Dlaczego rynku RPG / Mangi / Komiksów / Książek czujesz się tak niedobrze?

1447_6232_390Niedawno kolega wrócił z Francji, gdzie mieszkał prawie przez rok. Kolega jest inżynierem i pisze sztuczne inteligencje, które mają zniszczyć ludzkość. Jedzenie mu smakowało, pensja mu smakowała, koszta wynajmu mu smakowały, a najbardziej smakował mu fakt, że na jego ulicy był wiekli, dwupiętrowy antykwariat poświęcony wyłącznie starym mangom. Kolega chciałby wiedzieć, dlaczego tam można, a w Polsce się nie da.

To oraz kilka luźnych uwag rzuconych przez Ramela (nick jednego z wydawców gier fabularnych, gdyby ktoś się nie orientował) na grupie „Panie! Panowie! Zagrajmy w RPG!” uświadomiło mi, że istnieją pewne procesy ekonomiczne, których szeroka publika nie rozumie, a które być może chciałaby poznać.

Kilka słów o rynku wydawniczym:

W Polsce żyje około 38 milionów ludzi, z których 30 do 50 procent czyta książki, co daje nam liczbę rzędu 11,4 do 19 milionów klientów. Wydawać by się mogło, że to całkiem dużo. Oczywiście potencjalnych mangowców i RPG-owców jest mniej, jednak liczba ta wydawać się będzie równie pokaźna. Dlaczego więc rynek jest tak trudny?

Nakłada się na to komplikacja wielu czynników. Dwa najważniejsze to duże rozczłonkowanie rynku wydawniczego oraz dominacja wielkich, molowatych sieci księgarskich. Niezależnie od dziedziny większą jej część stanowią publikacje niszowe. Nie ma w tym nic dziwnego: o ile inżynierowi materiałoznawstwa może zdarzyć się czasem kupić mangę, a mangowcowi książkę o materiałoznawstwie, to trudno oczekiwać, by stało się to regułą. W efekcie więc średni nakład książki w Polsce, niezależnie od dziedziny to około 3000 egzemplarzy, a podręcznika do RPG: 1000 egzemplarzy, książki specjalistycznej w rodzaju „Polityka między narodami” 500 do 1000 sztuk, a w wypadku mang: nie wiem. Oczywiście bywają wyjątki. Podręcznik Gracza do 3 edycji Dungeons and Dragons sprzedał się w pierwszym nakładzie w (o ile pamiętam) 10.000 egzemplarzy, książki Terrego Pratchetta osiągały nakłady rzędu 30.000 egzemplarzy w pierwszym roku po premierze, „Zmierzch” i „Harry Potter” przebiły sprzedażą pół miliona (a być może więcej) egzemplarzy, choć nie wiem w jakim okresie czasu…

Problematyka sprzedaży książki:

12744660_965494150170279_5809713655349910411_nZ naszego punktu widzenia istotne są jednak te pozycje bardziej niszowe, których nakłady nie przekraczają 3.000 sztuk. Bezpiecznie można założyć, że ich sprzedaż waha się między 1/3 a 2/3 nakładu. Nawet w wypadku dodruków nie sprzedają się wszystkie egzemplarze, bowiem część książek trafia w różne czarne dziury, gdzie leżą, podczas gdy inne w miejsca, gdzie schodzą… Od każdej sprzedanej książki do wydawcy trafia jakieś 2-3 złote (to, dlaczego tyle jest tematem na oddzielną notkę).

Czyli powiedzmy 6 tysięcy złotych.

Po drugie: wynik sprzedażowy książki zależy w dużej mierze od jej ekspozycji w księgarniach. Nawet, jeśli klient kupuje książki w internecie, to wiedzę o ich nowych wydaniach najczęściej czerpie w księgarniach, oglądając zawartość półek. Na drugim miejscu jest marketing szeptany, czyli polecanie sobie książek nawzajem przez klientów. Jeśli w księgarniach danej pozycji nie ma, to dla 70-80 procent klientów sytuacja wygląda tak, jakby nie istniała.

Dominacja dużych sieci:

Niestety w Polsce rynek zdominowana jest przez bardzo nieliczne sieci księgarskie, które posiadają status bliski monopolistom. Przykładowo niemal 1/5 całego rynku należy do sieci Empik. Pozwala mu to dyktować warunki i zwyczajnie monetaryzować swoją pozycję. Tak więc, by wstawić książkę do każdej księgarni tej sieci w Polsce należy zapłacić 20.000 złotych (cena mogła ulec zmianie), gdyż Empik traktuje to jako akcję promocyjne. Identyczne albo bardzo zbliżone stawki obowiązują w innych, wielkich sieciach księgarski. Ponadto należy zapłacić też za umieszczanie dodatkowej książki na półce, jej lepszą ekspozycję etc.

Nie chciałby nadawać temu artykułowi tonu sensacji i nagonki, tak więc powiem krótko: nie ma w tym nic złego. Tak robi każda, normalna firma na całym świecie. Problem bardziej polega na tym, że mieszkamy w nienormalnym kraju.

Kolejnym kosztem jest nabycie licencji. Wbrew pozorom suma ta nie jest duża, w zasadzie ma na celu głównie odsianie niezaangażowanych i niepoważnych partnerów, o których z góry wiadomo, że kokosów nie zarobią, a współpraca z nimi nic nie da. Koszt licencji wynosi między 5 a 10 tysiącami dolarów. Wydanie książki to natomiast od 5 do 10 tysięcy złotych (nie wiem, jak z mangą, komiksem i RPG, ale prawdopodobnie obracają się w podobnych sumach), przy czym część tych pieniędzy to koszta stałe, wydawane jednorazowo niezależnie od nakładu (korekta, redakcja, skład i łamanie, tłumaczenie, projekt okładki), a inne zmienne (druk).

W wypadku Japończyków problemem jest też ich zachowanie graniczące z zespołem Aspergera. Przykładowo zasłynęli oni kiedyś cofnięciem licencji znanemu, amerykańskiemu wydawcy na popularną mangę, bowiem okładka jednego z zeszytów miała o kilka tonów inny kolor niż w oryginale. W efekcie zamiast śnieżnej bieli widać było biel płatków wiśni czy coś takiego…

I wszystko to należy pokryć tymi nędznymi 5-9 tysiącami złotych dochodu…

Do tego należy dodać Ogólną Zasadę Inwestowania, wedle której statystycznie na 10 inwestycji 7 przynosi straty.

Ogólny uwiąd drobnego handlu w Polsce, czyli co się stało małym księgarniom?

12524037_950056635047364_3236824033112495416_nNa normalnym rynku takie rzeczy dałoby się rozwiązać rozmawiając, zamiast z wielkimi molochami z małymi, wyspecjalizowanymi księgarniami, które sprzedawałyby tylko mangę / fantastykę / komiksy / RPG. Problem polega na tym, że nie mieszkamy w kraju anglosaskim czy nawet w Niemczech, gdzie liberalny rynek kształtuje się od XVII wieku, a w zaściankowym państwie, z tak wielowiekowymi problemami gospodarczymi, że niektórzy ich przyczyn doszukują się w polityce Łokietka wobec mieszczan krakowskich…

Problem z drobnymi księgarniami polega na tym, że ich nie ma. W przeciągu ostatnich 20 lat ich liczba zmniejszyła się (jeśli wierzyć danym Gazety Wyborczej) o połowę. Powody takiego stanu rzeczy są różne. Po pierwsze: w małych miejscowościach tradycyjnym źródłem dochodów małych księgarni są podręczniki szkolne. W dobrych czasach stanowiły one nawet 50% obrotu, a największe dochody miały miejsce zawsze w pierwszych tygodniach września.

Problem w tym, że dzieciaków ni ma. W moim rodzinnym Ciemnogrodzie obecnie do pierwszej klasy gimnazjum idzie 120 osób (dla porównania w roczniku mojej siostry, który był pierwszym rocznikiem gimnazjalnym do samej jej placówki uczęszczało ponad 250 uczniów), w pobliskim Zaścianku do gimnazjum w tym roku poszło 18 uczniów, a w Dziurze Zapadłej: 23 osoby. Wszystkie wymienione miejscowości to miasta, w tym jedno powiatowe. I sytuacja taka utrzymuje się w całej Polsce, a nie tylko na Podkarpaciu.

Jeśli wysilimy się pamięcią to przypomnimy sobie, że kiedyś istniały małe księgarnie i sklepy hobbystyczne, które radziły sobie jakoś bez sprzedawania podręczników szkolnych. Przykładowo w Rzeszowie, przy samym dworcu PKS działała w dawnej budzie z hamburgerami mała księgarenka, której oferta składała się w zasadzie z samych komiksów i fenomenalnego wyboru fantastyki. Kilka metrów dalej były sklepy z RPG-ami Szeherezada i Garou, a w mieszczącym ten pierwszy galerii jest 2 czy 3 inne księgarnie. W Warszawie, na Dworcu Centralnym było najmniej pięć takich placówek, w Krakowie ponownie kilka…

Niemniej jednak większość tego typu sklepów znikła po roku 2010. Nie wiem, co było powodem, ale domyślam się, że to samo, co wygoniło drobnych kupców z mojego miasta: czynsze. Jak wiadomo ceny wynajmu w Polsce są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków mieszkańców. Wynajęcie kawalerki w Warszawie to koszt rzędu 710 do 1050 złotych, zależnie od dzielnicy. W centrum Paryża, po przeliczeniu: 2800 złotych. Przy czym należy zauważyć, że Francuzi zarabiają jakieś cztery razy więcej niż Polacy.

Jeśli więc kogoś interesuje, dlaczego we Francji mogą istnieć ogromne sklepy z używanymi mangami, a w Polsce nie to odpowiedź ma na tacy: dla przeciętnego Francuza zamieszkanie w najbardziej prestiżowej dzielnicy jego stolicy jest kosztem relatywnym trochę niższym, niż dla przeciętnego Polaka zamieszkanie na bezpośrednim obrzeżu jego stolicy.

8474_108d_500Podatek obrotowy PiS-u, stała cena książki PO:

Od jakiegoś czasu pojawiają się inicjatywy mające na celu „uzdrowić” gospodarkę i polski handel. Pierwszą, dotyczącą interesującej nas dziedziny jest ustawa o stałej cenie książki lansowana za PO, drugą: PiS-owski podatek obrotowy. Obydwie, podobnie jak wszystkie, podobne inicjatywy są pomysłami idiotycznymi, skrajnie głupimi i nieodpowiedzialnymi. Fakt, że cieszą się dużym poparciem wynika chyba tylko z tego, że w Polsce uczy się patriotyzmu zamiast historii oraz pierdół zamiast WOS-u.

W efekcie czego ludzie nie wiedzą, czym kończą się takie przedsięwzięcia, czyli jeszcze większym zabetonowaniem rynku i efektem odmiennym od zamierzonego: zwiększają pozycje dużych wydawców i osłabiają możliwości konkurowania małych. Wynika to z prostego faktu, że ci mają pieniądze i stać ich, żeby płacić podatki, a małych nie stać.

Marketing: jeszcze jeden problem:

Ale kończąc dygresję wróćmy do głównego tematu. Skoro sprzedaje się tylko ten jeden-dwa tysiące egzemplarzy, o czy nie można spróbować zwiększyć sprzedaży np. poprzez intensywną kampanię reklamową? Otóż: moim zdaniem można. Przy czym po pierwsze nikt tego nie zrobił i w krótkim czasie nie zrobi, po drugie: kampania taka byłaby bardzo kosztowna, po trzecie: i tak się nie uda.

Otóż: moim zdaniem możliwe byłoby wypromować jakąś, znaną markę, by sprzedawała się kilka razy lepiej niż obecnie. Zresztą, duży wydawcy literatury młodzieżowej radzą sobie z marketingiem właśnie w ten sposób. Ale w wypadku mangi, RPG i innych produktów niszowych to nigdy się nie uda.

Pierwsze mangi, systemy RPG etc. miały dość szeroką reklamę dzięki zaprzyjaźnionym i sympatyzującym z nimi wydawnictwom popkulturowym: Nowej Fantastyce, Secret Srevice, Gamblerowi, Top-Secretowi oraz oczywiście gazetom zajmującym się tą tematykom: Magii i Miecz czy Kawaii. Mandze bardzo mocno pomagała też emisja anime w stacji RTL 7. Problem w tym, że to było dawno temu i gazet tych obecnie już nie ma. Te, które istnieją natomiast znacznie ograniczyły nakłady. W wypadku Nowej Fantastyki: blisko dwudziestokrotnie. Dotknęło to nawet (przez długie lata uważany za niezatapialny) CD-Action.

Poważnym problemem współczesnego marketingu wydawnictw niszowych polega na tym, że nie potrafi on wyjść z niszy. Przykładowo: w RPG jakieś tam reklamy wklejane są na Poltergeiście, kilku mniejszych serwisach i najbardziej identyfikowalnych przez wydawcę blogach. Reszta to marketing szeptany. Efektywność tych reklam jest znikoma: po pierwsze nawet na największych serwisach wyświetlalność newsów jest stosunkowo niewielka: regularnie śledzi je może z tysiąc osób. Po drugi: tego typu serwisy czytane są tylko przez hardcorowców. Czyli ludzi, których raz, że jest mało, dwa, że doskonale znają zachodnią ofertę i dawno temu ją kupili / spiracili / uznali, że jakimś produktem nie warto się interesować.

Prowadzi się też jakieś fanpage i inne rzeczy.

Problem polega na tym, że jest to marketing wykonany w najlepszym wypadku jednej trzeciej. Działania takie mają na celu zaminować Google na wypadek, gdyby ktoś chciał szukać produktu. Aby go ktoś szukał produkt ten musi a) być obecny w świecie realnym (czyli w pierwszej kolejności w księgarniach, a w szóstej na bannerach i plakatach, bowiem ta forma reklamy jest jak wiadomo od zawsze: nieskuteczna).

Po drugie: musi dotrzeć do klientów miękkich, ludzi, którzy potencjalnie chcieliby przeczytać np. mangę, komiks albo pograć w grę fabularną, ale jeszcze nigdy tego nie robili.

12744008_1113761562009691_5831175677567093686_nMożna zrobić to na dwa sposoby: albo uderzając do pism młodzieżowych, albo do naprawdę popularnych bloggerów. Pierwszy kierunek jest kiepski, bowiem tam koszt najmniejszej jednostki reklamowej w takim periodyku to 50.000 złotych.

Uderzenie do popularnych bloggerów i vlogerów prawdopodobnie także tanie by nie było (próbowałem się dowiedzieć ile tego typu osoby wzięłyby za kampanię, jednak nie udzielono mi odpowiedzi) jednak podejrzewam, że byłoby prostsze. Przyczym należałoby wybierać naprawdę znane osoby (w rodzaju np. Zwierza Popkulturowego czy Segritty). Myślę jednak, że za 50 tysięcy złotych można by mieć naprawdę dobrą kampanię.

Oczywiście można kontrować to twierdzeniem, że wydawcy już współpracują z bloggerami, ale powiedzmy sobie szczerze: blogi RPG-owe i mangowe to krasnoludki. Największe z nich czytane są przez audytoria rzędu 50 tysięcy osób, za duży blog uchodzi taki notujacy 100.000 odsłon. To w tym medium mało.

Tak czy siak: za jakieś 100.000 złotych można by mieć naprawdę fajny produkt i kampanię, która by go sprzedała. Jeśli do tego dodalibyśmy utalentowanego biznesmana, który zdolny byłby tym pokierować szanse na sukces byłyby znacznie wyższe. Oczywiście nadal istnieje ryzyko porażki, to jednak można by zmniejszyć zwiększając portfolio produktów do (powiedzmy) dziesięciu. Wymagałoby to jakiegoś miliona złotych.

W całej tej układance moim zdaniem najtrudniej o zdolnego biznesmana.

Nie żeby miliony złotych na ziemi leżały, ale problem leży w tym, że utalentowany człowiek interesu nigdy nie zajmie się polskim rynkiem RPG, komiksów lub mangi, bo będzie wolał zainwestować w coś, co przynosi lepsze dochody i jest mniej ryzykowne. A takich biznesów jest mnóstwo. Piekarnia na przykład.

PS. Pojechałem na Ogólnopolski Zlot Uzależnionych Targi Książki. Będę z powrotem w niedzielę.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki, RPG, Sztuka i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

36 odpowiedzi na „Dlaczego rynku RPG / Mangi / Komiksów / Książek czujesz się tak niedobrze?

  1. Enc pisze:

    Zegarmistrzu, obecny nakład RPG w Polsce to zdecydowanie mniej, niż 1000 egz. Smutne, ale niestety.

  2. KFC pisze:

    Hahaha. W dobie gdy zysk na nowej grze rpg to przedział do kilku tyś. zł nikt, nawet mityczny dobry biznesmen nie zainwestuje 100k! Bo to kasa utopiona i nie do odzyskania nigdy. Zejdź Pan na ziemię.

    • Właśnie o tym jest ta notka. Że nikt, kto nie jest samobójcą, lub hobbystą z poczuciem misji nie zajmuje się RPG, ani nawiasem mówiąc mangą (choć ta lepiej sobie radzi). Bo po prostu dużo prościej mu jest zainwestować w coś, gdzie dochód jest większy, a ryzyko mniejsze.

  3. KFC pisze:

    Po drugie u nas każdy 3x się zastanowi zanim wyda 100zł. Na erpega czy na cokolwiek innego bo to często cała dniówka albo dwie są. Tam 20 euro wydajesz na papier toaletowy. I tu jest pies pogrzebany, jesteśmy za biedni na takie zbytki. Bo każdy woli wydać 100 zł na buty a na grę mu nie starcza. No chyba że wideo, bo przecież nie na jakieś rpg.

  4. Borejko pisze:

    W kwestii formalnej, odpowiedz mi Zegarmistrz na pytanie.
    Które z polskich blogów RPG mają audytoria rzędu 50 tysięcy osób? Które z polskich blogów notują 100.000 odsłon?

    • A to jakiś problem? Ten blog ma 30 tysięcy odsłon i 10 tysięcy UU. A duży nie jest. Generalnie 100.000 odsłon to miejsce, w którym zaczyna się niższa klasa średnia.

      • Borejko pisze:

        Pytam o blogi stricte RPG.
        Twój blog do takich chyba nie należy.
        Z tego co pamiętam z dwóch raportów o blogosferze RPG niewielu blogerów o grach fabularnych przeskakiwało bariery 10.000 UU. O odsłonach nie lubię dyskutować bowiem nie są miarodajne.
        Nie można zatem mieszać blogów niezwykle niszowych (RPG) z innymi (komiks, film, serial) bo te mają prawdopodobnie lepsze statystyki (świadczą o tym cyfry, które wymieniłeś).
        Przykładowo wejścia płynące z blogi rpg od początku ich istnienia dadzą Ci tyle samo wejść co efekt wykopu. 😉
        PS. Skasuj proszę ten komentarz poniżej o tej samej treści sygnowany GIT Games. Problem w tym, że jeśli nie pojawia się informacja o tym że komentarz czeka na zaakceptowanie (w tym wypadku Twoje) to komentujacy z smartphone nie jest pewien czy coś poknocił czy coś innego.

      • Khaki niedawno zaprezentował statystyki tego rzędu. I nie powiem: było to demotywujące.

        Ale ok. Jestem w stanie uwierzyć, że blogi RPG mają niewiele odsłon. Co nawiasem mówiąc jest dziwne. U mnie ten temat całkiem nieźle się sprawdza.

        Wychodzi na to, że założyłem iż sytuacja jest zła, a faktycznie jest jeszcze gorsza.

      • A właśnie, bo poruszyłeś jeden, ciekawy temat. Akurat agregat blogów RPG to chyba jedyny agregat, z którego mam jakiekolwiek wejścia. Nie jest tego jakoś oszałamiająco dużo, ale i tak jakieś 10x tyle, co z (dajmy na to) Zblogowanych. Odnoszę wrażenie, że ludzie zwyczajnie nie korzystają z agregatów blogowych.

      • Borejko pisze:

        Primo. Agregator to co innego, widget (blogi rpg) umieszczony w blogspocie to co innego.
        Ludzie nie korzystają z agregatorów, bo takowe „są za trudne” lub korzystają z różnorakich czytników feedów pozwalających na jeszcze większą personalizację. Najprościej jednak siedzieć na FB i otoczyć się gronem znajomych, żyjąc w złudnej nadziei, że mamy krąg „przyjaciół” zainteresowanych tym samym, a Zuckerberg daje wszystko czym się interesujemy.

        Secundo.
        Powtórzę zatem.
        Witryna Blogi RPG generuje przez całą swą działalność (ile to lat?) tyle ruchu co jeden „efekt wykopu”.
        Potwierdzam z autopsji.
        Jeśli ktoś lubi się bawić takimi statystykami – jego sprawa.
        Miałem połowę odwiedzialności najbardziej poczytnych blogerów w kraju np. Gadzinowskiego. Zarabiałem grosze, choć „spóldzielnia” jaką wtedy założyli (popularni blogerzy chcieli narzucić stawki za reklamy) też nie dała rady.
        Pisałem już na ten temat kilkukrotnie np. http://www.gitgames.pl/2015/06/prowadzenie-niszowego-bloga-o-rpg.html

        Prowadzenie bloga o RPG to odgrywanie roli blogera 🙂

      • Piszesz „miałem”. Jak to się stało, że już nie masz?

        A zarobki są w dużej mierze zależne od tematyki bloga. Na blogu o RPG raczej nie zarobisz choćby z tej przyczyny, że wątpię, żeby którykolwiek wydawca kiedykolwiek kupił relamę w AdSensach. Na Tanuki.pl działo się dokładnie to samo. Kilka milionów wyświetleń, a zysków zero.

    • Borejko pisze:

      Miałem więcej UU, kiedy poswiecałem więcej czasu na blog. Zrezygnowałem z pierwszego miejsca w Google, bo po latach „portali erpegowych” wszyscy zaczęli się nazywać „Gry Fabularne ” spytaj Sethariela po co właściciel serwisu Gry – Fabularne wybrał taką nazwę. 😉
      Nie chcę, aby ktokolwiek przypadkowy mylił mnie z jakimiś fundomami itp. fanami i ich matactwami.

      Stąd przewartościowałem priorytety już dosyć dawno.
      Mniej po prostu piszę, acz liczba UU / wpis jest raczej taka sama. To ta skończona liczba e-fundomu, o których też pisałem – kilkuset użytkowników.

      W Twoim przypadku można pokusić się o zdobycie tych wszystkich ludzi zajmujących się mangami, komiksami, ta całą „popkulturą nerdowską” etc. Byłaby to niezwykle trudna praca i… zysk byłby niewspółmiernie niski do roboczogodziny. O tym zresztą piszesz w tym wpisie.

      Zarabiało się kiedyś owszem na AdTaily, nokautach, Drive Thru RPG, tekstach sponsorowanych, konkursach itp., nie na googlowskim AdSense. Poza tym ja nie miałem naprawdę inwazyjnych reklam.

      Znienawidzony przez fundom autor Robotica prawdopodobnie jako pierwszy z ” branży RPG „płacił blogerom. Ja miałem oszacowano stawkę nawet ok. 15 PLN za dzień (chyba mnie pamięć nie myli) gdy pozostali blogerzy mieli 1 PLN. Małych reklamodawców było trochu – jakichś vallherupodobnych gier.

      • Bo taka nazwa gwarantuje masę wejść i nie kanibalizuje się z Baldur’s Gate. To wiedzą nawet dzieci.

        No niestety, wiem ile by mnie to kosztowało wysiłku. I jakie miałbym z tego korzyści. Dlatego nie idę w to pełną parą. Choć prawdę mówiąc miałem nadzieję, że blog będzie pomagał mi sprzedawać książki. Ale tu niestety druga strona nawaliła.

        Jeśli natomiast chodzi o reklamy, to ja bym próbował programu partnerskiego Ceneo i reklam gier komputerowych. Można założyć, że każdy RPG-owiec gra na komputerze.

        A co do Robotiki, to podejrzewam, że system ten nie był nawet w połowie takim failem, jak twierdzą złośliwcy. Zauważ, że większość hejtu skupiała się w środowiskach tak czy inaczej związanych z Poltergeistem. Na mniejszych serwisach opinie o Robotice były bardziej wyważone. Także na Polterze hejt miał miejsce głównie w blogosferze, która raz, że jest miejscem specyficznym, dwa, że bynajmniej nie skupia wszystkich userów tego serwisu. Jestem w stanie uwierzyć, że udało mu się sprzedać cały nakład systemu.

      • Borejko pisze:

        Niestety dzieci o tym wiedzą. Ale nikt z szanownych redaktorów internetowych nie wpadł na to że prowadzi portal nie o „erpegach”, a o grach fabularnych do roku 2006, kiedy zacząłem prowadzić blog o tej nazwie. Praktycznie nikt nie posługiwał się tą nazwą.

        Na programach partnerskich zarabiają sprzedawcy i pośrednicy. Piszę w linkowanym tekście. Chociaż… piractwo przez 5~10 lat stopniało, a ceny gier poszły do góry.
        Po zebranych doświadczeniach nie ryzykowałbym swoim czasem.

        Robotica to temat na długą, osobną dyskusję.

        Jako bloger 😉 dodam, że jesteś w doskonałym momencie, by podjąć jakieś decyzje. Przemyślane. 😉

  5. Viserion pisze:

    Empik jest największym graczem na rynku księgarskim w Polsce, bo ma największy asortyment. Mang i RPG w innych księgarniach praktycznie nie uświadczysz, a tutaj przynajmniej mają swoją półkę.

  6. Enc pisze:

    Co można zrobić ze 100k (czy tam raczej 90k odliczając prowizję wspieram.to) pokazuje Fajne RPG. Nie mam pojęcia jak im idzie, ale nie zauważyłem, żeby wykorzystywali jakoś poważniej reklamę.

  7. DoktorNo pisze:

    Brakuje mi w tej analizie ebooków, chyba że coś przegapiłem…

  8. Asortyment RPG i Mang jest w Polsce raczej ograniczony, w Empiku jest ich najwięcej. Może kogoś razić, że to taki duży gracz na polskim rynku, jednak jak coś szukać, to tylko tam.

    • Chyba od lat nie widziałem systemu RPG w Empiku. Dużo lepiej jest zamawiać na Rebel.pl.

      • Wargamer pisze:

        Rebel i ich złodziejskie ceny? Nope, nope, sorry but no. Faktycznie w Empiku od dawna nie ma RPG bo wiele lat temu wycofali się, ale od początku Empik miał poronione ceny. Jak kupowałem Warhammera RPG 1st ed to taniej było w jednym z poznańskich sklepów niż tam. Też nie zgodzę się co do szukania mang tylko w Empiku. Jest np. w poznaniu księgarnia KIK (nie to nie jest reklama) gdzie jak poprosi się właściciela (Paweł) to ściąga eng/jap wersje, a polskie ma wszystkie i w takim wyborze, że Empik może się schować. Oczywiście rozumiem problem bo nie każde małe, średnie i duże miasto ma taką księgarnię. Jak wiemy wszyscy ratują się na konwentach ala Pyrkon, Polcon itp. bo tam obkupią się i mają święty spokój na kilka miesięcy 🙂

      • Ja tam zawsze byłem zadowolony z Rebel.pl

        Natomiast jeśli chodzi o mangi, to ja jak już kupowałbym w Aros lub Bonito (tak naprawdę to jedna firma), bo po prostu tam się opłaca. Ceny zawsze są obniżone o 30 procent. Zagraniczne (a raczej: zagraniczną, bo w tej chwili czytam już tylko jedną mangę) kupuję na Amazon.com. Trzeba się w prawdzie trochę namęczyć z celnikami, ale jest sprawnie i wcale nie wychodzi drogo.

  9. Git Games HQ pisze:

    W kwestii formalnej, odpowiedz mi Zegarmistrz na pytanie. Które z polskich blogów RPG mają audytoria rzędu 50 tysięcy osób? Które z polskich blogów notują 100.000 odsłon?

  10. Przepraszam, że dopiero teraz pozatwierdzałem posty, ale dopiero przed chwilą wróciłem do domu. W hostelu niby był internet, ale oczywiście zapomniałem zabrać tablet :/

  11. Karoluch pisze:

    Czyli podobnie jak we wpisie o czytelnictwie w Polsce. Ludzie nie czytają książek (mang, komiksów, nie grają w systemy RPG), bo w Polsce nie ma kultury czytelnictwa, a ludzie też słabo z kasą.

    • No nie. Tym razem spojrzenie jest od strony wydawcy, który chciałby w takie rzeczy wchodzić.

      • Karoluch pisze:

        Tylko to takie kółko i się zamyka. Nie ma co wchodzić w rynek, bo i tak się tego ludzie nie kupią, a nie kupią, bo…

      • Właściwie to nie do końca. Większym problemem niż klienci detaliczni w tej chwili na rynku w Polsce są partnerzy biznesowi, z którymi trudno się dogadać i którzy nie całkiem są zainteresowani sprzedawaniem książek.

    • Borejko pisze:

      Klient biznesowy jest zainteresowany rozwijaniem interesu i osiągnięciem korzyści finansowych.
      A nie „dogadywaniem” się i sprzedażą towaru ( w tym wypadku książek), którego znaczny procent Polaków nie kupuje.

  12. Miris dor pisze:

    Hmm, musze przyznać, że jak zwykle artykuł żetelny. A odnośnie rpg, to myślę, że jego sytuacje można by poprawić, zmieniając stereotyp biednego brata crpg, za którego większość go uważa.

  13. Miris dor pisze:

    Sorry, że tak długo nieodpowiedziałem. A odnośnie stereotypu. Według moich obserwacji wynika, że tak mniej – więcej jest.
    Większości ludzi, których o to pytałem o wymienienie jednej gry fabularnej, podawali wiedźmin dziki gon. Jednak kiedy wyjaśniłem im o co chodzi, uznali to za kompletną porażkę, uzasadniając swoje zdanie teorią, że komputer zrobi i robi to lepiej.
    Dlatego należało by przestać udawać lub inspirować się cRPG, tworząc RPG. Osobiście uważa, że taką drogą idzie tz. nowa szkoła. Jednak tutaj znów, należało by wszystkie wysiłki z promocji klasyki, włożyć w promocje nowej generacji RPG i podkreślić jej atuty, zamieniając je też w wielkie zalety.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s