Przeczytane w roku 2015

4Podsumowując: w zeszłym roku udało mi się przeczytać 60 książek oraz 21 komiksów.

Przy czym w grudniu przeczytałem cztery książki i jeden komiks. Książkami tymi były: „Barbarzyńca i Marzyciel”, „Człowiek średniowiecza w kręgu codzienności”, „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” oraz pierwszy tom „Pana Lodowego Ogrodu”.

Tak więc po kolei:

24176Barbarzyńca i marzyciel:

Ocena: 7 – 50 za okładkę / 10

Książka jest zbiorem opowiadań dwóch mistrzów dawnego fantasy: Lorda Dunsandy oraz Rogera Howarda, przy czym te ostatnie traktują wyłącznie o jego najbardziej znanej postaci czyli Conanie Barbarzyńcy. Przyznam się szczerze: przeczytałem tylko połowę tej książki czyli teksty Dunsandyego. Teksty Howarda odświeżyłem sobie relatywnie niedawno, więc nie widziałem takiej, ponownej potrzeby.

Wychodzi na to, że chyba nie lubię stylu Dunsandyego. Owszem, te utwory są bardzo ładne, pięknie operuje on słowem, budzą nawet swego rodzaju niepokój, a z całą pewnością też i zaciekawienie. Niemniej jednak te małe, słowne klejnoty pozbawione są akcji i intrygi oraz stanowczo zbyt statyczne dla mnie.

Co nie zmienia faktu, że nawet widzę kilka osób, którym mógłbym je polecić.

Samą książkę natomiast polecać mi trudno. Zestawienie autorów jest najmniej egzotyczne: coś jak lody o smaku wołowiny. Trudno chyba o bardziej odmiennych pod względem stylu pisania i tematyki autorów.

1Człowiek średniowiecza w kręgu codzienności:

Ocena 8,5/10

Czwarty i ostatni nabyty przez moją osobę tom cyklu. Ponownie mamy tu do czynienia z serią esejów na temat życia różnych członków społeczeństwa w zadanym okresie. Jak łatwo zgadnąć ich poziom oraz tematyka sprawiają, że nie wszystkie są równie interesujące.

Całość otwiera nieco niestety przydługi (50 stron) wstęp autorstwa le Goffa. Po nim następują dwa pierwsze rozdziały, które nie porywają. Po prostu życie mnichów jakoś nigdy mnie nie fascynowało, choć esej rzuca pewne światło na epokę. Następny rozdział jest większym rozczarowaniem: traktuje o rycerzach i wojownikach, jednak przez pryzmat romansu rycerskiego. Moim zdaniem jest to pomysł równie kiepski, jak pisanie o współczesnym wojsku przez pryzmat twórczości Jacka Komudy. Raz, że romanse rycerskie były dziełami fikcji, dwa, że moment ich powstania od momentu akcji zwykle dzieliło około 300 lat, tak więc trudno oczekiwać po nich opisu rzeczywistości…

Kolejne rozdziały: poświęcone chłopu i życiu miejskiemu są dużo lepsze. Ogólnie rozdział o życiu miejskim jest po prostu piękny: to czyste złoto. Sam konkret: statystyki, demografia historyczna i tym podobne rzeczy. Analiza spisów ludności, stanów posiadania, ksiąg procesowych, z których wynika ile mieszczanin żył, ile miał dzieci, jak działał wymiar sprawiedliwości, czy ile średnio zjadał mięsa… Dla niego samego warto było kupić książkę.

Rozdziały „intelektualista” oraz „artysta” były typową gadką historyka sztuki. Nie moja broszka, nie mój obszar zainteresowania. Ten ostatni koniec końców przewinąłem.

Rozdział o kupcach stanowił świetne uzupełnienie tego o życiu miejskim, „Kobieta i rodzina” również był interesujący. O świętych przeczytałem tylko z powodów zawodowych, ale w innych warunkach umarłbym przy nim z nudów. Ostatni, zatytułowany „Człowiek marginesu” natomiast jak sama nazwa wskazuje stanowi kawał mięcha.

Myśl pierwsza: ogólnie rzecz biorąc przedstawiony w książce obraz życia miejskiego jest fascynujący. Gdy skończę pisać o upadku cesarstwa rzymskiego zsumuję z treścią kilku innych książek i napiszę o tym artykuł.

Myśl druga: pamiętacie tego idiotę Rolanda, co to niby miał być przykładem idealnego rycerza, bo w głupkowaty sposób dał wymordować swoich ludzi? W książce pojawia się ciekawa idea. Mianowicie: romanse rycerskie pisano w dość rozmodlonej epoce, jednak nie znaczy to, że wszystko było w nich rozmodlone. Autor sugeruje, że mogło być wręcz przeciwnie: przynajmniej początkowo starały się one obchodzić krytykę i by nie budzić kontrowersji oraz przemycić treści rozrywkowe pokazywały grzeszne życie oraz jego następstwa. Czyli takie „wspomnijmy na los sławnych skandalistów z minionej epoki, smutny i pouczający koniec jaki ich napotkał oraz na to jak świetnie się bawili, nim ten nastąpił”.

4Upadek Cesarstwa Rzymskiego:

Ocena: 8/10

Ciekawa książka, raczej popularnonaukowa niż naukowa, traktująca o upadku wiadomego państwa.

Jak uważni czytelnicy zauważyli raczej nie lubię książek popularnonaukowych, a preferuję cięższe pozycje, jednak w tym wypadku taka forma sprawdza się chyba nawet lepiej. Spowodowane jest to specyfiką epoki: po pierwsze mamy tu do czynienia ze szmatem czasu, bowiem od wtargnięcia Gotów od Ilirii do detronizacji Romulusa Augustulusa przez Odoakra upływa około 100 lat. Po drugie: to były lata chaosu.

Czyli ogólnie rzecz biorąc: ucinali sobie głowy, romansowali, przekupywali się, zdradzali i robili loda Lorasowi chętniej, niż w Grze o Tron. Trup ścielił się gęsto, w ogólnych porachunkach nie było jakiegoś większego sensu, cynizmu, ani nawet dalekosiężnego planowania. Po prostu mordowali się na lewo i prawo, żeby tylko wyrwać większy kawałek. Potęgi, przed którymi drżał cały świat rodziły się, by następnie upaść w kilka miesięcy…

Ale wracając do książki: zaletą jest duża wiedza autora. W odróżnieniu od wielu innych anglików zdaje sobie, że poza Commonwelthem jest jakiś świat, korzysta z dorobku archeologów wszystkich narodów, tak więc książka napisana jest bardzo rzetelnie.

Myśl trzecia: ogólnie rzecz biorąc epoka jest bardzo fajnym materiałem na setting do RPG lub książki. Będzie o tym wpis.

a1Pan Lodowego Ogrodu:

Ocena: 8/10

Jest sobie obca planeta, jedyna w znanym wszechświecie, na której rozwija się cywilizacja człekokształtnych istot. Z tej przyczyny objęta jest ona ścisłą obserwacją antropologów, a jakiekolwiek kontakty z nią są zakazane. Żyje nań tylko niewielka grupka naukowców prowadzących badania nad jej mieszkańcami. Pewnego dnia kontakt z naukowcami urywa się. Na planetę zostaje wysłany więc superkomandos na cyberwszczepach, by ocalić badaczy. Oraz posprzątać bałagan, którego narobili.

Na miejscu oczywiście okazuje się, że na planecie działa magia, są potwory, jest złe imperium podbijające świat, jest mroczna, opresyjna religia podbijająca owo imperium, jest też mgła, w której materializują się wszelkie, mroczne myśli.

Ogólnie rzecz biorąc: bardzo fajny, staromodny planet punk / sword and sorcerry z dużą ilością akcji i nawalanki oraz charakterystycznym dla gatunku, lekkim mroczkiem. Pozycja dobra i trzymająca w napięciu.

Myśl numer 4: Wiecie co jest paradoksalnie? Że wszyscy ci nasi, polscy autorzy tak strasznie jeździli w latach 80-tych i 90-tych po Conanie i jego klonach, nie zostawiając na nich suchej nitki. A co napisali, gdy wreszcie zaczęto wydawać ich książki?

Achaję.

Cykl Inkwizytorski.

I Pana Lodowego Ogrodu.

Nie, żeby Pan Lodowego Ogrodu mi się nie podobał. Gdyby nie to, że w styczniu wychodzą dwie kontynuacje cyklów, które też mam napoczęte, to kupowałbym i czytał to jednym ciurkiem.

66Fables 21: Hapilly Ever After

Ocena: 8/10

Róży Czerwonej bije na głowę, jak to zwykle. Jej rozsądniejsza siostra: Śnieżka próbuje przemówić jej do rozumu, co jedynie doprowadza do eskalacji problemu. Baśnie zaczynają więc dzielić się na dwa obozy, stając po stronie obydwu stronie barykady. Jednocześnie sytuację pogarsza Bigby, który znajduje się pod złym zaklęciem wprowadzającym go w morderczy szał.

Konfrontacja wisi na włosku. Widać jednak, że będzie to ostatni gambit Fabletown, gdyż temu brakuje już sił ludzkich na jakieś większe zamieszanie.

Hapilly Ever After jest przedostatnim tomem Fables. Powoli żegnamy się w nim z naszymi bohaterami, czego dowiedzieć się można między innymi czytając rozdzielające poszczególne rozdziały, krótkie, liczące po 2-3 strony historie poszczególnych postaci, opowiadające ich losy po zakończeniu komiksu.

Ogólnie rzecz biorąc: dobry tom, choć Baśnie Na Wygnaniu miały kilka mocniejszych.

Przeczytane w 2015 książki naukowe i popularnonaukowe:

ffBiała bogini:

Ocena: 8/10

Słynny esej Gravesa dotyczący dawnych wierzeń na terenie Europy i lansowanego przez niego, prehistorycznego kultu bogini-matki. Książka, którą trudno nazwać naukową, ale dla wielu neopogan, rodzimowierców i Wiccan jest czymś w rodzaju Biblii. Ja osobiście zaliczyłbym ją do gatunku fantasy i tak będę ją oceniać.

Otóż: zarówno rozważania, jak i metody pracy (może poza tym rozdziałem, w którym autor przyznaje, że się naćpał) oraz wnioski, jakie wysnuwa z nich Graves są jak najbardziej interesujące. W szczególności trafne wydają mi się jego spostrzeżenia dotyczące kultury Morza Śródziemnego, Rzymu, Grecji, Syrii i Palestyny oraz ślady wspólnych wątków w ukształtowanych w nich religiach. Oraz obserwacja trwania tych wątków w religii chrześcijańskiej.

Z punktu widzenia historyka oczywiście dywagacje Gravesa na ten temat są niemożliwe do przyjęcia, bowiem brakuje im oparcia w źródłach i innych świadectwach materialnych. Niemniej jednak: wierzenia faktycznie MOGŁY wyglądać tak, jak on pisze. Wiele wskazuje na to, że religia starożytnej Grecji, Lidii i Syrii jest spokrewniona. Z całą pewnością religia hebrajska początkowo była politeizmem, nawet biblia potwierdza też, że przenikała się z ościennymi kultami, a droga do monoteizmu zajęła jej stulecia. Kulty Rzymskie również na równe sposoby znalazły się pod jej wpływem.

Samo współczesne chrześcijaństwo również różni się od chrześcijaństwa apostołów. Jedno i drugie pełne było wszelkich ruchów synkretycznych, prób oczyszczenia go oraz naleciałości obcych wartości.

Badania lingwistyczne nad przytaczanymi przez niego, staroirlandzkimi poematami wydają się równie interesujące, podobnie jak próby ich rozszyfrowania oraz dotarcia do ukrytej za nimi, tajemnej symboliki również są bardzo ciekawe. Wyłania się z nich system, który faktycznie wydaje się mieć sens i układać w spójną postać. Stanowi on całkiem interesującą propozycję i w odróżnieniu od typowej, mechanicznej magii fantasy rzeczywiście wygląda on tak, jakby w środku było coś mitycznego sensowego oraz mającego ręce i nogi.

IMHO najsłabszym elementem wywodu Gravesa jest założenie prehistoryczności i wszecheuropejskości kultu Bogini. Fakt, że przetrwał on w legendach irlandzikich (o ile faktycznie przetrwał) i łączy się z kultami greckimi, a nawet egipskimi wcale nie jest dowodem jego uniwersalnego, dalekiego zasięgu. Wręcz przeciwnie, jestem w stanie wskazać jego znacznie mniej karkołomne, potencjalne źródło w postaci kultu Izydy. Izyda jak wiadomo była boginią egipską, którą w epoce hellenistycznej utożsamiono z wieloma boginiami greckimi. Jej kult rozpowszechniony został na całe Cesarstwo Rzymskie, w którym stała się jedną z najpopularniejszych religii. Jej sanktuaria znajdowały się między innymi na Wyspach Brytyjskich i Północnej Francji. Sam kult przetrwał jawnie natomiast do VI wieku naszej ery.

Tak więc wspomnienia Bogini-Matki obecne w irlandzkich legendach wcale nie muszą mieć pochodzenia prehistorycznego.

gCzłowiek Egiptu w kręgu codzienności:

Ocena: 7/10

Obiektywnie ta książka zapewne jest całkiem niezła. Subiektywnie: jednak chyba nie lubię starożytnych Egipcjan. Cywilizacja, która nic nie osiągnęła trwoniąc czas na marynowanie trupów i budowania dla nich domów.

Książka traktuje o życiu codziennym tych ludzi. Pisana jest głównie na bazie źródeł i w niewielkim stopniu komparatystyki. Układ jest bardzo ciekawy, poszczególne z nich omawiają kolejne klasy społeczne (chłop, pisarz, kapłan, wysoki urzędnik, wojownik, niewolnik, król, zmarły, kobieta) niemniej jednak treść książki odsłania cały sekret owej cywilizacji: starożytni Egipcjanie wiedli żywota nudne i pełne nędzy, przez co niestety czytanie o nich również jest nieciekawe.

6666Człowiek Grecji w kręgu codzienności:

Ocena: 8/10

Drugi tom z liczącego osiem cyklu (przy czym kupiłem tylko cztery). Ciekawszy od poprzednika z prostej przyczyny: na tapetę wzięto bardziej interesujący okres w dziejach. Analiza dotyka dwóch miast greckich o których mamy najwięcej danych (czyli Aten i Sparty). Jako, że mamy tu do czynienia z wiele bardziej złożonym systemem społecznym, niż w Egipcie oraz ciekawszym sposobem życia, tak więc książkę czyta się przyjemniej.

Pozycja ta składa się z artykułów pisanych przez różnych autorów. Każdy z nich porusza inny temat, jednak zsumowane tworzą całościowy obraz życia greckiego. Wadą takiego rozwiązania jest natomiast fakt, że twórcy wielokrotnie powielają ten sam materiał, pisząc czasem o rzeczach, które wcześniej opisał już ich współpracownik lub cytując te same źródła. Ogólnie niestety, nawet jak na pozycję historyczną lektura jest dość trudna

71c0c519c0fa2b3acfbe32b8f4bc7f781ef2Człowiek Rzymu w kręgu codzienności:

Ocena 8,5/10

Trzecia książka z cyklu, na razie najlepsza. Tym razem przyglądamy się codzienności mieszkańców Cesarstwa Rzymskiego z okresu I i II wieku oraz juliańskiego prosperity. Jak poprzednia książka także i ta została podzielona na rozdziały omawiające losy i sytuację poszczególnych grup: niewolników, rzemieślników, żołnierzy, ale też urzędników, kapłanów i polityków, a nawet ludzi marginesu.

Podobnie jak w poprzedniej książce także i tym razem mamy do czynienia z zestawem artykułów zebranych razem przez jednego redaktora. Formuła ta ma swoje wady i zalety. Jedną z tych pierwszych jest niestety fakt, że (ponownie) bazujący na tych samych źródłach pisarze opisują ten sam problem po wielokroć. W szczególności widać to w rozdziałach „Kapłan”, „Urzędnik” i „Polityk”, które pod wieloma względami dotyczą tych samych osób (wyższe urzędy zarezerwowane były dla warstwy ekwickiej i senatorskiej, które także uczestniczyła w grze politycznej, niższe natomiast powierzano niewolnikom lub niewolnikom cesarskim… jednocześnie funkcja urzędnicza zwykle związana była też z powołaniem do funkcji kapłańskiej, a kolegium kapłańskie składało się natomiast głównie z byłych urzędników), w efekcie czego stanowią trochę masło maślane.

Z drugiej strony inne rozdziały, jak Żołnierz, Chłop czy też ten traktujący o społecznym marginesie są bardzo interesujące, odsłaniając wiele ciekawych szczegółów.

Ogromną zaletą książki jest też fakt, że po prostu dotyczy ona bardzo interesującej epoki.

coverbigDezerterzy:

Ocena: 7/10

Bardzo ciekawy temat, ale strasznie zmarnowany. Czytając tekst na odwrocie książki dowiadujemy się, że z wojsk aliantów zachodnich zdezerterowały straszne masy ludzi, a książka stanowić ma opracowanie ich losów. Spodziewałem się więc dużego studium tematu, podpartego analizą dokumentów i raportów.

Zamiast tego dostajemy biografię trójki dezerterów: dwóch Amerykanów i Brytyjczyka, którzy uciekli z frontu. Czyta się to nieźle, ale prawdę mówiąc nie tego się spodziewałem. Trochę szkoda, bowiem miałem nadzieję, że uda się z tego wykroić materiał na większy artykuł. Tym bardziej, że autor sygnalizuje wiele bardzo ciekawych zjawisk: zorganizowane na wzór wojskowy gangi zajmujące się plądrowaniem magazynów i napadających na kawiarnie, albo zajmujące się reketem na czarnym rynku. Grupy gangsterów rezygnujące z walki, by kraść, dekowników, powszechność wyczerpania walką i tym podobne problemy…

dcDziki kontynent:

Ocena: 9/10

Mimo, że II wojna światowa skończyła się w maju 1945 nie oznacza to że w magiczny sposób przemoc ucichła, a walki przestano toczyć. Wręcz przeciwnie, jeszcze przez dobre 10 lat trwały krwawe konflikty narodowościowe, narodowi i komunistyczni partyzanci walczyli z rządami swoich krajów, panował bandytyzm i czarny rynek, natomiast ogólna nędza, pleniła się od przedmieść Moskwy po Wyspy Brytyjskie i głód, który dotknął nawet państwa formalnie niezaangażowane w wojnę zmuszały ludzi do najczarniejszych, życiowych wyborów. Dawne ofiary brały rewanż na swych niegdysiejszych katach, których też nie rzadko ominęła kara.

Dziki kontynent opowiada właśnie o tej epoce. W swym wydźwięku jest to książka niemalże postapokaliptyczna, zwłaszcza jeśli spojrzy się na skalę i zasięg opisanych weń zniszczeń. Napisana jest przystępnym językiem oraz łatwa w lekturze, co nie zawsze można powiedzieć o publikacjach historycznych. Jest też dziełem dość kompletnym, autor w prawdzie nie analizuje szczegółowo każdego zagadnienia, wręcz przeciwnie: skupia się wyłącznie na najważniejszych przejawach zjawisk, które ogarnęły cały kontynent (tymi są: Spuścizna Wojny, czyli dokonane przez nią zniszczenia, Odwet, Czystki Etniczne oraz Wojny Domowe, które stoczono w de facto każdym, ważnym państwie kontynentalnej Europy) dzięki czemu udaje mu się utrzymać jasność przekazu i całościowy obraz bez popadania w nadmiar szczegółów.

Mimo to książkę czyta się dość ciężko, po prostu ogrom cierpień, nieszczęść i niesprawiedliwości przytłacza, sprawiając, że człowiek czuje się wręcz brudnym po jej lekturze. Mimo, że lektura wywarła na mnie duże wrażenie cieszę się, że kolejna pozycja historyczna jaką wezmę na tapetę będzie traktować o historii banków i obrotu pieniężnego.

wErystyka:

Ocena: 8/10

Słynna i kontrowersyjna książka Schopenhauera stanowiąca przewodnik po technikach wygrywania dyskusji, bez względu na to, czy ma się rację, czy nie. Zawiera 38 zawsze pewnych sposobów i metod zwycięstwa.

Książka ta jest co najmniej niepozorna, posiadane przeze mnie wydanie liczy około 150 stron, z których 40 to przedmowa i przypisy. Ta pierwsza została niezmieniona od momentu opracowania książki w latach 70-tych i jest rażąco anachroniczna. Liczne w niej odwołania do dialektyki marksistowskiej sprawiają, że trudno uwierzyć iż ma się do czynienia z pozycją wydaną po roku 2000.

Sama lektura jest niezwykle ciężka, widać, że jedynym odbiorcą, jaki interesuje autora byli akademicy. Pełno jest w niej łacińskich i greckich wtrętów, tak więc przeczytanie jej jest swego rodzaju wyzwaniem.

Mimo to uważam, że warto to zrobić, gdyż książka ta jest zwyczajnie pomocna w życiu. Ułatwia zrozumienie technik manipulacji i nieuczciwej argumentacji, co zwyczajnie umożliwia obronę przed nimi, zmniejszając podatność na reklamową, polityczną czy światopoglądową indoktrynację.

Brakuje w niej w prawdzie moim zdaniem jednego, ważnego wybiegu (tzn. „odwrót pod osłoną wyższej sprawy” na zasadzie np. „Ja chciałem / chciałam zadbać o porządek na forum, ale brudasy i syfiarze mnie pokonali”), niemniej jednak osobiście umieściłbym tą książkę na liście lektur obowiązkowych w liceum. To pozycja, która naprawdę poszerza świadomość.

1214Historia Japonii

Ocena 8/10

Książka, której czytanie pochłonęło mi sporą część grudnia i drugie tyle stycznia. Lektura dość ciężka, zarówno wagomiarem (ponad 2 kilo) jak i ciężaru gatunkowego. Tylna okładka reklamuje ją jako „obszerny i nowoczesny podręcznik akademicki, cechujący się atrakcyjnością merytorycznego wykładu i przystępnością języka”. I nie powiem, pozycja ta dokładnie taka jest. Choć prawdę mówiąc jest to dość specyficzna lektura.

Po pierwsze: nie polecałbym tej książki komuś, kto interesuje się historią polityczną Japonii. Powiem uczciwie: trochę nawet się pod tym względem zawiodłem. Wyraźnie po niej niestety widać, że będę potrzebował nabyć jakieś inne opracowanie na ten temat, albowiem podręcznik skupia się raczej na warstwie społecznej i gospodarczej Kraju Kwitnącej Wiśni oraz zmian w jego środowisku naturalnym. Z mojego punktu widzenia to nawet lepiej, bowiem ten aspekt historii zawsze bardziej mnie interesował, niż polityka, kucie na pamięć imion królów i dat kolejnych bitew. Z drugiej strony: moja wiedza na temat historii japońskiej jest zwyczajnie niewielka. I niestety Totman nie poszerzył jej w takim stopniu, na jaki liczyłem.

Po drugie: książka skupia się głównie na czasach nowożytnych i im epoka bliższa teraźniejszości, tym więcej autor czasu jej poświęca. Oznacza to, że prawie połowa lektury skupiona jest na dwóch ostatnich stuleciach. Co nie musi niestety trafiać w gusta każdego czytelnika. Ja prawdę mówiąc wolałbym proporcje odwrotne.

Z drugiej strony dowiedziałem się wiele o Japonii innej, niż ta zwykle pokazywana, w tym także o rzeczach, o których nie wiedziałem, lub których istnienie tylko przeczuwałem, jak korupcja polityków i biznesmanów, różne rodzaje dyskryminacji mniejszości, walki między sektami buddyjskimi, czy bardzo prozaiczna w gruncie rzeczy historia ceremonii herbacianej.

1aHistoria kuchni:

Ocena: 1k6+4

Historia kuchni była na szczęście dużo lepszą pozycją. W prawdzie nie do końca przypadł mi do gustu gawędziarski styl autorki, nie do końca pasujący do dzieła naukowego, jednak pozycja ta ma swoje zalety. Jedną z nich jest ogromny zasób wiedzy autorki. Drugą: ilość ciekawostek, jaka zawarła w tekście.

Wadą jest natomiast fakt, że książka ta jest już nienowa, a przy tym pionierska. W prawdzie historia jest starą, stateczną nauką, w której 40 lat nie jest jakimś, szczególnym przedziałem czasu, jednak Reay Tannahill otworzyła (albo przynajmniej spopularyzowała) swoją publikacją całe nowe pole, dość modnych w ostatnim czasie badań. W efekcie czego Historia Kuchni jest w wielu miejscach przestarzała, przez co momentami w trakcie lektury mi zgrzytała: po prostu wiedziałem, że jednak było inaczej.

Jeśli jednak kogoś interesuje, co jedli starożytni Egicjanie, Rzymianie albo Chińczycy, jak podrabiano żywność w Atenach lub średniowiecznym Paryżu albo też dlaczego nie da się dziś zjeść „kiełbasy takiej jak kiedyś” (odp. bo mamy badania lekarskie i normy sanitarne), tudzież jak wyglądał typowy posiłek w domu londyńskiego patrycjusza w średniowieczu, to zachęcam do lektury. Jest pouczająca, bardzo rozwijająca, a przy tym ciekawa.

zaHistoria smaku:

Ocena: 6/10

Książka obrazująca główną wadę kupowania w Internecie: o ile w sklepie stacjonarnym można książkę wziąć towar do ręki i obejrzeć, tak w necie mimo wszystko (a zwłaszcza recenzji) człowiek skazany jest na kupowanie kota w worku. W efekcie czego nabyłem książkę, której w normalnych okolicznościach nigdy bym nie kupił. Zmyliła mnie ta „historia” w tytule, przez co myślałem, że to faktycznie o historii będzie.

Książka tak naprawdę jest albumem fotograficznym, na który składają się przeróżne zdjęcia smacznych, podstawowych produktów spożywczych (np. chleb, pieprz, cukier, kawa, ziemniaki) używanych w społeczeństwach świata zachodniego. Pod zdjęciami znajduje się natomiast masa ciekawostek. Faktografii natomiast jest bardzo niewiele. No, ale przynajmniej niektóre z ciekawostek są bardzo śmieszne.

Ciekawostka nr. 1:

Wiecie jak Francuzi w XVIII wieku przekonali swoje społeczeństwa do jedzenia kartofli? Gość, który się tym zajmował (Antoine Auguste Parmentier) namówił króla, by je zasadzi, uprawę obstawił wojskiem, a chłopom opowiedział, że rośliny są wyjątkowo cenną własnością królewską. W efekcie czego okoliczna ludność sama je kradła.

Ciekawostka nr. 2:

Parmentier pomysł uprawy kartofli wziął od Prusaków, którzy spopularyzowali je wcześniej, równie uroczym lecz nie tak subtelnym sposobem. Ich król Fryderyk II Wielki poprostu rozkazał zasadzić je wszyskim chłopom i odcinać nosy tym, którzy się nie dostosują. Oświecenie. Dzikie czasy.

Ciekawostka nr. 3:

Nawiasem mówiąc (to już wiedza z poza książki) krajem, gdzie pyry spopularyzowały się bardzo szybko i to bez potrzeby sięgania po przemoc lub podstęp była Polska. Ludzie zasadzili, wyrosło, więc zaczęli sprawdzać, co z tego można zrobić. Okazało się, że wódkę i potem było już z górki.

image description

image description

Historia szpiegostwa i agentury

Ocena: 9/10

Książka do oceny której wystarczyłaby tylko nazwa wydawnictwa (Bellona), by wszystko stało się jasne. Jak to zwykle u Bellony bywa mamy do czynienia z literaturą popularnonaukową, skupioną na jakimś aspekcie działań wojennych. Tym razem chodzi o szpiegostwo i to od czasów starożytnych po czasy współczesne, choć najlepiej omówiony jest okres między Oświeceniem, a końcem II wojny światowej. Autor skupia się w nim natomiast głównie na agenturze brytyjskiej i francuskiej, co nie zmienia faktu, że zarówno Amerykanie, Niemcy jak i Rosjanie swoje kilka rozdziałów otrzymują. Dużo jest także o szpiegowaniu w starożytności oraz na dalekim wschodzie.

Książka zawiera sporo błędów, które szumnie można nazwać merytorycznymi, a faktycznie będących zwykłymi wtopami, które powinien wyłapać redaktor (np. nazywa Odoakra Hunem, podczas gdy faktycznie wywodził się z jednego z plemion germańskich), na jej warstwę edytorską można więc narzekać.

Z drugiej strony zawiera bardzo dużo ciekawych informacji o systemie organizacji operacji wywiadowczych w dawnych czasach, danych, jakie zbierały oraz o tym, jak były organizowane.

Od razu zapowiem: będzie notka. Być może nawet kilka notek, bowiem temat jest dość obszerny.

Ciekawostka:

Jak się okazuje narodem, który posiadał bardzo ciekawe pomysły na zrewolucjonizowanie szpiegostwa byli Hindusi, którzy nawiasem mówiąc rzadko chyba testowali je w praktyce, za to chętnie zapisywali je w poradnikach dla Radżów i Maharadżów. Jedną z ich złotych myśli było rozdawanie małpom krzesiw (w nadziei, że te będą wbiegać do budynków i wzniecać pożary) oraz podpalanie nietoperzy (w tym samym celu). Innym pomysłem Hindusów było karmienie niewielkimi dawkami trucizny małych dziewczynek wychowywanych na kurtyzany, w nadziei, że gdy dorosną same staną się trujące i będą mordować seksem (ja to chyba już wcześniej w jakimś hentajcu widziałem).

Ale głupi ci Hindusi.

sHistoria sztuki wojennej od starożytności po czasy współczesne:

Ocena: 7/10

Pozycja traktująca o zachodniej sztuce wojennej, wyjaśniająca przyczyny jej dominacji oraz procesy, które wpłynęły na jej rozwój. Ogólnie rzecz biorąc książka bardzo kompetentna, jednak ponownie najbardziej interesujące wydają ostatnie rozdziały. Mimo, że autor przełamuje typowy szowinizm Anglosasa, dla którego zachód to wyłącznie Wielka Brytania i USA (oraz Grecja i Starożytny Rzym od których w prostej linii się wywodzą) napadane czasem przez Niemców oraz Francuzów i wspomina czasem także o innych narodach.

Ogólnie rzecz biorąc książka jest jednak niestety tylko typowym podręcznikiem, dobrym dla studentów, a niekoniecznie osób głębiej obeznanych z tematyką.

11Księga pięciu kręgów:

Ocena: 6/10

Cytując notę redakcyjną: „Zachodni wydawcy Gorin-no sho nie przepuścili żadnej okazji, by przyciągnąć uwagę możliwie szerokiego grona odbiorców. Na obwlucie pojawiło się nowe hasło skierowane do biznesmenów, twierdzące, jakoby „Księga pięciu kręgów” była „japońską odpowiedzią na harwardzkie podręczniki biznesowe dla amerykańskich elit korporacyjnych”.

Kanoniczny charakter dzieła potwierdza tekst z tylnej okładki mówiący, iż „japoński przedsiębiorca nie korzysta z azjatyckiego odpowiednika Harwardzkiej Szkoły Biznesu, tylko uczy się, pracuje i żyje według wskazań zawartych w mitycznej niemal książce napisanej w 1645 roku przez wielkiego samuraja, Miyamoto Musashiego”. To śmiałe zdanie, niewątpliwie godne nagrody w dziedzinie twórczości przejaskrawionej, każe nam wierzyć, że Gorin-no sho to co najmniej japoński odpowiednik „Czerwonej książeczki” przewodniczącego Mao.”

Faktycznie „Księga pięciu kręgów” stała się popularna w Japonii kilka lat po tym, jak zyskała sławę na zachodzie. Nie trudno się temu dziwić wiedząc jakiego rodzaju jest wynalazkiem. To tajny testament pragmatycznego samotnika przeznaczony wyłącznie dla uczniów. Nie zawiera niczego odkrywczego ani nowego, a tym bardziej sekretnego. To po prostu przesłanie dla uczniów, uzupełnione o krótki regulamin szkoły walki i zupełnie bazowy elementarz szermierki. Lektura tego nie urzeka. Mimo to była ciekawym doświadczeniem.

Powoduje to główny morał książki, zupełnie inny od narosłych wokół niej legend. Głosi on „sztuki walki pełne są ezoterycznego bełkotu, a spora część nauczycieli to hochsztaplerzy próbujący sprzedawać Wam kit. Zachowajcie sceptycyzm i nie dajcie sobie robić wody z mózgu.”

Jak widać po pierwszym akapicie tej opinii: przesłanie to nie zdezaktualizowało się od czasów Musashiego ani o jotę. Niewątpliwie mądrość ta może być przydatna zarówno w biznesie jak i w każdym innym aspekcie życia.

rrMity hebrajskie:

Ocena: 7/10

Graves, znany jako autor kilku świetnych powieści historycznych oraz ze swej analizy mitologii greckiej zabiera się wraz z przyjacielem do omówienia Księgi Rodzaju. Rezultaty są w najlepszym razie rozczarowujące.

Biorąc do rąk książkę miałem nadzieję, że autor napisze coś porównywalnego z Mitologią Grecką, rozbierając temat na najdrobniejsze kawałki i zestawiając z podobnymi motywami z wierzeń innych ludów, pokazując wątki wspólne z tymi wszystkimi Teszubami, Baalami i Elami czczonymi w najbliższej okolicy. Tym bardziej, że w Białej Bogi oraz Mitach Greckich pokazał już, że faktycznie jest coś na rzeczy.

Niestety książka jest wyjątkowo zachowawcza, brakuje jej odwagi i śmiałości tez. W zasadzie jest to przepisana Księga Rodzaju uzupełniona o Talmud i średniowieczne midrasze. Nic tak naprawdę godnego uwagi.

indeksNauki pomocnicze historii:

Ocena: 8/10

Podręcznik Szymańskiego jest jedną z tych książek, których znajomość różni historyka od fascynata. Umożliwia ona bowiem prowadzenie badań źródłowych oraz faktyczne zajęcie się dziejami, a nie jedynie wyszukiwanie sensacyjnych ciekawostek. Jednocześnie jest to dzieło praktycznie rzecz biorąc ezoteryczne, bowiem skupia się na tak nudnych szczegółach, za które zwykły laik nigdy by się nie zabrał. Czytanie tego to czysty masochizm i nie będę nawet udawał, że zrobiłem to w całości. Powiem uczciwie: nic mnie nie obchodzi to, jaki krój miały litery w dokumentach za Karolingów, a jaki za Merowingów, jak wyglądały pieczęcie poszczególnych królów, jak rozróżniać znaki wodne jednego władcy od drugiego, jak ewoluowała pisownia cyfr arabskich albo jakie były typy średniowiecznych dokumentów oraz kiedy się pojawiły…

Skąd więc pomysł, żeby tą książkę kupić i czytać osiem lat po studiach?

Bo laicy tego nie robią. Ba! Laicy nie wiedzą nawet, że coś takiego istnieje. Tymczasem wśród tego natłoku nud jest całkiem sporo takich rzeczy, których gdzie indziej trudno szukać, a dla laików mogą być ciekawe. Przykładowo:

  • Historia książek, księgarstwa i bibliotek
  • Historia cenzury
  • Sposoby kształtowania się imion i nazw własnych w języku polskim czyli rozwiązanie odwiecznego problemu pisarzy i RPG-owców
  • Opis dawnych więzień i szubienic
  • Dawny system monetarny, miary i wagi (niestety, cenników, na które miałem nadzieję tu nie znalazłem)
  • Techniki fałszowania monet
  • Różne ciekawostki związane ze starymi księgami, dokumentami i pracą bibliotekarzy
  • Metody datowania ksiąg, dokumentów i rękopisów

Czyli rzeczy, którymi będę bombardował książkowe grupy Facebookowe przez następny rok.

131Nieco inna historia cywilizacji: Dzieje banków, bankierów i obrotu pieniężnego:

Ocena: 8/10

Prawdopodobnie najlepsza książka, jaka trafiła w moje ręce w czerwcu. A i ona nie jest niestety pozbawiona znaczących wad.

Powiedzmy, że jest to książka popularnonaukowa (choć jak na taką pozycję jej styl i przekaz są bardzo ciężkie, a tematyka hermetyczna), bowiem naukową trudno ją nazwać: zbyt wiele tu dygresji i swobodnych przemyśleń autora na różne tematy, a sama treść stanowczo jest zbyt gawędziarska. Autor za bardzo także kieruje się własnymi sympatiami i antypatiami, by traktować tą pracę jako rzetelną. To ostatnie przyjmuje niekiedy zabawną postać, a osiągnięte efekty nierzadko są odmienne od zamierzonych. Przykładowo mimo tendencji by przedstawiać Żydów (będących przez wieki jednymi z ważniejszych postaci europejskiej bankowości) jako ofiary wiecznego antysemityzmu, autora dostarcza wbrew swym intencjom racjonalnych przyczyn, by tej nacji nie lubić.

Ogromną zaletą książki jest natomiast jej tematyka. W odróżnieniu od większości innych historyków skupionych głównie na polityce mnie najbardziej interesuje historia gospodarcza i społeczna, a działy te niestety nie są zbyt mocno reprezentowane w literaturze. Ujęcie dziejów przez pryzmat rozwoju obrotu pieniądza i różnych praktyk stosowanych w związku z nim jest natomiast zupełnie nowym spojrzeniem na dzieje ludzkości. Co więcej spojrzeniem wyjaśniającym wiele zjawisk dotykających nas na każdym etapie życia.

13Negocjator

Ocena: 8/10

Kolejna biografia faceta, który wsławił się posiadaniem oryginalnego, niebezpiecznego zawodu dostępnego wyłącznie dla nielicznych twardzieli. Tym razem naszym bohaterem jest lekarz-psychiatra, który jednocześnie zawodowo zajmuje się negocjacjami z porywaczami.

Książki tego typu bywają różne: czasem trafiamy na człowieka, który rzeczywiście ma wiele do opowiedzenia i potrafi to w zajmujący sposób zrobić. Czasem natomiast na gościa, który, mimo, że spędził życie na niebezpieczeństwach potrafi jedynie nudzić. Tym razem trafia się nam pracoholik, który z jednej strony sypie anegdotami o swojej pracy jak z rękawa, co czyni tą książkę jedną z ciekawszych przedstawicielek swojego gatunku.

Z drugiej natomiast jest to bardziej maszyna do rozwiązywania cudzych problemów, niż osoba żyjąca na własny rachunek. Bardzo niewiele dowiadujemy się o jego życiu prywatnym. Tylko czasem z jego ust padają pojedyncze urywki o tym temacie. Żona, dzieci, rozwód: te kwestie praktycznie dla niego nie istnieją.

Cóż, widać, że są różni ludzie…

Dla tego akurat faceta całym życiem jest negocjowanie z terrorystami.

2Niewolnictwo

Ocena: 8/10 (+1 jeśli olewacie nowożytność)

Czyli pierwsza w tym miesiącu książka (popularno)naukowa, napisana przez wybitne małżeństwo historyków. Tym razem bierzemy na tapetę wymarły już zwyczaj, który towarzyszył ludzkości od jej zarania: niewolnictwo oraz zmiany jakim podlegał na przestrzeni wieków.

Naszą przygodę z tym systemem rozpoczynamy w czasach starożytnych, a dokładnie w jego największym momencie rozkwitu: w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Następnie przechodzimy do średniowiecza, gdy niewolnictwo rzekomo przeżywało swój schyłek (co, jak okazuje się z książki nie jest do końca prawdą), oraz czasów nowożytnych i niesławnego niewolnictwo amerykańskiego. Poznajemy też społeczne i ekonomiczne zmiany, jakie zaszły w postrzeganiu procederu.

Okresom tym poświęcono nierówną ilość uwagi. Tak więc niewolnictwo starożytne i średniowieczne otrzymują po około 40% objętości książki. Proceder nowożytny natomiast został potraktowany po macoszemu. Może to wydawać się dziwne, jednak patrząc na specjalizacje autorów (Izabela Małowist była starożytniczką, a jej małżonek mediewistą) nie dziwi. Zwyczajnie nie musieli przecież znać się na wszystkim.

Mi osobiście to nie przeszkadza. Dla mnie historia kończy się bowiem w XVI wieku, by zacząć ponownie po I wojnie światowej. Tak więc książka poruszała najważniejsze w moich oczach aspekty zjawiska.

a11Państwo

Ocena: (książka poza klasyfikacją)

Genialna książka… Nic nie zrozumiałem…

A tak na serio, to nie wiem, co mi strzeliło do głowy tą książkę kupować. Jeszcze dziwniejsze jest, że zrobiłem to całkiem na trzeźwo. Jednak skoro już było, to trzeba to było przeczytać, zwłaszcza, że w kolejce popularnonaukowej pozostały już tylko dwie pozycje.

O treści „Państwa” słyszał chyba każdy. Dla przypomnienia: po śmierci swego mistrza Sokratesa filozof ten, ciągle będąc pod wpływem szoku zaczął snuć swoje rozważania o idealnym państwie rządzonym przez cnotę. Na długie wieki zdefiniowały one nauki polityczne.

Z dzisiejszego punktu widzenia tezy Platona są całkiem nie do przyjęcia, bardziej typowe są dla totalitaryzmu, niż społeczeństwa obywatelskiego o liberalno-demokratycznym nawet nie wspominając. Niemniej jednak w opinii tej nie ma niczego odkrywczego, natomiast sam projekt Platona jest ogólnie znany. Wydaje się, że autor rozumie konsekwencje swego myślenia, bowiem w wielu miejscach ucieka od swej wizji, zaznaczając, że nie ma na myśli realnego programu politycznego, tylko wizję państwa, które każdy „powinien zbudować w swym sercu”.

Sama książka, nawet jak na traktat filozoficzny jest bardzo trudna w czytaniu. W dużej mierze wynika to ze sposobu, w jaki została spisana. Jest to dialog, a nie wykład, tak więc autor swoje poglądy wrzuca w usta wielu postaci, często, dla dodania sobie powagi posiłkując się postacią swego mistrza Sokratesa. Liczne stylizacje, wtrącenia oraz liczne ochy i achy „Jakie to było głębokie Sokratesie” lub „Jakiś ty mądry i przenikliwy Sokratesie” jakie podnoszą postacie po co ważniejszych wypowiedzieć dodatkowo komplikują lekturę.

piraciwswieciePiraci w świecie grecko-rzymskim:

Ocena: 6/10

Żeby się nie rozwodzić: książkę tę można streścić do „o problemie piractwa w starożytności nie wiemy prawie niczego, a materiału źródłowego prawie nie ma”. Cudem jest, że udało się materiału wykopać aż na tyle, by zapełnić 250 stron, bowiem doprawdy jest to skrobanie dna garnka. Autor wygrzebuje źródła, by momentami wyciągnąć z nich jedno lub dwa zdania na temat piractwa, poczynione przy okazji jakiegoś, zupełnie innego problemu. Niestety wiedza, którą w ten sposób gromadzi nie jest porywająca i niemal w zupełności stanowi ilustrację do tezy, którą uczyniłem myślą przewodnią tej wzmianki.

Cena okładkowa tej książki wynosiła 50 złotych (bez 10 groszy). Gdyby nie to, że kupiłem ją na Allegro za drobny ułamek tej sumy byłbym niewątpliwie bardzo zły.

600x848Potęga pieniądza:

Ocena: 8/10

Książka popularnonaukowa o instrumentach finansowych, ich historii, zadaniach oraz związanych z nimi zawirowaniach na światowych rynkach. Tematyka istotna, życiowa, choć niestety obawiam się hermetyczna i interesująca tylko nielicznych, co jest dziwne, tym bardziej, ze we współczesnych czasach kryzysy finansowe pociągają za sobą więcej ofiar, niż wojny (i to często dosłownie).

Mimo dość trudnej problematyki książka pisana jest w zrozumiały, jasny sposób, a autor przejrzyście wyjaśnia, o co chodzi w poszczególnych zjawiskach czy sytuacjach. W efekcie więc można dość prosto zbudować sobie obraz wydarzeń.

Jednocześnie, mimo, że temat (jak pisałem) może wydawać się hermetyczny i nudny, to jednak całość jest fascynująca. Chyba prawdą jest reklamowy tekst z odwrotu książki: pieniądze rzeczywiście rozpalają wyobraźnię.

fPrzypadek i głupota: czynnik zwrotny w bitwach:

Ocena: 5/10

Słaba książka pseudo-popularnonaukowa. W zasadzie nie mamy tu do czynienia z próbą przekazania rzetelnej wiedzy, a z tworzeniem fikcji historycznej. Autor omawia szereg bitew, począwszy od zdobycia Troi po wojnę w Iraku, siląc się na literackie opisy, wprowadzając rozbudowaną narrację oraz dialogi.

Coś takiego nie powinno mieć miejsca w książce historycznej z prostej przyczyny: czy autor był pod Troją, albo pod Waterloo? Widział, że wiatr delikatnie chylił trawy na dzień przed bitwą i czół, że kwiaty aromatycznie pachniały? Rozmawiał z Wellingtonem i Rommlem, że wie, co czuli w trakcie wydawania rozkazów? Był przy nich w chwili, gdy te padły?

Nie?

To dlaczego pisze, że w ich głosie drżały emocje? A nie, że scena wyglądała zupełnie inaczej?

2179W cieniu białego drzewa:

Ocena: 8/10

Czyli analiza literaturoznawcza gatunku fantasy oraz wycieczka przez jego historię.

Prawdę mówiąc nie znam się na literaturoznawstwie ani jego aparacie badawczym, tak więc trudno mi tu wyrokować o jakości książki. Niemniej jednak wydaje mi się, że autor wykonał kawał dobrej i rzetelnej pracy, nie zauważyłem też, by pominął jakieś ważniejsze zagadnienia, z większością jego wniosków potrafię się zgodzić lub przynajmniej dobór argumentów, jakimi posługuje się jest wystarczający, by w moich oczach podeprzeć jego tezy.

Co więcej książka jest daleko bardziej rzetelna i wyczerpująca, niż „Rękopis znaleziony w smoczej jaskini” Sapkowskiego, który do tej pory był dla wielu fanów ideologicznym fundamentem gatunku. Osobiście wątpię jednak, by kiedykolwiek ten ostatni zastąpiła. Po prostu stanowi dzieło zbyt hermetyczne.

Metoda pracy autora polega głównie na analizie poszczególnych, wspólnych motywów i tematów występujących w twórczości różnych, uznanych za ważne autorów fantasy oraz momenty, w których wchodzą oni między sobą w dyskusję. Autor nie skupia się tylko na pisarzach najpopularniejszych, często wyławia też tych mniej ważnych i znanych, a nawet wpływające na ich twórczość wydarzenia pozaliterackie. Nieco przerażającą refleksją dla mnie był niestety fakt, że nie wymienia on ani jednego nazwiska, z którego twórczością bym się nie zetknął. Brakuje natomiast moim zdaniem wśród omawianych autorów Jacka Vance, jednego z ważniejszych pisarzy Science Fiction i Fantasy swoich czasów.

Osobiście zastanawiałbym się też nad zasadnością stwierdzenia o śmierci fantasy jako gatunku. Owszem, obecnie faktycznie widać odwrót od tego rodzaju twórczości, ale chyba trochę za wcześnie jest formułować tak kategoryczne sądy. Koniec końców domniemana śmierć może być tylko zadyszką lub przejściową modą. Wymarłe zdawałoby się wraz z latami 30-tymi Fantasy wróciło już przecież raz do życia w latach 50-tych wraz ze wznowieniem Conanów.

Niemniej jednak dużo się z tej książki nauczyłem.

3Wyprawy wikingów:

Ocena: 6/10

Powiem uczciwie: kupiłem tą książkę, bo A) kosztowała mniej niż 10 złotych B) po opisach w Internecie byłem przekonany, że będzie to pozycja o najazdach wikingów i podbijaniu, czyli, że tak powiem ich działalności statutowej. Niestety po jej bliższym przyjrzeniu okazała się ona pozycją o odkrywaniu Ameryki przez owych. Czyli tak naprawdę o epizodzie w dziejach, który pozostał dla świata zupełnie bez znaczenia. Książka ta leżała więc u mnie prawie dwa lata nim zabrałem się za jej lekturę.

I powiem szczerze: miałem rację zwlekając. Niestety Wyprawy Wikingów są po prostu próbą rozebrania na drobne bardzo mało znaczącego wydarzenia, w której autor de facto analizuje linijkę po linijkę każdy ustęp Sagi o Grenladczykach. Efekty tego nie są porywające.

Tak naprawdę najciekawszymi elementami książki są dodatki, choć i to nie wszystkie. Obok bowiem geograficznej analizy wybrzeża (nudnej jak diabli) otrzymujemy bowiem rozdział o normańskich statkach oraz metodach nawigacji, które rzucają jakieś tam światło na okres. Niemniej jednak nie wystarczy to, by uczynić lekturę pasjonującą.

Może dla nie-historyków szukających sensacji w rodzaju „to nie Kolumb odkrył Amerykę” będzie to lektura ciekawa. Mnie osobiście wynudziła.

22Zakazane Imperium:

Ocena: 8/10

Mimo serialowej okładki nie jest to powieść sensacyjna, a pozycja popularnonaukowa opisująca dzieje Atlantic City od założenia miasta po czasy w zasadzie współczesne. Posłużyła ona jako inspiracja do sławnego serialu pod tym samym tytułem. Książka nie traktuje jednak wyłącznie o przedstawionej w nim epoce prohibicji i dwudziestolecia międzywojennego, ale o szerszym okresie dziejów. Poznajemy więc założycieli miasta, ludzi, dzięki którym z mało istotnego kurortu dla gruźlików stało się stolicą występku, jego czasy świetności w okresie prohibicji, powojenny upadek, a wreszcie też odrodzenie dzięki legalizacji hazardu w latach 80-tych.

Prawdę mówiąc serial nie oddaje treści książki nawet w połowie. Owszem, widać w nim dekadencję i moralne zakłamanie epoki, jednak nie czuć pełni tej obłudy. Ktoś, kto nie zna historii społecznej Ameryki nie domyśli się jaka była prawda, a okazuje się, że Atlantic City było miastem-burdelem, gdzie otwarcie lekceważono federalne i stanowe prawo, politycy byli bandytami, gangsterzy dbającymi o rozwój lokalnej społeczności wizjonerami, stróże prawa usiłujący zatrzymać przemytnika byli oskarżani o napaść (i skazywany przez sąd), natomiast groźby wysłania milicji stanowej (czyli de facto wojska) odpierano przygotowując miasto do oblężenia…

Piękne w swej grotesce.

Wadą książki są natomiast liczne wtręty o charakterze literackim, otwierające w zasadzie każdy rozdział. Coś takiego w literaturze historycznej nie powinno się zdarzać. Historia zajmuje się faktami, literatura piękna: fikcją. Tych rzeczy mieszać nie wolno.

1Zmienne oblicza wojny:

Ocena: 8/10

Książka tego samego autora traktująca o przekształceniach w sztuce wojennej w XIX i XX wieku. Temat moim zdaniem dość istotny, tym bardziej, że dotyka rzeczy, o których masa ludzi lubi się wypowiadać nie mając przy tym o nich najmniejszego pojęcia (np. temat obowiązkowego poboru wojskowego). Pozycja o tyle interesująca, że mimo fachowej wiedzy napisana dość przystępnym językiem. Mimo to jak podejrzewam nie przeczyta jej nikt za wyjątkiem wąskiego grona historyków wojskowości i miłośników militariów.

Chyba najbardziej interesujące są rozdziały ostatnie, traktujące o najbardziej nam współczesnych wojnach. O ile bowiem wojny napoleońskie, pruskie, secesyjna i obie światowe są dość mocno w literaturze reprezentowane, to Irak, Wietnam i Falklandy już generalnie nie. Wadą z czytelniczego punktu widzenia jest natomiast fakt, że autor (zwłaszcza w pierwszych rozdziałach) podaje liczne tezy, którym w swych późniejszych książkach (np. W „Żywiąc wojnę”) będzie zaprzeczył.

A co się zmieniało?

Przez cały XIX i XX wiek rósł zasięg ostrzału i ilość wystrzeliwanej amunicji, choć niekoniecznie celność. Wzrosło znaczenie transportu do poziomów wcześniej nie znanych. Wzrosło znaczenie lotnictwa, od poziomu siły nie istniejącej, przez jedynie wspierającą wojska lądowe (I wojna światowa), zapewniającą współdziałanie na równych zasadach (II wojna) po kluczową, de facto samodzielnie wygrywającej wojny (Irak). Zmieniła się rola artylerii, która wpierw była bronią wsparcia piechoty, a potem zmieniła się w boga wojny, który „zdobywały teren, a piechota go zajmuje”. Pojawiły się czołgi. Pojawiły się karabiny maszynowe.

W drugiej połowie XX wieku pojawiła się broń precyzyjna i zmieniły się proporcje użycia broni. Jeśli kiedyś wystrzeliwano tysiąc pocisków artyleryjskich lub zrzucano tyle samo bomb w nadziei, że jedna trafi w cel (np. w trakcie nalotu na moje rodzinne miasto celem zniszczenia fabryki remontującej niemieckie czołgi, mimo, że bombardowanie odbywało się w dzień, to nie udało się ani razu trafić w miasto, o fabryce nie wspominając, w efekcie czego w trakcie nalotu ucierpiała wyłącznie ludność cywilna, której zabito jedną krowę) tak obecnie zrzuca się jedną bombę, która trafia w 99,9 procent przypadków.

Wzrosło też znaczenie partyzantów, co prawdopodobnie wynika nie tylko z wzrostu znaczenia linii transportowych, ale też siły ognia indywidualnego żołnierza: człowiek z karabinem automatycznym ma większą siłę ognia, niż pluton piechoty z okresu I wojny światowej. Wyrzutnia granatów przeciwpancernych jest bronią równie skuteczną, jak działo przeciwpancerne z II wojny przy czym lżejszą i łatwiejszą w przenoszeniu, a pocisków kierowanych w zasadzie nieporównywalna do niczego znanego wcześniej.

xŻywiąc wojnę: Logistyka od Wallensteina do Pattona

Ocena: 8/10

Tytuł chyba wystarczy, by powiedzieć o czym jest książka: o bardzo ważnej, ale jednocześnie niezbyt fascynującej dziedzinie sztuki wojennej czyli transporcie dóbr niezbędnych do prowadzenia walki.

Temat ten jest dość hermetyczny i tak naprawdę nikt, prócz specjalisty i historyka wojskowości nie ma powodów się nim interesować. Niemniej jednak, jeśli pociąga was wojskowość, to książka ta może dostarczyć wam dużo danych. Ja osobiście byłem więcej, niż zainteresowany lekturą. Falsyfikowała też sporą część informacji, jakie do tej pory posiadałem oraz potwierdziła część mojej intuicji.

W zasadzie najważniejszą informacją, jaką posiadłem dotyczyły przemian w skali zapotrzebowania na poszczególne produkty. Przykładowo w dobie wojen I generacji, szyków liniowych, strzelania do siebie z armat i galeonów wojennych 93% zasobów transportowanych przez wojsko było żywnością lub paszą dla koni. Wszystkie inne zasoby: umundurowanie, broń i amunicja, proch, a nawet żarna do mielenia zboża stanowiło zaledwie 7% zasobów. Żołnierze zabierali na kampanię po 40 ładunków do muszkietu, a wystrzeliwali średnio po 8.

W trakcie I Wojny Światowej proporcje te odwróciły się. Żywność i pasza dla koni (transport między frontem, a stacjami kolejowymi odbywał się głównie za pomocą koni) stanowiły już tylko 13% ładunku, natomiast 87% inne materiały (głównie amunicja). Wskazuje to na ogromne zmiany (tym bardziej, że ludzie i konie raczej nie oduczyli się jeść) jakie zaszły. Dowodzi to słuszności mojej krytyki partyzantów atakujących linie transportowe w wojnach fantasy.

A tak swoją drogą: może mi ktoś powiedzieć czemu żadna ze stron w trakcie Wielkiej Wojny nie przedsięwzięła kampanii zmasowanego, strategicznego bombardowania stacji kolejowych?

Przeczytana w 2015 roku fantastyka i inna literatura piękna:

vvAngry Lead Skies:

Ocena: 6/10

Czyli kolejny tom „Akt Garreta”. Tym razem nasz, działający w mieście fantasy detektyw będzie musiał zmierzyć się z UFO. Tom moim zdaniem dość średni: wpakowanie do konwencji fantasy latających spodków sprawiło, że atmosfera poleciała na łeb na szyję, w efekcie więc otrzymujemy przekombinowane coś, co nie jest ani dobrą powieścią miecza i czarów, ani dobrym kryminałem (bo powiedzmy sobie szczerze: Garrety nie są dobrymi kryminałami), ani też powieścią sensacyjną.

Efektem jest książka przekombinowana nawet jak na standardy twórczości Glena Cooka. Jeśli naprawdę brakowało mu pomysłów na przygody swego bohatera mógł (do diabła) skupić się na magii tego świata i wprowadzić czarodziejów (którzy jak do tej pory są jedynie elementem tła). Niestety efekt osiągnięty w tej powieści przypomina ten z Petty Pewteret Gods: tak jakby Cook próbował naśladować Pratchetta, ale zupełnie mu nie wyszło.

ggBrudne ulice nieba:

Ocena: 8/10

Urban Fantasy o aniołach. Niebianin o imieniu Doloriel (które jego przyjaciele skracają do „Dolar”) pełniący funkcję adwokata umarłych zostaje zaplątany w bardzo paskudną aferę. Otóż niektóre dusze, miast trafiać na sąd znikają… Jako, że pierwszy raz przydarza to się właśnie w trakcie jego pracy sytuacja szybko staje się dlań nieprzyjemna…

Wokół urban fantasy było w ostatnich latach dość gorąco, gatunek zrobił się bowiem popularny, a nie mieszkalibyśmy w Polsce, gdyby nie znaleźli się ludzie, którym to przeszkadzało. Ja osobiście bardzo go jednak lubię, bowiem łączy ze sobą dwie, szalenie interesujące konwencje: klasyczną magię i miecz oraz detektywistyczno-kryminalno-sensacyjną. Jako, że na warsztat bierze równie interesujące tematy, jak przestępczość, miejskie legendy, pracę służb mundurowych oraz znajdujące się w zasięgu ręki tajemnice, jest ono równie atrakcyjny zarówno dla pisarzy jak i czytelników.

Nie da się ukryć, że Tad Williams doskonale się w nim odnalazł. Stworzył więc wciągającą lekturę, pełną barwnych postaci, ciekawych miejsc oraz zawiłych tajemnic, którą pochłonąłem w zaledwie kilka dni. Jeśli ktoś poszukuje inteligentnej rozrywki na wysokim poziomie, to powinien sięgnąć właśnie po tą pozycję.

vDzikie karty

Ocena: 8/10

Zbiór opowiadań o superbohaterach zebranych i zredagowanych przez George R. R. Martina, będąca wstępem do uniwersum Dzikich Kart. Powiem krótko: w październiku kupuję drugi tom i czekam na następne.

Fabuła toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie w roku 1946 nad manchatanem zostaje rozpylony obcy wirus powodujący mutacje. W efekcie czego część populacji (około pół procent światowego pogłowia) ludzkiej ulega przemianie. Część osób umiera, inni (nazywani Asami) otrzymują supermoce, jeszcze jedni (nazywani Dżokerami) zmieniają się w groteskowe postacie. Później większość kluczowych wydarzeń historycznych toczy się swym własnym tokiem, uzupełnionym o jednych i drugich. Tak więc w chwili, gdy dżokerzy razem z mniejszościami etnicznymi i seksualnymi spychani są do getta za asów biorą się senackie komisje do zwalczania komunistów.

Ogólnie rzecz biorąc: jakie zbiory opowiadań są każdy widzi. Tak więc także i w tym wypadku mamy sporo opowiadań dobrych, kilka średnich oraz parę poniżej normy. Mimo to jestem pozytywnie zaskoczony tym zbiorem. W szczególności podoba mi się dbałość o oddanie historyczno-społecznych realiów. Widać, że autorzy odrobili swoje lekcje.

55Faded Steel Heat:

Ocena: 7/10

Tom dziewiąty cyklu o Prywatnym Detektywie Garrecie, a zarazem druga, nie wydana w Polsce część rozpoczyna ostatni „Stosik” z jakim muszę się rozprawić przed operacją „dokupić książek”. Tym razem jest to stosik literatury anglojęzycznej, na którą nawiasem mówiąc składają się głównie właśnie takie, przerwane przez wydawców cykle.

Przenosimy się do Tun Faire, zamieszkanej przez kolekcję post-tolkienowskich ras metropolii atmosferą podobnej do Nowego Orleanu. Wojna z Venegeti, która toczyła się od trzech pokoleń stanowiąc tło poprzednich opowieści skończyła się dwa tomy temu. Do miasta zaczynają więc napływać weterani i zwolnieni ze służby poborowi, by odkryć, że ich miejsca pracy zostały zajęte przez nieludzi. Rośnie między-rasowy resentyment i niechęć. W tym czasie Garret otrzymuje zlecenie rozwikłania tajemnicy kolejnej zbrodni.

Pisałem już kilka razy o zaletach urban fantasy jako gatunku, więc powtarzać się nie ma chyba sensu. Gleen Cook potrafi je zresztą bardzo dobrze wyzyskać. Jego powieść w prawdzie trudno nazwać szczytowym osiągnięciem kryminału (wręcz przeciwnie: kryminałem jest raczej kiepskim i polega głównie na tym, że detektyw chodzi po mieście, przeżywa przygody i w pewnym momencie zwyczajnie obwieszcza, kto zabił), jednak posiada swoją własną atmosferę, stanowiąc przykład rzadko spotykanego w fantasy, psychologicznego i socjologicznego realizmu. Cook, podobnie jak robił to w Czarnej Kompanii sprawnie łączy te wątki z walkami z potworami, czarami i czarnym, sarkastycznym humorem.

Zmienia się też sama atmosfera Tun Faire. Ta staje się ciężka, miasto obecnie nie przypomina już Nowego Orleanu, a zmienia się bardziej na wzór Berlina krótko po I Wojnie Światowej, doświadczającego nagłego wzrostu ruchów prawicowych i walk między socjalistami, a Freikorpsem. Podobna sytuacja zachodzi teraz także na kartach powieści, przy czym w rolę pierwszych wcielają się nieludzie, a w drugich: Zwolennicy Ludzkich Praw.

6666666Fionawarski gobelin

Ocena: 5/10

Znacie to uczucie, gdy czytanie dobrą, wciągającą książkę i gdy zarywacie noc, bo chcecie przeczytać jeszcze jedną stronę i zobaczyć co jest dalej? Cóż… Fionawarski gobelin mi tego uczucia nie dostarczył. Przeciwnie wręcz, główną przyczyną z której męczyłem się z tym „dziełem” od października zeszłego roku był efekt zgoła odwrotny: mając do wyboru czytać tą książkę lub pospać piętnaście minut dłużej zwykle wybierałem to drugie. Guy Gavriel Kay okazał się bowiem nieprzeciętnym nudziarzem.

Powieść tą można streścić jako „Władca pierścieni” Tolkiena spotyka „Białą boginię” Gravesa. Oto gromada młodych ludzi zostaje przeniesiona do obcego świata, w którym zostają wciągnięci w wojnę ze złem typu „Buhahaha” mimo, że (poza Jennifer) nie mają do tego żadnego, osobistego powodu.

Walka ta szczególnie ekscytująca nie jest, polega głównie na tym, że postacie podróżują z punktu w punkt i tu odprawia rytuał, tam odprawią rytuał… Wszystko to w towarzystwie dętych problemów, cudzych romansów z przed tysięcy lat oraz bełkotu. Ogromną wadą książki są bardzo słabo nakreślone postacie, które de facto nie maja celów w udziale w konflikcie innych niż „bo mój ojciec wysadzał mosty na wojnie” albo „bo sto inkarnacji temu byłem dzieciobójcą”. Nawet Maugrim wypada blado, tak naprawdę nie czuć jego zła i wcale nie jest przedstawiany w gorszym świetle niż cała gromada wymagających ludzkich ofiar i samookaleczeń, jakoby dobrych bóstw. Ot zwykły narcyz na placu zabaw dla sadystów.

Bardzo niepotrzebnie też moim zdaniem do tego dzieła wpleciono też wątek arturiański. Tym bardziej, że Artur jest tutaj chyba najmniej atrakcyjną postacią. Łazi tylko z kąta w kąt i powtarza „Ach! Jaki ja jestem przeklęty!” oraz „Oj, zaraz coś mnie zabije!”. Nawiasem mówiąc narzekanie na różne klątwy, brzemiona i trudy przeznaczenia. Już nawet Elryk mniej marudził. Najgorszymi męczybułami w tym towarzystwie są chyba Kimberly i Galadan.

Słabe jest też zakończenie. Znaczy się: jest ono typowo Tolkienowskie i wykończenie Wielkiego Zła polega ponownie na dostarczeniu odpowiednich artefaktów we właściwe miejsce. Artefakt pojawia się na perwszych stu stronach i na pewno domyślicie się, o który chodzi. Na wypadek gdybyście się nie domyślili na końcu tekstu zostawiłem spojler.

Pozycja raczej słaba, nie warta poświęconego czasu.

eIlustrowany przewodnik po zamku Amber:

Ocena: brak

„Artefakt” (czyli książka udająca rzekomą książkę pochodzącą z obcego świata) dla miłośników Amberu, wydany wieki temu w Polsce, na fali popularności cyklu. Opisuje on wnętrze tytułowego zamku wraz z pokojami mieszkańców i większością najważniejszych postaci. Całkiem fajna i sympatyczna pozycja dla miłośników cyklu, choć momentami nie do końca spójna ze światem przedstawionym powieści. Poza kręgiem fanatyków Amberu raczej zainteresowania w nikim jednak nie wzbudzi.

30014Kawaler mieczy

Ocena: 7/10

Pierwszy tom cyklu Corum. Przenosimy się do świata zamieszkanego przez trzy rasy o tak skomplikowanych nazwach, że ani przepisać się tego nie da, ani wymówić, przy czym jedna jest odpowiednikiem ludzi, a dwie pozostałe to tajemnicze, nieśmiertelne istoty.

Jak to zwykle u Moorcocka bywa historia opowiada o walce między kosmicznymi siłami Chaosu, Prawa i Równowagi oraz losach reprezentującego tą ostatnią Wybrańca. Tym razem rola ta przypada księciu Corumowi W Czerwonym Płaszczu, ostatniemu z przedstawicieli jednej z wymienionych ras. Opowieść w wielu miejscach przypomina historię Elryka, przy czym tym razem to ludzie są czynnikiem Chaosu, a dawne rasy agentami Prawa, w odróżnieniu od dekadenckich i nieokiełznanych przodków owego bohatera nadmiernie racjonalnymi.

Corum jest też przykładem staroszkolnego fantasy, otrzymujemy więc potężnego bohatera uzbrojonego w magiczne artefakty, który podróżuje przez świat (a raczej światy) walczy z potworami, mierzy się z bogami i jednocześnie przeżywa różnego rodzaju cierpienia i upokorzenia. Książkę trudno nazwać genialną, jej styl jest bardzo oszczędny, ale jednocześnie czystszy niż w miejscami trudnym do zrozumienia Elryku (albo też może po prostu książka ta jest lepiej przetłumaczona). Wydaje mi się też lepiej napisana od wymienionego.

hhhKrólowa mieczy:

Ocena: 6/10

Wiecie co? Nie lubię Moorcocka. Napisał z milion książek, połowa z nich to kanon fantasy i science fiction, ale co z tego, jeśli wszystkie są na jedno kopyto?

Po całkiem niezłym poprzednim tomie Corum zostaje uwikłany w kolejny gambit między bogami Ładu i Chaosu. Ponownie musi stawić więc czoła jednemu z tych ostatnich oraz podjąć podróż do rządzonego przezeń wymiaru, by znów ocalić swój świat.

Fabuła powieści nie porywa: po prostu jadą i walczą, czasem wygrywając dzięki mieczom, czasem czarom, a czasem dzięki podstępowi. Nieco lepiej jest z akcją, ta bowiem jest dużo ciekawsza, zdolność autora do wymyślania kolejnych lokacji i przeciwników należy docenić. Ogólnie rzecz biorąc czyta się to trochę jak zapis z sesji RPG lub grę komputerową: komnata – potwór, komnata – potwor, komnata – potwór. Ma to pewien urok, jednak obawiam się, że formula ta dość mocno została wyeksploatowana już przez autorów gier i ich literackich adaptacji, nie cieszy więc już tak jak kiedyś.

Szkoda też, że utwór ten jest dość ciężki w czytaniu z uwagi na ciągłe odnośniki do stworzonego przez autora multiwersum. O ile poprzedni tom pod tym względem był dość czysty, to tym razem autor znów namieszał, przez co lektura nie jest do końca zrozumiała.

Jak wspominałem: na pochwałę zasługuje natomiast bogata wyobraźnia pisarza. W książce tej znaleźć można wiele, zapadających w pamięć motywów. Mi osobiście najbardziej podobało się koszmarne Jezioro Głosów…

123Król mieczy:

Ocena: 5/10

Ciąg dalszy przygód Coruma. W tym odcinku nasz bohater będzie musiał stawić czoła następnemu bóstwu chaosu, by raz jeszcze uratować swój lud oraz oczywiście ocalić świat. Rozwiąże się też tajemnica dzierżonych przezeń artefaktów.

Muszę powiedzieć, że w tomie tym autor już zupełnie pojechał po bandzie. Nie tylko przesadził z wprowadzeniem elementów swojego multiwersum i ponownie dokonać wykładu na temat jego wizji wszechrzeczy, to jeszcze dodatkowo otrzymujemy crossover z jego innymi dziełami, a dokładniej cyklami o Wiecznym Wojowniku i Elryku z Melnibone.

Nie dość, że jak zwykle w takim wypadku dzieło jest niezrozumiałe, bez znajomości poprzednich części (czy też raczej: kompletu bibliografii Moorcocka, bo z tego, co przeczytałem wynika jasno, że wpakowano do niego także elementy cyklu o Złodziejach Snów oraz cyklu Glorianny, naszpikowany jest też odniesieniami do cyklu Hawkmoona), to dodatkowo jest jeszcze nudne. Wynika to z faktu, że stanowi retelling opowieści o Znikającej Wieży, przy czym napisany tym razem z punktu widzenia Coruma (oprócz tego opowieść ma też swoją wersję widzianą oczami Elryka i Erokese).

Ogólnie rzecz biorąc wygląda to jakby Moorcock w pewnym momencie zaczął pisać fanficki do samego siebie. Kiepsko to wygląda, więc nie polecam.

9Krwawe Rytuały

Ocena: 8/10

Tym razem Harry Dresden zostaje wynajęty celem znalezienia osoby odpowiedzialnej za serię makabrycznych zgonów na planie filmu dla dorosłych. Produkcję owego filmu prześladuje straszliwy pech. Nasz bohater obawia się klątwy entropijnej, która wywołuje pseudo-losowe efekty…

Jednocześnie do miasta przybywa znana nam już wcześniej wampirzyca Czarnego Dworu: Mavra, która ma z Dresdenem do wyrównania liczne rachunki krzywd.

Ogólnie: urban fantasy kryminalne w swej klasycznej odsłonie. Tym razem w prawdzie „na ekranie” nie ma Rycerzy Krzyża, jednak nadal dzieje się dużo, by nie powiedzieć: bardzo dużo. Fabuła nie zawiera zbyt dużej ilości śledztwa, za to całe masy akcji. Butcher zachowuje swoją zdolność do wprowadzania brawurowych scen i równie brawurowych rozwiązań.

Na osobną nagrodę zasługuje też sposób rozwiązania problemu Czarnego Dworu, który jest zadziwiająco prosty (Mamy problem z wampirami, to co robimy? Bierzemy dwóch najlepszych rewolwerowców, jakich znamy + kupę broni + drugiego maga), choć moim zdaniem pomysł Kincaida (wysadzić budynek razem z zawartością, a gruzy podpalić) był jeszcze lepszy.

Ogólnie: fajna, wesoła książeczka.

Tylko Butcher mógłby sobie darować ciągłe okaleczanie i ranienie Dresdena.

12Księżyc nad Socho:

Ocena: 8/10

Kontynuacja bardzo przyjemnych „Rzek Londynu”. Ponownie przyjdzie nam śledzić losy służącego w brytyjskiej policji czarodzieja. Tym razem okazja ku temu trafi się w związku z trwającym w tytułowym Socho śledztwem dotyczącym serii tajemniczych, nie do końca naturalnych zgonów muzyków jazzowych.

O ile w wypadku pierwszego tomu miałem mieszane uczucia, bowiem styl, w jakim był napisany był odrobinę nierówny, mimo, że sama powieść była wyjątkowo wciągająca, tak w tym tomie autor rozwija w pełni swoje zdolności, a śledzenie fabuły pozbawione jest zgrzytów. Sama akcja książki staje się bardziej wielowątkowa i przy tym gęstsza, atmosfera nabiera powoli owego mrocznego charakteru typowego dla czarnych kryminałów (choć nadal pozostajemy w kolorowym świecie urban fantasy rodem z Harrego Pottera). Wielkim atutem ksiąski są też barwne postacie i atmosfera Londynu: miasta w którym historia i tradycja splatają się w jedno z nowoczesnością i nurtami wielu kultur.

O ile poprzedni tom wydawał mi się godnym, lecz mimo wszystko słabszym konkurentem cyklu o Harrym Dresdenie, tak ten moim zdaniem jest dlań równym przeciwnikiem. Z niecierpliwością czekam więc na kolejne części.

e9c724eeb5636d1c1c1a2c2e85d40377_XLNa zachodzie bez zmian

Ocena: 10/10

Wiecie co? Po raz pierwszy zdarzyło mi się, żebym się w trakcie lektury książki zdenerwował… I to nie na autora, bowiem książka tylko umocniła moje poglądy, ale właśnie dlatego, że znalazły one mocne potwierdzenie. Nie dziwię się, że po swoim dojściu do władzy naziści palili tą książkę, a autora pozbawili obywatelstwa. Gdy do władzy dojdą jacyś inni wojenni podżegacze książki Remarque znowu będą palone.

Na Zachodzie Bez Zmian to silnie pacyfistyczna powieść, w zasadzie nie posiadająca ciągłej fabuły, stanowiąca raczej zlepek scen umieszczonych w chronologicznym ciągu, bez splatającej je intrygi. Opowiadają one o frontowej codzienności młodego żołnierza, który, jak dowiadujemy się z jego opowieści zaciągnął się do walki na skutek młodzieńczego idealizmu, wraz z całą klasą podburzony przez nauczyciela.

Książka nie próbuje nas jednak skłaniać do litości, czy wykazania empatii wobec bohatera, ani nawet na siłę zmuszać do sympatyzowania z nim. Nie próbuje nas też przekonywać do okropieństw wojny, pokazując przemianę tego biedaka z niedoświadczonego młodzieńca w maszynę do zabijania; Remarque nie chwyta się żadnego z tych ogranych, tandetnych chwytów.

Przeciwnie, bohatera praktycznie nie znamy inaczej, niż jako żołnierza, także jego postawa moralna jest trudna do podważenia: to człowiek skupiony praktycznie rzecz biorąc wyłącznie na przeżyciu (co prawdopodobnie dla nas, pokolenia obeznanego z założeniami surwiwalu jest mniej szokujące niż dla ludzi dwudziestolecia międzywojennego), nieznający innego życia niż wojna, człowiek, z którego front nie tyle zrobił mordercę, co drobnego złodzieja i kombinatora… Biorąc pod uwagę fakt, że powieść jest boleśnie realistyczna, choć bez popadania w skrajny naturalizm jej siła oddziaływania jest bardzo duża.

aaaaRzeki Londynu

Ocena: 7/10

Urban Fantasy czas jakiś temu zrobiło się popularnym gatunkiem, czemu nie powinniśmy się dziwić, łączy w sobie bowiem stylistykę i najlepsze cechy przynajmniej trzech, bardzo nośnych gatunków: fantasy, powieści kryminalnej (lub sensacyjnej, zależnie od wydania) oraz miejskich legend. Jest więc zarówno czym zainteresować czytelnika, jak i o czym pisać.

Tym razem przenosimy się do Londynu, gdzie poznajemy młodego, ambitnego policjanta, który odkrywa w sobie magiczne moce. Pod opieką czarodzieja-mentora musi on poznać nadprzyrodzone sekrety brytyjskiej stolicy i rozwiązać tajemnice brutalnych zbrodni.

Ogólnie rzecz biorąc książka ta jest takimi Aktami Dresdena, w wersji o ton słabszej, o ton mniej zabawnej i o tyle samo mniej fatalistycznej. Daleko jej od literackiego geniuszu, jednak żywe pióro i lekki styl sprawiają, że bez większych oporów przyswajałem akcje, a całą książkę niemal pochłonąłem. Jeśli więc lubicie urban fantasy, to polecam wam tą pozycję z całego serca.

666666666666666Rycerz Siedmiu Królestw

Ocena: 8/10

Czyli zbiór opowiadań, których akcję osadzono w świecie Pieśni Lodu I Ognia, w czasach gdy u władzy znajdowali się Targerynowie. Opowiada o losach wędrownego „rycerza” Dunca Wysokiego i jego giermka Jajo, wędrujących razem po tytułowych Siedmiu Królestwach.

Rycerz Siedmiu Królestw jest typowym (jeśli można to tak nazwać) dziełem George R. R. Martina, podejmującym podobne tematy, jak Pieśń Lodu I Ognia. Między obydwoma książkami jest jednak kilka różnic. Po pierwsze: Rycerz nie jest aż tak okrutny i nieprzewidywalny jak oryginał, aczkolwiek fabuła nadal daleka jest od utartych schematów. No, chyba, że za taki uznać stwierdzenie, że „każdy dobry uczynek zostanie surowo ukarany”.

Po drugie tym razem autor nie skupia się też na najwyższych warstwach społeczeństwa: królach, namiestnikach prowincji i najwyższych rodach Westeros, ale na znacznie niższym poziomie: wędrownych rycerzach i pomniejszych lordach, dużo bliższych pospólstwu i nie aż tak wyniosłych jak tamci. Rzuca więc zupełnie inny obraz na znane już nam uniwersum.

8Serce bestii:

Ocena: 6/10

Mimo, że lubię twórczość Tanith Lee to akurat ta powieść zupełnie do mnie nie trafiła. Mamy tu opowieść o wilkołaku, w starym stylu, traktującą o wilkołactwie jako klątwie, do tego dochodzi kilka postaci splecionych ze sobą emocjonalnymi więzami. Całość jednak pozbawiona jest charyzmy i nie porywa.

Przeciwnie: wilkołak chodzi bez celu i masakruje rozmaite inne postacie, jedne zasłużenie, inne niezasłużenie. Koniec końców nasz potwór zostaje jednak utłuczony przez raczej niezbyt pociągającą postać kobiecą i wszystko kończy się dobrze. Wracać do tego nie będę.

bSolomon Kane: Okrutne przygody

Ocena: 6/10

Książka kupiona głównie dla celów kolekcjonerskich. Solomon Kane należy do tej samej serii, do której należało trzytomowe wydanie Conana oraz Kul z Atlantydy. O ile Conan był niezły, choć zdarzały mu się chwile lepsze jak i gorsze, tak Kul był potwornie słaby, a Solomon Kane jest niestety jeszcze słabszy.

Podobnie jak w wypadku poprzednich tomów mamy do czynienia raczej z opracowaniem literaturoznawczym, niż typową książką do czytania. Tak więc przedstawione tu wersje są możliwe jak najbliższe oryginałowi, nie poprawiano nawet błędów i powtórzeń popełnionych przez autora, wiele opowiadań to tylko fragmenty, których Howard nie dokończył.

Co do zakończonych pozycji to niestety trzymają one poziom raczej tych gorszych Conanów. Solomon Kane jest postacią umiarkowanie udaną. Teoretycznie jest to człowiek bardzo doświadczony, obeznany ze światem i jego regułami, bywały w różnych krajach, a przy tym dziki zabijaka oraz siłacz jakich mało… Tak naprawdę jednak to najczęściej w swoich przygodach robi niewiele, przypada mu natomiast głównie rola świadka. Problemy rozwiązują za niego natomiast różnego rodzaju zrządzenia losu, znajomi, afrykańscy szamani, uczynne demony i chodzące szkielety, które w morderczym szale likwidują zawsze akurat tych ludzi, którzy jakoś tam naszemu protagoniście zaszli za skórę.

Słabe to po prostu jest.

6Stwory światła i ciemności:

Ocena: 6/10

Dziwna książka… Nie jestem pewien, czy wynika to z niedostatków tłumaczenia, stylu autora, czy też zbyt skrótowego potraktowania fabuły i nadmiernej zwięzłości, ale lektura tego utworu jest… No właśnie dziwna… Trochę trudno zrozumieć o co dokładnie w nim chodzi…

Fabuła opowiada o egipskich bogach walczących o poszerzenie i utrzymanie swej władzy nad wszechświatem. Podobnie jak „Pan Światła” osadzona jest w charakterystycznym uniwersum techno-fantasy (obecnie modne jest mówić „science-fantasy”, ale gdzie tu do diabła jest „science”?), a nadprzyrodzone moce równie dobrze mogą być wytworami nadludzko rozwiniętej technologii jak i umiejętnościami magicznymi. Powieść opowiada natomiast o spiskach i podstępach Anubisa i Ozyrysa, oraz o tym, jak spiskowcy sami sobie gotują nieprzyjemny los.

Fabuła ta jednak nie jest przedstawiana w pięknej formie, a wręcz przeciwnie, utwór wygląda na napisany niechlujnie. Autor momentami usiłuje być śmieszny i dodawać scenki o komicznym wydźwięku, lecz niestety nie zawsze mu to należycie wychodzi.

Szkoda, bo lubię książki Zelaznego.

bn4459Szalony różdżkarz

Ocena: 5/10

Kontynuacja „Odmieńca”, książki, która kilka lat temu bardzo mi się spodobała (głównie dzięki swej prostocie i bezpretensjonalności). Pol Detson, dziedzic smoczego władcy i złego czarnoksiężnika Lorda Det-a, po pokonaniu swego przyrodniego brata całkowicie zadomawia się w świecie magii. Rozpoczyna też poszukiwania źródeł swej mocy.

O ile „Odmieniec” był powieścią fajną, choć nieszczególnie ambitną, tak niestety „Szalony Różdżkarz” cierpi na tak zwany „Syndrom Drugiego Tomu”. Fabuła w nim wyraźnie spowalnia i niestety mętnieje, wyraźnie dążąc do kulminacji i rozwinięcia w tomach następnych. Nie byłoby to wadą, gdyby Zelazny takie napisał, faktycznie jednak dalsze części nigdy nie powstały, a pomysł serii został zarzucony. W efekcie czego zostajemy zawieszeni nad wiecznym cliffhangerem.

Ogólnie sprawia to, że czytanie tej książki, mimo dość intrygującego zawiązania akcji, ciekawego stylu i interesujących pomysłów mija się z celem. Ja ją kupiłem jedynie dla celów kolekcjonerskich.

5Szczęśliwa godzina w piekle:

Ocena: 7/10

Kontynuacja cyklu o Bobbym Dolarze. Nasz anioł, by ocalić swoją ukochaną diablicę Cassimirę z rąk innego demona musi nielegalnie udać się do piekła i wmieszać się w tłum potępieńców.

O ile poziom literaci książki jest przyzwoity, a sama akcja trzyma wysoki poziom obfitując w liczne zwroty, to powieść czyta się dość ciężko. Bobby Dollar podejmuje wyprawę niczym Dante w Boskiej Komedii, podróżując przez kolejne kręgi piekieł, wpadając w tarapaty, stając się świadkiem nieszczęść oraz będąc poddawany torturom, szczutym, katowanym i tropionym na niemalże każdym kroku. Kolejne męki jednak dość szybko czytelnikowi obojętnieją niemal tak samo, jak naszemu aniołowi, co chyba nie jest zamiarem autora. Podobnie oddziaływać na niego przestaje też wylewające się z każdego zakątka obrzydlistwo. W efekcie czego akcja niestety momentami się dłuży.

Z drugiej strony jednak przed czytelnikiem i samym Dollorielem odsłaniane są nowe aspekty świata przedstawionego, a intryga rozpoczęta w poprzednim tomie odsłania swoje kolejne aspekty. O ile więc wątek podróży samego bohatera mógłby być może być bardziej interesujący, tak ogólna fabuła nabiera coraz większego rozmachu. Nie zmienia to faktu, że poprzedni tom zwyczajnie bardziej mi się podobał.

7Śmiertelne maski:

Ocena: 8/10

Bummm! Na kłopoty najlepsze jest orbitalne bombardowanie!

Czyli piąty tom Akt Dresdena. Tym razem Harry musi poradzić sobie z podwójnym zadaniem. Niemal w tej samej chwil i wyzwanie rzuca mu jeden z przywódców wampirzego Czerwonego Dworu, toczącego właśnie wojnę z Białą Radą magów. Po drugie musi odnaleźć ukradziony z katedry Całun Turyński. Nie byłoby to łatwe nawet wówczas, gdyby w sprawę nie wmieszali się Rycerze Krzyża, banda wrednych demonów oraz pewien, dyżurny gangster.

Ogólnie rzecz biorąc: Akta Dresdena nie są cyklem, który zwalałby z nóg. To po prostu dobre rzemiosło zapewniające rozrywkę na odpowiednim poziomie. Tom ten jest moim zdaniem umiarkowanie dobry: Rycerz Lata oraz Śmiertelna Groźba podobały mi się bardziej. Niemniej jednak do gry wprowadzone zostaje kilka ciekawych postaci oraz całkiem fajnych pomysłów.

Bardzo interesującym bohaterem wydaje mi się Kincaid, choć coś czuję, że nie jest to niestety przedstawiciel mojego ulubionego typu postaci czyli Badass Normal. Fajny jest Sanya, choć posługuje się nieco opatrzonym już w popkulturze rodzajem dziwności. Interesującym motywem i naprawdę ciekawym pomysłem są srebrniki Denarian.

Ogólnie fajna lektura, nad którą przyjemnie spędziłem kilka wieczorów. Chcę więcej. Szkoda, że będę musiał na to czekać zapewne do lutego. Tym bardziej, że w chwili, gdy opublikuje te słowa Krwawe Rytuały (IMHO trochę lepsze) powinienem również już zakończyć.

44Takeshi: Cień Śmierci:

Ocena: 6/10

Co tu dużo mówić: słabizna. Maja Lidia Kossakowska jest jedną z lepszych pisarek w stajni Fabryki Słów, niestety jednak jej twórczość nie jest równa. Opowieść o magicznym cybersamuraju natomiast nie należy do jej najwybitniejszych dzieł, tym bardziej, że więcej w niej wypruwania flaków, niż fabuły. Mimo, że książka liczy aż 400 stron autorce nie udało się nawet porządnie zawiązać tej ostatniej. Wyszła jej więc taka trochę wydmuszka.

Kossakowska pisze, że powieść ta jest takim filmem, który chciała od zawsze obejrzeć. Cóż, może na ekranie lepiej by to wypadło. Nad wersją papierową natomiast nie ma nawet za bardzo co strzępić języka.

3Wieża asów:

Ocena: 7/10

Drugi zbiór opowiadań z uniwersum Dzikiej Karty. Jak każdy taki zbiór ma swoje wzloty i upadki, choć muszę powiedzieć, że tym razem nie przypadł mi on szczególnie do gustu i uważam go za słabszy od poprzedniej części. Fabuła jest dość prosta: w kierunku Ziemi lecą trzy, obce cywilizacje. Pierwszą są sprawcy zamieszania z poprzedniej odsłony: Tachizjanie, którzy zorganizowali sobie Grę o Tron w kameralnym wydaniu. Drugą: Sieć, potężna, merkantylna koalicja ras, w której wszystko jest na sprzedaż, trzecią: Matka Roju, czyli coś w rodzaju lewiatana Zergów z wbudowaną na stałe Kerrigan. Wszystkie trzy mają zamiar użyć ziemian dla swoich celów.

Mówiąc krótko: pomysł nawalanki między ksenomorfami, a superbohaterami jest dla mnie ok, w szczególności, że normalne władze też pokazują, co potrafią (atom! atom!), jednak poszczególne opowiadania nie do końca do mnie trafiają. Jest trochę za dużo Fortunati, a ta postać do mnie nie przemawia. Znacznie lepiej wykorzystany jest Croyd, dużo lepsza koncepcyjnie postać.

Najbardziej kuleją jednak punkty, które powinny być najmocniejszymi elementami zbioru. Opowiadanie George R. R. Martina, o Wielkim i Potężnym Żółwiu, które de facto firmuje zbiór jego nazwiskiem jest mało atrakcyjne. Autor popada w tą, charakterystyczną dla lat 90-tych depresję i manię odbrązawiania. Tak więc zamiast bohatera otrzymujemy użalającego się nad sobą dupka, który przegrał życie na hobby polegające na biciu ludzi. Nie pogromcę zła, ale gościa sadystycznie wyżywającego się na słabszych od siebie pod pretekstem walki z bandziorami. Trochę dziwna poza, tym bardziej, że pasjonaci w ten sposób nie funkcjonują. Odwrotnie, żyją swoją drugą osobowością, podczas, gdy ta zarabiająca na chleb jest tylko szarym elementem tła, niezbędnym do podtrzymania ich prawdziwej egzystencji.

Także kulminacyjna scena rozprawy z ziemskimi agentami Matki Roju wypada słabo, po prostu kulejąc warsztatowo. Autorowi, któremu przypadło jej napisanie zwyczajnie nie starcza warsztatu i talentu do scen akcji.

Słowem: jest ok, ale mogło być lepiej.

bnWidmowy Jack

Ocena: 8/10

Stara, ale ważna dla gatunku powieść Rogera Zelaznego, klasyfikowana zwykle jako fantasy, lecz faktycznie nie dająca się łatwo zaszufladkować. Głównym bohaterem jest tytułowy Widmowy Jack, Pan Cieni, złodziej, oszust i egoista. Trudno powiedzieć: człowiek czy istota demoniczna.

Już za życia autora powieść ta budziła kontrowersję. Z jednej strony inspirowała wielu innych pisarzy i zdobyła szereg nagród. Z drugiej: była mocno krytykowana, autora bowiem trudno nazwać geniuszem gatunku, a co najwyższej (bardzo) sprawnym rzemieślnikiem, sama książka posiada też niestety wiele niedociągnięć.

Jak wiele postaci Zelaznego także i Jack jest triksterem oraz Szekspirowskim łotrem, a przy okazji reprezentuje wysoki poziom mocy, mogący być sklasyfikowany jako boski. O ile jednak większość z jego postaci było raczej pozytywnych, tak on, mimo, że początkowo z nim sympatyzujemy okazuje się wyjątkowo antypatycznym. Książka stanowi niemal studium egoizmu i bezduszności.

W efekcie tego powieść okazuje się wyjątkowo ponura i mroczna. W moim odczuciu brakuje w niej nieco puenty, a zakończenie w najlepszym razie średnie. Jest to dość zaskakujące, tym bardziej, że sam Jack rozwijany jest co najmniej konsekwentnie, a jego działania są jak najbardziej odbiciami jego natury, która po prostu zyskuje z czasem coraz większe możliwości realizowania siebie. Jack przebywa drogę identyczną, jaką musiał przebyć Sauron od Wojny Gniewu do stworzenia Jedynego Pierścienia.

Warto zwrócić też uwagę na bardzo ciekawą konstrukcję świata, łączącego w sobie cechy zarówno science fiction i fantasy.

indeks1W okowach mroku

Ocena: 8/10

Mam trochę mieszane uczucia odnośnie cyklu „Delegatury Nocy”. Gleen Cook niestety trochę nie potrafi wyjść poza ramy „Czarnej Kompanii”, odnoszę też wrażenie, że porwał się nieco z motyką na słońce. Przenosimy się więc do nawiedzonego przez złe moce, przypominającego Europę epoki walk z heretykami i schyłkowych krucjat świata. Przyjdzie nam tam śledzić zmagania ze starożytnymi, mrocznymi bogami, czary oraz rozgrywki polityczne toczące się zarówno na lokalnym dworze papieskim, jak i wśród lokalnych pseudo-muzułmanów.

Prawdę powiedziawszy odnoszę wrażenie, że autor przesadził nieco z settingiem oraz jego rozmachem, w efekcie czego książka pełna jest chaosu, a poszczególne wątki niekoniecznie się splatają (wręcz przeciwnie, z tomu na tom robi się ich coraz więcej), przez co lektura jest ciężka i momentami nudnawa.

Z drugiej strony nadal mamy do czynienia z całkiem udaną powieścią military-fiction, co ma swoje wady i zalety. Bohaterowie przypominają swoich odpowiedników z tamtego cyklu, towarzyszy im też zdrowy sceptycyzm, cynizm i kpina oraz wisielczy humor. Czyli wszystko, za co cenię tego autora.

zakletyZaklęty miecz:

Ocena: 10/10

Książka o której pisałem już wielokrotnie. Urządziłem sobie do niej powrót z okazji pokonana Wielkiej Przeszkody w zeszłym miesiącu. Jak zwykle przy powtórnym czytaniu powieść wiele straciła, jednak nadal dawała dużo radości.

Podoba mi się barwny, minimalistyczny styl tej książki oraz jej zwięzłość. Autor posiadł niezwykłą zdolność przekazywania informacji bez lania wody, w efekcie czego na tych ledwie 250 stronach zmieścił tyle, że wielu współczesnym pisarzom nie wystarczyłoby na to nawet kilku tomów.

„Zaklęty miecz” opowiada wielowątkową historię Skafloka, wychowanego przez elfy młodzieńca uwikłanego w nieszczęśliwą miłość, ponurą, wojenną zawieruchę oraz konflikty między bogami. Poulowi Andersowi udało się tu utrzymać niezwykłą atmosferę nordyckich mitów, a jednocześnie uczynić z książki doskonały, świetnie czytający się i niestarzejący się utwór fantasy. Ogólnie tego autora widziałbym wśród jednych z najlepszych pisarzy fantastyki, a ten utwór nazwałbym jednym z najlepszych w jego twórczości.

2Zguba smoków:

Ocena: 8/10

Fantasy, któremu Sapkowski dał bardzo wysokie miejsce w swoim kanonie. I faktycznie książka jest bardzo dobra.

Mamy tu do czynienia z retellingiem klasycznej opowieści o walce ze smokiem. Tak więc posłaniec z zaatakowanego przez bestię królestwa dociera do siedziby rycerza, będącego jedynym, żyjącym smokobójcą. Zamiast jednak wojownika w lśniącej zbroi spotyka umorusanego świńskim łajnem, prowincjonalnego szlachetkę bardziej dbającego o swe włości, niż wielkie czyny. Ich przygoda wiedzie ich natomiast na dwór gdzie mało kto jest równie egzaltowany jak ów posłaniec…

Mimo streszczenia jak z Gry o Tron mamy tu raczej do czynienia z czymś w rodzaju Ziemiomorza Le Guin, choć w słabszym i bardziej awanturniczym wydaniu. Oraz jednocześnie dekonstrukcją klasycznej opowieści Sword and Sorcerry. Przy czym, jako, że gatunek ten jest już praktycznie wymarły ta ostatnia zaleta utraciła obecnie całą swą moc oddziaływania.

Mimo to książka nadal jest bardzo dobra.

Przeczytane w 2015 komiksy:

tFables 1: In Exile

Ocena: 7/10

Powody by zabrać się za ponowną lekturę Fables miałem trzy: po pierwsze kolega zaczął mnie namawiać na grę „Wolf Among Us!” (fajna, jeśli macie Tablet / Smartphona możecie ściągnąć „pierwszy rozdział” ze sklepu Google Play za darmo) o dwóch pozostałych już pisałem. Tak więc postanowiłem sobie przypomnieć ten, jakże świetny komiks.

Fables nie zaczyna się zbyt obiecująco. Przeciwnie, pierwsze trzy tomy są skrajnie typowym, choć dość fatalistycznym Urban Fantasy, akcja nabiera rumieńców dopiero w tomie czwartym, przez wielu uważanym zresztą za najlepszy.

Fabuła: w jednej z dzielnic Nowego Jorku żyją sobie bohaterowie baśni, wygnani ze świata (a raczej: światów) magii przez złowrogiego Adwersarza. Książęta i chłopi, potwory i ludzie, czarodzieje i cieśle tworzą społeczność uchodźców, jak tysiąc innych, egzystujących sobie spokojnie, gdzieś w cieniu owego miasta. Spokój ów pryska za sprawą krwawej zbrodni. Pełniący rolę stróża prawa Wielki Zły Wilk wraz z królewną Śnieżką rozpoczynają śledztwo…

ddddddddddddFables 2: Animal Farm

Ocena: 7/10

Tom drugi Fables przenosi nas na tytułową Farmę, czyli ukrytą za zasłoną zaklęć enklawę, w której ukrywają się nieludzcy zbiegowie ze świata baśni: olbrzymy i karzełki, gobliny, trolle, smoki i mówiące zwierzęta. Izolacja i brak kontaktu ze światem nie wpływa dobrze na ich morale i zwierzęta przygotowują się do zrzucenia władzy ludzkich baśni…

Prawdę mówiąc tom ten, mimo, że pojawiają się w nim koncepcje i informacje kluczowe dla przyszłych zeszytów ponownie nie urwał mi głowy. Niestety należy potraktować go jak nudny prolog do wiele lepszej całości.

9118josCa5LFables 3: Storybook of Love

Ocena: 6/10

Trzeci zeszyt Baśni jest jednocześnie najsłabszym ze wszystkich. Wielki Zły Wilk i Królewna Śnieżka, wspomagani przez kilka innych, pomniejszych postaci muszą stawić czoła spiskowi Złotowłosej i Sinobrodego. Jednocześnie swoją własną grę prowadzi egoista, wieczny narcyz, uwodziciel i wielokrotny rozwodnik imieniem Książę Uroczy.

Tom ten trudno nazwać porywającym, stanowi raczej konsekwentne zamknięcie wydarzeń z poprzednich dwóch i rozpoczyna sekwencję zdarzeń mającą otworzyć dwa kolejne. Do jaśniejszych jego stron należy natomiast opowieść o liliputach i jęczmiennych pannach.

3363485-04Fables vol.4 March of the Wooden Soldiers

Ocena: 10/10

Jedyny komiks który udało mi się przeczytać w tym miesiącu. Oraz prawdopodobnie najlepszy tom „Baśni na wygnaniu”, który wydano (choć osobiście kocham też „Homeland”,
„Sons of Empire” oraz „War and Pieces”).

Pierwsze strony albumu wypełnia historia zatytułowana „Last Castle” opowiadająca historię obrony tytułowego Ostatniego Zamku przed siłami Adwersarza. Była to pierwsza historia z uniwersum Fables In Exile, jaką przeczytałem, niemniej jednak urzekła mnie ona od samego początku. Dużo tu dynamicznych scen akcji, smoków, potworów, bohaterstwa, poświęcenia, tragedii i emocji. Już za sam ten rozdział wystawiłbym komiksowi bardzo wysoką notę.

Gdy tylko obrona Ostatniego Zamku kończy się do Fabletown przybywają niespodziewani goście, a wraz z nimi nowa fala chaosu, groźniejsza od którejkolwiek wcześniejszej. Opowieść zmienia też konwencję i z dość typowego urban fantasy typu „nieznany świat obok nas” zmienia się w inteligentną i na swój sposób epicką, a na pewno pomyślaną z wielkim rozmachem fantasy.

Po trzecie w tomie tym swój prawdziwy debiut przeżywa wiele ważnych i częstokroć naprawdę świetnych postaci: Babcia Totenkinder lepiej znana światu jako Zła Czarownica, Adwersarz (którego samego nie widzimy, ale po raz pierwszy naprawdę czujemy jego obecność) czy tytułowi Drewniani Żołnierze.

Naprawdę świetny tom.

dddddddddddFables 5: The Mean Seasons

Ocena: 7/10

Baśnie Na Wygnaniu mają tą wadę, że rozkręcają się i rozkręcają… Po dużym skoku napięcia z poprzedniego tomu akcja ponownie spowalnia, a zeszyt otwiera się dwoma opowieściami nieco bez pointy. Tak więc zaraz na początku Wielki Zły Wilk prowadzi śledztwo w sprawie agentów Adwersarza infiltrujących Fabletown, co w zasadzie streścić można jako „kolejny dzień jego życia”. Druga opowieść służy natomiast budowaniu jego postaci i traktuje o przygodach, jakie przeżył w trakcie II wojny światowej. Jest to epizod mocno oderwany od fabuły cyklu, ale lubię go. Bigby jest postacią, która bardzo dobrze wypada w działaniu, sama z siebie tworząc atmosferę.

Później fabuła idzie do przodu, choć raczej statecznie. Tak więc w Fabletown odbywają się wybory na burmistrza i Książę Uroczy detronizuje Króla Colie, który do tej pory pełnił tą funkcję. Powoduje to spore przetasowanie w lokalnym establiszmencie. Niestety jak zwykle Księciu coś nie wypala. Nie jest to koniec problemów: na świat przychodzą dzieci Wielkiego Złego Wilka i Królewny Śnieżki, Farma Zwierzęca terroryzowana jest przez potwora nazywanego Zefirem, a do świata doczesnego przybywa jedna z moich ulubionych postaci: Władca Północnego Wiatru.

Ogólnie: nie jest tak świetnie, jak w tomie czwartym, ale mocno na plus.

21328Fables vol. 6: Homelands

Ocena: 9/10

Śnieżka przeprowadza się na Farmę Zwierzęcą, by wychowywać swe dzieci. Książę Uroczy, Piękna oraz Bestia umacniają swój gabinet polityczny. Bigby znika z akcji, pozostając na dobrowolnym wygnaniu. Błękitny Chłopiec, utraciwszy pracę urzędnika, wraca do dawnego zajęcia partyzanta i uzbrojony w zestaw magicznych artefaktów najcięższego kalibru wyrusza w Strony Rodzinne by mścić swe krzywdy.

Główną treść tomu stanowi właśnie wędrówka Chłopca W Błękicie przez Krainy Baśni oraz przygody, jakie w jej trakcie przeżywa tocząc boje ze sługami Adwersarza. Poznajemy też prawdziwe oblicze przeciwnika naszych bohaterów i zasady funkcjonowania jego, bardzo sensownego Imperium Zła. Seria nabiera drugiego dna, obraz sytuacji powoli staje się coraz bardziej jasny, a przeciwnicy, do tej pory bardzo dalecy nabierają wreszcie wyrazistości.

3363488-07Fables vol. 7: Arabian’s Night’s (and Days)

Ocena: 7/10

Po świetnym tomie szóstym nadchodzi poprawny tom siódmy. Do Baśniogrodu przybywają wysłannicy Arabskich Baśni, toczących wojnę z Adwersarzem powoli podbijającym ich światy. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że jeden z nich przywozi ze sobą butelkę z dżinem.

Jako, że – jak uczy „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” – typowy dżin potrafi dwie rzeczy: budować pałace i obracać miasta w ruiny, a po tysiącu lat w zamknięciu raczej nie będzie w humorze na to pierwsze, akt ten potraktowany został jak przywiezienie walizkowej bomby atomowej na negocjacje pokojowe.

Ogólnie rzecz biorąc problemem tej części jest mieszanie stylizacji. Baśnie europejskie pasują do arabskich jak pięść do nosa. W tomie tym mamy więc do czynienia z nieco nadmiernym wymieszaniem elementów, przez co trochę trudno traktować go inaczej niż filler.

dddddddddddddddddFables vol. 8: Wolves

Ocena: 8/10

Na polecenie Księcia Uroczego Mowgli wyrusza na poszukiwanie Bigbiego. Burmistrz znajduje sposób, by Wielki Zły Wilk mógł zamieszkać z rodziną. W zamian za to nasz bohater musi udać się do Ziem Ojczystych i używając danych wywiadowczych zdobytych przez Chłopca W Błękicie oraz plastiku C-4 wyrównać część rachunków z Adwersarzem.

Dodatkowo ożywieniu ulegają stosunki rodzinne naszego bohatera. Bigby normalizuje stosunki nie tylko z dziećmi i królewną Śnieżką, ale też z Władcą Północnego Wichru, własnym ojcem, którego wcześniej próbował siedem razy zabić.

Bardzo porządny tom, zawierający w sobie wszystkie zalety serii. Łączy w sobie baśniową atmosferę i dojmujący realizm. Do tego dochodzi jeszcze chemia Bigby – Północny Wiatr. Z plansz na których pojawiają się razem dosłownie bije skrywana agresja.

rFables vol. 9: Sons of Empire:

Ocena: 10/10

Mój ulubiony zeszyt. Po akcji Bigbiego i Księcia Uroczego z poprzedniego tomu Adwersarza szlag trafił. Zwołuje więc radę w składzie: jego główny, wojskowy namiestnik, król Nomów, Królowa Śniegów, Jaś (od Małgosi), Pinokio, Rodney (drewniany żołnierz z pomniejszej historii kilka zeszytów wcześniej) i pewien skromny urzędnik celem znalezienia rozwiązania problemu zbuntowanych Baśni. Królowa Śniegu wychodzi z prostą propozycją: zniszczyć życie na Ziemi. Rodney i Pinokio, znający potęgę broni palnej i obawiający się, że w obliczu światowej inwazji Baśniogród zjednoczy się z ziemskimi rządami i urządzi im wjazd kilku dywizji pancernych na chatę wychodzą z kontrpropozycją.

Świetny tom. Składa się głównie z intrygowania i gadania o polityce, co jednak ma swoją atmosferę połączonego z całą masą świetnych, dynamicznych plansz pełnych bombowców, smoków, goblinów, czołgów, olbrzymów i strzelaniny.

6666666666666666666666666Fables vol. 10: The Good Prince

Ocena: 8/10

Obydwie strony powoli szykują się do wojny, starając się jednocześnie zmylić i opóźnić działania przeciwnika. Tak więc do Fabletown przybywa Jaś, by prowadzić negocjacje „pokojowe”. Oczywiście jego zamiary nie są bynajmniej dobre.

W tym samym czasie Flycatcher przeżywa swój kryzys osobowości. Z pomocą przychodzi mu uwięziony dotychczas w zbroi wiszącej w biurze Burmistrza duch. Razem z nim Flycatcher podejmuje swoją rycerską wyprawę i wyrusza prowadzić aksamitną rewolucję w Imperium.

Tom, mimo, że polega w dużej mierze na gadaniu bardzo dobry. Świetnie buduje napięcie, które rozładowane zostanie w następnym.

frFables vol. 11: War and Pieces

Ocena: 9/10

Fabletown wyrusza na wojnę z adwersarzem. Jedna strona dysponuje magią oraz nieprzeliczonymi armiami ludzkich i goblińskich żołnierzy, trolli, olbrzymów i smoków. Druga: również magią, nowoczesną bronią, materiałami wybuchowymi i nieograniczonym zasobem amunicji. Na korzyść tej ostatniej świadczy dodatkowo fakt, że drewniani żołnierze zostali właśnie niedawno wyeliminowani z układanki.

Ogólnie rzecz biorąc kolejny świetny tom pełen nawalanki, strzelaniny i bohaterskiego ponoszenia ofiar. Dodatkowo otrzymujemy masę bardzo dobrych, dynamicznych plansz walki i scen batalistycznych. W prawdzie bez takiego rozmachu i ponurego wydzwięku, jak w Sons of Empire, ale nadal jeden z najlepszych w serii.

dFables vol. 12: The Dark Ages:

Ocena: 8/10

Jak powiedział książę Wellington (co muszę zapamiętać, by użyć we własnej twórczości): „jedynym widokiem smutniejszym od pola zwycięskiej bitwy jest pole bitwy przegranej”. W Fabletown odbywa się liczenie trupów, a niektórzy ranni dogorywają. Pinokio wreszcie jednoczy się z ojcem, a ten powoli adoptuje się do nowego otoczenia. Tymczasem Imperium Adwersarza rozpada się jak domek z kart. Lokalna szlachta, przywódcy administracji cywilnej i wojskowej oraz zdawałoby się wygnane potwory starają się skorzystać z okazji i wykroić sobie własne domeny. Jak to zwykle w takich okolicznościach bywa automatycznie pojawiają się miliony nowych imperatorów. Ponownie: jak zwykle ci z większymi armiami żyją dłużej od tych słabiej uzbrojonych.

W jednym ze światów para głupich złodziei wystylizowanych na Fafrada i Szarego Kocura odkrywa pozostawiony przez Imperium skarbiec. Jak się okazuje w jednej ze skrzyń ukryta jest pradawna groza zwana jako Mister Dark, którą nieuważnie wypuszczają na świat.

Fabuła ponownie zwalnia, stając się smutna, nostalgiczna i ponura. Dobry, nastrojowy tom.

ddddddddddddddFables vol. 13: Great Fables Crossover

Ocena: tak niska, że skalę wypierdoliło.

Po tym jak Jack obraził się na Fabletown i cały świat, bohater ów odszedł do własnej serii komiksowej. Teraz natomiast wrócił, by zrobić crossover czyli połączenie uniwersów. Połączenie o tyle ciekawe, że nie da się go zrozumieć bez znajomości serii Jack of the Fables. Którego oczywiście, jako, że Jack nie był moją ulubioną postacią nie czytałem. Tym bardziej, że tom ten nie wnosi dużo (poza odrobiną słabych rozważań o naturze uniwersum) do serii, a wydarzenia z niego praktycznie nie są istotne dla fabuły dalszych tomów.

Co więcej w 2009, kiedy po raz pierwszy czytałem Baśnie dzięki uprzejmości któregoś z ex-Tanuków (pewnie Mai-chan) komiks ten wywarł na mnie tak negatywne wrażenie, że ostatecznie go nie kupiłem. Tak więc przy Czytaniu Ostatecznym, które właśnie uskuteczniam nie miałem nawet jak go wziąć do rąk.

Wynika to z faktu, że zwyczajnie jest słaby.

Jeśli twórcy chcieli w ten sposób rozreklamować swoją drugą serię, to niestety, osiągnęli efekt odwrotny. Wywarli na mnie tak złe wrażenie, że z całą pewnością nie kupię ani jednego tomu Jack of the Fables.

dddddddddddddddddddddddddFables vol. 14: Witches

Ocena: 7/10

Łuk pana Darka rozpoczęty w tomie 12 również niestety jest nie najlepszy, co przekłada się na zawierające go tomy. W Haven pewien goblin po pijaku zjada gadającą wiewiórkę, co kończy się procesem karnym. Uwięziony w międzywymiarowej pułapce Bufkin zabiera się do ostatecznej rozprawy z Babą Jagą. Na Farmie Ozma z Oz knuje, jak zająć stołek Babci Totenkindern w przywództwie czarowników Fabletown. Bestia i Bigby próbują zabić Darka.

Tom otwiera historia Boxerów, czyli czarowników na usługach Adwersarza, którzy swego czasu zajmowali się tropieniem i zamykaniem w pudłach magicznych Potęg stanowiących zagrożenie dla jego władzy. Jedną z owych Potęg był oczywiście Darek.

Powiem uczciwie: o ile zmagania Buffkina oraz intryga Ozmy są całkiem niezłe, to sama postać Darka jest durna (wyjaśni mi ktoś, czemu ci Anglosasi mają takiego fioła na punkcie Wróżki Zębuszki i Potwora Spod Łóżka?), a wątek Boxerów, który wyskakuje ni z tego ni z oweho stanowi totalnie ściągnięte z księżyca Deus Ex Machina.

Sumarycznie łuk ten jest chyba najgorszy w całym cyklu.

Oprócz Great Fables Crossover naturalnie.

8601702Fables vol. 15: Rose Red

Ocena: 9/10

O ile łuk Darka uważam za słaby, to ten akurat tom jest świetny. Jedna trzecia zawartości traktuje o przeszłości Śnieżki i Róży Czerwonej. Jedna trzecia o skoku na stołek, który wzorem Ozmy organizuje Gepetto, a ostatnia część o tym, jak Totenkindern zabiera się za rozwiązywanie problemu Darka przy okazji ucierając nosa konkurentom. Lubię Babcię Totenkindern, to postać, która najgroźniejsza jest przyparta do muru. Praktycznie rzecz biorąc archetyp złej (choć tu raczej: moralnie ambiwalentnej) czarownicy.

O tym zeszycie trudno dużo mówić. Po prostu pokazuje nam trzy świetne (Śnieżka, Gepetto, Totenkindern) postacie w pełni swej krasy.

dddddddddddddddFables vol. 16: The Supergrup

Ocena:7/10

Ozma próbuje zmierzyć się z Darkiem. Jej plan jest niestety jest najmniej grubymi nićmi szyty. Buffkin wydostaje się z więzienia wymiarów, natomiast Północny Wicher, poznawszy prawdziwą naturę swego siódmego wnuka wdaje się w konflikt zarówno z Bigbym jak i własnymi przekonaniami. Jeden, jedyny, honorowy sposób wyjścia z sytuacji, jaki przychodzi mu do głowy to samobójstwo za pomocą Darka. W jego wyniku obaj zostają unicestwieni ratując tym samym Fabletown przed niechybną zagładą.

W tle widzimy natomiast ostatnią iskrę Imperium Adwersarza, która rozbłyska i gaśnie finalnie przekreślając szanse na jego powrót.

inheritFables vol. 17: Inherit the Wind

Ocena:7/10

Oz znajduje się pod władzą Króla Nomów, jednak Bufkin powoli przygotowuje rebelię przeciwko jego władzy. W Królestwie Północnego Wichru trwa turniej, który ma wyłonić nowego Władcę Wichru z pośród dzieci Śnieżki i Bigbiego, Róża Czerwona natomiast przeżywa swoje objawienie.

Większość postaci zginęła, została obdarta z mocy, odeszła do swoich światów lub pod-cykli komiksowych. W Fabletown wieje pustkami i czuć już, że koniec jest bliski.

Umiarkowanie interesujący tom, którego czytanie było trochę jak oglądanie obrad sejmu: niby rzeczy, które się działy były ważne, ale w żaden sposób nie porywające.

cubsFables vol. 18: Cubs in the Toyland

Ocena: 10/10

Darien i Therese, (dzieci Śnieżki i Bigbiego) zostają wciągnięci do Krainy Zabawek. To, co się tam dzieje jest czystym, żywym koszmarem.

Tom naprawdę dobry, choć jednocześnie naprawdę mroczny i przerażający. Na TV Tropes istnieje „trop” nazywany Adault Fears („dorosłe strachy”). Tom ten w praktyce je urzeczywistnia. To, co się w nim dzieje jest naprawdę okrutne i miejscami obrzydliwe. Nie zmienia to faktu, że historia i jej atmosfera są faktycznie dobrze poprowadzone.

Obiektywnie patrząc to jeden z najlepszych tomów tego cyklu. Pewnie nigdy go więcej nie przeczytam (lubię rozrywkową fantastykę, nie lubię natomiast horroru), niemniej jednak jest faktycznie dobry.

17704953Fables vol. 19: Snow White

Ocena: 8/10

Fabletown zieje pustkami. Większość Baśni powróciła do swoich światów, przeniosła się do własnych pod-serii komiksowych lub zginęła. Pozostali nieliczni. Buffkin walczy o wyzwolenie Oz z pod władzy Króla Nomów i odnosi sukces, a następnie odchodzi, by wieść życie pełne przygód. Śnieżka i Bigby przeszukują światy w nadziei na znalezienie swoich zaginionych szczeniąt. W tym czasie jednak do Fabletown przybywa pierwszy mąż naszej bohaterki.

Poważną wadą tomu są zakłócenia opowieści wywołane z jednej strony czasowym przeskokiem w akcji, z drugiej crosoverem jej z Fairests czyli drugim (obok Jack of the Fables) spinoffem serii. Komiks jest mimo to moim zdaniem bardzo dobry, choć niestety mógłby być lepszy. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że skupia się w zasadzie na trzech postaciach, w fabule zionie więc pustka. O ile wcześniejsze tomy opierały się w dużej mierze na licznych, barwnych postaciach, tak tym razem tej zalety nie ma. Nie zmienia to faktu, że linia akcji jest nadal dobra, a sama intryga wciągająca.

18275594Fables vol. 20: Camelot

Ocena: 8/10

Po tym, jak Bigby został zaspoilerowany przez pierwszego męża Śnieżki między tą, a Różą Czerwoną dochodzi do konfliktu, na temat tego, co z owym panem należy zrobić. Co gorsza Róża Czerwona zabiera się do odtwarzania Okrągłego Stołu. Pod jej sztandarem zaczynają gromadzić się liczni rycerze poszukujący drugiej szansy. Niestety nie wie ona, że nad Camelot wisi fatum…

Przez dłuższy czas zastanawiałem się, o co tak naprawdę Róży Czerwonej chodzi. Po namyśle dochodzę do zdania, że zapewne o nic. Ona po prostu jest walnięta.

Ogólnie rzecz biorąc tom ten jest najmniej dobry, niestety jednak nie idealny. Bardzo widać, że seria zmierza ku końcowi i tak naprawdę jest już na ostatniej prostej.

Przeczytane w 2015 warte wzmianki książki kucharskie:

aaaPyszne chwasty:

Ocena: 7/10

Książka kucharska, którą nabyłem (podobnie jak „Zapomniane Warzywa” i „Dziką Kuchnię”) raczej jako czytanki, niż faktyczne poradniki kulinarne, bowiem powiedzmy sobie szczerze, mam lepsze rzeczy do jedzenia, niż pokrzywy i tasznik (zresztą: te pierwsze smakują jak szpinak, tylko z nutą kwasu mrówkowego). Jako taka spełniła swe zadanie w sposób umiarkowany.

Jak większość książek kucharskich także i ta podzielona jest na dwa segmenty. Pierwszy to teoria, czyli opis poszczególnych, pospolicie spotykanych i uważanych za chwasty roślin, które zastosować można w kuchni. Część ta jest całkiem niezła, posiada silną podbudowę merytoryczną i stanowi zdecydowanie najlepszy element książki. Można się z niej dowiedzieć co i jak można bezpiecznie zjeść. Prawdę mówiąc właściwości kilku roślin nie były mi znane.

Część druga czyli przepisy jest już mim zdaniem gorsza. Owszem jest ich dużo, ale większość z nich, w szczególności biorąc pod uwagę tematykę tej pozycji jest bardzo konwencjonalna. Brakuje tu trochę iskry. Otrzymujemy więc ileś tam, dość typowych przepisów, które tym tylko różnią się od swoich kuzynów, że zamiast sałaty, szpinaku lub innej zieleniny użyto w nich liści pokrzyw albo mniszka lekarskiego tudzież posypano je fiołkami. Trochę mnie to rozczarowało. Widzicie: książki kucharskie mają swoją specyfikę. Owszem, zwykle dobre 80 procent zawartych weń przepisów to zwykłe dania obiadowe, śniadaniowe lub deserowe, jednak pozostałe dwadzieścia procent to prawie zawsze jakieś dania specjalne, które mają na celu nauczyć czytelnika, jak popisać się w kuchni lub też olśnić go i zachęcić do dalszej lektury. Tu takich właśnie trochę brakuje.

666666666666Zapomniane warzywa

Ocena: 6/10

Książka ogrodniczo-kucharska o różnych, obecnie niewykorzystywanych już roślinach jadalnych. Składa się z szeregu rozdziałów, podzielonych na dwie części. Część pierwsza to opis rośliny, warunków i technik uprawy, druga to zbiór przepisów z jej użyciem. Przepisy te są nawiasem mówiąc bez rewelacji, nie ma wśród nich nic odkrywczego.

O ile książka jest całkiem niezła edytorsko i ładnie wydana, to jako lektura stanowiła dla mnie straszne rozczarowanie. Powiedziałbym też, że jest momentami naciągana. Teoretycznie traktuje bowiem o „zapomnianych warzywach” jednak tak naprawdę w dobrze ponad połowie wypadków należy zapytać się: kto o tych warzywach zapomniał?

Bo ok, o sporej części tych roślin nawet ja nie słyszałem. Rozumiem, że topinambur, komosa, manna czy szereg bagiennych traw i ziół nie są obecnie szczególnie chętnie jedzone czy uprawiane. Być może zgodzę się nawet na to, by do tej listy dodać pasternak, bowiem któż zdaje sobie sprawę, że te wielkie pietruszki sprzedawane w supermarketach wcale nie są pietruszkami, jednak co do sporej reszty…

Kto zapomniał o arbuzach, bobie, jarmużu, selerze naciowym i szpinaku się pytam?

5

Wyzwanie na przyszły rok.

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki, Przeczytane i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Przeczytane w roku 2015

  1. DoktorNo pisze:

    A. D. „Achaja” Ziemiańskiego:
    http://niezatapialna-armada.blogspot.com/2012/08/185-eb-jak-bania-czyli-ksiezniczka-w.html
    Niezamierzona parodia gatunku?

    A.D. Wcześniejsza dyskusja o SF
    Wyguglałem ze John Ringo popełnił powieść w ramach jednego z cykli o tym, jak kosmici atakują Ziemię, i Niemcy reaktywują Waffen-SS aby się obronić przed kosmitami…
    Kto zna Niemiecki, albo jest w stanie odcyfrować Translatora Googlea, niech poczyta recenzje w FAZ:
    http://www.faz.net/aktuell/feuilleton/buecher/buecher-weltretter-himmler-1256225.html
    Kupa śmiechu (albo i nie).

    • U Ringo to akurat wszystko jest możliwe. Generalnie ci od military-fiction są zdrowo rąbnięci.

      • DoktorNo pisze:

        To taki wygodny sposób dyskusji: tworzymy fikcyjny obraz adwersarza i z nim się boksujemy, zamiast z rzeczywistymi poglądami…
        http://www.nizkor.org/features/fallacies/straw-man.html

      • Znaczy się: nie czytałem tej książki, ale jak mówiłem: u Ringo wszysto jest możliwe. Tak samo, jak u Webera, Flinta, Drake, Birmigham i kilku innych z tej grupy. Z jednej strony te ich książki to czysta rozrywka i u nich to raczej jest normalne, że np. kawałek USA znika i pojawia się w trakcie II wojny światowej / na innej planecie / w średniowieczu / w prehistorii i zaczyna zaprowadzać demokrację. To są strasznie fajne do czytania, lekkie, z wartką akcją.

        Z drugiej: to są zagorzali republikanie i czasem nie wiadomo, czy jeszcze piszą fantastykę, czy już program partyjny.

        Z trzeciej: oni głównie te książki piszą dlatego, bo się dobrze sprzedają. Tak więc Niemcy reaktywujący SS mogli być zwykłym wygłupem. Ringo napisał pewnie z milion książek pod tytułem „Ziemię atakują kosmici. Ludzie bronią się za pomocą czołgów. By odeprzeć wroga muszą zbratać się ze Strasznym Złem”.

  2. Hagen pisze:

    „Książka jest zbiorem opowiadań dwóch mistrzów dawnego fantasy: Lorda Dunsandy oraz Rogera Howarda…”. Dunsandy i Roger? Na pewno?

  3. DoktorNo pisze:

    Znaczy się: nie czytałem tej książki, ale jak mówiłem: u Ringo wszysto jest możliwe. Tak samo, jak u Webera, Flinta, Drake, Birmigham i kilku innych z tej grupy. Z jednej strony te ich książki to czysta rozrywka i u nich to raczej jest normalne, że np. kawałek USA znika i pojawia się w trakcie II wojny światowej / na innej planecie / w średniowieczu / w prehistorii i zaczyna zaprowadzać demokrację. To są strasznie fajne do czytania, lekkie, z wartką akcją.

    Z drugiej: to są zagorzali republikanie i czasem nie wiadomo, czy jeszcze piszą fantastykę, czy już program partyjny.

    No właśnie o to mi chodzi: literatura popularna właśnie znakomicie nadaje się do publicystyki, bo można wymodelować sytuacje nieprawdopodobną, przerysowaną itp a przy tym atrakcyjną, która służy jako odskocznia do wygodnego prowadzenia publicystyki z wykorzystaniem w.w. „strawmena”.

    W Polsce takie coś też mieliśmy, szczególnie w latach 90-tych; Ziemkiewicz, Wolski itp. Po latach obroniła się „Bomba Heisenberga” Ziemiańskiego, bo tam autor od początku puszczał „oczko”. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s