Grimgar z fantazji i flejma:

Grimgar-of-Fantasy-And-Ash-Header-001-20160211Jest sobie anime. Nazywa się Grimgar of Fantasy and Ash i jest to takie SAO, tylko dobre. Fabuła jest prosta: mamy zmyślony świat, a w nim grupę bohaterów, którzy, startując na pierwszych poziomach muszą jakoś sobie dać radę z życiem. Drużyna mierzy się też ze wszystkimi problemami początkującej ekipy RPG. W skrócie: jest to opowieść o newbie.

Co ciekawe anime to wywołuje ogromną ilość kontrowersji i dyskusji, trafiając pod ostrzał doświadczonych cRPG-owców. Ostrzał pod tytułem „O nOOby lamią”.

Wpis będzie poświęcony rozprawieniu się z częścią tych poglądów.

Między Nashkel, a Beregostem, czyli o założeniach fabularnych:

Nie jest powiedziane, czy świat Grimgar of Fantasy and Ash jest kolejnym MMO, do którego wciągnęło ludzi, jak w SAO czy Log Horizon, czy też raczej jest to prawdziwy świat i opowieść w rodzaju „co by było, gdyby gry były naprawdę”. W każdym razie: śmierć jest prawdziwa, a bohaterowie startują „na pierwszym poziomie”, pod wieloma względami przeżywając przygody gracza dopiero zapoznającego się z grą.

tumblr_o0s0ih7ph61uqv62so3_1280

Btw. Strasznie ładnie w tej grze mają. Wybrałbym się tam z aparatem. Albo zamieszkał.

Jeśli graliście w Baldur’s Gate to znacie ten moment: jest to okres, który odpowiada wędrówce do kopalni żelaza w Nashkel i być może odskoczni w stronę Twierdzy Gnolli. Okres ten jest bardzo charakterystyczny: bohaterowie mają między 4, a 15 punktami życia, a większość potworów zadaje obrażenia rzędu 1k6-1k8 (czyli jest w stanie zabić wiele postaci pierwszym ciosem nawet bez krytycznego trafienia). Co więcej członkowie naszej drużyny nie posiadają jeszcze żadnych lub prawie żadnych umiejętności specjalnych, ani nie znają prawie żadnych czarów, nie są jeszcze w pełni wyposażeni, do kompletu przedmiotów (nawet takich niemagicznych) trzeba się dopiero dochrapać. Podobnie jak trzeba skompletować sześcioosobową drużynę.

Jeśli do tego ktoś nie wie, że przy drodze do Nashkel w zasadzce czatują dwa ogryliony, na trasie do gospody „Pod pomocną dłonią” czai się ogr oraz gdzie grasują bazyliszki, to wpakować można się naprawdę nieprzyjemnie.

Tak więc człapie się z miejsca na miejsce, unika silniejszych przeciwników i zabija gibberlingi, zbierając kolejne, bezwartościowe korale rogowe i chalcedony.

„Grimgar of Fantasy and Ash” wychodzi z podobnych założeń, tylko stawia pytanie: „Co byłoby, gdyby gra była rzeczywistością”. I założenie to realizuje tak, że powstaje z tego dobre anime.

To ty nie wiesz gdzie leży Zbroja z Anghega” czyli o reakcji widzów:

tumblr_o2mkw4dEkS1qhr8i4o3_1280.pngGeneralnie widzów Grimgar of Fantasy and Ash podzielić można na dwie kategorie. Pierwsza, jak ja to ludzie, którym anime to się podobało. Osobiście uważam, że gdyby trafiły mi się jeszcze 2-3 takie serie pod rząd, to odzyskałbym wiarę w Japończyków, więc łatwo zgadnąć do której grupy należy mnie zaliczyć.

Reakcja drugiej grupy, której jak łatwo zgadnąć anime to się nie podobało jest… Dziwna… Brzmi ona:

„Lamy nie potrafią zabić jednego goblina, a łuczniczka mało nie trafiła swojego kumpla strzałą! To ona nie jest min/max? Lool! Noobs! Farmią gobliny! To oni nie wiedzą, że trzeba robić fastgrow na Bhaal’u?”

W mniej ostrych wypadkach widzowie oburzają się, że drużyna ma problemy z zabijaniem owych goblinów i nie wyruszyła jeszcze do walki z Czarnym Władcą. Zamiast tego zajmuje się takimi problemami jak: jak związać koniec z końcem, nie dać się zabić oraz jak dogadać się z nowymi członkami zespołu.

Bo gobliny to ja zabijam codziennie” czyli co życie uczy nas o mistrzach MMO:

Untitled-7Uściślijmy jedną rzecz: gobliny w Grimgarze nie są przedstawione jako typowy pomiot ciemności z anime, który nie ma uczuć, jedynym jego pragnieniem jest mordowanie i który sam pcha się pod ostrza bohaterów. Na pewno mają własną kulturę, znają rozrywki, grają w gry, piją wino i potrafią cieszyć się jedzeniem. Potrafią planować i zastawiać zasadzki, a jeśli Bohaterowie za bardzo zajdą im za skórę: organizują szwadron śmierci. Niektóre z nich biją się lepiej niż jakikolwiek zero-lewelowiec. Niekiedy dużo lepiej.

To pierwsza rzecz.

Druga rzecz jest taka, że nikt nie rodzi się z umiejętnością zabijania goblinów. 97 procent ludzi wyposażonych jest w cechę zwaną empatią (pozostałe 3 procent to psychopaci lub aspergerowcy), która sprawia, że skrzywdzenie innej, okazującej cierpienie istoty sprawia nam problem. Trening wojskowy we współczesnym społeczeństwie, wychowanie myśliwego w społecznościach tradycyjnych, nauka sztuki walki: mają w dużej mierze za zadanie nauczyć nas jak empatię wyłączyć.

Ja rozumiem, że spora część z widzów to miłośnicy literatury fantasy, gracze MMO, RPG-owcy etc. Ludzie tacy często chętnie przenieśliby się na inną planetę i widzą się jako potężnych wojowników i magów nawet, jeśli faktycznie nie mają ku temu żadnych predyspozycji. Niektórzy, jak odtwórcy historii może faktycznie by takimi zostali. Reszta…

Co do reszty, to musieliby startować „na pierwszym” poziomie. To, jak długo by na nim pozostawali zależałoby w głównej mierze od ich własnej zaradności.

grimgar-townOczywiście można argumentować, że to, czego nauczyliby się z gier znacząco by im w tym świecie pomogło. To przypomina mi jednak pewną anegdotkę. Otóż: swego czasu forumowicze Tanuki.pl mieli zwyczaj zjeżdżać się w wakacje do różnych domków, namiotów i agroturystyk. Owocowało to spędem zero lewelowych RPG-owców, mangowców, miłośników fantasy oraz gier MMO, których można było obserwować w warunkach leśnych.

Na jednym z tych zjazdów jedynymi osobami potrafiącymi cokolwiek ugotować byliśmy Ja i Avellana. Pewnego ranka poszliśmy we dwoje na wycieczkę leśną. Cel był mało ambitny: obejść idealnie okrągłe jezioro, co obejmowało trasę długości 10 kilometrów. Jak się okazało z czasem: jezioro było idealnie okrągłe tylko na mapie, w rzeczywistości miało kształt wydłużonego jaja. Trasa nie miała więc 10 kilometrów długości, tylko 40, wyszło więc na to, że nie wrócimy przed obiadem, ale trochę po kolacji. Zorientowaliśmy co się dzieje na 20 kilometrze, kiedy wracać było równie bez sensu, jak iść przed siebie.

Wówczas to powiedziałem:

– Ciekawe czy te sierotki zrobią obiad?

– Zgłodnieją, to zrobią – odpowiedziała Avellana, empatyczna jak zawsze.

– Jesteś pewna? Tylko my dwoje umiemy gotować!

– Kurcze, Zeg! Mają sos słodkokwaśny w słoikach i ryż! Przecież to wystarczy przeczytać instrukcje na opakowaniu!

– No w sumie to masz racje. Zresztą, w ośrodku jest bar z żarciem…

Jak się okazało, gdy wróciliśmy: sierotek tego dnia nikt nie nakarmił, więc głodowały.

Historia ta sprawia, że moim zdaniem miłośnicy gier MMO, RPG-owcy i tym podobni ludzie są umiarkowanie dobrym materiałem na zabójców potworów. Nie mówiąc już o tym, że np. dla mnie konieczność spania na sianie, obywania się bez ciepłej wody, elektryczności i gazu byłaby dość ekstremalnym przeżyciem.

Kaczka Zagłady” czyli walka z pierwszym goblinem:

hai_to_gensou_no_grimgar-01-manato-ranta-haruhiro-yume-shihoru-mogzo-setting-background-watercolor-sketch-moat-walls-town-fantasyCo więcej walka z pierwszym goblinem, do której część osób się przyczepiło, jest IMHO idealnie wpasowana w założenia świata anime. To brzmi: co by było, gdyby gry RPG (nie tylko MMO) były naprawdę. Jeśli ktoś miał do czynienia z klasycznymi grami, w szczególności Advanced Dungeons and Dragons i jego komputerowymi adaptacjami, jak Baldur’s Gate, Icewind Dale czy Neverwinter Night’s, to pamięta zapewne, co tam potrafiło się stać na etapie drogi do Nashkeel. Otóż: drużynę potrafił zabić jeden wilk.

Zwłaszcza, jeśli zaatakował od tyłu. W szczególności niebezpieczne pod tym względem były (teoretycznie słabiutkie) gibberlingi (bo występowały w dużych grupach), niewiele od nich silniejsze hobgobliny i bandyci (bo mieli łuki) oraz bardzo słabe koboldy (które jednakże występowały w dużych grupach i miały łuki).

Takie rzeczy, jak jeden słabeusz dzięki dobrym rzutom wyrzynający całą grupę niestety notorycznie zdarzały się w grach RPG i cRPG, bitewniakach etc. Nazywano to kiedyś „kaczką zagłady”, bowiem kaczka, ze swoimi k4 punktami ran i równie silnym atakiem mogła być potężnym przeciwnikiem. W szczególności dla czarodzieja.

Różnica między grą, a rzeczywistością:

Ranta_at_a_Loss_Stitched_Cap_(Grimgar_of_Fantasy_and_Ash_Ep_4)Różnica między grą, a rzeczywistością polega na tym, że gry stworzone zostały po to, żeby można było w nich wygrywać. Rzeczywistość natomiast po prostu sobie istnieje.

W Baldur’s Gate z syndromem Kaczki Zagłady radzono sobie prosto: sejwując i loadując. Po iluś tam próbach Gracz zwyczajnie wiedział już, gdzie nie iść, bo można tam napotkać Anghegi, duże grupy zombie, ogra, czy dwa wilki. Uczył się też, gdzie znajdują się słabsi wrogowie, wybierał więc tylko takich.

Papierowe RPG radziły sobie dzięki interwencji Mistrza Gry. Współczesne RPG: dostosowując siłę przeciwników do umiejętności gracza i stopnia rozwoju jego postaci.

Rzeczywistość nie ma takich mechanizmów wsparcia. Nie możesz dojść do wniosku „ale zlamiłem, wczytam grę i spróbuję jeszcze raz, tym razem nową taktyką”. A jak już mówiłem: w zabijaniu goblinów wszyscy jesteśmy noobami.

Dlaczego nie zajmą się czymś innym”:

A czym? To miasteczko, w którym operują jest metropolią rozmiarów właśnie wymienionego już Beregostu. Podejrzewam, że nie ma ono nieograniczonego popytu na niewykwalifikowaną siłę roboczą. O ile oczywiście nie jest ono czymś w rodzaju osady poszukiwaczy złota, gdzie jest ultradrogo, nic się nie produkuje, a wszystko dowożą kupcy i sprzedają powyżej rynkowej wartości awanturnikom w zamian za łup odebrany goblinom.

grimgar-of-fantasy-and-ashes-episode-1Dwa, że to jest średniowiecze. Średniowiecze poza rolnictwem nie oferowało zbyt wielu ścieżek kariery. A niestety rolnictwo to też jest coś na czym trzeba się znać. I coś, na czym osoba o mentalności współczesnego nastolatka znać się będzie raczej kiepsko. Nie mówiąc już o tym, że na średniowiecznej uprawie roli zna się zapewne współcześnie może z dziesięciu historyków gospodarki i etnografów. I chyba żaden nie próbował tego robić w praktyce.

Poza rolnictwem wybór dostępnych zawodów raczej byłby ograniczony. Bohaterowie mają kilkanaście lat i po prostu nie mają jakichkolwiek kwalifikacji. Obawiam się też, że mało kto z nas mógłby wykonywać swój zawód w czasach dawnych, bo jak? Lekarz potrzebuje leków, farmaceuta: współczesnej chemii, chemik: wyposażenia laboratoryjnego, a każdy z nich potrzebuje książek. Humanista, jak ja mógłby uczyć historii lub literatury, ale innego, nieadekwatnego świata… Całkiem przerypane miałby natomiast biolog, bo widać, że lokalna biosfera jest całkowicie obca (choć trzeba przyznać, że jednocześnie słodka).

Mówi się, że jako osoby wykształcone moglibyśmy zarabiać dzięki naszej umiejętności czytania i pisania. Nie jest to prawdą. Po pierwsze: kto z nas biegle posługuje się minuskułą merowińską, gotykiem lub innym, dawnym systemem zapisu alfabetu łacińskiego (pod warunkiem, że używa się tam takowego)? Po drugie: pisanie to nie tylko umiejętność składnego ustawiania znaków, ale też pewien związany z nią obyczaj. Przykładowo: gros pisarstwa przed-nowożytnego stanowiły umowy handlowe, testamenty oraz listy sądowe, które (tak jak dzisiaj) musiały być sporządzane w pewnej, określonej formie, by być ważne.

grimgar-of-fantasy-and-ash-ep12-5Ponownie: formę tą zna może z dziesięć osób. Większość historyków wie jedynie, że coś takiego istniało (a i to mgliście). Pytanie brzmi do jakiego stopnia ta formuła byłaby adekwatna dla obcego świata?

Po trzecie: dawni pisarze nie tylko pisali, ale też przygotowywali sobie narzędzia pracy np. produkując atrament. Wie ktoś może z czego się go robiło?

Tym, co mogłoby się faktycznie przydać są ziemskie umiejętności matematyczne. Program starej, ośmioklasowej podstawówki lub liceum zawierał rachunek prawdopodobieństwa, geometrię, algebrę, procenty etc. znacząco przekraczając wszystko, co w matematyce było znane do XVII-XVIII wieku i wystarczyłby, żeby ją zrewolucjonizować. Ziemianie mogliby być dobrymi księgowymi i rachmistrzami. Pytane brzmi: ilu w takich potrzebowałoby to miasteczko?

grimgar-of-fantasy-and-ash-ep12-3Jeśli chodzi o prace nie wymagające kwalifikacji, to obawiam się, że posada służącego albo wiejskiego parobka nie byłaby atrakcyjna dla kogokolwiek o ziemskiej mentalności. Była to bowiem praca niezwykle ciężka, niezwykle mało płatna, nie pozostawiająca zatrudnionemu ani chwili czasu dla siebie, oznaczającego coś, co dziś uznalibyśmy za egzystencję w skrajnej nędzy. Faktycznie tego typu zawody często podejmowane były jako ratunek przed śmiercią głodową. I w zasadzie nie na wiele innego pozwalały: 70% wydatków biedoty w czasach przednowoczesnych stanowiła żywność. Głównie chleb lub kartofle.

Zabijanie goblinów, nawet nieudaczne może być zwyczajnie atrakcyjniejsze i wbrew pozorom bezpieczniejsze niż jakaś praca nisko wykwalifikowana.

Po ostatnie: nawet w wysoko rozwiniętych społecznościach zachodu istnieje coś takiego, jak bezrobocie.

Solowanie rajdowego bossa” czyli czego o wojnie nauczyło mnie XCOM:

a90b1616d062741dbd0bf75494cb024a1456119684_fullPrzejdźmy do ostatniego zarzutu: „solowania rajdowego bossa”.

A kto powiedział, że ten gość był rajdowym bossem? Bynajmniej nie potrzeba czegoś takiego, by stworzyć przeciwnika, który by budził grozę.

Porównajmy dwie sytuacje, żadna z nich nie będzie z życia: grę w typowego RPG / MMO oraz grę w XCOM (2012) lub XCOM 2 w trybie Iron Man. W normalnej grze pokonywanie przeciwników bywa, że jest trudne, ale zwykle wystarczy do tego odpowiednia ilość uporu. I to właśnie upór, a nie zdolności gracza często są decydujące. Po prostu należy próbować, próbować i próbować… Oraz rzucać wskrzeszenia, rzucać i rzucać, ewentualnie wczytywać stan gry, jeśli trzeba to i 40 razy. W końcu jakoś, fuksem uda się przeciwnika zabić.

W serii XCOM podczas gry w trybie Iron Man obcy (pozornie) nie są groźni. Kosmici i ich ludzcy słudzy to wbrew pozorom kiepscy żołnierze. W chwili, gdy ziemianin ma 90-100 procentowe szanse na trafienie i 40 procentowe szanse na zadanie obrażeń krytycznych kosmita ma często 50 procent na trafienie i 10 procent szans na zadanie obrażeń krytycznych. Co więcej: mają znacznie mniej zdolności specjalnych, brakuje im wyrzutni rakiet i miotaczy ognia, dowodzi nimi dość głupi algorytm, walczą w trzyosobowych zespołach, podczas, gdy XCOM wykorzystuje sześcioosobowe i w zasadzie zawsze zaczynają na straconych pozycjach.

Mimo to większość graczy w tym trybie nie zdołała ukończyć gry.

Co jest przyczyną?

Otóż: jeśli obcy trafi, to najczęściej zabije. A w trybie Iron Man nie ma możliwości wczytania gry.

grimgar-of-fantasy-and-ash-4-9-review-2Dlaczego o tym piszę? Bo świadczy to o tym, że przeciwnicy bynajmniej nie muszą być jakoś potwornie groźni, żeby stanowić poważne zagrożenie. Wystarczy po prostu, że mają szanse zabić wroga (nawet przy założeniu, że tylko wtedy, gdy ten popełnił błąd lub był nieostrożny), by stanowić poważne niebezpieczeństwo.

Tak naprawdę rzekomy „rajdowy boss” wcale takim nie musiał być. Wystarczyło zwyczajnie, by był przeciwnikiem równym Awanturnikowi lub tylko niewiele od przeciętnego Awanturnika silniejszym, by być naprawdę ciężkim wyzwaniem. Zwłaszcza, że przebicie się przez pierwszą linię i tanków oraz dotarcie do łowców, złodziei, magów i innych postaci nie nastawionych na walkę wręcz może zakończyć się rzezią.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Anime, Komputery, RPG i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Grimgar z fantazji i flejma:

  1. slanngada pisze:

    Eee, aha. 🙂
    Dosyć dziwny wpis, ale chociaż polecanka fajnej kreskówki.

  2. Kasztelan pisze:

    Jakoś dziwnie się czyta ten wpis. Niby rozumiem co chcesz przekazać, a mam wrażenie że jestem zalany potokiem nie związanych ze sobą wątków.
    Dzięki za polecajke. Brzmi dobrze a mam głód po Dungeon ni Deai o Motomeru no wa Machigatte Iru Darouka który robił harem zamiast expić.

  3. emeryt pisze:

    Zgodzę się, zastrzeżenia co do kompetencji bohaterów są głupie. W końcu istnieją różne konwencje tworzenia gier i zasad nimi rządzących.
    Przez całość serii miałem wrażenie, że nie „jedzie” na zasadach MORPG ani DnD tylko jakiegoś Warhammera czy BRP w którym wskazaną wartością hp jest koło 10 a odpowiednimi obrażeniami 2k6+k4. Nie jest dla mnie trudnym założyć, że przeciwko bossowi padła furia ulryka za 60 punktów zabijająca smoki, zdarzały się i takie rzeczy.
    Z gier ciężej wskazać przykład ale są znane Dark Souls, lub mniej lubiany gatunek rougelikeów, np. ADOM.

    Choć za główną zaletę uważam przedstawienie antagonistów jako istoty rozumne, przez co po pierwsze bohaterowie tracą moralną wyższość a po drugie rośnie skala zagrożenia. Powiedzmy sobie szczerze, większość osiągnięć w cRPG jest możliwa dzięki głupocie przeciwników. Np. wykorzystanie tego, że nie mogą przejść między ekranami ładowania, atakują na siłę tanka, możliwość 8 godzinnego odpoczynku z wrogiem w pokoju obok czy wykorzystanie błędów w wyszukiwaniu ścieżek.

  4. Ja porzuciłam Grimgar, bo choć fabularnie mi się podobał, ilość fanserwisu, jaką mogę znieść w anime jest bardzo ograniczona… Jeśli w pierwszym odcinku dostaję kupę gadania o cyckach (albo ich braku) ni przypiął, ni wypiął do tego, co się fabularnie dzieje, to podziękuję. Ale to inny temat (:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s