Zalety Urban Fantasy:

provenguilty_large_01Urban fantasy to ostatnimi czasy bardzo silnie reprezentowany podgatunek fantastyki. Prawdę mówiąc, jeśli spojrzy się na półki w sieciówkach odnieść można wrażenie, że deklasuje on liczbą wydawanych pozycji klasyczne odmiany fantastyki: zarówno Science Fiction jak i Fantasy. Skąd bierze się jego ogromna popularność tego gatunku? Oraz co widzą w nim jego miłośnicy?

Przeniesienie akcentów:

Co ciekawe Urban Fantasy jest też jednocześnie gatunkiem, z którym „ortodoksyjni” fantaści wydają się mieć spore problemy. Wynika to z faktu, że klasyczna fantastyka jest w dużej mierze literaturą wizji, a wielu jej autorów i czytelników przedkłada oryginalność i wizjonerstwo świata przedstawionego nad inne zalety dzieła, włączając w to fabułę, akcję oraz kreację bohaterów, nierzadko przymykając oko na zupełnie kliszowe rozwiązania, jeśli tylko autor zaskoczy (niekoniecznie nawiasem mówiąc w znaczącym stopniu) pomysłem na owy świat przedstawiony. Często więc najsilniejszym aspektem literatury tej jest więc właśnie wizja, a wszelkie inne aspekty zostają pominięte.

front

Czarodziej-detektyw we współczesnym Chicago…

W wypadku Urban Fantasy mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym. Świat w powieściach tego gatunku rzadko jest oryginalny. Wręcz przeciwnie, najczęściej mamy do czynienia z jednym i tym samym settingiem, czyli planetą Ziemią, opisywaną tak jak wygląda i uzupełnioną o trochę fantastycznych stworów, które najczęściej również nie są odkrywcze (za to popularne i lubiane przez czytelników). Bardzo często wykorzystywany jest więc klasyczny lub bliski klasycznemu, XIX wieczny bestiariusz z powieści gotyckich. Rządzą oczywiście wszechobecne wampiry, do tego często dochodzą wilkołaki, nieumarli różnych kolorów, szekspirowskie elfy, anioły, demony oraz różne odmiany magów, czarodziejów, gangsterów i bojówkarzy organizacji paramilitarnych zajmujących się zwalczaniem pozostałych przedstawicieli menażerii.

Posługiwanie się wspólną bazą motywów jest sprzeczne z paradygmatem wizjonerstwa fantastyki, tak więc nie trudno zgadnąć, że budzi protesty. Z drugiej strony: pozwala przenieść akcent na inne kwestie, jak budowanie fabuły, akcja, czy też relacje między postaciami. Jest też zerwanie z pewnym, utartym schematem związanym z poszukiwaniem nowych dróg oraz wyważaniem w większości otwartych już drzwi, na które mam wrażenie skazała się typowa fantastyka. Bowiem niestety o ile liczba pomysłów jest nieograniczona, to ilość sensownych rozwiązań już niestety nie jest.

Bardzo atrakcyjne połączenie:

Po drugie: Urban Fantasy korzysta na bardzo atrakcyjnym połączeniu, biorąc na siebie niezwykle ciekawy zestaw cech z czterech bardzo interesujących gatunków. Gatunki te to: fantasy, powieść detektywistyczna / kryminalna / sensacyjna, miejskie legendy (oraz teorie spiskowe i zwyczajne plotki) oraz twórczość superbohaterska.

Tak więc Urban Fantasy z klasycznego Fantasy bierze następujące, atrakcyjne elementy:

  • magię i magiczne rytuały
  • otoczkę tajemniczości i duchowości
  • uczucie paranormalnego zagrożenia i zachwytu (czyli to, co Tolkien nazywał „cudownością”, Lovercraft „grozą”, RPG-owcy „mrokiem”, a ja „barbarzyństwem”).
  • rekwizytornie w postaci magicznych przedmiotów, mieczy, różdżek etc.
  • oraz, co najważniejsze: bestiariusz stanowiący całe, nowe wyzwanie dla otoczenia.

Warto zauważyć, że nad klasyczną fantasy Urban Fantasy ma tą przewagę, że cały czas wykorzystuje jej typowe elementy, w szczególności zaś bohaterów walczących z monstrami oraz rozpoznawalny bestiariusz etc. które w głównej odmianie zanikły, mimo, że są bardzo popularne.

rzeki

…oraz w wieloetnicznym Londynie.

Po drugie gatunek ten leży bardzo blisko innej, szalenie atrakcyjnej konwencji, a mianowicie komiksu superbohaterskiego (bo powieści takich raczej nie ma). Bo powiedzmy sobie szczerze: magia czy wampiryzm to tak naprawdę kolejna supermoc, a wilkołak nieszczególnie różni się od przybysza z Kryptona o człowieku przebierającym się za nietoperza nie wspominając. Gatunek ten bardzo mocno oddziałuje na wyobraźnie, apelując do kilku istotnym instynktów.

  • Po pierwsze: ludzka potrzeba bohaterstwa. Z jakiegoś powodu po prostu lubimy słuchać o dokonaniach innych, nawet tych zmyślonych. Im dokonanie większe, tym chętniej słuchamy… Chyba z tej samej przyczyny oglądamy wyczyny sportowców, filmy wojenne etc. Z jakiegoś powodu jesteśmy tak skonstruowani.
  • Po drugie gatunek ten apeluje do innej naszej potrzeby, którą jest nadawanie sensu bezsensownemu światu. Czyni to właśnie dzięki bohaterom, którzy walcząc ze złem porządkują chaos, a przynajmniej nie dopuszczają, by bardziej się plenił. Z jakiegoś powodu bowiem lubimy myśleć, że nad nami są jakieś, potężne, być może nieprzewidywalne, ale koniec końców dobre istoty, które strzegą nas od złego.
  • Konwencja superbohaterska jest też rodzajem takiej dziecięcej zabawy we „wszystko można”. Przez sam fakt posiadania swoich mocy protagoniści są potężniejsi i mogą dokonywać więcej, niż zwykły człowiek. Tak naprawdę bohaterstwo jest dla nich dużo tańsze, niż dla nas, bowiem nie muszą bać reperkusji swojego postępowania. Zaryzykuje stwierdzenie, że dla Batmana Joker jest mniej niebezpiecznym przeciwnikiem, niż dla zwykłego człowieka byle dresiarz. Powód jest prosty: Joker mimo całej swej złośliwości jest jeden. Dresiarzy jest nieskończona ilość. Kuloodporny Superman natomiast w ogóle nie musi bać się nikogo.
  • Tworzy też wreszcie takie fałszywe poczucie bezpieczeństwa „może superbohaterowie nie obronią nas przed wrednymi kolegami ze szkoły, wojną, ani pigułkami gwałtu, ale gdy z kosmosu nadciągną Obcy na pewno sprawdzą się w walce z nimi doskonale”.
  • Kolejnym bardzo atrakcyjnym, obecnym też w Urban Fantasy motywem opowieści superbohaterskiej jest maskarada oraz ukrywanie własnej tożsamości. Wiadomo: wampiry chronią się przed śmiertelnikami, bo nie chcą kołka w serce. Magowie: bo mają swoje powody. Wyliczać można długo. Jest to ciekawe po prostu bardzo ciekawe z dramatyczno-fabularnego punktu widzenia.
  • Koncepcja tajemnicy pojawiająca się w poprzednim punkcie ma kolejną zaletę. Sprawia ona, że w Urban Fantasy łatwiej uwierzyć, albo raczej: łatwiej się w nim zatopić. Jeśli bowiem bohaterowie utrzymują swoje istnienie w tajemnicy, to prowadzić to może do przekonania (lub bardziej: nadziei), że faktycznie gdzieś obok nas toczy się jakaś walka z demonami.

Konwencja kryminalno-sensacyjna wnosi natomiast:

  • Realistyczne miejsce dla zagadek kryminalnych
  • Bardzo atrakcyjną dla czytelnika, kryminalną otoczkę, czy to widoczną od strony śledczych, czy to od drugiej: podziemia, gangów, mafii etc.
  • Bagaż postaci i archetypów typowych dla tej konwencji (chuligani, członkowie różnych rodzajów gangów, mafia, handlarze narkotyków etc.)
  • Możliwość wykorzystania nowoczesnej technologii, która jest tematyką co najmniej równie interesującą, jak magia.
  • Oraz oczywiście użycia nowoczesnej broni. Bo nie ma nic lepszego niż dobra strzelanina. Z zombie. Co więcej: połączenie takie pozwala także na korzystanie z takich motywów jak broń biała i magia.

Kolejny element konwencji to miejskie legendy, zarówno w skali makro jak i mikro. Splatają się one po prostu z poprzednimi tworząc jednocześnie koloryt miejsca akcji. Samo to połączenie sprawia, że książki tego rodzaju są atrakcyjne dla szukającego wrażeń czytelnika. Na tym jednak ich zalety się nie kończą.

Bardzo atrakcyjne środowisko:

indeks

Anielscy adwokaci i demoniczni prokuratorzy walczą o ludzkie dusze w San Judas.

Kolejna zaleta polega na tym, że Urban Fantasy osadzone jest w bardzo ciekawym zarówno z punktu widzenia narratora jak i czytelnika otoczeniu, czyli w dużym, nowoczesnym mieście. Duże miasta mają to do siebie, że na stosunkowo niewielkim obszarze skupiają bardzo duże ilości ludzi o często zupełnie innych postawach, celach, dążeniach oraz kondycji życiowej. Co więcej: odległość w czysto fizyczno-geograficznym sensie między nimi jest niewielka, co ułatwia znacząco prowadzenie akcji. Tak naprawdę bowiem np. wampir, jego ofiara, bogaty biznesmen, szef gangu narkotykowego, jego skuszony na stronę zła, ale wciąż dobry, nastoletni pomocnik, czarodziej i prywatny detektyw mogą mieszkań nawet w tym samym budynku, albo najwyżej kilka przecznic dalej. Co więcej potencjalna ilość takich ludzi jest niczym nieograniczona, a nawet sąsiednia dzielnica może mieć zupełnie inny klimat, charakter, geografię i specyfikę.

Frodo do Mordoru szedł miesiącami. W dużym mieście wystarczy skorzystać z taksówki.

Wbrew pozorom jest to bardzo pomocne przy pisaniu książki. W szczególności, jeśli pozwolimy bohaterom rozejść się na różne krańce świata.

Brak problemów kreacyjnych:

W odróżnieniu od klasycznego fantasy akcja jego miejskiej odmiany toczy się najczęściej we współczesnym świecie. Dzięki temu twórca unika problemów z kreowaniem świata. Wbrew pozorom jest to plus nie tylko dla leniwych autorów. Przeciwnie, dzięki temu często światy przedstawione takich książek są dużo lepsze. Wynika to z kilku powodów:

Po pierwsze: wbrew pozorom wiele uniwersów fantasy nie jest miejscami atrakcyjnymi. Owszem, istnieją wspaniałe, przemyślane, bogate i pociągające światy, które chyba już na zawsze znalazły swe miejsce w sercach miłośników gatunku. Niemniej jednak całkiem sporą ich liczbę stanowią kalekie twory ubogich wyobraźni, tworzone najczęściej na zasadzie: „są trzy królestwa: dobre, złe i niechętne ginąć w obronie tego pierwszego. Oraz magiczny miecz, dobry czarodziej, władca ciemności i jego armia wcale-nie-orków. Czy Bohater zdoła przeciągnąć na swoją stronę królestwo numer trzy i pokonać Złego?”

Po drugie: jako, że autor przenosi akcję do prawdziwego świata i w prawdziwe miejsca zmuszony jest przynajmniej częściowo mierzyć się z ich prawdziwymi problemami, w rodzaju biedy, nałogów, prostytucji etc. Unika natomiast częstej w wypadku typowego fantasy pokusie uzdrawiania świata oraz tworzenia eskapistycznych, szczęśliwych krain wyobraźni, gdzie wszyscy się kochają.

Po trzecie: znikają problemy ze stylizacją, z którą ma problemy chyba większość współczesnych autorów fantasy, nie potrafiących zdecydować się, czy ich świat stylizowany jest na pseudośredniowiecze, czy nie jest, bliźniaczą planetę ziemi, czy świat jednak całkiem odmienny od ziemi etc. oraz wprowadzających nowe gatunki na zasadzie deus ex machina (bo np. autor nie wie, z czego robi się sznurek, ale bohater chce się powiesić, więc okazuje się, że w tym świecie rosną specjalne, sznurkowe drzewa).

Po czwarte: autor musi posiadać faktyczną wiedzę o miejscu, w którym toczy się fabuła, by móc oddać jego koloryt, ale może też popisać się swoją eurydycją.

W skrócie: to nie jest fantasy i nie można wszystkiego sobie wymyślić.

Mniejsza skala konfliktu:

Kolejna zaleta gatunku jest taka, że konflikt dużo częściej toczy się na mniejszą skalę, w grę wchodzą bowiem tak naprawdę albo zagadki kryminalne, albo różnego rodzaju osobiste pobudki, a często jedno i drugie, a nie ratowanie świata kolejnego, nastoletniego bohatera-wybrańca z Koziej Wólki.

O ile w klasycznej fantastyce (nie tylko fantasy, ale też i w science fiction), jak już pisałem liczy się głównie wizja świata, tak w tym gatunku nacisk przeniesiony jest raczej na samego bohatera, jego osobowość oraz rozwiązywanie zagadek i akcję. Ta – jak pisałem w jednym ze starszych postów – wbrew pozorom zyskuje na ograniczeniu skali.

Ponadto mam wrażenie dziś ogólnie w rozrywce cierpimy trochę na zatrucie przedramatyzowanymi i nadmiernie efekciarskimi akcjami rodem z filmów Michaela Baya. Gatunek ten, czerpiący z trochę innej tradycji jednak chyba problemu unika.

Większy nacisk na bohaterów:

Akta Garreta. Nieco nietypowe Urban Fantasy, tym razem bowiem akcja przenosi się do krainy fantasy i jednego z jej miast, mocno stylizowanego na Nowy Orlean.

Akta Garreta. Nieco nietypowe Urban Fantasy, tym razem bowiem akcja przenosi się do krainy fantasy i jednego z jej miast, mocno stylizowanego na Nowy Orlean.

Akcja urban fantasy toczy się w miastach, w odróżnieniu od klasycznego epic fantasy, które polega głównie na wędrowaniu i uciekaniu przed Czarnymi Jeźdźcami po pustkowiach oraz docieraniu do kolejnych, pełnych niebezpieczeństw lokacji lub ewentualnie na siedzeniu w pałacu i byciu celem intryg jakiegoś złośliwego człowieczka spiskującego z Wielkim Złym. Miasta to jak wiadomo głównie ich mieszkańcy, którzy tak naprawdę tworzą ich specyfikę. A raczej: duże ilości mieszkańców o różnych rolach społecznych.

Po drugie: specyfika gatunku sprawia, że znaczna część tego typu utworów to albo śledztwa, albo romanse, albo też jakiegoś rodzaju hybrydy jednych z drugimi. Ani jednej, ani drugiej z tych rzeczy nie da robić się bez rozmowy. Tak więc tego typu literatura częstokroć w dużo większym stopniu opiera się na relacjach między bohaterami, niż jej siostra.

Jako, że niestety relacje między postaciami są tym, co często dużo bardziej interesuje czytelnika, niż losy jakiejś tam, wyimaginowanej planety, czyni to fabułę dla niego atrakcyjniejszą. Tym bardziej, że owe relacje mogą stać się zakładnikiem dla autora (jeśli zginie świat, to niestety autor nie zarobi pieniędzy na kontynuacjach, jeśli bohatera rzuci dziewczynę, to pisarz zawsze może pomóc mu znaleźć następną) co jest korzystne dla autorów. Po trzecie wreszcie: w odróżnieniu od współczesnych, klasycznych fantasy, które bohaterów, zarówno pierwszo jak i drugoplanowych mają zwykle stereotypowych oraz niezbyt atrakcyjnych Urban Fantasy bardzo często dysponują plejadą postaci co najmniej barwnym.

Potencjalnie mniejszy infantylizm:

W prawdzie duża część dostępnej na naszym rynku Urban Fantasy należy do nurtu Young Adult, a umówmy się: nie tworzą go dobre książki, jednak potencjalnie Urban Fantasy jest mniej infantylne od swej starszej siostry. I nie chodzi mi tylko o to, że w jednym są elfy i smoki, a w drugim wampiry i wilkołaki. Problem jest inny: otóż, jak już wspominałem współcześni twórcy fantasy bardzo mocno starają się uciekać od wszelkich problemów, w szczególności społecznych.

Tak więc mamy to nieszczęsne, dobre królestwo, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie, nie ma biedy, ani występku oraz mamy złe królestwo, gdzie tenże pleni się w wyniku złych rządów. I bynajmniej tu nie żartuje. Taki Scott Lynch przykładowo w swej prozie (nawet niezłej nawiasem mówiąc) zdołał np. przepchnąć burdele szanujące godność zatrudnionych w nich kobiet.

W wypadku Urban Fantasy, którego akcja toczy się w realnym świecie wzbogaconym tylko o magię i zjawiska nadprzyrodzone czegoś takiego zwyczajnie nie da się zrobić zachowując przy tym wiarygodność. Autor po prostu musi wepchnąć do nich trochę prawdziwej, znanej z telewizyjnych wiadomości niegodziwości.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Zalety Urban Fantasy:

  1. Casual pisze:

    Nie jestem zwolennikiem tekstów wychwalających ten czy inny gatunek jako całość, dlatego, że gnioty zdarzają się wszędzie. Istnieje gniotowate urban fantasy jak i gniotowate high fantasy, a oba gatunki mają także dzieła wybitne. Tak się niestety złożyło, że „klasyczne fantasy” to gatunek bardzo popularny, a z ilością książek fantasy, rośnie i ilość gniotów fantasy. Sapkowski w „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” stwierdził, że konflikt fantasy-sf, który wtedy istniał, nie ma sensu bo zarówno magia jak i zaawansowana technika to dekoracje, ani jedno, ani drugie nie przesądza, że książka jest infantylna lub ambitna. Fantasy też można osadzić w wielkim mieście, a urban fantasy może zawierać idylliczne społeczeństwa. Fantasy też może być brudne i realistyczne.

  2. Karoluch pisze:

    Interesujący tekst! Choć ja tam wolę jednak normalne fantasy z wymyślonymi światami 😉 Niestety nie mam dobrych doświadczeń z Urban Fantasy, nie mogę na nic dobrego trafić, a unikam powieści dla nastoletnich dziewczynek, które się zdaję dominować w tym gatunku.

    Po tym tekście się zastanawiam, czy „Harry Potter” to urban fantasy? Owszem można go przyporządkować do szeregu innych gatunków, powieść dla dzieciaków, o dorastaniu, o szkole etc. etc. Tylko jednak warstwa świata przedstawionego zdaje się odpowiadać wprost urban fantasy, takiemu jakie opisałeś w tym tekście. Tak wiem, że akcja książek nie dzieje się w mieście, a głównie w szkole odseparowanej od normalnego świata, której normalni ludzie nie mogą nawet zobaczyć. Tylko teraz siedzę głęboko w fanfiction potterowskich, oczywiście nie czytam romansów typu: „Harry i tu wstaw dowolną dziewczynę z książek”. Wydaje mi się, że tam sama idea świata magicznego, z ministerstwem magii, aurorami, wilkołakami, wampirami, Statutem Tajności, goblinami i własnym systemem monetarnym, jest dość bliska temu co się nazywa urban fantasy. Wracając właśnie do wątku fanfiction, widywałem takie, które opisywały w większym stopniu relację czarodzieje/normalni ludzie, bo książki ze względu na swoją konwencję pozostawiały to obok (jedynie sporo było o Dursley’ach).

    • W zasadzie też wolę klasyczne fantasy, ale ostatnimi czasy nie trafiam na takie, które a) by mi się podobało b) nie będąc przy tym totalnym starociem. Nie wiem, czym to jest spowodowane. Może powinienem wziąć się za tego Sandersona, którego wszyscy tak chwalą?

      Harry Potter IMHO jest bardzo bliski temu gatunkowi. Nie zdziwiłbym się, gdyby część jego twórców inspirowała się bezpośrednio cyklem o tej postaci.

      Prawdę mówiąc w Harry Potterze też brakowało mi rozwinięcia wątku mugoli. Aż się prosiło, żeby napisać o nich coś więcej. Albo wciągnąć ich w ten świat i ten konflikt. Tudzież zakreśli trochę bardziej świat i pokazać stosunki czarodzieje-mugole.

      Kolejną rzeczą, której brakowało, to choć jeden sprawiedliwy w Slytherinie.

      • Karoluch pisze:

        W Harrym Potterze wielu rzeczy brakował. Co można zwalić na konwencję powieści dla dzieciaków, od której się zaczęło. Być może Akta Dresdena są takim Harrym dla dorosłych 😉

        Paradoksalnie w HP najbardziej cenię pierwsze cztery części, które były bardziej dziecinne, potem Rowlingowa chciała zmienić konwencję na nieco poważniejszą, ale nie udało się jej osiągnąć zadowalającego efektu. Horcruxy, Relikwie Śmierci, to jednak nie były najlepsze pomysły. Rozumiem, że nie dało się przy zmianie konwencji z powieści dla dzieciaków, na powieść dla nastolatków całkiem wprowadzić poważnych wątków i realizmu w przedstawieniu postaci i ich motywacji, ale jednak można było to zrobić lepiej. Niestety Rowlingowa także całe życie wyznaje polityczną poprawność.

        Nie przypadkowo wszyscy „źli” są biali, hetero, cenią tradycję i jak w przypadku Malfoyów mają jasne włosy, a zostali ukazani karykaturalnie jako słuchający kompletego świra. Natomiast „dobrzy” walczą o postęp, tolerancję, wyzwolenie skrzatów domowych i składają się z różnych postępowych mniejszości. To nic dziwnego, że nie było dobrych ślizgonów. Rowlingowa potem w różnych wypowiedziach i informacjach na jej stronie netowej rozwijała nieco świat. Idąc dalej tą samą drogą, np. że Hermionka po wojnie została szychą w ministerstwie i wyzwalała skrzaty domowe, wilkołaków (bo to takie puszyste kuleczki). Zaś przodkowie Harrego wszyscy byli „dobrzy”, bo za darmo leczyli mugoli w Średniowieczu, a przodkowie Malfoyów byli „źli”, bo dbali o własne bogactwo.

        Bohaterowie stali się także coraz bardziej irytujący, zwłaszcza trójka głównych. Hermiona jako intelektualna „mary sue”, która w książkach znajdzie rozwiązania każdego problemu, a wszystko jej wychodzi najlepiej, pewnie z książek też się tego nauczyła. Harry jako bezkształtna masa, no tak to typowa przypadłość głównych bohaterów, że są tacy bezkształtni, ale on to wyjątkowo. Niby wielki wybraniec, ale czytając książki to on się wydaje raczej mało ogarnięty. Dlatego śmiesznie wyglądały wszystkie jego walki zakończone sukcesem, przeciwko przeciwnikom, którzy według wszelkiej logiki i opisów z samych książek byli bardziej kompetentni od niego. Tylko szczęście i Hermiona zawsze go ratowało. Zaś na koniec król tego bajzlu Ron, postać całkowicie irytującego tumana i kretyna. Nie dość, że z rodziny, która irytowała swoim zachowaniem i anturażem, to jeszcze on ma same negatywne cechy osobowości. Nawet dziewczynki w fandomie się na nim poznały, bo praktycznie nie ma fanfiction z nim jako główną postacią, zaś fangirls usilnie „shipują” Hermiś z Harrym lub Draco.

      • Też wolałem te pierwsze tomy. Tym bardziej, że ten motyw znalezienia X magicznych artefaktów i zniszczenia za ich pomocą Y magicznych artefaktów był po prostu skrajnie generickowy. Dwa razy lepiej by wyszło, gdyby Harry po prostu obleciał w koło cały świat, gromadząc każdego innego niezadowolonego z rządów Voldemorta i po prostu stoczył z nim bitwę wygrywając w uczciwej walce.

        Także sam motyw tworzenia Hokruxów, w trakcie którego Riddle z majestatycznego Czarnego Pana, władcy zła o niemal satanistycznym wizerunku został zdegradowany do zwykłego, zagubionego w świecie, seryjnego mordercy nie był najlepszy.

        Co do poprawności politycznej: to faktycznie jest to prawda. A najśmieszniejsze jest to, że uprzedzająco zabiła wszystkie te postacie, które w nowym, wspaniałym świecie czarodziejów mogłyby być niezadowolone z życia (np. Lupina).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s