Głupi pomysł sfotografowania przyrody:

IMG_7239[1]Piszę ten post, ponieważ jest ładna pogoda. Od jakiegoś czasu zawsze, gdy są takie warunki zamiast siedzieć w domu zasuwam gdzieś o polach i lasach próbując wykonać zdjęcia przyrody. Niektóre, mniej nieudane widzieć można w okolicach tego posta (inne oglądać można na moim drugim blogu, ale tam nie ma na razie jeszcze wielu wpisów, ani niczego). Dzisiejszy dzień jest odstępstwem od reguły, co wynika z prostego powodu: chwilowo jestem uziemiony, bo w warsztacie nie skończyli naprawiać mojego roweru (o tym dalej). Jest więc czas na chwilę refleksji. Ta prowadzi do prostego wniosku.

Świeże powietrze to nie zawsze jest zdrowie.

Bezpośredni impuls:

IMG_7675[1]Bezpośrednim impulsem do powstania tego posta jest wczorajsza (tzn. z 26 kwietnia) przygoda, w trakcie której mało nie straciłem życia, choć na szczęście skończyło się wyłącznie na stratach finansowych. Mianowicie: pojechałem sobie do rezerwatu przyrody w pobliskiej miejscowości na ścieżkę turystyczną. Zjeżdżając z górki najechałem na kłodę.

Przednie koło roweru w spotkaniu z nią zadziałało dobrze, bowiem są w nim amortyzatory.

Tylne natomiast przywaliło w nią tak mocno, że nie było co z niego zbierać. Ja wyleciałem z siodełka i przygrzałem w drzewo rower, zleciał ze skarpy i musiałem go wyciągać (przy okazji poszły jeszcze hamulce i pedały). W zasadzie jedynym kawałkiem, który przetrwał wypadek bez szwanku była tytanowa rama (i na szczęście: rowerzysta). Całość strat to pięćset złotych.

A papierowi RPG-owcy narzekają, że ich hobby jest drogie.

Wypadki i ludzka solidarność – rzecz naprawdę bezcenna:

Pierwsza rzecz o której należy napisać jest nieocenione zachowanie ludzi będących świadkami rozmaitych tragedii i nieszczęść. Niestety zdarzyło mi się już kilka razy nieść rower na plecach z powodu takiej, a nie innej przygody, której sprawcą zazwyczaj była pęknięta dętka (w tym raz musiałem transportować go z rozciętą oponą, bo wjechałem na rozbite szkło). Zachowanie gawiedzi w takich przypadkach ujawnia głębokie pokłady empatii naszego społeczeństwa. Każdy, po prostu każdy menel, osiedlowa plotkara i wiejski głupek musi wówczas do człowieka podejść i z miną świadczącą o tym, że uważa się za wielce dowcipnego zapytać:

– Dlaczego nie jedziesz?

Niosąc ten rower piętnaście kilometrów przez okolicę podmiejską miałem wrażenie, że zaraz wpadnę w szał i zacznę ludzi bić. A było czym.

Przecież kurde widzą, że tylne koło trzymam w drugiej ręce.

Dzikie zwierzęta: najmniejsze zagrożenie

IMG_7403[1]Było czym, bo moim zdaniem na łąki i do lasu bez gazu pieprzowego i pałki teleskopowej bezpieczniej się nie wybierać. Wbrew pozorom powodem nie są dzikie zwierzęta.

Niedźwiedzia w tych okolicach widziano raz, wilka dwa razy, choć ja osobiście w to nie wierzę (dlaczego napiszę w punkcie ostatnim), z węży widziałem głównie rozjechane zaskrońce.

Z pozostałej fauny dla ludzi najgroźniejsze są kolejno: kleszcze, komary i osy. Są jeszcze szerszenie, ale one wbrew pozorom nie są zbyt agresywne.

Raz widziałem tropy być-może-dzika i to na świeżym śniegu. Wykonałem wówczas obrót o sto osiemdziesiąt stopni i poszedłem w inną stronę.

Wbrew pozorom groźniejsza może być flora, choć tu oczywiście bardziej si trzeba postarać. Dla chcącego jednak nic trudnego, do tej pory udało mi si bowiem znaleźć tojad, szalej i całe połacie wilczej jagody.

Dziwni ludzie:

Powodem dla którego noszę tyle uzbrojenia są homo sapiens. Oraz fakt, że człowiek podczas dłuższej wycieczki jest sam, otoczony pustkowiem. A potem zdarza mu się spotkać dziwnych osobników. Fakt, że jedna z moich ulubionych tras wiedzie do miejsca, gdzie kilka lat temu faktycznie doszło do bandyckich porachunków pominę.

Przykładowo: jadę sobie kiedyś przez pola, nieopodal lasu. W lesie, zamaskowany w krzakach stoi samochód. W samochodzie siedzi dwóch typów, o fizjonomiach wskazujących, że powinni siedzieć gdzie indziej. Patrzą na mnie złym wzrokiem. Prócz nas w promieniu trzech kilometrów nie ma nikogo innego.

A ja się zastanawiam: turyści? Dealerzy? Ukraińscy przemytnicy? Kłusownicy? Złodzieje drewna? Leśnicy?

Na wszelki wypadek udaje, że ich nie widzę.

Lokalsi:

IMG_7591[1]Inny dzień. Jadę leśną dróżką. Z naprzeciwka idzie rolnik. Rolnik ma erekcję. Widać to, bo prącie wystaje mu z rozporka i sterczy w niebo. Nadaje to nowego znaczenia pojęciu „obserwowanie ptaszków”.

Co na patologie się napatrzę to moje.

Zbieracze runa leśnego:

Skoro już narzekam na ludzi warto o nich wspomnieć. Zbieracze runa leśnego nie są niebezpieczni, ale też chciałbym, żeby stało im się coś okropnego. Jadę lasem, w lesie kwitną przebiśniegi. Między nimi uwijają się trzy starsze panie z motyczkami.

– Kazia choć tutaj! Tutaj jest ich dużo! Do ogrodu se weźmiesz!

Jakby nie mogły kupić. Jedna cebulka w sklepie ogrodniczym kosztuje złotówkę, ale ukraść można za darmo. I jest to proceder masowy. Nie raz, jeśli jedzie się w bardziej uczęszczaną okolicę to widzi się ludzkie stada niosące naręcza zawilców, przylaszczek i kaczeńców. Teraz idzie maj, więc na topie będą bukiety złożone ze 100-200 konwalii, o innych kwiatach nie wspominając. Ostatnimi czasy modny zrobił się też czosnek niedźwiedzi, roślina chroniona na stanowiskach naturalnych.

Czosnek niedźwiedzi jest przynajmniej jadalny. Po co ludzie rwą takie ilości kwiatów nie wiem. W lesie nie mogły by to rosnąć, żeby ładnie było?

Gillowcy:

IMG_7641[1]Są miejsca, które służą do grillowania. Poznać je można po kupkach węgla drzewnego, plackach wypalonej ziemi po ogniskach i różnych urządzeniach, typu kłody drewna ustawione w roli ławek. Oraz obecności samych grillujących.

A także hałd śmieci.

Tych ostatnich nie mogę zrozumieć. Wiecie, jestem ze wsi (a raczej: z przedmieścia, ale to jedno i to samo) i rozumiem, że ktoś wywala śmieci nielegalnie w lesie. Nie pochwalam tego czynu, uznaje go za moralnie naganny, ale da się go wyjaśnić racjonalnie.

Natomiast nie rozumiem tego, że ktoś urządza sobie sporym wysiłkiem miejsce do grillowania, przysposabia je do tego, a następnie wywala puszki po piwie i plastikowe butelki tak, żeby je mieć na widoku np. za siatkę swojej działki. To po prostu zwykłe niechlujstwo. Lubi się bawić na śmietniku, czy jaki czort?

„Bieszczadnicy”:

Najbardziej mnie w tym wszystkim denerwują wszelkie „bieszczadzkie anioły” i wannabe zakapiory. Te wszystkie maminsynki z całej polski, z gitarami, które myślą, że na Podkarpaciu nic, tylko się pije i jara marihuane. Może znacie ten typ: „mieć, czy być? Czy Erich Fromm wiedział jak żyć?”

Przyrodę kochają jak pedofil dzieci. Niektórzy nawet tu zamieszkali. I potem jest:

Bieszczadnik 1: Wiesz! Znalazłem miejsce, gdzie rosną smardze!
Bieszczadnik 2: Smardze? A dobre to?
Bieszczadnik 1: Człowieku! Jedne z najlepszych grzybów świata.

Szkoda, że objęte ochroną, jeszcze do niedawna całkowitą.

Rowerzyści:

IMG_7368[1]Rowerzyści to poważny problem, w szczególności na trasach bardziej uczęszczanych przez ludzi. I mimo, że sam jestem rowerzystą nie dziwi mnie, że ludzi wkurzają. Idziesz sobie spokojnie po szlaku turystycznym, nagle ni z tego, ni z owego z krzaków wyskakuje dziki rower i rzuca się na ciebie.

Ale najbardziej denerwujące są zakochane pary. Te mają wiek różny, od lat 15 do 150, choć tych ostatnich jest więcej. Młodych mało się rodzi, zresztą z Podkarpacia uciekają.

Zakochana para jedzie sobie spacerkiem, korzystając z chodnika lub pasa, kierownica przy kierownicy, jeden obok drugiego i rozmawiają. Jeśli jadą jezdnią, to powodują korek, bowiem z tyłu ciągną za nimi samochody, które nie mogą ich wyminąć. Jeśli jadą chodnikiem, to piesi uciekają przed nimi na jezdnię.

Ci mają to gdzieś, bo mają tą swoją miłość.

Samochody:

Dla wielu kierowców natomiast, jeśli nie masz samochodu, to jesteś biedakiem, którego cierpienia należy zakończyć. Pewnego pięknego dnia o mało nie zginąłem jadąc sobie przez miasto, bowiem kierowca parkującego na chodniku samochodu otworzył drzwi uderzając nimi mój rower w przednie koło, w efekcie czego wylądowałem na jezdni, na którą nawiasem mówiąc niemal od razu wtargnął (mnie po drodze ignorując). Gdyby kierowca samochodu, który jechał za mną szybko nie zahamował zabiłby zarówno mnie, jak i tego matoła.

Na drogach podmiejskich kierowcy dostają natomiast jakiegoś szału. Na szczęście większość moich tras krótko biegnie po jezdni.

Zwierzęta półdzikie

IMG_7494[1]O ile zwierzęta dzikie, jak pisałem stanowią zagrożenie raczej niewielkie, tak nie da się tego powiedzieć o zwierzętach domowych. Na właścicieli psów narzekałem już wielokrotnie. Niestety większość z nich uważa, że jeśli coś nie jest ogrodzone, to jest niczyje, więc można to psem poszczuć. Sytuacje, w których idę lub jadę spokojnie polami i wypada na mnie wilczur albo rozwydrzony golden retriwer są normą. Nawiasem mówiąc część mieszkańców mojego miasta uważa najwyraźniej, że obroże i smycze to zbędny luksus, bo z nich nie korzystają.

Dałoby się to znieść, gdyby nie dwie sytuacje. Po pierwsze: ostatnimi czasy zrobiło się dużo amstafów i innych psów agresywnych. Kilku ich „hodowców” nawet znam. Niestety lokalna patologia uświadomiła sobie, że ma już po 30 lat, pracę i dzieci, a całe życie marzyli przecież o gangsterce. Więc kupują symbole statusu. Na przykład psy, które (w ich rozumieniu) są psami do walk psów.

Realizowanie marzeń jest w prawdzie pięknie, problem polega na tym, że te zwierzęta, podobnie jak ich właściciele są potwornie niebezpieczne. Jeśli chodzi o takich ludzi, to w pierwszej kolejności są oni nieprzewidywalni i nieodpowiedzialni. To tykające bomby zegarowe: nigdy nie wiesz, kiedy takiemu strzeli do głowy zrobić coś, co będzie mu się wydawało czymś niesamowicie chwalebnym i przynoszącym mu sławę, a czego będzie potem żałował do końca życia. To samo niestety tyczy ich zwierząt.

Drugi problem to zwyczaj porzucania zwierząt w polach. Kolega ma dwa, rasowe haskie. Obydwa znalazł na łąkach wokół miasta. Ładne, zadbane, widać że czyjeś. Szukał właścicieli, lecz żaden się nie zgłosił.

IMG_8085[1]

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przygody, Wredni ludzie i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Głupi pomysł sfotografowania przyrody:

  1. slanngada pisze:

    Zaczynam czuć się jak Stalker pisząc u ciebie
    Wywożenie śmieci to w całej Polsce norma i jakieś skrzywienie. U nas nie wyrzuca się śmieci na progu lasu i trzeba je gdzieś wywieść w głąb. Jak się policzy robotogodziny i koszt paliwa to to się totalnie nie opłaca.
    Opuszkowywanie miejsc, gdzie robi się ogniska to tyż norma, ale też wynik lenistwa. Po co się trudzić, skoro można zostawić byle gdzie
    Amstafy to też plaga, ojciec półpalca stracił przez jednego i to de fakto w domu. I tak, jakbyś miał psa to dopiero byś paranoi byś dostał przez wolno biegające stwory.

    • Kiedy ja też się momentami czuje jak stalker. Generalnie miasto raz, że się wyludnia, to dwa, że otacza go sfera post-rolnicza. Jeszcze piętnaście lat temu pełno tam było niewielkich pól uprawnych, sadów i działek rekreacyjno-uprawnych, pasały się też krowy, a dziś wchodzi tam regularny lasostep ze wszystkimi jego mieszkańcami (tylko dziś widziałem wiewiórkę, dwie sarny i kilka myszołowów). Więc kiedy się tam wędruje, to czasem widok jest jak z postapokalipsy. Jest np. kilka domów, których właściciele umarli 20 lat temu, różne, rozpadające budowle post-pegeerowskie, porzucone samochody, wiaty działkowe, z których zostały już tylko ściany…

      Powoli zbieram sobie zdjęcia do wpisu pod typułem „Stalker: W cieniu Podkarpacia”.

  2. eV pisze:

    Czasami chciałoby się móc tych wszystkich ludzi wyłączyć – zwłaszcza razem z efektami ich działalności na tym świecie :/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s