Starcraft II: Legacy of the Void – recenzja:

sc1Krótki tekst o tym, jak słowo „Blizzard” przestało być synonimem dla „Jakość”.

Dwa słowa o poprzednikach:

Starcraft II budził kontrowersje wśród recenzentów od samego momentu swego wydania. Ci już w 2010 roku, gdy ukazało się Wings of Liberty podzielili się na zwolenników tej gry oraz jej przeciwników. Ci pierwsi wydawali się rozwścieczeni faktem, że jest ona po prostu Starcraftem z lepszą grafiką, drudzy byli tym ukontentowani.

Ja osobiście należałem raczej do zwolenników gry. Pod nowego Starcrafta de facto kupiłem komputer, a mimo, że w sprawach multiplayer jestem raczej jaroszem gra dostarczyła mi dużo radości. Kampanię Terran przeszedłem kilka razy, uważam ją za jedną z lepszych w RTS-ach, tym bardziej, że Blizzard osiągnął szczyty kreatywności w tworzeniu poziomów.

Pograłem też sobie trochę na multiplayer, ale nie osiągając tam zbyt wiele, bo czym jest wejście do Złotej Ligii, skoro można wejść do Diamentowej? Mimo to czasu tego nie uznaję za stracony. Przeciwnie, wysadzanie baz i zrzucanie desantów piechoty na robotników było niemal równie przyjemne, jak słuchanie niemieckich dzieciaków grożących, że „przyjadę do tej twojej filchy Poland i wpierdolę ci osobiście you fucking banshee abuser”.

Kilka lat później wyszedł kolejny dodatek, tym razem przeznaczony dla Zergów. Zawierał on kampanię do Single Player, która była niezła, choć nosiła ślady niedopracowania oraz oczywiście tryb multiplayer. Heart of the Swarm stawiał też ważne pytanie o przyszłość serii. Pytanie to zawarte było w kampanii właśnie, w której niestety wyraźnie widać było, że nie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Problemów było wiele: pusty Lewiatan Zergów, który wyglądał jak parodia Hyperiona z Wings of Liberty, totalnie zmarnowany pomysł misji specjalnych, pozwalających na zdobycie próbek genów do rozwoju jednostek, czy poziomy z których duża część kanibalizowała pomysły z Wings of Liberty.

Z drugiej strony część innych, jak np. idea larwy infekującej statek Protossów niczym w „Obcym” czy misje przeciwko Pierwotnym Zergom ratowały całość. Wszystko to kazało się jednak zastanowić, w którą stronę w przyszłości pójdzie Blizzard. Dziś znamy już odpowiedź na to pytanie.

I nie jest dobrze.

Kampania:

2aAkcja rozpoczyna się mniej-więcej w tym samym momencie, w którym skończyła się fabuła Heart of the Swarm. Korzystający ze spokoju zarówno z Rojem jak i Terranami Prosi szykują się do inwazji na Aiur i odbicia swojej planety. Ta niestety okazuje się pułapką zastawioną przez Amona, mroczną istotę z przeszłości uniwersum i cała rasa dostaje się do niewoli. Jedynym ocalałym jest Artanis, który na pokładzie muzealnego super-mega okrętu Włócznia Aduna, wraz z grupą wiernych sojuszników rusza w wszechświat walczyć ze złem w czystej postaci.

Fabułę bardziej szczegółowo omówię później. Na razie powiem tylko, że rozczarowuje.

Niemniej jednak to nie ona jest największą wadą Legacy of the Void. Największą wadą tej gry jest właśnie kampania. Ta na pierwszy rzut oka wydaje się rozbudowana. Otrzymujemy więc 24 misje, czyli liczbę całkiem porządną. I prawdopodobnie nie byłbym tą grą rozczarowany, gdyby te prezentowały poziom pomysłowości tych z Wings of Liberty. Niestety: nie prezentują. Przeciwnie: wiele z nich z pierwszej części gry zrzyna.

Pamiętacie więc misję, gdy Zeratul ucieka z walącej się świątyni i coś go tam goni? Będziecie mieli takie dwie! Pamiętacie ostatnią misje Protów, gdy bronią się w nieznanym świecie, przed nawałami wrogów, aż im się licznik naładuje? Też dostaniecie takie dwie. Ostatnią misję Terran, z nadchodzącą Kerrigan? Teraz po mapie będzie hasać super-mega Hybryda! Misję z nadchodzącymi w nocy Zombie? Też będzie, tylko tym razem będą to Istoty Z Otchłani. Będzie też powtórka z falą ognia (przy czym tym razem przybierze ona postać jakiś piekielnych wyziewów) oraz atak na obiekty chronione przez Pole Rozrywające (przy czym ten ostatni aż dwa razy). Będzie też wreszcie też misja z obroną Wiertła Laserowego, przy czym tym razem zamiast Wiertła bronić będziemy Kerrigan.

Chyba największą parodią była jednak ostatnia misja, którą przeszedłem z marszu, a potem ze zdziwieniem patrzyłem na napisy końcowe… Bowiem jak to? Zero dramatyzmu! Zero wyzwania! Tylko takie pitu pitu, nie do porównania z atakiem na stolicę Mengska czy inwazją planetarną na Char.

Innymi słowy otrzymujemy powtórkę z rozrywki, tylko w gorszym wykonaniu. Misje są dość nudne, dzieje się niewiele, po prostu z drugiej strony mapy idą przeciwko nam coraz większe fale wrogów. O ile w WoL i HotS mapy były z jakimś pomysłem: z pod ziemi wyłaziły Roache, co chwila otwierały się Czerwie Nydusowe, nadlatywały niewidzialne myśliwce, o planetę rozbijały się kapsuły desantowe, tak tutaj mamy do czynienia wyłącznie z kolejnymi falami wrogów. Misje wydają się niedopracowane oraz nieprzemyślane.

Przez to LotV wygląda nie jak pełnoprawny dodatek, ale raczej jak amatorski mod, albo jakaś chińska podróbka prawdziwego Starcrafta. Jak jakiś Dokemon albo inny Sailor Ball. Aż szkoda o tym opowiadać…

Diablo tkwi w szczegółach:

f7c79a79a966b86d2d16d905a39b62eaPrzykładem stopnia niedopracowania tej gry mogą być dodatkowe jednostki. Tak jak w WoL i HotS także i Protosi korzystać mogą w trybie Single ze specjalnych zdolności jednostek niedostępnych w kampanii multiplayer. Na początku wydawać może się, że jednostek tych jest bardzo dużo. Każda z nich otrzymuje aż trzy warianty, między którymi możemy się przełączać. Otrzymujemy więc żołnierzy wojsk Khaalitów, Mrocznych Protosów, Tal’darimów oraz Czyścicieli, różniących się od siebie subtelnie.

Faktycznie na pierwszych poziomach to się sprawdza. Możemy więc produkować Sentinele z dwójki lub Dragoony z Jedynki, używać Zealotów zwykłych lub Mroczno-Protoskich z innymi specjalnymi cechami, trzech rodzajów Mrocznych Templariuszy oraz dwóch typów High Templarów z różnymi czarami oraz morfować ich w Zwykłego oraz mrocznego Archona.

Z czasem jednak wychodzi na to, że twórcy poszli jednak na łatwiznę, w rezultacie czego faktycznie w kampanii nie będziemy w stanie pobawić się nawet wszystkimi wojskami dostępnymi w wersji multiplayer, bowiem stawiani będziemy przed pytaniami „Lotniskowiec, Tempest lub Statek-Matka” albo „Tripody czy Chrząszcze z jedynki?”.

Także Włócznia Aduna, statek do którego mamy dostęp jest pomysłem fajnym, ale nie wykorzystanym. Pozwala ona nam rzucać strategiczne „czary” na mapie: prowadzić orbitalne bombardowania, przyzywać pylony etc. Czary te możemy zmieniać między misjami przez całą grę, co akurat jest fajne. Szkoda, że w trakcie poruszania się po niej otrzymujemy tak naprawdę uboższą wersję Hyperiona z WoL.

Żeby było śmieszniej Blizzard tym razem oszczędzał na elementach zupełnie bezsensownych. Bo co to jest zaimplementować jedno menu, dorobić cztery okienka w innym, zaprojektować nowe poziomy, czy pomalować model w kolorze złotym na czarno-srebrny i czarno-czerwony, w chwili, gdy już stworzyło się engine i edytor tychże poziomów?

Szczegóły fabuły (uwaga: spoiler)

star_craft_2_legacy_of_the_void-2-600x375Przejdźmy do najmniej istotnego elementu kampanii czyli jej fabuły. Tu odbyło się bez niespodzianek, dostałem wszystko to, czego się spodziewałem. A spodziewałem się tragifarsy.

Tak więc: Protosi lecą na swoją planetę odbijać ją z rąk Zergów. Tam czeka na nich Zeratul który mówi im „to pułapka, uciekajcie!”, ale oni oczywiście go ignorują. Wtedy okazuje się, że na planecie pełno jest hybryd Amona, a wszystko to było spiskiem złego boga, który chce zniszczyć wszechświat, bo wszechświat stworzyli Xel’naga, ale wyszedł im brzydki, a on potrafiłby ładniej.

Amon śmieje się mrocznie i włazi do Khaali. Khaala to taki protoski, psioniczny Internet, który łączy ich umysły, więc Amon przejmuje nad nimi kontrolę. Można się z tego wyratować odcinając sobie sploty nerwowe (to te takie jakby „warkoczyki”). Jedynymi ocalałymi są Artanis, jego kumple i Mroczni Templariusze, którzy warkoczyków nie mają.

Artanis leci na Shakuras, rodzinny świat Mrocznych Templariusz. Tam już jest czekają na nich Zergi. Tak więc Protosi wysadzają Shakuras. Po zaciągnięciu rady Kosmicznej Wyroczni okazuje się, że Amona można zniszczyć na jeden sposób: wrzucić pierścień do wulkanu.

W rolę pierścienia wciela się Ogniwo Xel’naga (to coś, co zbieraliśmy w WoL). Artanis ma więc do wyboru:

  • a) Lecieć do Terran poprosić o oddanie Ogniwa.
  • b) Lecieć do Tal’darimów, których wódz o wyglądzie metalowca mieszającego kokainę z metaamfetaminą chce go prosić o zabicie konkurenta do władzy.
  • c) Lecieć do zbuntowanego SI, które kiedyś sobie Protosi zbudowali, ale im się nie podobało, więc je wyrzucili, więc to jest obrażone i che, żeby mu powiedzieć „przepraszam”.

Tak więc: leci do Terran:

Artanis: – Dajcie mi Ogniwo Xel’Naga!

Raynor: – Ależ proszę!

Artanis: – Dziękuję!

Serio to mówię.

Leci do zbuntowanego SI:

Artanis: – Przepraszam cię drogie Atari! W prawdzie wyrzuciłem cię i kupiłem na twoje miejsce Playstation, ale to ty zawsze byłeś moim Bogiem!

SI: – Mówisz to nieszczerze!

Artanis: – Ależ nie!

SI: – Ale mówiłeś, że ja mam tylko 8 bitów, a Playstation 64!

Artanis: – Musiało to bardzo zranić twoje uczucia! Ale dziś wiem, że to nie grafika się liczy, ale klimat!

SI: No dooobra… Przeprosiny przyjęte…

Razem z SI lecą więc do Tal’darimów. Ci okazują się tym dla zwykłych Protosów czym Ciemne Elfy dla Elfów Wysokiego rodu.

Jeśli wydawało się Wam, że w tym uniwersum była już podobna rasa, to śpieszę wam z odpowiedzią: mi też.

Niemniej jednak, bez wdawania się w zbędne szczegóły Artanis zabija kogo trzeba, a Tal’darimowie przyłączają się do niego. Teraz więc wszystkie szczepy elfów: cyberelfy, mroczne i mroczniejsze oraz wysokiego rodu stoją zjednoczone i gotowe do ostatniej bitwy z Amonem.

Lecą więc na Aiur. Tam okazuje się, że Amon przygotowuje sobie ciało, które trzeba zniszczyć, zanim będzie w stanie z niego korzystać, bo jak nie zdążą, to katastrofa. W tym celu trzeba rozbić ileś tam Kryształów Zła czy czegoś w tym rodzaju.

Tak więc je niszczą.

Wówczas okazuje się, że to pułapka, a Gwiazda Śmierci, znaczy się: ciało Amona jest w pełni funkcjonalne, zabić go się nie da inaczej, jak tylko laserem. Tak więc bombardują go z orbity, jego duszę łapią w Ogniwo Xel’Naga i wysyłają do Piekła. Lokalne piekło nazywa się Otchłanią.

Wiele dni później Kerrigan, Artanis i Raynor spotykają się przy piwie i dochodzą do wniosku, że Amon ciągle żyje. Ruszaj więc do Piekła znaczy się Otchłani, żeby go dobić. Po drodze okazuje się, że Tassadar był Xel’Naga w przebraniu. Kerrigan dopada Amona, zabija go i zostaje bogiem w jego miejsce.

Amen.

Ouros

Xel’naga w pełni okazałości.

Gorzej być nie mogło. Taki standardowy epicki, shit fantasy przybrany w piórka space opery.

Sto razy lepiej by było, gdyby polecieli na to Aiur, bili się z Zergami, ponieśli dotkliwe straty, ale wygrali wielkim kosztem. Albo, gdyby podstępnie zabili Kerrigan, co dałoby przyczynek do nowej wojny…

Najśmieszniejsze jest to, że mimo gigantycznego nagromadzenia patosu to wszystko jest tak śmiesznie kameralne… Zupełnie nie czuje się powagi sytuacji. Owszem, na krawędzi zagłady stają całe gatunki, wysadzane są planety etc. ale wygląda to tak, jakby czterech kosmicznych watażków po pijaku dało se po mordach.

Uderza kontrast z WoL i HotS. Tam widać było, że toczy się wojna, ludzie giną, upadają całe planety, z nieba spadają krążowniki kosmiczne… Tu tego brakuje. I nawet wiem czego: umiejętności budowania napięcia.

Multiplayer:

alarak___starcraft_by_plank_69-d9hc0kf

Elf drow.

Interesującą cechą recenzji Starcrafta pisanych przez całą resztę konkurencji jest fakt, że całkowicie pomijają one tryb multiplayer. Otóż: moim zdaniem ten się broni. Zmieniono go trochę, np. przyśpieszając początek. Tak więc grę rozpoczynamy dysponując znacznie większą ilością robotników, co całkowicie przefasonowało strategię i rushe, które generalnie odbywają się teraz większą ilością lepszego wojska. Dość mocno zmieniono też poszczególne jednostki. Przykładowo więc teraz Sige Tanki można desantować z medivaków już rozłożone.

Do gry wprowadzono też sześć nowych jednostek. Są to:

Adept (protosi): taki strzelający zealota, rażący tylko jednostki naziemne. Dobry na zerglingi, stalkery i marines, zły na wszystko inne. Dość często harrasowano mi tym moich robotników.

Disruptor (protosi): lewitująca kulka śmierci, po aktywacji zadająca blisko 150 splash damage wszystkiemu dookoła. Dobre do zwalczania deadballi stalkerów i hydralisków, albo niszczenia ekonomii i wybijania robotników.

Ravager (zergi): plujący kwasem czarodziej, dobry do przełamywania statycznych linii obrony, zwalczania ciężkich jednostek, rozbijania sige tanków, sentineli czy zakopanych w ziemi lurkerów, kiepski przeciwko ruchliwym siłom walczących na krótkie dystanse (oraz lotnictwu).

Lurker (zergi): zagrzebujący się w ziemi stwór, strzelający wyskakującymi z gruntu kolcami, za którym tęsknili weterani Brood War. Okiem lamki z niskiej ligii: taki zergowy Sige Tank. Dobre na kule śmierci marinsów, zealotów i hydralisków oraz inne strategie zmasowanej siły z wczesnych faz gry. Słabe do przełamywania statycznych obron.

Liberator (terranie): latająca jednostka atakująca splashem, mogąca też ostrzeliwać jednostki naziemne. IMHO filozofią przypomina trochę wcześniejszą Valkirię, przy czym (po zmorowaniu) może atakować też jednostki naziemne. Dobra do zwalczania dużych zgrupowań słabych jednostek powietrznych: banshee, wikingów, mutalisków etc. oraz – co ciekawe – ewentualnych wieżyczek. Kiepska przeciwko dużym okrętom w rodzaju Carrierów i Battlecruiserów.

Cyclone (terranie): wyrzutnia pocisków przeciwpancernych, dobra przeciwko ciężkim jednostkom naziemnym jak thory, ultraliski czy immortale. Mi bardzo się przydała, gdyż zwykle, jeśli nie udawało mi się wygrać na wczesnym lub średnim etapie dostawałem łomot właśnie od zgrupowań thorów lub band ultrasów. Wymaga jednak sprytnej gry, bo każdy gracz wyżej srebrnej ligii atakując ultrasami puszcza je z osłoną zerlingów… A z małymi jednostkami Cyclone jednak sobie nie radzi.

Ogólnie:

Jeśli chodzi o kampanię Single, to – jeśli pominąć dwa pierwsze Warcrafty, które bardzo się niestety zestarzały – jest to moim zdaniem najgorszy RTS, jaki do tej pory Blizzard wypuścił. Legacy of the Void prezentuje poziom jakiegoś Armies of Exigo lub innej podróbki ich gier. Coś, co nie powinno w ogóle mieć miejsca.

W wypadku trybu multiplayer jest dużo lepiej, gra w moim odczuciu znacząco się wzbogaciła, ale powiedzmy sobie szczerze: te sześć jednostek mogli sprzedać jako DLC za 10 euro, a nie pełen dodatek. Pozostałe zmiany mogli natomiast zamieścić w patchu balansującym.

Mech.

To już nie jest ta firma, co kiedyś niestety.

PS. I oto ostatnia recenzja na moim dysku. Od wtorku lecą normalne teksty.

PS2. Powinienem chyba zacząć dawać jakieś gwiazdki albo cyferki grą.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gry komputerowe i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Starcraft II: Legacy of the Void – recenzja:

  1. Ostatnio poza przygodówkami gram praktycznie tylko w gry Blizzarda a nigdy nie byłem fanem jakimś szczególnym tej firmy. Fakt, że to darmowe produkcje Blizzarda ale jednak. Heroes of Storm uważam za mocno udaną, Dobrze się wpisuje w mój profil gracza – raczej codziennie godzina gry niż wielogodzinne sesje i zapewnia w ciągu tej godzinki sporo frajdy. Jak człowiek nauczy się ignorować wypowiedzi na czacie ogólnym i pominie treści tam zawarte to tym bardziej przyjemne.
    No i już wiadomo skąd jest ten cały Artanis 🙂

  2. Siman pisze:

    „To już nie jest ta firma, co kiedyś niestety.”

    Wydaje mi się, że to było tak: Blizzard uśpiony sukcesem WoWa stwierdził, ze czas na powrót cesarza e-sportu i wydał Wings of Liberty razem z zapowiedzią kolejnych dwóch części. Tymczasem okazało, że cesarz przespał swoją epokę i teraz może być najwyżej wicekrólem, a prawdziwe hajsy z e-sportu siedzą we F2P, głównie MOBach (w których postawniu Blizzard miał przecież spory udział i to również przespał). No i cała para poszła w Hearthstone oraz Heroes of the Storm, ale słowo się rzekło i kolejne dwie części SCII trzeba było wydać. Na moje oko zajęła się tym jakaś drugo- albo nawet trzeciorzędna podekipa Blizzarda, korzystająca tylko z notatek ludzi, którzy siedzieli nad WoL i pierwotną koncepcją trzyczęściowego Starcrafta.

  3. Hejnewar pisze:

    Wszystko przez to że Swarm sprzedał się słabo. Blizzard więc pomyślał że może sobie odpuścić. Co ciekawe Void sprzedał się sporo lepiej niż Swam.
    Cóż co prawda to prawda jedynka była najlepsza.

  4. Karoluch pisze:

    Czyli fabuła to taki typowy bełkot politycznie poprawny. Brakuje tylko by na końcu Jim i Kerrigan wzięli ślub i adoptowali małego protosa. Twórcy z Blizzarda wykazali się typową niemocą twórczą do przecięcia węzła gordyjskiego, jaką opisałeś we wpisie „Dlaczego universa upadają”.

    • Z tym ślubem chyba zgadłeś, ale to już spoiler.

      Albo co tam: na końcu, po napisach końcowych pojawia się scena, jak Raynor pije nad zdjęciem Kerrigan. Nagle odwraca wzrok, patrzy: a w drzwiach stoi Sara, ponownie w postaci człowieka. Wstaje i idą w dal.

      IMHO lepiej by zrobił, jakby się związał z tą lekarką z Wings of Liberty.

      • Karoluch pisze:

        Lepiej by zrobili jakby pod koniec Hearts of Swarm, Mengsk jednak wygrał z tym kosmicznym plugastwem, a Jim został rozstrzelany za zdradę ludzkości i kosmo-robalo-zoofilię. Natomiast Legacy of the Void było o protosach, którzy mają wojnę domową i najmniej p***** się odłam protosów wygrywa (czyli taki zwany przez ignorantów z Hollywood faszystami, choć to nie ma nic z faszyzmem wspólnego, no ale skoro różne mózgi nazywają Nilfgaard totalitarnym 😀 ) i idzie podbić kosmos, robiąc z zergami to co protosi pierwotnie czyli niszcząc całe planety. No ale takie coś byłoby niepolitycznie poprawne, bo musi być dobry murzyn, zły władca (który tak naprawdę chce zrobić porządek w tym bajzlu), emo-bohater kochający się w królowej zergów i na końcu ślub i adopcja małego protosa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s