Janusz Zielonogórski i drożdżówki śmierci (opowiadanie):

Pierwsze dziesięciolecie XXI wieku.

W rezultacie burzy czasoprzestrzennej o nieznanej genezie planeta Ziemia zostaje zniszczona. Jedynym ocalałym krajem jest III Rzeczpospolita Polska. Niestety na przeszkodzie w jej drodze do dobrobytu stają nieczyste siły pod postacią prehistorycznych bestii, złośliwych robotów z przyszłości, Niemców i tym podobnych.

Do walki z tymi i innymi zagrożeniami Rząd Polski powołuje specjalną jednostkę wojskową nazwaną Oddziałem Wydzielonym. W jej skład wchodzą wyłącznie najlepiej ustosunkowani żołnierze, którzy pod pretekstem strzelania do potworów mają nadzieję doczekać emerytury z dala od frontu.

Na czele tego bajzlu staje kolega kuzyna ojca poprzedniego ministra obrony major Janusz Zielonogórski.

30 września 1939 / 2032 zależnie od datacji, Koszary Wojsk Lądowych III Rzeczpospolitej, Sala Konferencyjno-Odprawowa, Tomaszów Mazowiecki, Godzina 10:33

Major Zielonogórski, jak codziennie rano wszedł do sali odpraw wytłumaczyć swym ludziom, co dziś będą robili. Jak zwykle w takich sytuacjach zajął miejsce przy mównicy, a następnie rozpoczął odprawę.

– Jak państwo wiecie z prasy Niemcy w swej złośliwości cały czas nas nie zaatakowali – oświadczył. – W tej sytuacji miłościwie nam panujący rząd postanowili sobie nowego wroga poszukać! Są nim… – przerwał, by kliknąć pilotem uruchamiającym rzutnik. W sali natychmiast zrobiło się jasno, a na ścianie za nim pojawiło się zdjęcie piekarni, które kwadrans wcześniej wyszukał w Internecie. Pączki, obwarzanki, słodkie bułki, cebularze i mini-pizze ułożone wśród rzędów grahamek lśniły kaloriami kusząco.

-…drożdżówki! – ogłosił. – Osobiście nie wiem, w czym one komu przeszkadzają, ale minister edukacji uważa, że od nich się umiera! Podobnie jak od kanapek, coli, cukierków, batoników, majonezu, soli, cukru, chipsów i białego pieczywa!

Gdy wyliczał za jego plecami zmieniały się slajdy ukazując twarze kolejnych nieprzyjaciół III Rzeczpospolitej.

– Z tej przyczyny postanowił ich w szkołach zakazać! – dokończył. Nie był to szczególnie świeży news. Prasa żyła nim już drugi miesiąc. – Niestety dzieciaki poradziły sobie z embargiem na własne sposoby: zamiast kupować słodycze w sklepikach szkolnych kupuj je przed lekcjami, a kanapki, no kto by się kurwa spodziewał, przynoszą z domu! Nie mniej jednak nasze światłe przywództwo znalazło rozwiązanie i tego problemu. Jest nim kontrola policyjna!

Tym razem slajd przedstawiał ZOMO-wca grzejącego ręce przy koksowniku.

– W tym momencie ktoś mógłby się zapytać „a co to nas, jako jednostkę do zwalczania zjawisk paranormalnych w ogóle obchodzi” i byłby bliski racji, gdyby nie Pierwszy Zespół Szkół Specjalnych Ministerstwa Kontroli I Zapobiegania Sytuacją Dziwnym Dla Młodzieży Szczególnie Utalentowanej – zdanie to Zielonogórski wypowiedział na jednym wdechu, choć nie bez trudu. Slajd za jego plecami raz jeszcze zmienił się ukazując wiadomą szkołę. Była to typowa tysiąclatka otoczona płotem ze stalowych sztafet. – Placówka, zwana nieoficjalnie „Hogwartem” oraz „Pacanówką” położona jest w dzielnicy Warszawa Rembertów, w strategicznym miejscu pomiędzy Biedronką, Lidlem, a trzema cukierniami, z których trasy przerzutu musimy odciąć korzystając z wszelkich dostępnych nam środków!

– Panie majorze! – zdecydował się zabrać głos jakiś siedzący na sali podoficer. – Pan żartuje!

– Nie! – wyprowadził go z błędu Zielonogórski. – Pomysł jest ideą najwyższych szych Partii Rządzącej, a jego realizacja jest sprawą prestiżową! W związku z tym nie pozostaje nam nic innego, niż wyprowadzić czołgi na ulice!

1 Października, Warszawa Rembertów, Brama główna „Pacanówki”, Godzina 7:43

Koniec końców major zdecydował, że czołgi nie będą mu jednak potrzebne. Do wykonania zadania postanowił oddelegował jedynie pluton żołnierzy, dwie ciężarówki i pięć psów saperskich, kierując się myślą, że – jeśli są one w stanie wykrywać bomby – to z drożdżówkami też sobie poradzą. Do tego wzięli jeszcze worki z piaskiem i wykrywacze metalu, żeby wyglądać profesjonalnie. Realizacja zadania od strony operacyjnej była prosta: odciąć wszelkie drogi z i do szkoły, a następnie rewidować wszystkich wchodzących choćby pobieżnie. Nad wykonaniem tego planu postanowił natomiast czuwać osobiście.

W tym celu zajął miejsce w jednej z ciężarówek, na siedzeniu dowódcy.

Jako, że obserwacja, jak ludzie pracują jest zajęciem prawie równie męczącym, jak pomaganie im, a do tego nudniejszym wytrzymał tam ledwie piętnaście minut, po których zachciało mu się palić. Wyjął więc szluga z paczki i wsadził do ust. Zapalniczki niestety nie znalazł.

Oczywiście każdy normalny samochód miał obecnie elektryczną zapalarkę. Jednak to nie był normalny samochód. To był wojskowy Star 266, a MON już dawno temu zadecydował, że rak jest wrogiem gorszym nawet niż Niemcy. Tak więc zapalarki zdemontowano.

Co gorsza znikąd nie było widać ratunku. W zasięgu wzroku nie było widać ani śladu kiosku.

– Te młody! – zaczepił więc przechodzącego pod oknem ucznia. – Masz może ognia?

– Pewnie! – odpowiedział mu tamten. – A poczęstuje mnie pan papierosem?
W normalnych okolicznościach Zielonogórski nie miałby oporów, ale nie lubił bratać się z małolatami.

– A skończyłeś osiemnaście lat?

– Oczuście!

– To nie ma problemu!

„Pacanówka”, Godzina 8:13

Pierwszy kłopot pojawił się natychmiast po tym, jak Zielonogórski skończył palić i wyszedł z samochodu by pomóc swoim ludziom pracować. Kłopot miał metr osiemdziesiąt wzrostu, był wygolony na łyso oraz posiadał imponującą jak na jego wiek muskulaturę. Mimo, że jesień była piękna tego roku szyję okręcił szalikiem.

Polecenie wojskowego: „Proszę otworzyć plecak i pokazać co jest w środku” wypełnił jednak bez protestów, pozwalając zajrzeć do środka. A czego tam nie było?

– Nóż, kastet, maczeta… – wyliczył major. – I drożdżówka z jagodami! No, pan, taki miłośnik sportu, a o zdrowie nie dba! – zganił młodzieńca, po czym oświadczył. – Sprzęt rekreacyjny może pan zabrać, lecz pieczywo rekwiruję!

Dalej „Pacanówka”, Godzina 8:17

Napracowawszy się ciężko oficer postanowił wrócić do pojazdu dowodzenia. Jednak tam również dopadły go obowiązki.

– Panie majorze! Panie majorze! – zawołał go kapral Tomkowski. – U jednego znaleźliśmy piwo! Co mamy z nim zrobić?
– Wpuścić! – odpowiedział. – Piwa nie ma na liście!

Jego polecenie wykonano. Jednak nawet to nie zagwarantowało mu spokoju.

– A z tym co zrobić!? – podkomendny zamachał w jego stronę czymś, co wyglądało, jak półlitrowa butelka coca-coli.

– Wylać!

– Ale w tej coli jest rozmajona wódka! – sprzeciwił się kontrolowany dzieciak. – Wojtkowi pozwoliliście piwo zatrzymać!

– Ale było bez coli! – Zielonogórski okazał się nieubłagany, co jednak nie było tym samym, co niekonstruktywność. – Następnym razem wódkę rozcieńczaj wodą! Albo przynieś czystą!

Ciągle „Pacanówka”, Godzina 8:24

Czasami zło przybierało najmniej oczywiste formy. Przykładowo raz wartownik zatrzymał pięć uczennic, takich w typie grzecznych ulubienic nauczycieli i małych kujonek. Jednak, gdy kazał im otworzyć plecaki jego oczom majora ukazały się cztery eklerki i rogalik z czekoladą.

– Ze słodyczami wstęp do szkoły wzbroniony – pokazał więc tablicę, jaką umieścili przed wejściem.

– To co mamy z tym zrobić? – ośmieliła zapytać się najcwańsza.

– Nie wiem gówniary! Zjeść na miejscu albo wyrzucić! – oświadczył. – W każdym razie do budynku z tym nie wejdziecie!

Nadal „Pacanówka”, Godzina 8:28

Ruch rósł i malał, fluktuując zgodnie z rytmem lekcji, przerw i kolejnych lekcji, tym bardziej, że różne klasy zaczynały zajęcia w różnych porach. Tak więc gdy pierwszy napór zelżał nastał moment wytchnienia.

Wyjątkowo nudna nawiasem mówiąc.

By zwalczyć monotonię i poczucie bezsensu Zielonogórski zrobił z kasztanów dwa bałwani, a następnie nadał im cechy płciowe, jednemu dając karabin ze złamanych patyczków, a drugiemu uniform sanitariuszki.

Wciąż jeszcze „Pacanówka”, Godzina 8:43

Momenty spokoju, jak zawsze w trakcie działań w terenie były rzadkie, a gdy się kończyły zaczynał się hardkor.

– Panie majorze! – głos jednego z podkomendnych oderwał Zielonogórskiego od zabawy kasztanami. – A z tym co zrobić?

Dowodzący spojrzał na trzymaną przez wartownika, dwu i pół litrową butelkę napoju gazowanego.

– Wylać! – polecił lakonicznie.

– Ale to jest pepsi light! – sprzeciwił się jakiś mały grubasek, sięgający żołnierzom najwyżej do pasa.

– I co to niby za różnica?
– No, że jest bez cukru… – szczyl odwołał się do głosu rozsądku. Prawdopodobnie niewiele by mu to pomogło, gdyby wartownik niespodziewanie się za nim nie wstawił.

– No właśnie panie majorze! Ta jest zdrowa! A my mamy tylko śmieciowe żarcie zatrzymać…

Zielonogórski przyjrzał się butelce.

– Jesteście pewni? – zadał pytanie.

– Tak – kontrolowany dzieciak skwapliwie pokiwał głową.

Oficer raz jeszcze spojrzał na napój. Na jego oko wyglądał jak każdy inny. Owszem, różnił się etykietą, ale kolor i konsystencja pozostawała bez zmian. Smak – co wiedział z doświadczenia – również był bardzo podobny. No, może trochę bardziej metaliczny. ale tak naprawdę był to nieznaczny szczegół. Wziął więc butelkę i przeczytał składniki.

Faktycznie nie było wśród nich cukru. Na chłopski rozum wszystko było więc w porządku. Niemniej zachował sceptycyzm. W końcu każdy wiedział, że wojsko zaczynało się tam, gdzie kończyła logika.

– To co z tym zrobić? – podkomendny przerwał mu analizę.

– Sam nie wiem – Zielonogórski podrapał się po wąsie. – Chyba najlepiej będzie spytać się prawnika – dodał wyjmując telefon komórkowy. – To może chwile potrwać… Tak z pół godziny…

– Pół godziny? – przeraził się rewidowany. – Ale ja spóźnię się na lekcje…

– Nie mój problem – rozłożył bezradnie ręce major. – Trzeba było dwa razy pomyśleć, zanim zdecydował się pan na przemyt kontrabandy… – oznajmił, po czym udał się na bok, by wykonać telefon. Ten zajął mu nawet więcej czasu, niż się spodziewał. Mecenas bowiem, zamiast zwięźle wyjaśnić to, co wojskowy chciał wiedzieć zaatakował go paragrafami. Te jednak na szczęście ułożyły się w końcu w sensowną całość, którą mógł się podzielić z podkomendnymi.

– Dobra żołnierze! – oświadczył więc. – W ustawie pisze wyraźnie, że niedozwolonym napojem jest „cola”! Nie precyzuje jednak co to dokładnie jest „cola”, więc szczegółowym orzecznictwem musi dopiero zająć się trybunał konstytucyjny albo sąd najwyższy, co, znając życie nie nastąpi przez najbliższe dziesięć lat! Do tego momentu pan mecenas radzi, byśmy zajmowali się jedynie napojami o nazwach handlowych zawierających wiadomą frazę!. Tak więc Fanta, Mirinda, Pepsi, Sprite i oranżada są dopuszczalne!

– Czyli co? Mogę z tym iść do szkoły? – ucieszyła się ich ofiara.

– Dokładnie! – potwierdził wojskowy. – Bowiem „pepsi” to nie „cola”!

– Ale przecież to to samo! – zdziwił się mały. Zielonogórski spojrzał na niego. Mógł mieć góra dwanaście lat. Był młody i niewinny. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy jakimi regułami rządzi się świat przepisów.

– Nie w oczach ustawodawcy! – oświecił więc go.

– Ale to bez sensu! – niestety nie dotarło.

– Widzisz młody – Zielonogórski klepną go delikatnie, popychając w stronę wejścia do szkoły. – Starożytni Rzymianie mawiali „Dura lex sed lex” co znaczy „durne prawo, ale prawo” i my musimy go przestrzegać!

Cały czas „Pacanówka”, Godzina 8:45

Nie wszystkie problemy związane były z uczniami. Niektóre wywoływał niski poziom dyscypliny jego podkomendnych.

Zielonogórski miał właśnie schować się do samochodu, gdy zauważył w rękach szeregowca Piskorskiego charakterystyczną butelkę z białym napisem na czerwonym tle. Żołnierz przytknął ją do ust i upił kilka łyków łapczywie. Gdy jednak zobaczył, że major się na niego patrzy natychmiast schował ją wstydliwie.

To jednak wystarczyło, by dowódca znalazł przy nim zaledwie sekundę później.

– Co pijecie szeregowy? – zadał pytanie wściekłym głosem. Z Piskorskim ciągle były problemy. Facet był o rok starszy od Zielonogórskiego i podobnie jak on zaczynał od wojsk specjalnych. Razem byli w Iraku, Afganistanie i wielu innych punktach globu. Zielonogórski w tym czasie awansował do stopnia majora. Piskorski, mimo, że był niemal trzykrotnie starszy od wielu innych żołnierzy na zawsze pozostał szeregowcem.

Nie bez powodu.

– Colę panie majorze!

– Tą wymieszaną z wódką? – odgadł Zielonogórski bez pudła. – Na służbie!?

– Nie panie majorze! Całkiem zwykłą! – zadeklarował podkomendny, to jednak nie wystarczyło.

– Zejdź mi z oczu debilu, bo ci wpierdolę! – Zielonogórski udzielił mu nagany ustnej.

„Pacanówka”, „Pacanówka” i cały czas „Pacanówka”, Godzina 8:48

Po tym incydencie major postanowił wzmocnić kontrolę nad swoimi ludźmi i osobiście objął dowodzenie nad posterunkiem przy wejściu głównym. Wiązało się to jednak ze stałym wykonywaniem czynności operacyjnych.

– Macie jakieś drugie śniadanie? – zaczepił przechodzących pod bramą uczniów.

– Nie! – padła odpowiedź. Zielonogórski jednak nie uwierzył.

– Mimo to otwórzcie plecaki! – polecił.

Niemniej jednak, ku jego zaskoczeniu w środku były tylko książki. Dla pewności szturchnął je podejrzliwie kilka razy palcem, ale nie zmieniły się pod jego dotykiem w nic nielegalnego.

– Dobrze więc, możecie iść…

– A gdybym miał przy sobie kanapkę? – zagaił go jeden z uczniów.

– To musiałby pan ją zjeść przed bramką albo zostawić…

– A gdybym nie chciał? – małolat nadal robił problemy.

– To bym pana do szkoły nie wpuścił!

– A to byłaby usprawiedliwiona nieobecność?

– To byłby pana problem! – zirytował się major. – Więc pewnie nie!

Wojskowy miał nadzieję, że to zakończy temat. Niestety tak się nie stało.

– A tak w ogóle… To my przecież jesteśmy pełnoletni! – młody najwyraźniej miał ochotę na jakąś dłuższą dyskusję. – Można nam pić alkohol, palić papierosy i głosować… Dlaczego ktoś ma za nas decydować, co będziemy jeść, a co nie?

To było dobre pytanie. Zielonogórski nie potrafił na nie tak od razu odpowiedzieć.

– Jesteście pełnoletni? – zdziwił się więc, by dać sobie czas na znalezienie dobrej riposty.

– No ta… Jak pan nie wierzy, to mój brat stoi tutaj razem z panem na warcie! Może się pan zapytać…

Major nie miał zamiaru tego robić,

– Jesteście dorośli powiadasz? Ale w jakim kraju nie żyjecie jeszcze się nie nauczyliście?! Drugich śniadań wam do szkoły nie można przynosić, bo to jest Polska! A to znaczy, że jakiś urzędnik tak wymyślił, jak wymyślił, to tak będzie i nic na to nie da się poradzić, mimo, że to bez sensu! A jak wam się nie podoba, to możecie spierdalać do Niemców! – uciął dyskusję udzielając pouczenia ustrojowo-prawnego.

Wciąż i wciąż „Pacanówka”, Godzina 8:52

Wraz z wybiciem ósmej pięćdziesiąt rozpoczęła się druga lekcja. Do szkoły zdążało już tylko kilku spóźnialskich oraz garstka szczęśliwców, którzy tego dnia rozpoczynali lekcje o dziewiątej czterdzieści. Zielonogórski wykorzystał przerwę w interesie na dokonanie inspekcji posterunków. W tym celu obszedł budynek pogwizdując pod nosem:

– „Wnet wszystkie ze łba spadną mi kłopoty! Nie trzeba mi wypłaty ni roboty! Gdy każą idę, gdy nie każą leżę! Jak łatwo być żołnierzem, żołnierzem…” – ku jego niezadowoleniu Bogdanowi Łazuce ładniej ta piosenka wychodziła. – „A gdyby się historia jakaś działa! Ty jedno wiesz: Ojczyzna ci kazała! I możesz w swą niewinność wierzyć szczerze! Jak łatwo być żołnierzem, żołnierzem…”

Powody do radości były liczne: jego podkomendni wzorowo wykonywali obowiązki, a poza tym nic się nie działo. Zatrzymał się przy ostatnim stanowisku bojowym.

– No to mamy spokój aż do długiej przerwy! – zagaił przyjaźnie do wartownika. Tych było trzech, jeśli nie liczyć psa saperskiego, który, spuszczony ze smyczy hasał sobie wesoło.

– Tak jest panie majorze! – odpowiedział jeden z niższych stopniem. Oficer zatrzymał się przy nim i poczęstował go papierosem. Ten chętnie poczęstunek przyjął.

– Możemy mieć pytanie…

– No możecie…

– Zauważyliśmy, że niektórzy uczniowie chodzą jeść tam… – podkomendny zamachnął się w stronę Macdonalda, który znajdował się przy ulicy Strażackiej, akurat po sąsiedzku ze szkołą. Oddzielało go od niej może trzydzieści metrów, dwupasmówka i trzy nitki torów, po których co dwadzieścia minut przejeżdżał pociąg. – Czy to jest bezpieczne…

Major przez chwilę zastanowił się nad problemem.

– Otóż, jak magister pedagogiki ze specjalizacją dowódcy kompanii czołgów – Zielonogórski był człowiekiem świetnie wykształconym. Ukończył pedagogikę specjalną na Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Pancernych w Poznaniu, marketing i zarządzanie ze specjalizacją dowódcy pododdziału rozpoznania w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Lądowych oraz wreszcie budownictwo dróg i mostów w Wojskowej Akademii Technicznej. Mimo to twierdził, że studia nic, poza papierami mu nie dały. Opinia ta nie była odosobniona. – Mogę powiedzieć wam, że jest to w chuj niebezpieczne, żeby dzieciaki biegały po żarcie przez tory…

– To może powinniśmy coś z tym zrobić? – zaniepokoił się jego podkomendny.

– A co chcecie z tym zrobić? – wzruszył ramionami major. – Przecież nikt im nie może zabronić kupować sobie jedzenia.

– Ale czy muszą akurat tam?

– Otóż: dlatego mają sklepik szkolny, żeby nie musiały! Ale co zrobić jeśli jedzenie w nim im nie smakuje?

Retoryczne pytanie Zielonogórskiego zakończyło dyskusję. Stali więc milcząc przez dobre pięć minut: czterech żołnierzy wojska polskiego grzanych promieniami słońca, w trakcie pięknej, złotej jesieni.

– Nudno jest – zauważył jeden z niższych stopniem. – Pomyślałby, że taka specjalna szkoła, wszyscy uczniowie „szczególnie utalentowani”, do tego połowa z zakładu poprawczego, do którego nawiasem mówiąc sami ich wsadziliśmy, to jaja będą… A tu nic… Nawet skrawka supermocy…

– No! – potwierdził drugi. – Mogliby na przykład duży przemyt batoników zorganizować… Albo moglibyśmy chociaż zwykłego dilera złapać.

– Ale nie złapiemy… – westchnął Zielonogórski.

– Strasznym pesymistą pan jest… – kapral dowodzący posterunkiem sprzeciwił się tylko po to, żeby ciągnąć rozmowę dalej.

– Nie pesymistą, tylko realistą! – warknął major. – Nie złapiemy dziś, ani jutro ani nawet za tydzień nikogo, a już zwłaszcza przemytnika batonów z trzech powodów. Po pierwsze: bo przemycanie batonów jest po prostu głupie! Tym bardziej, że można poczekać te kilka lekcji i pójść do sklepu…

– A te wszystkie bachory rano?

– To były zwykłe, grzeczne dzieciaki, które chciały zjeść drugie śniadanie w szkole! Zresztą idę o zakład, że jak zobaczyły wóz pancerny i rewidujących plecaki mundurowych, to zaopatrzyły się w słodycze z czystej przekory, żeby zobaczyć, czy je też złapiemy! Pewnie kilka przeoczyliśmy i te chodzą teraz w glorii bohaterów – zauważył. – Jeśli natomiast chodzi o ewentualnych dealerów, zboczeńców i inną hołotę, to też nam się nie trafią, bo na nasz widok na pewno uciekli…

– A trzecia przyczyna?

– Trzecia przyczyna jest taka, że ewentualny sukces legitymowałby naszą obecność w tym miejscu. Ale my go nie odniesiemy. Bo nasza obecność tutaj nie ma sensu! – oznajmił. – Widzicie kapralu, byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy nazywali się Grecy. I ci Grecy mieli takich gości, którzy nazywali się filozofami i jak sama nazwa wskazuje zajmowali się filozofowaniem, co znaczy „kochaniem mądrości”, bowiem byli nawet całkiem sprytni. A najsprytniejszy z tych filozofów miał na imię Machiavelli. Obiektywnie patrząc był on niezłym skurwysynem, ale kilka pomysłów miał naprawdę dobrych. Między innymi wymyślił, że „celem polityki nie powinno być wyższe dobro, ale mniejsze zło”. A wiecie, czemu tak uznał? – zadał pytanie major.

– No nie wiemy… – kapral wypowiedział się w imieniu swoim i swoich żołnierzy.

Zielonogórski zaciągnął się papierosem.

Idea była dobra: walka z otyłością i śmieciowym jedzeniem oraz promocja zdrowia. Wykonanie jednak było problemem. Największym natomiast był fakt, że ustawy nie dało się przestrzegać, bowiem w czym miał pomóc fakt, że dzieciaki nie mogły kupić w szkole cukierków, batonów, słodkich bułek i coli, skoro mogły je kupić wszędzie indziej? Przy okazji przechodząc przez tory lub ruchliwe skrzyżowania.

Ewentualne wyegzekwowanie samej ustawy było natomiast wytaczaniem czołgów na wróble.

– To już wam mówię: bo wyższe dobro politykom zazwyczaj wychodzi chujowo!

Post Scriptum:

Opowiadanie zostało zainspirowane niedawnym newsem o kontroli Sanepidu, która znalazła w sklepiku szkolnym nielegalną paczkę chipsów.

Jest to oficjalnie pierwsze opowiadanie ze świata „Tego, co walczy z potworami” (nie wiem, kiedy książka wyjdzie, ale raczej nie w październiku) na Poltergeiście znanego jako „40 do 1”. Na twardym dysku mam jeszcze dwa, których publikacja zależy od tego, czy taki typ tekstów się przyjmie.

Utwór nie był betowany, poddany redakcji ani korekcie.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opowiadania i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Janusz Zielonogórski i drożdżówki śmierci (opowiadanie):

  1. Ulmo pisze:

    Toż to jest zajebiste! Chcę więcej takich opowiadań!

  2. Lurker pisze:

    Niestety, ale to nie to samo, co tamto twoje opowiadanie, które ciągnąłeś na polterze przez 10 chapterów, czy chyba nawet 11.
    No bo widzisz – tam widać było oczywiście wyraźnie, że świat jest groteskowy i karykaturalny, ale!
    ale jednak pewna powaga sytuacji(trwa wszak wojna, zaś sam kraj infiltrują magowie, wampiry i potężne korporacje) również była wyczuwalna. Oddział wydzielony to były głupki, ale nie aż takie i jednak potrafili sobie radzić z sytuacjami, do radzenia z którymi ich powołano. A do sytuacji takich zdecydowanie nie należy przecież rewidowanie plecaków przed szkołą…
    Tam tego typu największe głupoty wspominane były w tle(Zielonogórski czytający w gazecie o tym, jak to ATcy pomylili już nawet nie piętra, a miasta chociażby;)
    Transporterów opancerzonych i pancerzy wspomaganych używano na przeciwników, którzy naprawdę wymagali takiej siły ognia, operacje zaś przecież uprzednio planowano i przeprowadzano z odpowiednim rozmachem.
    Tutaj natomiast zbyt mocno skupiasz się na akcentowaniu „absurdalności” tego kraju, co rusz przypominając, że „to Polska, więc jak wymyślono coś głupiego, to równie głupio będzie się to egzekwować” – jak „idź młody z wódką do szkoły, byle nie z colą”, „jak musisz zjeść słodycz, to zjedz zanim wejdziesz na teren szkoły, bo tu się nie liczy”, dzwonienie do prawnika, który pół godziny analizuje przepisy, jaką colę można, a jaką nie, a ostatecznie staje na tym, że to Trybunał Konstytucyjny musi zadecydować.
    Ogólnie – rozumiem, że to ma być wstęp, jak piszesz. Tylko mam nadzieję, że całej tej książki nie utrzymujesz w takim tonie – bo jak mówię – obraz świata, jaki odmalowuje to opowiadanie, to jakaś zwykła groteska i jajcarnia, nie zaś kraj pogrążony mimo wszystko w stanie wojny na wielu frontach(linia Odry, Zona, front Południowy), w dodatku w sojuszu z wieloma dziwnymi i niepewnymi „sojusznikami”(admirał Novogrodov, Warlordzi Zony, Morlokowie, Bestie, Komputer-Matka).
    Podsumowując – przypomnę ci, co sam pisałeś o tym świecie:
    „Zasadniczo dzieła takie podzielić można na trzy grupy: krytykę polityczną, manifest polityczny i takąż satyrę. Setting 40 do 1 nie ma należeć do żadnej z tych grup (choć ma zawierać elementy tej trzeciej)”
    Podkreślę – elementy!
    I taki był świat przedstawiany w historii o „sierotce Marysi”. Wszystko było idealnie zbalansowane i zmiksowane. Wszystkiego po trochu.
    Tutaj zaś to zwykła satyra i taka ciśnięta wręcz na siłę. Coś takiego raz, że szybko się znudzi(bo czegoś takiego mamy na pęczki gdzie indziej), to dwa – siłą rzeczy osłabia cały humor(mnie w ogóle nie porwał ten tutaj), bo skupienie się tylko na nim na siłę, sprawia, że całość wychodzi sztucznie.
    Tam – humorystyczne elementy były istotnym tłem, jednak liczyła się również mocno historia i akcja całości, a nie tylko zlewka ze wszystkiego. Dlatego też tam humorystyczne wtręty były takie rozbrajające(wspomniani ATcy, którzy pomylili miasta, Zielonogórski na widok nowej asystentki porównujący ją do czeskiej gwiazdy porno, zdemolowanie całej ulicy, przy użyciu czołgów i pancerzy wspomaganych, by złapać „gimnazjalistkę okradającą kioski”, demon przybierający postać według tego, co kojarzy się domorosłemu magowi – demon wezwany przez otaku przybierający postać „gwałci-macki” – pokonany zresztą przez telekinetyczkę, która rzucała w niego transporterami opancerzonymi niczym kamieniami, czy jeszcze nagi cyborg z przyszłości wałęsający się po mieście w poszukiwanie swojej ofiary do eksterminacji).
    Humorystyczne wtręty były takie dobre, bo raz – były tylko wtrętami, a nie główną osią opowiadania, dwa – świetnie odmalowywały obraz świata przedstawionego, robiąc to właśnie mimochodem, nienachalnie, w tle, przy okazji, nie narzucając się czytelnikowi na siłę.
    Dlatego też na koniec – przypomnę ci, co sam pisałeś o tym świecie.
    http://polter.pl/40-do-1-Jaka-Polska-jest-a-jaka-nie-jest-b10833
    Twoja Polska NIE JEST mimo wszystko ani Świrolandią, ani tylko i wyłącznie satyrą.

    Wiem, że długie – ale chciałem wyraźnie wyłuszczyć ci wszystkie moje obawy i wątpliwości. I mam nadzieję, że udało mi się podzielić z tobą moimi uwagami w miarę merytorycznie i pomocnie.
    I błagam – uspokój mnie i potwierdź, że całej książki nie utrzymałeś w takim tonie, jak to opowiadanko powyżej. Tylko w takim, jak tamta historia o „sierotce Marysi”.

    • Dziękuję za komentarz, jest on bardzo cenny. Pozwala zastanowić się, jak kierować fabułę.

      Książka jest historią o „Sierotce Marysi”. Składa się z tamtych 11 chapterów z Mirriel i Poltergeista oraz kolejnych 25 poświęconych zemście Gotteborgów. Ma fragmenty groteskowe, jednak jest pisana raczej w poważnym tonie.

      To powyżej nie jest wstępem, tylko niezależnym opowiadaniem osadzonym w tym samym uniwersum. Napisane zostało ono pod wpływem chwili w kilka godzin, bo mnie rozśmieszył mnie opublikowany na Wykopie news o Sanepidzie, który zrobił nalot na sklepik szkolny, bo sprzedawano w nim Chipsy. I od początku do końca miało być właśnie satyrą. Najlepiej traktować je jako jednorazowy wygłup, który jednak może się powtarzać, jeśli coś znowu mnie rozśmieszy.

      Ogólnie rzecz biorąc to blog ten zaczyna notować całkiem sensowny ruch i powoli będę używał go do promowania siebie jako pisarza. Oznacza to, że co jakiś miesiąc lub dwa będę wrzucał jakieś, krótkie opowiadanie (tym bardziej, że wbrew moim obawom to ma nawet niezłą poczytność). Na razie (prócz powyższego tekstu) mam je dwa oraz trzy mocno rozgrzebane szkice (z czego jeden w uniwersum Gambitu Mocy, a nie Zielonogórskiego). Przy czym tamte będą szły raczej w kierunkach:

      – Opowieści dziwnej treści na bazie rzekomych przygód sąsiada z sił specjalnych i tego, co z braćmi jakoby robili na poligonach.
      – Pseudo-Connanów o tym, jak przychodzi coś złego, Zielogórski to zabija i wszyscy się cieszą.

      • Lurker pisze:

        To jeszcze tak na koniec – gwoli podsumowania myśli zawartej w poprzednim moim poście.
        Zasadnicza różnica polegała na tym, że
        W opowiadaniu „O Sierotce Marysi”
        1. Przede wszystkim był ten twój „odjechany w kosmos” świat(ale nie jako satyra, tylko raczej świat „pełen przygód”), który przebijał się w każdym akapicie, czy to w bieżącej akcji, czy komentarzach narratora, czy też w rozmowach postaci – tak, że „czuło się” ten świat, wsiąkało weń. No bo nie oszukujmy się – jest on twoją największą siłą i zaletą, bo ma sam w sobie tyle odlotowego „fluffu”, że po prostu jest praktycznie „samograjem”.
        Dopiero potem w tym świecie osadzone były
        2. Fabuła, intryga, akcja – wielowątkowa, uczestniczy w niej wielu różnych graczy, dążących do rozbieżnych celów. Sama w sobie jest jak najbardziej ciekawa – ale ponownie – największą jej siłą jest silne osadzenie w tym właśnie świecie. Co nie zmienia faktu, że sama w sobie również jest bardzo ważna.
        I dopiero na sam koniec
        3. Humor. Jaja. Parodia. Zlewka z tego wszystkiego.
        Tylko, że jedynie przy okazji. W tle. Dla rozładowania napięcia.

        W opowiadaniu „O drożdżówkach śmieci” zaś
        wszystko jest dokładnie, wprost odwrotnie. Na pierwszym planie są
        1. Jaja. One są całą osią tego opowiadania.
        2. Akcja w całości podporządkowana jest tym jajom.
        3. Świat? Gdyby pominąć ten wstęp(a jak ktoś przegląda wpisy na szybcika, to pominie, bądź zignoruje i zapomni), to równie dobrze można by pomyśleć, że akcja dzieje się… we współczesnej Polsce – wiesz, tej naszej, nie „fantastycznej”.
        Powstała więc z tego satyra… na współczesną Polskę.
        A nie tym był twój świat przedtem, był jednak czymś więcej, czymś oryginalnym, „nową jakością” – bo zwykłych satyr to mamy na pęczki. 😉

        Wiesz, ja rozumiem, że przeczytałeś zabawny news, który cię zainspirował. Przestraszyłem się jednak po prostu, że „wyszedłeś z formy”. Wiesz, ludzie nie żyją w próżni, bombardowani są ciągle nowymi inspiracjami, zmienia się ich podejście do różnych spraw – tak też przestraszyłem się, że „tamten” autor, który stworzył ten świat, jak jednak pisałeś – na podstawie snu, jak to „podróżujące w czasie wojsko polskie walczy przy pomocy technologii obcych z Hitlerem wspieranym przez zastępy piekielne” – a więc przestraszyłem się, że „tamten” autor stał się w międzyczasie jakimś „nowym” autorem – takim, który jest tak zblazowany wszystkim wokoło, że nie potrafi się powstrzymać, żeby ze wszystkiego, czego się tknie, nie uczynić satyry.
        Nawet ze swojego, takiego superaśnego świata. 😦

        „Najlepiej traktować je jako jednorazowy wygłup, który jednak może się powtarzać, jeśli coś znowu mnie rozśmieszy”
        Tylko wiesz – chcesz wyśmiać coś, na co się natknąłeś w sieci, a dotyczy naszego „realnego” kraju – a osadzasz to na siłę w uniwersum 40:1. Więc siłą rzeczy skupiasz się wtedy na cechach charakterystycznych naszego świata, zaniedbując przedstawienie cech ichniego świata. No bo co – jest jakiś oddział wydzielony, który ma czołgi; jest jakaś szkoła, w której uczy się „szczególnie utalentowana” młodzież. I tyle. W tle coś wspominają o jakiejś wojnie. Na dobrą sprawę nic, co nie pasowałoby do naszego świata.
        I ten umięśniony łysek, co to nosi szalik, mimo że jest ciepło. Ktoś, kto nie zna twojego świata pomyśli, że to jakiś dziwny(bo wszak otwarty) poprawczak, bo wspominają coś żołnierze, że sami ich tam wsadzili. W żadnym zdaniu nie ma nawet zająknięcia się o tym, że to specjalna szkoła dla psioników(ja znam świt – to domyśliłem się). A co dopiero, żeby cokolwiek z tego wynikało. Tylko głupie przekomarzanie się – uczniów/osadzonych/? – o to, czy ma czystą wódkę, bez zakazanej coli.
        Biorę pod uwagę, że o to mogło chodzić – żeby pozlewać się raczej z „naszej” Polski, to uniwersum jedynie wykorzystując jako „przykrywkę”. I dlatego „ocenzurowałeś” wszystkie elementy, które byłyby niezrozumiałe dla „laików”.
        Chodzi mi jednak właśnie o to, że osadzając taką satyrę formalnie w świecie 40:1, tak naprawdę rozmywasz obraz tego uniwersum. Zubażasz go i rozcieńczasz.

        Mam nadzieję, że następne opowiadania, o których wspominasz – skoro zamierzasz „promować siebie jako pisarza” – będą „oddawały sprawiedliwość” twojemu światu i przedstawiały go tak, jak należy. Co w sumie powinno być oczywiste – wszak powinieneś nimi zachęcać do kupna książki, czyż nie? Więc nawet z czysto marketingowego punktu widzenia nie należałoby straszyć czytelników kolejną satyrą dla satyry – i to w domyśle ciągnącą się kilkaset stron. Przedstawiaj w tych opowiadaniach, jaki jest „twój” świat – a nie jaka rzekomo jest „nasza” Polska – bo tą wszyscy znają – więc po co mieliby o niej kupować książki? Musisz zachęcić ludzi do kupna twojego świata. Więc im go przedstaw. 😉

        „Pozwala zastanowić się, jak kierować fabułę”
        Wiesz, nie tyle, „jak”, co raczej, „żeby w ogóle”. Po prostu najpierw i przede wszystkim musisz wykreować fabułę(oczywiście, jaki pisałem powyżej – przede wszystkim musi ona być mocno osadzona w tym świecie). Ale samą fabułę. Najpierw bez jaj. Jaja dodasz na końcu. Żeby to jakoś zobrazować – najpierw musisz upiec chleb. Porządnie i do końca. Potem dopiero smaruj go dżemem. 😉

        „kolejnych 25 poświęconych zemście Gotteborgów”
        To znaczy chodzi o planowane uderzenie na Szaraszkę 17, o czym zdaje się wspominałeś w opisie świata, zaś opowiadanie nie dochodziło do tego momentu?
        I jeszcze jedno – kiedy je pisałeś? W okolicach tych pierwszych 11, czy gdzieś niedawno? Bo naprawdę liczę na to, że klimat „sierotki Marysi” został zachowany. Że nie pisał ich ten „nowy” autor – który napisał i to powyżej…

      • Tak, celem tego opowiadania była polewka z sytuacji.

        Należy zauważyć jedną pewną rzecz: klasyczne opowiadanie, w formie, w jakiej ukształtowało się w XIX wieku było tekstem o długości 27 tysięcy znaków (dla porównania ten tekst ma 21 tysięcy znaków). Format taki nie pozwala na zbyt wiele wątków. Dlatego też starałem się trzymać tego jednego tematu. Spróbuje w następnych utworach trochę więcej miejsca poświęcić opisowi świata.

        Natomiast jeśli chodzi o książkę: ta była pisana w latach 2012-2013, zaraz po zakończeniu tego tekstu z Poltera, w zasadzie bez jakichkolwiek przerw, choć niestety powoli. Oddana została w lutym 2014 i od tego momentu leży u wydawcy (i ogólnie rzecz biorąc taka sytuacja działa mi na nerwy).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s