Western: konwencja doskonała?

I-hate-SnowJeśli ktoś śledzi moje raporty o przebytej lekturze (czyli nikt, bo nie są to najchętniej czytane treści na tym blogu) to zapewne zauważył, że czytam dość dużo książek o starożytności i średniowieczu. W trakcie tej lektury zauważyłem ciekawą rzecz: opisy życia na prowincji w pewnych aspektach bardzo przypominają opisy Dzikiego Zachodu. Powoli dochodzę do wniosku, że podobieństwo to sprawia, iż model fabuły westernów bardzo dobrze sprawdziłby się także w innych realiach. It o zarówno w dziełach literackim, jak i w grach fabularnych.

Wykład swój zacznę od omówienia tego, jak wyglądała rzymska prowincja, a następnie omówię wygląd typowego osadnictwa na Dzikim Zachodzie, by je porównać.

Rzymska prowincja:

Rzymianie, podbiwszy jakiś obszar i obejmując go w swoje władanie zaczynali zwykle od budowy miasta. Miasto owo najczęściej – przynajmniej z początku – nie było duże. Składało się z dwóch ulic o równej długości, spotykających się pod kontem prosty i placu targowo-zgromadzeniowego o nazwie „forum”. Miało plan kwadratu i otoczone było murem obronnym. Często wyglądem przypominało obóz wojskowy i faktycznie: miasta takie często były przebudowanymi obozami lub wznosili je byli wojskowi.

W mieście wznoszono domy. O domach rzymskich już kiedyś pisałem. Generalnie jednak dla umiarkowanie zamożnego rzymianina regułą było posiadać dwa takie budynki: jeden na wsi, drugi w mieście. Jeśli ktoś posiadał ziemię uprawną, to z całą pewnością stać go było na zamieszkiwanie w mieście. W drugą stronę to nie do końca działało, acz raczej na prowincji nie zdarzało się, by obywatele rzymscy mieszkali na wsi. Mogli natomiast trudnić się jakiegoś rodzaju zawodem miejskim. W początkowej fazie osadnictwa między mieszkańcami rozdawano równe nadziały ziemi, więc znaczna część z nich miała podobny majątek.

Dom miejski służył za mieszkanie tak zwanej familia urbana czyli sług mających na celu umilić właścicielowi życie. Byli to (prócz oczywiście najbliższej rodziny) głównie służący domowi, ale też niewolnicy-rzemieślnicy i niewolnicy-handlarze sprzedający produkty swych rąk oraz gospodarstwa właściciela. Te wystawiano na widok publiczny w tabernea czyli specjalnych niszach w budynku, przeznaczonych na sklepy. Te prowadziły handel hurtowy i detaliczny. Zwykle kupcy nabywali niewielkie ilości towaru na swój użytek lub jako próbkę. Jeśli ta ich satysfakcjonowała kupowali cały asortyment hurtowo.

Działo się tak często, bowiem miasta takie zwykle budowano nad rzeką lub morzem, którymi przybywali wielcy kupcy (a raczej: ich przedstawiciele) zwani mercatories, którzy nabywali lokalne dobra i sprzedawali je na szersze rynki.

Drugim domem była villa rustica czyli gospodarstwo rolne. Zwykle był to pojedynczy kompleks budynków, otoczony przez pola o rozmiarze 50-200 hektarów (więksi posiadacze ziemscy mieli po kilka-kilkanaście willi). Willa obrabiana była przez około 20-40 niewolników, tak więc właściciel nie musiał dużo pracować. Uprawiała zboże, winorośl, oliwki lub specjalizowała się w pasterstwie. Niewolnicy często byli uzbrojeni, by móc obronić tak siebie, jak i dobytek swego pana przed bandytami. W szczególności dotyczyło to pasterzy, którzy często sami byli bandytami. Tych ludzi,. żyjących z dala od społeczeństwa traktowano często z podejrzliwością, jak abnegatów.

Prócz niewolników na polach pracowali też robotnicy najemni zatrudniani w okresach szczególnej intensyfikacji prac oraz do prac niebezpiecznych (bowiem śmierć lub okaleczenie niewolnika podczas np. przycinania winogron była dla właściciela stratą, zgon najemnika natomiast nic go nie obchodził) oraz kolonowie, czyli czynszowi najemcy, którzy dzierżawili część posiadłości. Tym zwykle dostawały się tereny nieurodzajne lub niezdrowe, co do których właściciel miał nadzieję, że uzyska lepszy zysk z dzierżawy, niż pracy własnych ludzi.

System sprawiedliwości:

System sprawiedliwości działał następująco: w momencie, gdy ktoś miał zatarg z inną osobą mógł pozwać ją przed obliczem rady miejskiej. Ta, korzystając z pomocy zawodowego prawnika rozstrzygała go zgodnie z literą prawa.

Jeśli wyrok okazał się niesprawiedliwy poszkodowany mógł złożyć skargę do zarządcy prowincji lub nawet do cesarza.

Jeśli ktoś widział przestępstwo popełniane na jego własności mógł przestępcę schwytać i dostarczyć przed zgromadzenie miejskie, które dokonywało sądu, wraz ze świadkami. Podobnie, jeśli w okolicy miasta doszło do dużego przestępstwa jego władze organizowały pościg złożony z wszystkich zdolnych do noszenia broni, w tym często niewolników.

Pościg mógł być kontynuowany tylko do granicy sąsiedniego miasta, gdzie powinny przejąć go lokalne władze. Te niestety często pozostawały w zmowie z bandytami (lub nie wykazywały się odpowiednim entuzjazmem), więc nie podejmowały żadnych działań. W takim wypadku można było udać się ze skargą do zarządcy prowincji.

Dla szczególnie zapiekłych bandziorów istniała instytucja Infamii: była to konfiskata majątku i nakaz zabicia jegomościa, w momencie, gdyby ten pojawił się w jakimkolwiek mieście. Za dostarczenie dowód śmierci infamisa przewidziana była nagroda.

Faktycznie system taki był w dużym stopniu nieefektywny. W efekcie tego wielu posiadaczy ziemskich utrzymywało własne grupy samoobrony nazywane diogmitai, często zasilane o lokalnych bandytów, którzy w ten sposób korzystali z protekcji wpływowych obszarników. Istniał też zawód łowcy nagród, trudniącego się chwytaniem zbiegłych niewolników, bandytów i przestępców oraz dostarczaniem ich przed sąd. Zawód ten nie cieszył się dobrą sławą z racji na swój ponury charakter. Co więcej jego przedstawiciele nazywani irenarchami czasem specjalizowali się w pomówieniach o wypowiadanie słów przeciwko cesarzowi (co było traktowane jako zdrada, a w przypadku dowiedzenia kończyło się konfiskatą dóbr, z których połowę oddawano donosicielowi) lub czary mające spowodować śmierć (nie jest to wiedzą powszechną, ale starożytnym Rzymem, podobnie jak renesansem wstrząsały fale procesów o czary).

System był dysfuncyjny także z innego powodu: otóż zasadniczo oczekiwano, że urzędnicy z własnej kiesy pokryją koszta sprawowania stanowiska. Tak więc te obsadzane były niemal wyłącznie przez osoby bardzo bogate. Jako, że przepisy wymagały, by osoby te jednocześnie posiadały zabezpieczenie w postaci majątków ziemskich określonej wielkości rady miejskie były w zasadzie radami największych posiadaczy w danej okolicy. Ci sprawowali wyroki tak, by było to dla nich korzystne. Bardzo często więc uzbrojeni i posiadający dobre plecy obszarnicy wykorzystywali swą pozycję przeciwko małorolnym, by przejmować ich majątki i włączać do swoich.

Dziki zachód:

Podstawą osadniczą na dzikim zachodzie było miasto, czy raczej miasteczko (town) będące bazą gospodarczą dla okolicznego rolnictwa. To skupiało się na dwóch typach gospodarstw. Były to: farma lub ranczo. Farma była dużym (50-200 hektarów, a często dużo więcej) gospodarstwem rolnym, gdzie praca była w znacznym stopniu zmechanizowana, używano szeregu narzędzi rolniczych ciągniętych przez konie. Farmerzy zwykle zatrudniali kilku parobków, a w razie potrzeby donajmowali ich. Specjalizowali się w produkcji zboża. Drugim typem gospodarstwa było ranczo, które specjalizowało się w hodowli bydła lub koni. Tu zapotrzebowanie na pracę było mniejsze, jednak, jako, że zwierzęta często przebywały na odległych pastwiskach towarzyszyły im grupy konnych pasterzy, nazywane kowbojami. Na wypadek niebezpieczeństwa kradzieży byli oni uzbrojeni.

Miasto budowano początkowo nad rzekami, z czasem także w okolicy stacji kolejowych. Władzę nad nim sprawowała rada miejska. Mieszkańcy wybierali burmistrza, który zajmował się sprawami administracyjnymi, sędziego, który rozsądzał spory oraz szeryfa. Szeryf wraz z pomocnikami doraźnie przestrzegał porządku i zatrzymywał przestępców. W wypadku poważnej zbrodni i ucieczki sprawcy organizował pościg z wszystkich zdolnych do noszenia broni.

Pościg mógł być kontynuowany tylko do granic sąsiedniego hrabstwa, gdzie powinni przejąć go lokalni stróże prawa. Często zdarzało się jednak, że ci byli w zmowie z bandytami lub nie działali z odpowiednią energią. W takim wypadku można było zawiadomić sędziego stanowego, który mógł prowadzić śledztwo we własnym zakresie.

Często ograniczało się to do wydania nakazu doprowadzenia podejrzanego przed sąd oraz wyznaczenia narody dla osoby, która by tego dokonała. Istniała więc wyspecjalizowana grupa łowców nagród, która trudniła się ich chwytaniem.

Jako, że system ten był wysoce nieefektywny duzi posiadacze ziemscy do pilnowania swych majątków wynajmowali zawodowych zbrojnych, nazywanych „rewolwerwcami”. Ci często rekrutowani byli z osobników wyjętych z pod prawa. Zdarzało się też, że obszarnicy wykorzystywali bandytów (lub tychże rewolwerowców) do terroryzowania mniejszych właścicieli ziemskich i przejmowania ich majątków.

Władze miejskie zależne były częściowo od podatków, a częściowo od dobrowolnych datków członków swej społeczności. W praktyce więc bardzo często finansowo zależne były od największych posiadaczy ziemskich w danej okolicy, którzy często pokrywali koszta działania urzędu szeryfa, sędziego i burmistrza. Wraz z faktem posiadania licznych, uzbrojonych podwładnych dawał im to znaczną przewagę nad drobnymi posiadaczami ziemskimi, w rezultacie czego często przejmowali ich majątki na niekorzystnych warunkach i niekoniecznie zgodnie z prawem.

Działało to prosto: nieznani sprawcy np. okradali lub niszczyli farmę konkurenta, a władze nie były w stanie ich odnaleźć. Z drugiej strony, jeśli ten się bronił: podstawieni świadkowie przedstawiali to w niekorzystnym świetle, a daleki od niezawisłości sąd go wieszał jako mordercę. Rozgoryczona wdowa sprzedawała oprawcy męża farmę za grosze.

Średniowiecze i sarmacka Polska:

Z braku stacji kolejowych miasta budowano wyłącznie nad rzekami.

Stanowiły oparcie dla dużych gospodarstw rolnych nazywanych folwarkami. Z braku niewolników i maszyn rolniczych obrabiali je pańszczyźniani chłopi lub dzierżawcy.

Za pilnowanie porządku na dużym obszarze odpowiadał urzędnik królewski nazywany starostą. Od tego oczekiwano, że pokryje koszta swego urzędu z własnej kiesy, tak więc zwykle był to największy posiadacz ziemski w danej okolicy lub jego klient. Dawało to oczywiście pole do nadużyć. Jeśli żadna z tych sytuacji nie zachodziła, to starosta utrzymywał się z korupcji.

Uzbrojonych pastuchów i lokajów utrzymywanych do ochrony dworu przed bandytami nazywano „hajdukami”.

Skąd to się wzięło?

Jeśli miałbym szukać przyczyn, to powiedziałbym, że są dwie: recepcja prawa rzymskiego oraz, szerzej, kultury antycznej i druga: ogólne podobieństwo sytuacji ekonomicznej.

Zasadniczo, wszystkie wymienione obszary opierały się na wielkoobszarowym rolnictwie. Jego wydajność w dużej mierze zależna była od pracy mięśni, czy to ludzkich, czy zwierzęcych, a tą można było podnieść tylko na jeden sposób: poprzez zwiększenie areału ziemi. Tak więc ci, którzy potrafili jej skoncentrować bardzo wiele stawali się bardzo bogaci. Mniej obrotni, którzy dopuścili do jej rozczłonkowania byli biedni lub wręcz żyli w nędzy. Sytuacja taka, w połączeniu z duża ilością uzbrojonych ludzi, sąsiedztwem agresywnych, prymitywnych ludów (w starożytności: Barbarzyńców, w USA Indian, w Polsce Tatarów) i słabym prawem zachęcała do rozlicznych nadużyć.

Podobieństwa rozwiązań ustrojowych da się wytłumaczyć prosto, ową recepcją prawa rzymskiego, czyli procesem, który trwał w Europie od połowy XV wieku do końca XVIII, gdy zaczęto rozwijać nowe systemy prawne. Po prostu w XIV wieku ponownie odkryto prawo rzymskie, które okazało się z jednej strony doskonalsze od dawnego prawa tradycyjnego, z drugiej: całkiem nieźle pasować do sytuacji. Skopiowano więc niektóre lub wręcz wszystkie rozwiązania ustrojowe, tym bardziej, że były one korzystne dla większości zainteresowanych: duża rola władcy dla królów, silna pozycja rad miejskich i oddanie kontroli nad nimi najbogatszym dla miejskiego patrycjatu, podział społeczeństwa na honestories („najczcigodniejszych”) i humilitories („równych z gruntem”) dla szlachty…

W szerokim obiegu były też greckie i rzymskie traktaty ekonomiczne takie jak De Re Rustika („O gospodarstwie rolnym”) Warona z których korzystano w całej wczesnej nowożytności, przynajmniej tak długo, jak długo nie napisano nowych (też czerpiących z antycznych wzorców). Tak więc nic dziwnego, że pewne schematy były w użyciu.

Jak duży może to mieć zasięg: Japońska prowincja

Pytanie z punktu widzenia Mistrza Gry, Pisarza lub innej osoby twórczej jest proste: do jakiego stopnia można to zjawisko wykorzystać. Patrząc na takie filmy jak Firefly (western w kosmosie), Siedmiu Samurajów (western w dawnej Japonii), Wiedźmin (western w realiach fantasy / tzw. „długiego wieku trzynastego”) czy Siedmiu Wspaniałych (adaptacji „Siedmiu Samurajów” dla potrzeb widza amerykańskiego): w dużym stopniu.

Jak widać na przykładzie Siedmiu Samurajów motyw ten jest bardzo uniwersalny, daje się wykorzystać nawet w warunkach bardzo odmiennych kultur. W Japonii też mamy wielkich obszarników zwanych daimo, posiadających uzbrojoną służbę folwarczną: samurajów, często korzystają też z bezpańskich mieczy i nierzadko bandytów, zwanych roninami.

Trochę inaczej działa prowincja. Ta nie składa się z miasteczek i otaczających je farm, tylko z okręgów skupiających rozproszone zagrody. Okręgi te nazywane są w naszej literaturze „wsiami”, faktycznie jednak składają się z jednego osady głównej, pełniącej funkcję administracyjną, gdzie urzęduje naczelnik wsi i szeregu przysiółków. Osada główna, będąca skupiskiem bogatszych gospodarzy, lichwiarzy i rzemieślników pełni funkcje podobne do zachodnich anglosaskich miasteczek rolniczych („town”).

Jest też warstwa małorolnych gospodarzy, którą tworzą samuraje średniej warstwy (samuraje dzielili się na kilka warstw: pospolitych samurajów, gokenin czyli pomniejszych wasali Tokugawów lub innych daimo oraz hatamoto, samurajów w bezpośredniej służbie daimo… w najgłębszym uproszczeniu byli to odpowiednicy naszej szlachty gołoty, zagrodowej i średniej szlachty).

Są też potężni kupcy zbożowi, często wysługujący się bandytami, a dodatkowo zajmujący się lichwą u których to wszystko jest zadłużone.

Reguły gatunku:

Przejdźmy do strony fabularnej i wytyczmy reguły gatunku.

Western jest bardzo prostym gatunkiem. Jego akcja zwykle toczy się na pograniczu cywilizacji i pustkowia, w niewielkich miastach lub zbiorowościach ludzkich (jak np. ciągnący na zachód konwój osadników czy gnający bydło kowboje).

Ludzie ci posiadają rożne charaktery i interesy, często ze sobą sprzeczne. Wszyscy oni żyją zwykle w cieniu jakiegoś, większego zagrożenia, wynikłego z ich położenia. Zagrożenie to może być zarówno wynikłe z czynników naturalnych (jak np. niebezpieczeństwo związane z przeganianiem bydła), zewnętrznych (jak groźba napadu Indian, bandytów, nękanie przez chciwego barona kolejowego etc.) lub wewnętrznych (obecność chciwego obszarnika zagarniającego drobne majątki lub sadystycznego szeryfa-tyrana terroryzującego okoliczną ludność).

Pewnego dnia układ ten zostanie zachwiany poprzez przybycie Tajemniczego Nieznajomego.

Tajemniczy Nieznajomy lub Nieznajomi posiadają kilka cech: po pierwsze zwykle są to osoby wyróżniające się swoimi umiejętnościami. Zwykle jest to ktoś w rodzaju najszybszego i najlepszego strzelca na dzikim zachodzie. Po drugie: najczęściej jest to postać moralnie ambiwalentna. Często przedstawiana jako osobnik budzących strach, bandyta, morderca, gwałtownik uznający tylko rozwiązania siłowe. Mimo to to właśnie on, dzięki wewnętrznej moralnej sile i potędze czysto fizycznej zaprowadza porządek w mieście, przeciwstawiając się złu i je zabijając, a potem odjeżdża ku nowemu wyzwaniu.

Przydatność gatunku:

Jak mówiłem: prosty schemat westernu wykorzystać można w każdej w zasadzie konwencji, byle tylko akcja toczyła się na prowincji, z dala od metropolii. Pasuje do każdej stylistyki, wystarczy tylko podmienić rewolwerowca na posługującego się mieczem i magią mutanta, a otrzymujemy Hig Fantasy. Jeśli damy mu samurajski miecz, to będzie to film samurajski, jeśli rewolwer będzie laserowy: space opera, a jeśli miasto do którego przybywa nieznajomy będzie pod wpływem promieniowania, to posapokalipsa.

Jeśli nieznajomych będzie czterech i będzie to elf, czarodziej, krasnolud i człowiek, to będzie to klasyczna drużyna fantasy na generickowej sesji RPG.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Pisanina, RPG i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Western: konwencja doskonała?

  1. Karoluch pisze:

    Inaczej wyglądała sytuacja w Iberii, która sama była bardzo zróżnicowana, inaczej w Afryce Prokonsularnej, inaczej na olbrzymich terenach Wschodu, inaczej w Galii (a tutaj inaczej w Narbońskiej z dawna zromanizowanej, a inaczej w zmilitaryzowanych ziemiach nad Renem). Opis gospodarstw niewolniczych to pasuje raczej do Italii i Sycylii z czasów późnej Rzeczpospolitej.

  2. Borejko pisze:

    Mówiłem? Wystarczy odejść nieco od RPG (pomimo, że o nim piszesz) i inni komentujący:)

    Kultura masowa to przemysł, stąd prawdopodobnie wspólny mianownik sprowadzający „Siedmiu samurajów” do „Siedmiu wspaniałych”.
    Warto pamiętać, że film Kurosawy nie tylko inspirował kino akcji, ale i osoby piszące scenariusze do RPG. I chyba w nadmiarze.

  3. DoktorNo pisze:

    Kiedyś w „Wiedzy i Życiu” w dodatku „Wiedza i Człowiek” był artykuł o pochodzeniu i historii westernu (który zaczynał of tzw. „captivity stories”), i na koniec autor zauważył, że każdy gatunek współczesnej kultury masowej w USA ma elementy westernowe.

  4. Zegarmistrzu, obczytałeś się też w Słowiańszczyźnie, Polsce Piastów i okolicach. Tam schemat też pasuje? Bo przeczytałbym o tym z przyjemnością.

    • Prawdę mówiąc moim zdaniem słowiańszczyzna nie jest dobrym tematem dla utworu fantastycznego.

      Natomiast czy nadaje się do westernu? Nie bardzo. Pierwsze folwarki się u nas pojawiają w XI wieku, pierwsze lokacje miast to 1211, a i to na Sląsku. Osady też nie za bardzo miały permanentny charakter. Ogólnie Polska Piastowska to bardzo trudny do opisania organizm państwowy.

      • Dzięki!

        Zbadam zresztą temat dalej – nasuwają mi się skojarzenia z północnoamerykańskimi Indianami (organizacja plemienna, pół-koczowniczy tryb życia), chyba-brak formalnego i egzekwowalnego prawa, ale żeby to potwierdzić, muszę się przekopać przez książkę lub dwie 🙂

      • No nie do końca. Już w X wieku organizacja słowian nie była plemienna, skupiała się wokół księcia, który utrzymywał drużynę i sieć grodów. Przy czym grody nie były miastami, ale raczej fortecami służącymi też za centra administracji. Władca podróżował po swoim kraju, zmieniając miejsce zamieszkania, pobierał też od poddanych daniny w żywności (ale taki model był dość popularny w tamtych czasach w całej Europie). Prawo istniało, choć w formie zwyczajowej, a nie skodyfikowanej.

        Na owe czasy Słowianie byli dość potężni, a na pewno bogaci. Mieli też spore umiejętności techniczne, w tym zdolność wznoszenia kamiennych warowni. Wiadomo też, że w Polsce i w Czechach istniała zadbana sieć transportu.

        Ja te państwa nazwałbym handolowo-wojennymi. Wiele wskazuje na to, że w czasach Mieszka i Chrobrego handlowaliśmy masowo słowiańskimi niewolnikami z międzyplemiennych wojen (a z całą pewnością robili to Czesi). Swiadczą o tym choćby znaleziska arabskich denarów, które idą u nas w tysiące.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s