniłbym temat możliwych motywacji, kluczowy dla przebiegu inwazji. Jeśli ufokom zależałoby tylko na minerałach, to będą stawiać na wysterylizowanie powierzchni, czyli wojna będzie czysto balistyczna. Z drugiej strony, jeśli zależy im na minerałach, to nie ma sensu atakować zamieszkałych planet, jest mnóstwo martwych globów, na których można kopać bez konfliktów, lub przynajmniej unikając głównych punktów obrony. Konflikty o takie globy toczyłyby się w przestrzeni, nie na powierzchni.

    Poza minerałami atak na planetę może mieć 2 podstawowe cele: zniszczenie wrogiej cywlizacji i zyskanie ziemi rolnej. Jeśli chcemy zniszczyć cywilizację, to jak wyżej najsensowniejsza jest dezynfekcja. Jeśli potrzeba nam terenów pod rolnictwo, to zapewne jak piszesz kluczowa będzie wojna na wirusy i inne metody biologiczne. Z tym że jeśli ich biologia byłaby mocno różna od naszej, to dezynfekcja i rekonkstrukcja od podstaw ciągle mogą być najlepszym wyjściem.

    Generalnie nie widzę sensownego powodu, aby w ogóle próbować desantu. Z jakichś powodów musieliby chcieć zdobyć niemal niezniszczoną planetę, wyłącznie po usunięciu/zniewoleniu rasy myślącej. Nie widzę wielu scenariuszy, gdzie byłoby to korzystne.

    Poza tym według wszelkich naszych przewidywań transport kosmiczny byłby bardzo, bardzo drogi i ładowanie tą drogą sprzętu wojskowego byłoby straszliwie nieefektywne. Zakładając, że spotkałyby się 2 cywilizacje na zbliżonym poziomie, to atakujący byliby praktycznie bez szans. Z kolei gdyby nie stali na podobnym poziomie, to nie ma o czym rozmawiać, bo wojna byłaby jeszcze bardziej jednostronna. Bardziej stawiałbym na to, że rozwinięte cywilizacje będą starały się unikać siebie nawzajem. Miejsca jest dużo.

    • Jakub Ślęzak pisze:

      Uzupełnienie: zdałem sobie sprawę, że zapomniałem o banalnej opcji, czyli konflicie wewnątrzludzkim. W takim przypadku oczywiście infrastruktura była dla atakujących cenna. Zakładając, że atakujący mieliby skrupuły, to pewnie nastpiłby zrzut żołnierzy, ale w przypadku braku skrupółów stawiam na broń biologiczną. Po pierwsze ludzie są doskonałymi ekspertami od ludzkiej biologii, po drugie siedząc na orbicie jest się samemu zabezpieczonym przed jej działaniem.

  2. Myślę że umknął ci podstawowy element – wojny prowadzi się w określonych celach, i te cele determinują sposób prowadzenia wojny. To tak na początek, nie mówisz o tym ani słowa, więc trudno podjąć polemikę czy sensownie dyskutować. Dalej, niestety, jest gorzej…

    Zacznijmy od tego, że w każdym scenariuszu inwazji z zewnątrz napastnik stoi na z góry wiele mocniejszej pozycji, bo z definicji „bycia napastnikiem z zewnątrz” dysponuje tanim i zasadniczo nieskrępowanym dostępem do orbity. Już samo to determinuje wynik, z tego prostego powodu że E=mc^2, a „wisząc” na szczycie studni grawitacyjnej (a nie siedząc na jej dnie) dysponujemy nieskończonym zapasem darmowej amunicji (mamy wszak, poza księżycem, pas asteroidów i chmurę oorta). W swoich pomysłach pominąłeś bowiem najbardziej oczywistą sprawę. Kilogram masy opatrzony osłoną antyablacyjną i wystrzelony z prędkością relatywistyczną (a ich osiąganie, jeśli nie wręcz przekraczanie, to przecież dla najeźdźców, z założenia przybyszy z innego układu planetarnego, normalność) to na powierzchni całkiem konwencjonalna eksplozja o mocy setek kiloton. Po co komu broń nuklearna?

    Licząc siły, znowu zapominasz co oznacza panowanie nad orbitą. Jeżeli amerykanie już teraz mogą pilotować drony nad Afganistanem bez ruszania się z koszar w domu, czemu środki rozpoznania dostępne rasie zdolnej do podróży międzygwiezdnych miałyby być gorsze? Nawet, jeżeli damy sobie potężne fory, i przyjmiemy że broń energetyczna, skuteczna w kosmosie, nie może być używana w gęstej atmosferze ze względu na efekt rozpraszanie, to i tak wciąż zwykłe działko elektromagnetyczne jak ten Railgun nad którym pracuje General Atomics/BAE, zawieszone na orbicie, byłoby niewiarygodnie potężną bronią.

    Całkowicie się mylisz też w kwestii wojennego materiel – w kosmosie surowców jest w bród, w latających skałach jest cała tablica mendelejewa. A koszty logistyczne są banalne: amunicja, na przykład te ablacyjnie chronione efektory do bombardowań kinetycznych, raz wytworzone tam gdzie są surowce i wprawione w ruch, nie wymagają niczego, poza przechwyceniem u celu. A my nie mamy absolutnie niczego by w tym przeszkodzić, nie mamy nawet swobody dostępu na orbitę w czasie pokoju, a co dopiero w sytuacji, gdy ktoś próbowałby nam tego dostępu wzbronić.

    Po kilku miesiącach/latach bombardowań kinetycznych, zniszczenia infrastrukturalne przekroczyłyby naszą zdolność do ich usuwania, a po następnych kilku-kilkunastu latach, do podbicia stad wygłodniałych dzikusów, wystarczyłaby lekka piechota… jeśli wogóle, bo następnym logicznym krokiem byłoby raczej wywołanie – jeśli nie li tylko wzmożenie – pandemii, która dokończy dzieła usunięcia konkurencyjnego gatunku.

    • Jakub Ślęzak pisze:

      Nie żadne E=mc^2, tylko E=GMm/r, litości…

      Bombardowanie kinetyczne z orbity istotnie jest wydajne, bo tanie, ale broń jądrowa też jest tania. Zresztą jeśli najeźdźca w pełni kontroluje orbitę, a mieszkańcy planety nie, to z góry wiadomo, że nie mają szans, więc w ogóle nie ma oczym specjalnie rozmawiać.

  3. DoktorNo pisze:

    Chciałbym coś powiedzieć, ale ktoś już to zrobił lepiej ode mnie: http://www.projectrho.com/public_html/rocket/planetaryattack.php 🙂

  4. koel pisze:

    Jedyne, co jest na Ziemi a nie ma w kosmosie, to Lokalne Formy Życia. Ciężko mi znaleźć powody, dla których wyższa technologicznie cywilizacja miałaby o nie walczyć i to w sposób tak destrukcyjny. Absolutnie wszystko inne mogą zdobyć bez walki gdzie indziej. Także tego… Według mnie jedyna Pana nadzieja w agresywnych sondach von Neumanna, którym twórcy rozkazali prewencyjnie niszczyć swoją potencjalną konkurencję.

  5. Herflik pisze:

    Nikt normalny nie będzie atakował planety której mieszkańcy którzy celują w siebie pociskami jądrowymi. No bo po co? Ludzie wolą poświęcić własną ludność cywilną niż po prostu poddać się bez walki.

  6. slanngada pisze:

    Tekst udowadnia, że inwazja jest bezcelowa. Nikt nie prowadziółby wojny w ten sposób. Bo i po co? Wojny po za takimi jak ww2 toczy się po coś. A tu nikt nic nie zyska.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s