O flejmach genderowych i „bańce równościowej”:

content_vsbyxbpDzisiejszym tematem będą flejmy, którymi w ostatnich miesiącach zdawał się żyć Internet, a w szczególności światek growy. Ogólnie rzecz biorąc flejmy genderowe toczą się już od kilku lat, przy czym w ostatnim czasie doszło do ich szczególnego natężenia i mam wrażenie, że sprawa uległa eskalacji. Zaczęło się zdaje się od screenów z Overwatch na których widoczny był wypięty tyłek jednej z bohaterek gry, co wkurzyło jedną ze stron konfliktu. Następnie miał miejsce kontratak drugiej strony, który w dodatku czy może nowej części (bo nie wiem, jak to traktować) Baldur’s Gate wypatrzył postać transseksualisty, zupełnie zdaje się trzeciorzędną.

Wydawało się, że flejm gaśnie, gdy do zabawy włączyli się wydawcy, którzy do tej pory przy okazji tego typu burd raczej milczeli lub zachowywali się nader powściągliwie, unikając ich jak ognia (np. Nintendo zwolniło jedną ze specjalistek od PR za wciągnięcie firmy w tego typu shitstorm). Wizards of the Coast właściciel praw do uniwersum na którym oparte jest Baldur’s Gate wyłamał się jednak z tej tradycji i wydał oświadczenie w sprawie.

O co chodziło WotC, ani jaki efekt chciało osiągnąć nikt nie wie, bowiem oświadczenie owo było bełkotem. Składało się natomiast głównie z chrzanienia o elfich bogach, których jak wiadomo WotC wymyśla na poczekaniu. Otwarło ono natomiast drogę do wystąpień innych studiów. W szczególności ciekawie zachowało się tutaj pracownicy The Chinese Room (twórcy „Everyone Gone to Rapture”), którzy wykorzystali emocje buchające w jedną i w drugą stronę by wbić szpilę CD-Project słowami:

„Cyberpunk ma być większy pod każdym względem niż Wiedźmin, ciekawe czy będzie też bardziej seksistowski?”

czy coś w tym rodzaju.

bylo

Ilustracja ukradziona z http://mmorpg.org.pl

Wybaczcie, że relacja jest tak nieścisła, ale po prostu nie śledziłem tych wydarzeń, bo powiedzmy sobie szczerze: jest to straszna głupota. Osobiscie wolałbym jednak, żeby The Chinese Room, zamiast wbijać szpile konkurencji starał się dorównać jakością najbardziej nagradzanej grze w dziejach.

Tak naprawdę po raz pierwszy zainteresowałem się sytuacją, gdy na jednym z serwisów, które śledzę wybuchła o to awantura. W tym momencie muszę powiedzieć, że zaimponowała mi postawa tamtejszej moderacji. W szczególności zaimponowały mi takie wypowiedzi, jak:

– Panowie zachowują się tak, jakby bali się, że ktoś im narządy poucina.

Dawno nie widziałem tak profesjonalnej i dojrzałej wypowiedzi ad meritum.

Potem wybuchła kolejna afera, tym razem z udziałem studia Warhorse i tworzonej przezeń gry Kingdom Come: Deliverance traktującej o historii Czech. Afera tym razem dotyczyła równości rasowej, a atakujący twórców dyskutanci posługiwali się takimi argumentami jak:

„Czy uważasz, że w średniowiecznych Czechach nie było murzynów, rasisto?”

Powiew normalności:

W tym samym czasie Marvel podał wyniki sprzedaży swoich komiksów o nowej generacji bohaterów. Są to superbohaterowie stworzeni tak, by reprezentowali płciową, etniczną oraz orientacyjną różnorodność społeczeństwa.

I wiecie co ciekawego dzieje się z tymi komiksami?

Nie sprzedają się.

Dlaczego tak się dzieje?

Ilustracja ukradziona z http://mmorpg.org.pl

Ilustracja ukradziona z http://mmorpg.org.pl

…wypadałoby teraz zapytać. Być może jest to dowodem mojego zarozumialstwa, ale wydaje mi się, że znam odpowiedź na to pytanie. Otóż: tak naprawdę nigdy nie interesowało mnie to jakiej narodowości, rasy, płci, wyznania czy orientacji seksualnej są bohaterowie dzieł, które czytałem. Nigdy też nie kupowałem jakichkolwiek dzieł kultury tylko dlatego, że postać jest białym, heteroseksualnym mężczyzną z Polski. Z równą przyjemnością śledziłem losy kobiet i mężczyzn, hetero i homoseksualistów, Afroamerykanów i Japończyków, obywateli kraju rodzimego, państw obcych oraz całkiem zmyślonych.

Jedynym kryterium jakim kierowałem się w doborze dzieł była ich jakość oraz stopień dopasowania do moich zainteresowań i gustów estetycznych. W skrócie: oglądam, gram i czytam to, co uważam za dobre, a inne kwestie pozostają drugo lub trzeciorzędne. Bardziej decydująca była i jest dla mnie interesująca fabuła, styl pisarski lub graficzny, tempo akcji, charyzma bohaterów, ogólna widowiskowość czy pomysłowość twórcy, albo poruszana problematyka. A nie to, czy bohater jest do mnie podobny.

Nie sądzę też, by osoby nie mieszczące się w opisie „biały, heterosekusalny mężczyzna z Polski” miały inne podejście do tematu, bo koniec końców to też są ludzie. Tak więc o ile ja nie kupuje (to przykład, ogólnie bowiem nie kupuje komiksów DC i Marvela, bo nie lubię konwencji superbohaterskiej) komiksów ze Spidermanem lub Supermanem tylko dlatego, że są do mnie podobni, a raczej dlatego, że mają fajne przygody, tak nie ma powodu, by sądzić, że czarna lesbijka z USA będzie kupować komiks o czarnej lesbijce tylko dlatego, że bohaterka jest do niej podobna. Muszą zostać więc spełnione zupełnie inne kryteria.

Problem polega na tym, że w wypadku wielu z tych postaci ich jedyną zaletą jest właśnie kolor skóry, narodowość, płeć czy orientacja. Czyli nic co miałoby znaczenie.

Bo o ile przez moje życie przewinęły się setki osób, to znam tylko jedną, która faktycznie byłaby w stanie dobierać lekturę wedle rasy, religii, narodowości i orientacji postaci. Jest nią trzydziestopięcioletni fanboj NOP-u w naszym mieście noszący ksywkę (z racji ulubionego powiedzonka) „Półidiota”.

Analogia do lat 70-tych i 80-tych

She-ra. Żeńska wersja He-mana.

She-ra. Żeńska wersja He-mana.

Sytuacja pod wieloma względami przypomina mi to, co działo się w latach 80-tych. Miała wówczas miejsce duża bańka na bajki dla dziewczynek. O ile po II wojnie światowej uważano, że komiksy nie interesują dziewcząt, a jakiekolwiek odniesienia do płci odmiennej wystraszą chłopców, tak w latach 70-tych myślenie to uległo przewartościowaniu, a marketingowcy zauważyli, że pod ręką mają niezagospodarowaną grupę klientów.

W rezultacie stworzono całą gamę komiksów i kreskówek dla dziewcząt, które najczęściej były autoplagiatami postaci męskich. W ten sposób zrodziły się więc takie wiekopomne postacie jak np. żeńska odmiana He-Mana. Postacie te tworzono wedle zasady „to samo tylko gorzej”, często przepisując przygody bohaterów męskich, zamieniając jedynie ich płeć oraz zlecając nad nimi pracę mniej doświadczonym scenarzystom i rysownikom, przez nie dość, że czytelnik dostawał do swoich rąk gorsze produkty, to jeszcze z opóźnieniem w stosunku do oryginału.

Oczywiście na tym się nie kończyło. Gremialnie uznano więc, że dziewczynki lubią róż, więc każdy jaskrawy element należy zastąpić kolorem różowym. Uznano też, że lubią słodkie stworzonka jak jednorożce, więc masowo dawano im je do użytku. Tak więc jeśli oryginalny bohater nosił czarną pelerynę i jeździł na smoku, tak jego żeńska wersja nosiła różową i pomykała na jednorożcu.

Jak łatwo zgadnąć dziewczęta nie chciały czytać takiej tandety.

Powód jest prosty:

Co z tego, że oni są czarni?

Żyjemy w XX wieku. Od dawna nikt (oprócz social justice warriors i innych wariatów) już nie dzieli ludzi wedle koloru skóry, religii, płci lub orientacji, a jedynie wedle umiejętności, czynów czy też postaw etycznych. Fakt, że jakaś postać należy do mniejszości w opowieści gdzie nie gra to roli nie wydaje mi się szczególnie istotny.

video-game-designer-daniel-vavra-is-called-racist-by-an-sjw_sgea

Tu natomias mamy wojnę o Afroczechów,

Jeśli zaś chodzi o założenie, że afroamerykanie będą masowo kupować komiksy tylko dlatego, że bohater jest ich rasy, to niestety, obawiam się, że naprawdę trzeba skończyć zarządzanie i marketing, żeby coś takiego wymyślić.

Uczestnicy farsy, czyli dlaczego to wkurza graczy:

Aby zrozumieć dlaczego cała sytuacja wkurza graczy należy podzielić na kategorie uczestników tego typu batalii. Zawsze są cztery grupy reprezentujące inne podejścia. Tak więc:

Social Justice Warriors: czyli w potocznym rozumieniu biali, heteroseksualiści z wyższych sfer płci obojga, którzy bardzo dbają o samopoczucie rozmaitych mniejszości, bo wrażliwość społeczna jest modna. Robią to najczęściej przez internet, gdyż chroni ich to od spotkania twarzą w twarz z biedakami.

Nie przesadzałbym z krytyką Social Justice Warriors, bowiem intencje wielu z nich są czyste, a przekonania na tyle mocne, że niekiedy faktycznie próbują pomóc, jednak często im to nie wychodzi. Przyczyną jest bardzo emocjonalny stosunek do sprawy oraz najczęściej totalna ignorancja tematu, o który walczą. Dobrym przykładem klasycznego SJW jest ten cały hate na Warhorse oraz hasełka „Czy uważasz, że w średniowiecznych Czechach nie było murzynów?”

Grupy tej nie należy łączyć z prawdziwymi feministkami i aktywistami społecznymi z dwóch powodów. Po pierwsze: prawdziwi aktywiści są zbyt zajęci realnymi problemami mniejszości i grup wykluczonych więc nie mają czasu zajmować się głupotami.

Po drugie: odnoszę wrażenie, że jedynym, co powstrzymuje niektórych aktywistów przed strzelaniem do Social Justice Warriors jest fakt, że prawo tego zabrania. Problem polega bowiem na tym, że działalność tych ludzi bardzo często podminowuje ich prace, zarówno na poziomie czysto fizycznym jak i PR-owym. O poziomie fizycznym opowiadała mi kiedyś znajoma kurator sądowy. Nie wiem, czy wiecie, ale istnieje coś w rodzaju turystyki, podczas której bogaci jeżdżą na Podkarpacie zobaczyć biedę. Trafia więc jeden z drugim do meliny, zobaczy bród, zobaczy głód, zobaczy wyciągnięte po pieniądze ręce, więc wyjmie portfel i wspomoże biedaka, który żebrze, bo boi się, że straci dzieci.

Tyle, że jest to alkoholik, od którego żona z dziećmi odeszła już 10 lat temu nie wie. A potem jest: „Skąd on wziął pieniądze na wódkę?”

Co więcej działania Social Justice Warriors bardzo często ośmieszają wręcz to, co robią aktywiści społeczni generując czarny PR. Bo przepraszam, ale nikt, kto widział akcję z Warhorse nie będzie dłużej traktował rasizmu w Czechach jako poważnego problemu.

Safana. Jedna ze sprawczyń jatki wokół Baldur's Gate.

Safana. Jedna z bohaterek jatki wokół Baldur’s Gate.

Kinder-konserwatyści: po drugie za SJW jak Siuksowie za stadem bizonów ciągną zawsze kinder-konserwatyści, by toczyć z nimi wojny. Dyskusje tego typu przyciągają więc zastępy nieprzyjemnych osobników z ich dziwnymi pomysłami na rzeczywistość: ONR-owców, Mocherów, Młodzież Wszechpolską, starych SLD-ków (wbrew pozorom ci są równie konserwatywni, jak moherowe babcie), KORwinistów oraz innych fanbojów Marksa, Smith’a i Dmowskiego. Słowem całe to „pokolenie JP2”.

Wkurzeni konsumenci typu A: trzecią grupą uczestników tego typu kłótni zwykle są konsumenci, w tym wypadku gracze. Nietrudno zauważyć, że gracze komputerowi są bardzo czuli na wszelką krytykę ich hobby (co nietrudno zrozumieć, biorąc pod uwagę fakt, że od 30 lat robi się z nich psychopatycznych morderców i gwałcicieli) i zwyczajnie szlag ich od niej trafia.

Wkurzeni konsumenci typu B: czwartą grupą są natomiast rozczarowani klienci, którzy objawili się przy okazji między innymi Baldur’s Gate: Siege of Dragonspear, którego dotyczyła druga fala kontrowersji. Otóż: Sige of Dragonspire ma opinię dodatku kiepskiego. Nie złego, czy tragicznego, ale znajdującego się poniżej średniej. Kosztuje 20 euro / dolarów zależnie od sklepu i kraju, co jest sumą dużą, czekać na nie trzeba było niemal 20 lat, natomiast zawartości ma mniej, niż darmowe mody.

Co więcej w nieprzychylnych mu recenzjach dominują bynajmniej nie wypowiedzi rasistów i seksistów, ale merytoryczne argumenty narzekające na źle napisany scenariusz, wymuszający na graczu konkretne decyzje, liniowość, railroading, postacie zachowujące się out of character etc. By to udowodnić przytoczę fragment randomowej recki, która w momencie pisania tego tekstu wyświetliła mi się na pierwszej stronie Steama:

The writing is below average compared to the second game, and there is some continuity issues surrounding romances carrying over from the first game, As well as most of your party from an original playthrough just deciding to ♥♥♥♥ off for whatever reason. I never liked Safana as a character anyways so whatever happened with her is a big idgaf. Oversensitive crybabies getting asspained over one comment Minsc made is no reason to downvote. A side character with no actual weight on the story regardless of whatever gender is no reason to vote it ♥♥♥♥

Downvote the DLC for poor writing, some buggy instances that made it into final version of the game, an untuned difficulty setting (whatever the hardest difficulty is called that you can only choose at the start of the game), a more useless druid, a lot of instances of sub-par voice acting, busted multiplayer and some character personalities that get ruined (Skie for example)

I will give it some credit, actual fights in the game at the Level you are at are actually challenging and probably the most fun/balanced to work around (as long as you play it on the insane difficulty). That being said, Wizard Cloudkill can usually bypass 90% of these fights anyways.

I was fortunate to not have to deal with a lot of gamebreaking bugs and made it through the game twice. Would I playthrough it again? Probably, if I ever decided to beat BG again for the umpteenth million time. Do I reccomend it? Probably not. You could skip this and not miss anything (Not to mention NONE of the items from this make it into BG2:EE anyways, No new romance scenes with none of the potential romances (Neera, Jaheira, Viconia are the only 3 I was able to do with both characters)). You’d probably be better off writing your own story if you want a storyline for it. Not like the main idea is bad for this story, it was just executed very poorly.

To są argumenty seksisty?

A może raczej zwykła, racjonalna krytyka?

I teraz mała gra fabularna. Wczujmy się w rolę klienta, który wyrósł na Baldur’s Gate, od dwudziestu lat marzy o trzeciej części lub kontynuacji. Nagle okazuje się, że taka ma wyjść. Płaci więc jak za pełną grę i dostaje dodatek, o którym wszyscy w komentarzach twierdzą, że jest kiepski lub w najlepszym razie średni.

A potem czyta wywiad z twórczynią scenariusza, czyli najsłabszego elementu produktu i dowiaduje się, że ta jest bardzo zadowolona ze swojej roboty, bowiem:

  • zmieniła kwestie dialogowe kiepskiej postaci złodzieja.
  • zmieniła kwestie dialogowe lubianej postaci rangera.
  • zmieniła kwestie dialogowe umiarkowanie dobrej healerki.
  • oraz umieściła w grze nic nieznaczącego NPC-a, którego gracz może nawet nie spotkać.

Innymi słowy, zamiast skupić się na napisaniu świetnej gry przebimbała czas na zajmowanie się głupotami. Tymczasem kasa, którą można było wydać na Legend of Grimrock 2, Banner Saga 2, obie części dodatku White March do Pillars of Eternity lub inne, rzetelne RPG została zmarnowana.

Toż to człowieka szlag może trafić. Zwłaszcza jeśli wydał kasę.

A po drugie:

Cyberpunk-2077Bo widzicie: owszem, istnieją dzieła gdzie zaangażowanie społeczne gra role. I cały czas problemy nie zniknęły. Przykładem może być tu np. przemoc w rodzinie, która jest zjawiskiem wieloaspektowym, bardzo powszechnym i niestety często lekceważonym przez władze oraz społeczeństwo. I gry mogłyby poruszać taką tematykę. Dobrym i bliskim nam przykładem jest This War of Mine polskiego studia 11 Bit.

Problem polega jednak na dwóch innych rzeczach: po pierwsze te wszystkie flejmy są bezsensowne. Idealnym przykładem jest tu wymieniana już Święta Wojna O Tyłek Smugi, na który zapewne (gdyby nie flejm w necie) nikt nie zwróciłby uwagi. W jaki sposób ma on pomóc w rozwiązaniu jakiegokolwiek problemu społecznego nie wiem.

Po drugie: o ile nie mam nic przeciwko temu, żeby gry angażowały się społecznie (prócz tego, że pewnie bym w te gry nie grał, bo nie tego w nich szukam) to niestety muszę powiedzieć, że na razie robią to z iście radzieckim wdziękiem. Po prostu działania te pasują do samych gier jak pięść do nosa i nie dziwię się, że przeszkadzają graczom.

Widzicie: Overwatch, Baldur’s Gate czy Kingdom’s Come nie są grami obyczajowymi. Overwatch jest grą akcji. Baldur’s Gate: RPG-iem, czyli koniec końców też grą akcji. Kingdom’s Come strategią. We wszystkich z nich problematyka dotyczy innych kwestii, niż działanie współczesnego społeczeństwa.

Wrzucanie tam tego typu problematyki jest po prostu nie na temat.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gry komputerowe, Komputery, Wredni ludzie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „O flejmach genderowych i „bańce równościowej”:

  1. dzemeuksis pisze:

    Ot, problemy pierwszego świata. Generalnie zgadzam się niemal co do joty. Nie da się jednak zanegować faktu, że gry – jak wiele innych elementów kultury i popkultury – kształtują rzeczywistość, wpływają na jej odbiór. Dlatego jestem w stanie zrozumieć niektóre ogólne postulaty związane np. z nieseksistowskim sposobem ukazywania kobiet. Daleki jednak jestem od krytyki twórców, którzy tego typu postulatów nie przestrzegają, bo uważam, że artysta – a za takich uważam twórców gier – powinien mieć swobodę twórczą. Podobnie nie rozumiem nagonek na dzieło, do którego kupowania nikt mnie przecież nie zmusza – nie podoba się, to wyrażam opinię i głosuję portfelem. Ale do głowy by mi nie przyszło narzucać twórcy zmianę dzieła.

  2. Grisznak pisze:

    Dlatego lubię Japończyków i ich gry. Tam sie nikt czymś takim nie przejmuje. Najwyżej po prostu nie wydają danej gry na zachodzie (tak było z ostatnią częścią Dead or Alive: Extreme Beach Volleyball, gdzie uznali, że nie ma co się bić z feministkami, po prostu gra nie dostała oficjalnej angielskiej edycji, acz angielskie napisy były w np. wersji chińskiej.

  3. slanngada pisze:

    Nie do końca masz rację. Bardzo często wybieramy postaci podobne do nas, lub przynajmniej takie za jakie chcielibyśmy uchodzić lub reprezentujące uznawane przez siebie wartości. Ty sam zapewne lubisz Pratcheta i Tolkiena, także dlatego że ci autorzy micno gloryfikują światopogląd zdroworozsądkowego „Anglosasa”. Masz w sobie wiele z babci Weatherwax i Vetinariego 🙂 Znajomy Gej dodaje wszystkiemu gdzie są homostaci +20 do lubialności. Sam niezbyt lubię filmy o niepełnosprawnych ale wiem że w moim kalekowatym środowisku takie rzeczy są lubiane

    Afroamerykanie itp nie czytają komksów o sobie o generalizując nie czytają ich w ogóle. To nie jest część ich kultury i tyle… Zresztą komksy ogólnie się gorzej sprzedają.

    Ogólnie pragnę dodać że tekst nieco spóźniony. Polityczna poprawność jest już niepoprawna politycznie i raczej przeciwwaga jest mocno po drugiej stronie. Możesz nawet to sprawdzić. Daj gdzieś anonimowo na Youtube komentarz SJW i drugi lekko oeneryczny, zobaczymy.

    • Karoluch pisze:

      W medialnym mainstreamie polityczna poprawność ma się znakomicie, że gdzieś tam w internetowych gettach ludzie o innych poglądach są aktywni, nie znaczy, że polityczna poprawność upadła. Można tą internetową aktywność traktować jako reakcję na przekaz z mediów tradycyjnych, który pewnym grupom nie odpowiada.

      • slanngada pisze:

        Mainstream reaguje z mocnym opóźnieniem, a i część jest już lekko anty polipopowa. No i nie mówię tu o mrocznych odmętach internetu tylko jego bardzo łatwo dostępnej części. A i polskie Polipop jest raczej nieco inne.

  4. cybernecrocat pisze:

    To ja może wypowiem się jako przedstawiciel jednej z mniejszości, w imieniu których krzyczą SJWs. Reprezentacja jest ważna. I to nie w Bardzo Poważnych Produkcjach skupiających się na życiu i problemach przedstawicieli tej czy innej grupy społecznej, tylko tych bardziej rozrywkowych, czasem pozbawionych zupełnie jakichkolwiek intelektualnych pretensji.

    Problem w tym, żeby reprezentacja ta była dobrze zrobiona, a sam produkt (pop)kultury też trzymał sensowny poziom – inaczej całość odniesie skutek odwrotny do zamierzonego i nie będzie się podobać w zasadzie nikomu. Na przykład wczesne story arcs The Authority lubię za przewrotne potraktowanie tematyki superbohaterskiej, do których wątek Midnightera i Apollo jest miłym i dobrze wplecionym w fabułę dodatkiem.

    • O super. Jeszcze nie miałem okazji rozmawiać na ten temat z drugą stroną.

      Pytanie (odnośnie reprezentacji) brzmi: po co?

      • cybernecrocat pisze:

        Krótko, stanowczo bez wyczerpania tematu i z dwóch możliwych punktów widzenia:
        1. Ponieważ społeczeństwo jest dużo mniej homogeniczne, niż może się wydawać i niż pewne opcje polityczne by sobie tego życzyły. Różnorodność jest elementem życia, a fikcja zawsze w pewnym stopniu to życie naśladuje. Nie chodzi o to, żeby z orientacji seksualnej (albo etnicznego pochodzenia, czy czegokolwiek) bohaterów robić główny element ich osobowości i jedyny cel ich występowania w narracji – po prostu niektórzy ludzie, poza tym, kimkolwiek są i cokolwiek robią, są też przykładowo nie-hetero. Jeśli miałbym wskazać dobre wyegzekwowanie tego podejścia, polecam sesje Adama Koebela (jeśli nie znasz, do obejrzenia/posłuchania na kanale itmeJP na yt; w jednej z kampanii innego MG na tym samym kanale jest też swoją drogą ciekawie poruszona kwestia transpłciowości w konwencji fantastycznej). To chyba jakieś zderzenie odmiennych paradygmatów, ale dla mnie pytanie „Po co nam nieheteroseksualni bohaterowie?” ma tyle samo sensu, co „Po co nam heteroseksualni bohaterowie?”.
        oraz
        2. Ponieważ odbiorcy generalnie lubią widzieć występujących przynajmniej co jakiś czas bohaterów posiadających te same co oni cechy/elementy tożsamości. To, czy będą to dobrze opracowani bohaterowie w porządnym – a przynajmniej dostarczającym odpowiedniej porcji rozrywki – kawałku fikcji, czy koszmarki mające na celu jedynie przypodobanie się SJWs to już inna kwestia.

  5. lemon pisze:

    Bardzo daleko mi do SJW, ale sam nie wiem, jak bym się zapatrywał na popkulturę pełną białych męskich heteroseksualnych protagonistów, gdybym był np. czarnoskórym transseksualistą. Te wszystkie historie pochłaniamy głównie dlatego, że znajdujemy w nich kogoś podobnego do nas, z kim można się w jakiś sposób utożsamiać. Nie dziwię się ludziom, którzy chcieliby tego przykładowego geja czy Murzyna chociażby w roli drugo- czy trzecioplanowej. Oczywiście domaganie się obecności czarnoskórych postaci w średniowiecznych Czechach nie ma sensu, ale w fantastycznej Nibylandii – czemu nie? To tylko urozmaica świat. Byle tylko nie był to jedyny Murzyn w całej historii, bo to z kolei wyśmiewam.

    PS Wkradło Ci się kilka błędów: „Kingdom Come: Deliverance” (bo tak brzmi tytuł tej gry) nie jest strategią, tylko cRPG. Gdzieś tam też Dragonspear zamienił się w Dragonspire, a o zwolnionej pracownicy Nintendo pisałem już na Polterze.

  6. Daerian pisze:

    Marvel akurat nie podaje żadnych danych sprzedaży komiksów – w tym „równościowych”. Podobnie podejrzewam DC. Dane te pochodzą od dystrybutora do sieci sklepów komiksowych (Diamond – http://www.diamondcomics.com/Home/1/1/3/303?articleID=24292). Nie zawierają one żadnych informacji o poziomie sprzedaży komiksów w formie elektronicznej i wiemy, że zawiera to dużo przekłamań do stanu faktycznego (już w pierwszych komentarzach podawany jest przykład Squirrel Girl).
    I biorąc pod uwagę potężna ilość narzekań kobiet na kulturę fanowską w sklepach fandomowych w Ameryce… niska sprzedaż komiksów „równościowych” w nich mnie nie dziwi, pewnie większa część z nich to sprzedaż elektroniczna.

  7. Karoluch pisze:

    Koniec końców przyzwalanie na panoszenie się social justice warriors, „równościowych” parytetów w grach, filmach i książkach prowadzi w końcu do takich absurdów w dziedzinie szeroko pojętej popkultury: http://www.enbiej.pl/2016/07/21/awantura-o-gwiazdy/?fb_ref=Default

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s