Nawiedzony dom (opowiadanie)

MUSZYSKI Piotr_Ten co walczy z potworami FRONT.indd

MUSZYSKI Piotr_Ten co walczy z potworami FRONT.indd

Pierwsze dziesięciolecie XXI wieku.

W rezultacie burzy czasoprzestrzennej o nieznanej genezie planeta Ziemia zostaje zniszczona. Jedynym ocalałym krajem jest III Rzeczpospolita Polska. Niestety na przeszkodzie w jej drodze do dobrobytu stają nieczyste siły pod postacią prehistorycznych bestii, złośliwych robotów z przyszłości, Niemców i tym podobnych.

Do walki z tymi i innymi zagrożeniami Rząd Polski powołuje specjalną jednostkę wojskową nazwaną Oddziałem Wydzielonym. W jej skład wchodzą wyłącznie najlepiej ustosunkowani żołnierze, którzy pod pretekstem strzelania do potworów mają nadzieję doczekać emerytury z dala od frontu.

Na czele tego bajzlu staje kolega kuzyna ojca poprzedniego ministra obrony major Janusz Zielonogórski.

17 listopada 1939 / 2031 zależnie od datacji, Koszary Wojsk Lądowych III Rzeczpospolitej Polskiej, Sala Konferencyjno-Odprawowa, Tomaszów Mazowiecki, Godzina 10:33

Major Janusz Zielonogórski, dowódca Oddziału Wydzielonego Z Sił Zbrojnych Celem Wsparcia Działań Policyjnych wyprostował głowę i spojrzał swym jednym okiem na zgromadzonych w pomieszczeniu podwładnych. Większość z nich miała znudzone miny. Jedyne wyjątki stanowiło tych kilku, którzy grali pod krzesłami na smartphonach lub pisali SMS-y. Nie było w tym nic dziwnego: spotkanie ciągnęło się już od godziny. A wszystko wskazywało na to, że jeszcze potrwa…

– Dobrze więc, skoro omówiliśmy już grafik dyżurów oraz służby wartowniczej na następne dwa tygodnie przejdźmy do zagadnień statutowych! – oznajmił. – Jak donoszą lokalne władze, na terenie wsi Różewo, w województwie Zachodniopomorskim doszło do wzmożenia aktywności paranormalnej – wyłożył, po czym za pomocą pilota uruchomił prezentację.

Na tablicy multimedialnej znajdującej się za nim pojawiła się fotografia rozpadającego się domu. Był to piętrowy budynek jednorodzinny, z wbudowanym garażem i własnym parkingiem, otoczony rozległym trawnikiem i płotem ze stalowych prętów.

Solidne, kamienne przypory i balkon z kolumnadą zdradzały, że nie jest to zwykły dom, ale rezydencja nowobogackiego. Rosnące na dachu brzózki i wybite okna jednoznacznie wskazywały natomiast, że od dłuższego czasu nikt w nim nie mieszkał.

– Ich centralnym punktem jest ta oto rudera! – ogłosił. – Nieruchomość owa należała do pana Krzysztofa S. z wykształcenia mechanika samochodowego, właściciela firmy Warsztaty Naprawcze: Remonty i Regeneracja Gaśnic. Zbudowana została na kredyt, który właściciel chciał spłacić z działalności gospodarczej. Niestety, kredyt był we frankach, a wszyscy dobrze wiemy, co się z nimi stało… Tak więc mimo, że biznes prosperował, do pana S. zapukał komornik, by zabrać mu wszystko. Niestety nie wiedział on, że pan S. posiada broń palną. I że nasz mechanik zareaguje w sposób stereotypowy, jak z podręcznika do kryminologii: widząc, że jego szczęście ziemskie się kończy zastrzelił najpierw komornika, potem swoje dzieci, żonę, a na końcu siebie!

To mówiąc major przetoczył po sali wzrokiem, by upewnić się, czy podkomendni go słuchają. Jak zwykle w takich sytuacjach pierwszy rząd udawał, że notuje, podobnie jak drugi. Jednak już w trzecim rzędzie ktoś pracowicie lepił papierowe kulki, żeby strzelać nimi z długopisu, jak z indiańskiej dmuchawki.

Czyli wszystko było w normie.

Wrócił więc do briefingu.

– Sprawa była głośna kilka lat temu w mediach jako „Masakra w Różewie”. Mimo, że telewizja znudziła się już po tygodniu, bankowi oczywiście nie udało się sprzedać nieruchomości. Od tego czasu więc niszczała. Miejscowi informują, że w budynku widywano dziwne światła, sylwetki ludzkie oraz słyszano z niego głosy, ale zwalono to na koczujących w nim meneli. Tym bardziej, że na terenie posesji znaleziono puste butelki po alkoholu – oświadczył major, po czym zmienił slajd.

Znikł gdzieś niszczejący, choć bajkowy domek zastąpiony fotografiami stłuczonych flaszek po piwie i odłamków szkła. Gdzieniegdzie poniewierały się też kapsle i nakrętki po tanim winie z Biedronki.

– W posesji panował spokój do momentu, gdy kilka tygodni temu bank ponownie nie spróbował sprzedać budynku. Wysłany na miejsce agent nieruchomościowy znikł jednak bez śladu. Ekspedycja ratunkowa w składzie dwóch strażników miejskich i policjant również przepadła, podobnie jak miejscowy radiesteta – wyliczył wojskowy. – Teraz do akcji wchodzimy my! Nasze zadanie jest proste: rozpoznać nieruchomość walką! Nie wiadomo, co żyje w tych ruinach, ale mamy to zabić!

17 listopada 1939, Tomaszów Mazowiecki, Godzina 10:33

– Nieruchomość, którą będziemy szturmować warta jest około pół miliona złotych! Na szczęście ludzkie życie jest niewycenialne, a ja jako dowódca mam obowiązek zadbać o bezpieczeństwo moich ludzi! Tak więc w operacji tej wykorzystamy całą przewagę techniczno-materiałową, jaką zapewnia nam fakt, że jesteśmy wojskiem! Bowiem tylko w ten sposób możemy zminimalizować straty! – ogłosił Zielonogórski, choć nie był to jedyny powód. – Poza tym w ten sposób dodatek za udział w akcji bojowej będzie można wypłacić większej ilości osób!

Major przerwał, by raz jeszcze zmienić slajd w prezentacji. Za jego plecami pojawił się plan posesji pokreślony za pomocą kolorowych strzałek i krzyżyków, które nasmarował w Paincie.

– Sprawę załatwimy standardowo i bez zbędnej filozofii: najpierw pod posesję podjadą dwa czołgi. Jeden stanie przy wejściu, drugi zabezpieczy wyjście. Następnie do środka wejdzie oddział szturmowy, którego zadaniem będzie przeszukać wszystkie pomieszczenia i wypłoszyć to, co się w budynku zalęgło. Problem uciekając wybiegnie prosto pod lufę czołgu i zostanie rozwiązany. Na wypadek gdyby, zamiast którymś z wyjść uciekał przez okno saperzy przed rozpoczęciem akcji rozłożą pod nimi miny przeciwpiechotne – objaśnił. – Jakieś pytania? – dodał mając nadzieję, że jak zwykle zakończy to sprawę.

Faktycznie tak było.

W zasadzie mógł już zakończyć, kiedy przypomniał mu się ważny szczegół. Odwrócił się więc w stronę swoich żołnierzy.

– Acha! Jeszcze jedno – dodał więc. – Wszyscy oglądamy horrory i wiemy jak kończy się łażenie w pojedynkę, szukanie kibli czy rozdzielanie się na mniejsze grupy! Tak więc na zakończenie odprawy chciałbym przypomnieć, że najmniejszym pododdziałem Wojska Polskiego jest sekcja! To jest trzech żołnierzy! Jeden realizuje zadanie, reszta go osłania!

18 listopada 1939, Różewo, Godzina 23:47

Jesień roku 1939 faktycznie była wyjątkowo piękna, a mimo późnych miesięcy noce były ciepłe. Według synoptyków, jak i danych historycznych aura taka utrzymać się miała do połowy grudnia, gdy nastąpić miał rekordowy spadek temperatur. Mimo to drzewa były już łyse, co sprawiało, że zaniedbany ogród wokół domu sprawiał wyjątkowo ponure wrażenie.

Jeśli chodzi o Zielonogórskiego, to jego najbardziej przygnębiał porzucony samochód – zabawka, jakim dzieci mogły rozbijać się bawiąc się w kierowców. Intensywnie żółty, plastikowy obiekt leżał w zielsku od Bóg wie ilu lat. I jako, że plastik jest wieczny leżeć tak mógł aż po kres świata. Gdzieś z boku stały dwa dziecięce rowerki, z którymi czas obszedł się jednak mniej łaskawie.

Majora dziwiło, że nikt przez te lata ich nie ukradł.

Tak, jakby złodzieje złomu szanowali dostojeństwo śmierci.
– Twardy jeden! Na pozycji! – głos dowódcy pierwszego czołgu wyrwał majora z odrętwienia.

– Twardy dwa! Zajmuję pozycję! – drugi pojazd musiał okrążyć budynek, co zabrało mu może minutę. – Piechota może wchodzić! – dodał jego dowódca w chwili, gdy wreszcie udało mu się to osiągnąć.

Zielonogórski sprawdził godzinę, a następnie rozejrzał się dookoła. W zasięgu wzroku nie było żadnych cywili, co nie powinno dziwić o niemal równej północy. Zresztą teren został zamknięty, tak więc szanse, że ktoś wejdzie im pod lufy były niewielkie.

Trzykrotnie, w piętnastominutowych odstępach wezwał wszystkich cywilów do opuszczenia budynku. Nikt z niego jednak nie wyszedł. Nie wypadło też z niego żadne monstrum nawiasem mówiąc.

Wydał więc rozkaz ataku.

Przodem jak zwykle ruszył robot saperski, który otwierał im drzwi. Zapalili latarki taktyczne i ruszyli do środka. Zielonogórski spojrzał na swój służbowy smartwatch. Przyrząd wskazywał, że temperatura była niższa niż na zewnątrz o dobre dwa stopnie i nadal spadała. Tknięty przeczuciem rozkazał wycofać maszynę.

O nawiedzonych domach zawsze mówiono, że panuje w nich chłód.

Jeśli faktycznie były tu duchy, to szturmowanie budynku w towarzystwie czegoś, co mogłyby opętać było złym pomysłem.

– Panie majorze! Melduje, że łączność siadła! – usłyszał obok głos jednego z niższych stopniem.

Nic, czego by się nie spodziewał.

Mógł się jednak założyć, że tym razem winy za sytuację nie ponosił ustawiony przetarg.

– Odbezpieczyć broń! Zaczyna się! – rozkazał jeszcze zanim opaska na mundurze zaczęła ciemnieć.

Generalnie każdy mundur żołnierza polskiego wyposażony był w aktywny pasek, który powinien zmienić barwę, gdy jego właściciel wystawiony był na wzmożone promieniowanie lub chemiczne środki bojowe. Ich uniformy zostały udoskonalone, w efekcie czego paski alarmowe ciemniały także, gdy w pobliżu budziły się moce paranormalne.

– Wszyscy do salonu! – zarządził. – Tam będziemy mieć lepsze pole ostrzału!

Ruszyli grupą, jednocześnie pilnując każdy swojego sektora.

Salon prezentował sobą przygnębiające wrażenie. Meble zdążyły się rozpaść, a dywany i parkiet zgniły wystawione na działanie wody, która ciekła z dziurawego dachu. W donicach stały zmumifikowane szczątki roślin. Tylko ogromny zestaw telewizyjny królujący w pomieszczeniu wydawał się w miarę nietknięty.

– Co się dzieje? – zadał pytanie jeden ze starszych rangą operatorów, a Zielonogórski zgrzytną zębami. Pytający się był oficerem w randze porucznika. Major nie miał pojęcia po co zgłosił się do udziału w szturmie. Przyczyną zapewne był ten nieszczęsny dodatek za udział w akcji bojowej.

Niepotrzebnie o nim wspominał.

– No kurwa, jak to co? Duchy! – wyjaśnił mu ktoś szybko.

– Świetnie! Dawno nie było okazji postrzelać! – warknął jakiś zawodowy szeregowiec, jednak Zielonogórski zlekceważył tą uwagę. Skupił się na obserwacji swojego sektora. W jego zasięgu wzroku nie działo się nic. Tylko pyłki kurzu tańczyły w świetle latarki taktycznej.

Nagle coś przebiegło mu przed oczami.

Coś, jakby sylwetka bawiącego się dziecka.

Major nie zadawał sobie pytania „co robi dziecko w opuszczonym domu w środku nocy” ani nie czekał, aż odpowiedź spadnie mu z nieba. Zamiast tego krzyknął:

– Strzelec karabinu maszynowego! Ładuj srebro i ognia na wprost!

Jego głos nawet nie przebrzmiał, gdy płomień wylotowy broni rozjaśnił pomieszczenie i wypełnił je hukiem, grzechotem spadających na podłogę łusek i smrodem kordytu. Nie trwało to długo. Broń potrzebowała mniej niż minutę, by pochłonąć taśmę nabojów.

– Dorwaliście go? – major zadał pytanie, gdy tylko stało się to możliwe.

Operator broni tylko wzruszył ramionami.

– Znikło – wyjaśnił. – Nie wiem, czy wyparowało, czy tylko wsiąkło w ścianę…

– W takim razie lepiej zachowajmy ostrożność – uznał Zielonogórski wyjmując papierosa z paczki. Miał właśnie zapytać, czy ktoś ma ogień, gdy pomieszczenie wypełnił przerażony krzyk jednego z jego ludzi.

– O chuj, chuj, chuj! – rozbrzmiało na pełne gardło.

– Co drzesz ryja? – chciał się zapytać major, gdy zauważył źródło strachu. Niczym rekiny przez falę posadzką płynęło w ich stronę pięć, uniesionych par rąk: dwie dorosłe i troje maleńkich, dziecięcych. Zataczały wokół nich krąg, jak lwice na sawannie.

– Wnikły w ziemię! – błyskawicznie ocenił sytuację. – I w ten sposób próbują nas dorwać!

To była dobra taktyka. Już kilka centymetrów piasku wystarczało, by zatrzymać kulę, nawet taką w stalowym płaszczu, a co dopiero posrebrzoną. Jeśli pod posadzką znajdowała się gruba warstwa betonu, to wystarczyło to upiorom, by uzyskać pełną kuloodporność.

Sytuacja dawała się rozwiązać tylko w jeden sposób.

– Spierdalamy do wyjścia! – zarządził, rzucając na ziemię granat hukowo-błyskowy. Miał nadzieję, że symulujący serię wystrzałów ładunek choć na chwilę odciągnie uwagę upiorów. Tak się stało. Te skupiły się na nim, widocznie przekonane, że mają do czynienia z prującym seriami żołnierzem.

Kupiło im to kilka sekund koniecznych by dopaść do przedpokoju.

Niemniej jednak tam czekała na nich kolejna niespodzianka.

– Drzwi! – krzyknął biegnący przodem szeregowy. – Nie chcą się otworzyć!

– To je wyważ! – ktoś krzyknął.

– Jak? Antywłamaniówkę?

– To ucieknijmy oknem!

– Przecież tam leżą miny przeciwpiechotne!

– O mój Boże wszyscy zginiemy! – spanikował znany już porucznik.

Zielonogórski pokręcił głową z pogardą. Jak bardzo chciwym można być? Owszem trwał listopad, czyli sezon cmentarny, więc Oddział szturmował domniemany nawiedzony dom niemal codziennie, ale rachunek prawdopodobieństwa wskazywał, że któryś z nich w końcu okaże się nie być fałszywym alarmem. Trzeba było się z tym liczyć, a nie pchać na akcję, tylko dlatego, że się trafiła.

Owszem, on tak robił.

Ale on był po Pierwszym Pułku Specjalnym, Afganistanie, Iraku, Czadzie, Ukrainie i Hiszpanii.

– Stulić ryje! – zaprowadził więc porządek wśród podkomendnych. – Strzelcy: ogień zaporowy. Pirotechnik: wysadź drzwi semteksem!

Jego rozkaz zrealizowano sprawnie. Tak więc nie minęło kilka sekund, a huknęło, łupnęło i drzwi wyleciały z framugi.

Wyskoczyli na podwórze.

Prosto w tumany mgły gęstej jak śmietana.

– Kurwa mać! Jak u Kinga! – warknął jeden z żołnierzy, jednak Zielonogórski zdusił w zarodku wszelkie narzekanie oznajmiając:

– Spokojnie! Byliśmy już w takiej sytuacji!

Byli.

I to z dziesięć razy.

Współczesne upiory były dość dobrze obeznane z horrorami. Zwłaszcza z tymi, które za życia oglądały na wideo.

– Nie dalej niż trzydzieści metrów stąd powinien stać czołg. Tam się obronimy! – dodał.

– A jeśli nie?

– Jeśli przeciwnik zdobędzie przewagę, to czołg ma uchwyty dla desantu. Wejdziemy na pancerz i zawiezie nas do granicy mgły.

– A jeśli załoga już nie żyje, została zmieniona upiory i właśnie celuje do nas z działa?

Major przystanął. Nie pamiętał, żeby miał w Oddziale takiego defetystę.

– Kim jesteście żołnierzu?

– Podporucznik Kraśnicki! – zasalutował ktoś z tyłu. – Dowódca drugiego plutonu trzeciej kompanii pancerzy wspomaganych!

– A ten nowy! – przypomniał sobie major. – I co tu robicie?
– Na kursie zarządzania było, że powinienem znać obowiązki moich żołnierzy! Więc zgłosiłem się zamiast szeregowca-amunicyjnego! – zameldował tamten.

– Macie jakieś doświadczenie bojowe?

– Nie proszę pana!

Zielonogórski przygryzł wargę.

-To wasz ojciec jest zastępcą szefa departamentu kadr w MON-ie? Nie pomyliłem się? – zadał pytanie.

– Tak proszę pana! – Zielonogórski nie widział żołnierza, ale był pewien, że płoną mu policzki. I właśnie o to mu chodziło.

Choć z drugiej strony może nie było warto robić sobie wrogów?

– To teraz już je macie! – oświadczył więc. – I dla waszej wiadomości: to, co przed nami stoi to PT-91 EU Twardy Inkwizytor! Wersja przeznaczona do walki z przeciwnikiem nadprzyrodzonym i technicznie górującym w terenie zurbanizowanym! Owszem, Twardy może i jest chujowym czołgiem, ale to nadal czołg! A w jego pancerzu znajduje się dodatkowa warstwa srebra oraz srebrne wkłady zatopione w stali! Jak łatwo się domyślić: odporności mu to nie dodaje, ale czyni niewrażliwym na wszelkie rodzaje magii i sił nadnaturalnych!

Dotarli do maszyny. Mimo kłębiących się dookoła oparów mgły jej ciężki, ciemny kadłub stał na swoim miejscu dostojnie. Oto dumny oręż rozumu rzucał wyzwanie ciemnym mocom zabobonu.

– Znowu duchy? I jak widzę źle poszło? – od strony czołgu padło pytanie.

– No niestety sierżancie – odpowiedział Zielonogórski. – Sprytne jak na cywilów tym razem były…

– I ponownie podniosła się ta piekielna mgła. Ciekawe, czy będzie jak ostatnio?

– Atak stworów nie z tego świata? Zaraz zobaczymy…

Nie zobaczyli.

Usłyszeli.

Był to ryk podobny do przeciętej na pół wiolonczeli, którą podobno używano, by symulować filmową Godzillę. Dobiegał gdzieś z mgły, jednak jakby z bardzo daleka. Dało się słyszeć także i kroki. Ciężkie i człapiące, ziemia od nich dudniła. Część żołnierzy uniosła broń, mierząc w ich stronę.

Wieża czołgu ożyła odwracając się w kierunku nieprzyjaciela, a następnie znieruchomiała. Działo opadło lekko i plunęło ogniem. Gdy tylko huk przegrzmiał ryk dało słyszeć się ponownie, tym razem dwa razy głośny, o tyle samo bardziej wściekły i pełen bólu zarazem.

Twardy strzelił raz jeszcze i demoniczne wycie ucichło.

Rozbrzmiało jednak z drugiej strony czołgu. Nim jednak ten zdołał odwrócić wieżę mgłę przeszył huk kolejnego wystrzału. Tym razem jednak to armata Twardego Dwa grzmiała. Czołgi rozstawili tak, by wzajemnie mogły ubezpieczać się ogniem. Na wypadek gdyby to nie wystarczało w bezpiecznej odległości od budynku czekały jeszcze trzy sekcje moździerzy.

To mogło się wydawać przesadą, jednak w końcu, skoro mieli karabiny, czołgi, haubice i pociski kierowane, to trzeba było tego używać.

Zresztą, podręcznik strategii i tak twierdził, że minimalny stosunek sił przeznaczonych do ataku na pozycje przeciwnika w terenie otwartym wynosił pięć do jednego.

Mgła zaczęła powoli opadać. Wkrótce stało się całkiem widno. Światła reflektorów znów cięły mrok.

– Widzi pan to? – porucznik, jeszcze nienawykły do takich obrazów wskazał na budynek. W jego oknach paliły się światła. W kuchni na dole ktoś się krzątał, w salonie również panował ruch. Okno na poddaszu jaśniało charakterystycznym, błękitnym blaskiem komputerowego monitora.

Ze ścian natomiast płynęła krew, układając się w litery.

– Chuj w dupę policji! – Zielonogórski odczytał napis. – Na szczęście my jesteśmy z wojska..

19 listopada 1939, Różewo, Godzina 01:07

– Panie majorze! Przedyskutowaliśmy sprawę z Twardym-2 – odezwał się dowódca czołgu, gdy tylko Zielonogórski skończył palić. – I dochodzimy do wniosku, że mamy tu dwie, prawie nienapoczęte jednostki ogniowe! Jeden rozkaz, a zrobimy z tego domu Grozne!

– Dobry pomysł sierżancie – skinął głową Zielonogórski. – Ale mam lepszy: dzwonimy po lotnictwo taktyczne. Mała bombka i z tej dziury nic nie zostanie. A to, co zostanie wysadzą saperzy! Potem sprowadzimy koparki, gruz się wywiezie i zatopi na środku Bałtyku!

Jak postanowił, tak zrobił.

W rezultacie o nawiedzonym domu ze wsi Różewo nikt już więcej nie słyszał.

Post scriptum:

1) To nie jest fragment książki, tylko niezależne opowiadanie.

2) Reklamuje go okładką, żeby ludziom się opatrzyła i wiedzieli czego szukać, kiedy wyjdzie.

3) Nie wiem.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opowiadania i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Nawiedzony dom (opowiadanie)

  1. Lurker pisze:

    No, jest znacznie lepiej, niż poprzednim razem. 🙂

    Zaczęło się niezachęcająco – kompletna olewka i nieuwaga na odprawie, podkreślanie, że tylko najlepiej ustosunkowani załapali się do tego oddziału – tak, jak poprzednim razem. Od tych pierwszych zdań już się obawiałem, jak to się wszystko zakończy – jak dodałeś z tymi czołgami, co to otaczają ze wszech stron domek, to już byłem pewien, że zrobi się z tego kolejna satyra, gdzie okaże się, że wszyscy leżą spici, razem z miejscowymi menelami.

    Tym razem jednak nie zaniedbujesz budowania swojego własnego świata, który przecież do tego całego polskiego bajzlu dołożył jeszcze te wszystkie zjawiska paranormalne, z którymi jakoś jednak państwo sobie całkiem sprawnie radziło w „Sierotce Marysi”.

    „rachunek prawdopodobieństwa wskazywał, że któryś z nich w końcu okaże się nie być fałszywym alarmem”
    To jest klucz – bo z tego zdania wynika, że mają kupę takich akcji, większość fałszywych, a ich przebieg jest właśnie taki satyryczny. Więc odniesienie do ogólnego bajzlu w kraju jest – ale nie opisujesz kolejnych historyjek o niczym, tylko tą jedną, faktyczną akcję – i o to właśnie chodzi – o satyrze jedynie wspomnij, gdzieś w tle, między zdaniami, tak żeby było widać, że jest, ale żeby nie przebijała się na pierwszy plan – a opisuj faktyczne akcje, tak jak w tym opowiadaniu, bo właśnie na tym cała rzecz polega.

    Jeśli chodzi o odniesienia do „naszej” rzeczywistości, które mają wprowadzać humor – chodzi właśnie o to, żeby wrzucać je między zdaniami, mimochodem, jak robisz właśnie w tym opowiadaniu.
    -stoi samochodzik i rowerki
    „Majora dziwiło, że nikt przez te lata ich nie ukradł.
    Tak, jakby złodzieje złomu szanowali dostojeństwo śmierci.”
    -kiedy łączność siadła
    „Mógł się jednak założyć, że tym razem winy za sytuację nie ponosił ustawiony przetarg.”
    -„po co zgłosił się do udziału w szturmie. Przyczyną zapewne był ten nieszczęsny dodatek za udział w akcji bojowej”
    -„Kurwa mać! Jak u Kinga!”
    chodzi właśnie o to – opisujesz prawdziwą walkę i akcję na serio, a humor jest pod postacią takich mrugnięc okiem, w tle, mimochodem, w trakcie akcji, a nie pchany na siłę na pierwszy plan(i drugi i trzeci zarazem, jak poprzednio)
    -„Współczesne upiory były dość dobrze obeznane z horrorami. Zwłaszcza z tymi, które za życia oglądały na wideo”
    -kolejny, który dostał posadę po koneksjach – krótki dialod nam to uwypukla – nie jest tematem przewodnim – o takie właśnie rzeczy chodzi
    -„Był to ryk podobny do przeciętej na pół wiolonczeli, którą podobno używano, by symulować filmową Godzillę” – te zabójcze porównania, by jakoś odmalować czytelnikowi zjawiska i istoty paranormalne(niczym w „Sierotce…” Gwałcimacka)
    -krew na ścianie nawiedzonego domu układająca się w napis „CWDP”
    XD

    Co do samego Oddziału Wydzielonego.
    Dobrze, że postanowiłeś mu tym razem dość wyraźnie oddać sprawiedliwość.
    -paski na mundurze reagujące na działanie mocy paranormalnych
    widać w takim momencie od razu, że to jednak nie gamonie, a faktycznie specjalny oddział do takich zadań – w poprzednim opowiadaniu nic na to nie wskazywało(gdyby wtedy na przykład jeden z tych uczniów „specjalnej troski” użył swych mocy paranormalnych do stawiania oporu, to byłoby o wiele lepiej – w każdym razie obecność ów oddziału byłaby uzasadniona, a nie tylko satyra dla satyry – bo widać byłoby przynajmniej, że dzieje się w TWOIM świecie, jak powyższe opowiadanie, a nie w NASZEJ Polsce)
    -wspomnienie o pancerzach wspomaganych – też by się przydały poprzednim razem, i pasowałyby o wiele bardziej na uber-osiłków, niż mniej „manewrowalne” transportery, czy czołgi, które zabrali – od razu inaczej, bo przynajmniej wiedzielibyśmy, że faktycznie akcja dzieje się w 40:1, a nie w naszej Polsce – tak sobie myślę teraz – tak jakbyś specjalnie zminimalizował elementy tamtego świata, pozbył się ich z poprzedniego opowiadania – by uwypuklić satyrę, obniżyć próg wejścia dla laików? – ale właśnie to psuło tamto opowiadanie, bo ono prawie w ogóle nie działo się w 40:1 – i to była jego główna wada
    -specjalny czołg przeznaczony „do walki z przeciwnikiem nadprzyrodzonym”
    -dialogi, w których mimochodem przemycany jest fakt, że to nie pierwszyzna dla tego oddziału – czytelnik widzi, że większość dialogów i komentarzy narratora pisana jest żartobliwymi tonem, ale przypominasz mu takimi wstawkami, że to nie tylko „świrolandia”, ale naprawdę ten oddział zajmuje się tym, do czego go powołano, a nie tylko czeka do emerytury
    -i że widać, z tymi czołgami wzajemnie się zabezpieczającymi, że dobrze planują i przygotowują swoje akcje
    -i jeszcze jedno – w akcji widać, że Zielonogórski nie jest tylko kolegą kuzyna ojca, co ostatnio podkreślasz za każdym razem na początku, ale umie zachować zimną krew i zawsze wie, co zrobić – więc nadaje się na dowódcę oddziału walczącego z istotami paranormalnymi – czyli jednak nie tylko bajzel i tak dalej, ale jest jak należy

    Krótko mówiąc – bałem się, że znów wszystko pójdzie w złą stronę. Że znów będziesz naśmiewał się z absurdów naszej Polski i zgubisz w tym wszystkim specyfikę świata 40:1.
    Ale tym razem potraktowałeś go poważnie.
    I jest git. O to właśnie chodzi.
    😉

  2. Czołówka jest taka, jaka jest, bo strasznie trudno ten świat opowiedzieć jednym zdaniem. To niestety poważny problem edytorski. Czołówka będzie zmieniana, bo nie spełnia swojego zadania.

    Co do sceny na odprawie, to po prostu nie wyobrażam sobie zebrania, na którym ludzie by się nie nudzili.

    Jeśli chodzi o czołgi, to IMHO w ekonomię sił można się bawić na wojnie, kiedy każdy nabój użyty w miejscu X jest nabojem brakującym w miejscu Y. W czasach pokoju natomiast należy stłumić zagrożenie możliwie skutecznie, możliwie najmniej ryzykując życiem ludzkim. Stąd założenie, że oddział korzysta z ciężkiego sprzętu, tym bardziej, że oni walczą z istotami nader groźnymi (choć pierwszy przeciwnik z prawdziwego zdarzenia będzie w „Janusz Zielonogórski i nieznany wróg” czyli tym, co obecnie piszę, jak nikt nie widzi w pracy).

    Zresztą, każdy podręcznik taktyki pisze, że do ataku wyznacza się siły najmniej 3 razy silniejsze od obrońcy. Tym bardziej, że tak naprawdę nie było wiadomo, co tam siedzi. Mogło nie siedzieć nic. Mógł siedzieć Alien z Predatorem na Mechagodzilli.

    Jeśli idzie o poprzednie opowiadanie to jak pisałem: chciałem wykorzystać moment i się spieszyłem. W sumie to udało się: tamten tekst miał prawie 3x więcej wyświetleń, niż ten niestety. Ale to typowe zjawisko…

    W tej chwili mam 2 opowiadania z tego świata na dysku w pracy i 5 kospektów opowiadań (oraz jeszcze 4 konspekty opowiadań ze świata Gambitu). Mniej-więcej połowa to polskie absurdy, a połowa to naparzanka. Przy czym Zielonogórski bardziej tam będzie prezentowany jako spryciarz, a nie jako debil z policji.

    A z tą szkołą dla specjalnej młodzieży, to służy ona do uprawiania procederu, który w nauczycielskim żargonie nazywa się „hodowlą dałnów”. Tylko jeszcze nie mam pomysłu, jak ten patent wykorzystać. „Dałny” hodował dyrektor szkoły w sąsiednim powiacie (w realu). Polegało to na tym, że mnożył uczniów z orzeczeniami o niepełnosprawności, za co jego szkoła dostawała dodatkowe pieniądze na pomoc tymże uczniom. Te pieniądze do szkoły jednak nie trafiały, tylko szły na remonty dróg powiatowych, które obsługiwał czyjś kumpel. Sprawa się niestety rypła, ale nikogo nie udało się skazać. Tylko powiat musiał karę zabulić większą, niż jego roczny budżet.

    • Lurker pisze:

      1. Jeśli chodzi o ogólną czołówkę, to po prostu nie oddaje ona tego, o co naprawdę w tym świecie chodzi. Wynika z niej wprost, że „jedynym ocalałym krajem jest III Rzeczpospolita Polska”. Skąd więc ci Niemcy i cała reszta? Skąd i z kim wojna? Czołówka jest wręcz zbyt mało precyzyjna – jak ktoś nie wie, o co chodzi, to i nie załapie po niej…

      2. Po prostu pomiń te sceny na odprawie. Są zbędne, nie wnoszą nic potrzebnego.

      3. No to jeśli chodzi o czołgi i ciężki sprzęt – jestem jak najbardziej za. Tylko, żeby jeszcze i przeciwnicy byli godni użycia takowegoż. Ci tutaj(duchy) byli. Tak trzymać. To Poważny Oddział powołany do Poważnych Zadań! Nie zapominaj o tym, a wszystko będzie git. 😉

      4. Ale wpis wyświetlasz, zanim go przeczytasz, tak? Więc prędzej tamto ich zaciekawiło tytułem, otworzyli, nie spodobało się, to nowego nawet nie otwierali. Gdyby porwało tłumy to pierwsze, to i do drugiego zaglądaliby chętniej, jak tylko by się pojawiło. Wszak nie wiedzą, co jest w środku, tak? Oszacowują to na podstawie poprzedniego.

      5. „połowa to polskie absurdy, a połowa to naparzanka”
      Po prostu to łącz – naparzanka skąpana o oparach polskiego absurdu(w roli tła). 😉

      6. „Zielonogórski bardziej tam będzie prezentowany jako spryciarz, a nie jako debil z policji” – ponownie: O TO WŁAŚNIE CHODZI! 😉

      7. Jak będziesz próbował zaadaptować tą historię o hodowli na siłę, to słabo to widzę. Najlepiej skup się na własnym uniwersum i rozwijaniu go.

      • 4) To tak nie działa. W internecie działa to tak, że 20% czytelników klika, orientuje się, że długie i wychodzi po 5 sekundach. Pozostałe 80% czyta parę chwil, a potem dochodzi do wniosku, że jednak im się nie chce. Do końca dobija się może 20%, którzy najczęściej i tak przeczytali tylko nagłówki. Przy kontynuacjach wchodzi tylko te 20%, które przeczytały do końca.

        Smutne, ale prawdziwe niestety.

        Ogólnie internet jest potwornie mechaniczny.

  3. Lurker pisze:

    No ale z twoich tłumaczeń tak czy siak wychodzi na to, że jednak dobrze rozumuję.
    „Przy kontynuacjach wchodzi tylko te 20%, które przeczytały do końca”
    Czyli przy kontynuacji wejdą tylko ci, którzy poprzednią część przeczytali do końca i IM SIĘ SPODOBAŁO, czyż nie tak?
    A więc mniejsza ilość wejść dla nowego opowiadania świadczy raczej o poprzednim opowiadaniu (które nowemu wyrobiło opinię na starcie), niż o tym nowym, czyż nie na to by wychodziło?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s