O Vanity Press, Self Publishingu i wydaniach subsydiowanych

2452_424b_390Światek książkowy od jakiegoś czasu żyje zjawiskiem autorów płacących (i to niekoniecznie małe pieniądze) za wydanie własnych książek. Zjawisko to przybiera na sile, a na rynku działają już nawet wydawnictwa wyspecjalizowane niemal wyłącznie w tego typu publikacjach. Czy warto korzystać z ich oferty? I w jakich okolicznościach to robić?

Specyfika sytuacji:

Nie jestem pewien, czy jestem odpowiednią osobą, by zabierać głos z taką stanowczością (bowiem trudno nazwać mnie doświadczonym pisarzem), ale generalnie główną zasadą, którą starałem się zawsze kierować było to, że to Ja mam zarabiać na moich publikacjach, a nie do nich dopłacać. Problemem debiutanta jest niestety fakt, że szanse, aby jego książka dobrze się sprzedała są niewielkie. Niestety, rynek jest dość mocno obstawiony i (poza wyjątkami) nie dzieje się tak, że ludzie czekają z zapartym tchem w nadziei, że ktoś wychynie ze swego domostwa i objawi światu swoją twórczość. Fakt ten ma podwójne konsekwencje, które omówię w jednym punkcie.

Otóż: osoba decydująca się na wprowadzenie na rynek książki debiutanta (niezależnie, czy to będzie sam autor, czy też wydawca) prawie na pewno zainwestowane w to pieniądze wtopi. Tym bardziej, że, by przedsięwzięcie się powiodło sprzedać należałoby co najmniej 50% początkowego nakładu, co jest niestety trudne. Wynika to z faktu, że książki debiutantów zaczynają zwykle przynosić dochody za 2-3 podejściem.

Jeśli dodać do tego fakt, że pisarze są ludźmi, a ludziom zdarza się wpadać pod samochody lub tracić zapał po wydrukowaniu pierwszej pozycji, która przechodzi bez echa publikowanie pozycji debiutantów przedstawia się nam jako zjawisko dość z biznesowego punktu widzenia ryzykowne. Tak więc oczywistym sposobem poradzenia sobie z problemem jest przerzucenie kosztów na kogoś innego.

Autorzy radzą sobie z problemem szukając wydawców. Natomiast wydawcy (przynajmniej niektórzy) poprzez subsydiowanie części książek.

Co to jest subsydiowanie?

Rozwiązanie to polega na tym, że wydawca dzieli się z autorem kosztem opublikowania książki. Zwykle działa to na tej zasadzie, że wydawca bierze na siebie np. marketing, autor natomiast sam koszt jej publikacji. W efekcie czego w wypadku porażki jej koszta rozkładają się mniej-więcej po równo.

Układ taki jest uczciwy, bowiem w tym wypadku obydwie strony ponoszą ryzyko, dzielą korzyści, wzajemnie się zabezpieczają oraz w zasadzie powinno im zależeć na sukcesie danej pozycji. Niestety szczerze mówiąc nie wiem, czy obecnie ktoś to w Polsce praktykuje. Powiem jednak uczciwie: gdybym dostał propozycję wydania w ten sposób książki od jakiegoś, dużego i szanowanego wydawnictwa, to pewnie bym na to poszedł.

Co to jest Vanity Press?

Niestety wydawnictwo subwencjonowane łatwo pomylić z jego złą siostrą o nazwie Vanity Press. Nazwa ta została użyta po raz pierwszy w USA w roku 1941, a oznacza dość specyficzny typ działalności.

Otóż: normalne wydawnictwo, nawet to wymagające od swoich autorów subsydiowania książek zarabia na ich sprzedawaniu. Zwykle dokonuje też pewnej selekcji tekstów, by zyskać reputację firmy wydającej wartościową literaturę.

W wypadku Vanity Press sprawa jest inna: wydawnictwa takie zarabiają na publikowaniu książek. A dokładniej: na frajerach, którzy im za to płacą. Vanity Press generalnie żerują na zdesperowanych autorach, którzy od dłuższego czasu starają się wydać swoje dzieła, które to dzieła albo są zbyt słabe, żeby je wydać, albo też giną w natłoku nadsyłanych do wydawców prac i korporacyjnej imersji.

W odróżnieniu od zwykłych wydawnictw Vanity Press nie jest zainteresowane selekcją prac, ani tak naprawdę nie skupia się na utrzymaniu spójnego profilu wydawniczego. Przeciwnie: publikuje wszystko, co do niego zostanie nadesłane, pod warunkiem oczywiście, że autor zapłaci, często wydając przy okazji niesamowite wręcz gnioty.

Cena takiej „przyjemności” w polskich warunkach waha się między 2,500, a 7,500 złotych.

Po drugie: Vanity Press są w najlepszym razie umiarkowanie zainteresowane sprzedażą książek. Najczęściej sytuacja wygląda tak, że główny zysk pochodzi z pieniędzy, które wyłożyli autorzy. Tak więc książki drukowane są w niewielkim nakładzie i poza pewną ilością egzemplarzy, które trafiają do autora nic z nimi się nie dzieje. Czasem wysyłane są do hurtowni, gdzie zalegają i w niewielkich ilościach do księgarni, niemniej jednak większości z tego typu wydawnictw dochody ze sprzedaży traktuje w najlepszym razie jako dodatkowy bonus. Zamiast tego wolą żyć z frajerów.

Po trzecie: jako, że główne źródło dochodów stanowią kwoty wpłacane przez autorów, to wydawcy tacy starają się najczęściej zagarnąć jak największą część z nich. Robią to na dwa sposoby: albo oszczędzając na wszystkim co się da: druku, korekcie, redakcji, marketingu, reklamach etc, albo zawyżając koszta. W efekcie czego tak naprawdę publikacja taka jest zbędna: książka przechodzi bowiem bez echa, a jej kariera rynkowa zwykle kończy się w magazynie.

Słowem jest to zwykła próba wykiwania naiwnych.

Co to jest Self Publishing?

466edda06e792bb4ca445da4d6461be9.jpgTrzecią grupę wydawnictw za pieniądze autora stanowi self publishing. Zjawisko to należy wyjaśnić, bowiem określenie to często używane jest błędnie. Otóż: są to wydawnictwa, które publikuje sam autor, albo samodzielnie, albo zakładając w tym celu własną działalność gospodarczą. Jeśli natomiast korzysta z usług wyspecjalizowanej firmy, to albo pada ofiarą Vanity Press albo książkę subsydiuje.

Self Publishing jest bardzo ciekawą formą działalności. W prawdzie ponownie zmusza ona autora do pokrycia wszystkich kosztów wydawniczych, jednak jednocześnie oferuje dużo większą stopę zwrotu. Jako, że znikają wszystkie opłaty na rzecz wydawcy oraz nie pobiera on prowizji dla siebie autor zarabia na każdej sprzedanej książce (zależnie od tego jak liczyć) od 5 do 10 razy więcej, niż na publikacji w wydawnictwie.

Zaletą nie bez znaczenia jest też fakt, że w modelu tym odpada użeranie się z wydawcami. A niestety to właśnie ono `jest największym problemem tej całej, pisarskiej zabawy. Tak zupełnie między nami: pisanie książek byłoby samą przyjemnością, gdyby nie ci cholerni wydawcy.

Nie ukrywam: gdybym miał na blogu ruch tak z 10 razy większy, niż obecnie, to już gdzieś z boku wisiałaby reklama jakiegoś zbioru opowiadań w druku na żądanie lub inna web nowel. Na razie jednak jest to głos przyszłości.

Oczywiście nie ma róży bez kolców. Główny problem z Self Publishingiem jest natomiast taki, że tak opublikowanymi książkami bardzo trudno zainteresować czytelnika. Wynika to trochę z samego sposobu, jak czytelnicy wybierają książki. Otóż: książki w pierwszej kolejności sprzedaje tematyka, w szczególności jeśli jest rzadka, a przy tym poszukiwana (z tej przyczyny największym segmentem rynku są wszelkiej maści poradniki), po drugie: wydawca (gdyż czytelnik zadowolony z zakupu wraca) i po trzecie: autor. Przy czym ten ostatni jest najważniejszy, ale tylko w jednym wypadku: jeśli ma wyrobioną, dobrą opinię. To właśnie brak tej ostatniej cechy sprawia niestety, że debiutantów wydaje się niechętnie.

Osoba decydująca się na tego typu krok jest jeszcze bardziej do tyłu: nie korzysta z machiny marketingowej wydawnictwa. Jeśli przy okazji nie jest celebrytą lub przynajmniej znanym bloggerem, to niestety szanse zarobienia na tym są niewielkie.

Jak odróżnić wydawnictwo subsydiowane od Vanity?

Pytanie brzmi więc: jak rozpoznać wydawnictwa Vanity Press? Otóż: moim zdaniem, jeśli oferta nie jest naprawdę korzystna, to najlepiej jest w ogóle nie korzystać z żadnych form płatnego wydawania i korzystać z usług wydawcy. W inwestycjach bowiem najważniejszy nie jest potencjalny zysk, ale ograniczenie ryzyka. Zwyczajnie nie ma sensu dopłacać do własnych książek.

Jeśli jednak już musimy płacić za nasze wypociny, to należy zwrócić uwagę na kilka rzeczy tak więc:

Po pierwsze: czy dany wydawca wysyła książki do księgarni? Czy są dostępne na ogólnym rynku? Za szczególnie dobry symptom należy uznać ich obecność w sklepach stacjonarnych dużych sieci, jak Matras czy Empik. Wprowadzenie ich do oferty jest bowiem kłopotliwe.

Po drugie: czy mają gwiazdy lub przynajmniej stale piszących dla nich autorów? Sam brak liczących się i znanych autorów nie musi jeszcze niczego oznaczać (wydawnictwo może być młode i małe, w efekcie czego może jeszcze nie uzbierać portfolio lokomotyw, które ciągnęłyby jego sprzedaż).

Warto zwrócić uwagę na to z prostej przyczyny: poza frajerami ludzie raczej nie są skłonni nabierać się dwa lub więcej razy na ten sam numer. Tak więc obecność autorów, którzy są zadowoleni ze współpracy i ją kontynuując, wydając książki stale u tego samego wydawcy świadczyć o tym, że raczej współpracę sobie chwalą. Tak więc firma traktuje ją poważnie i raczej nie oszukuje swoich pisarzy.

Po trzecie: jak dużo czasu minęło między złożeniem propozycji wydawniczej, a otrzymaniem odpowiedzi? Z mojego doświadczenia wynika, że prędzej, niż po tygodniu przychodzą tylko dwa typy odpowiedzi: od Vanity Press oraz odpowiedzi odmowne. Zwyczajnie: zwykle w wypadku nadesłania propozycji normalny wydawca w jakiś sposób ją ocenia oraz przygotowuje wewnętrzną recenzję, co zajmuje trochę czasu (znam przypadki firm, których recenzenci mają kolejki propozycji na 3 lata do przodu). Tak więc nagły pośpiech w połączeniu z propozycją „chętnie wydamy pana książkę za 5 tysięcy” powinien budzić podejrzenia.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki, Pisanina i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „O Vanity Press, Self Publishingu i wydaniach subsydiowanych

  1. krystek pisze:

    Zawsze wrzucałem wszystko do jednego wora…A platformy takie jak rozpisani pl to self-publishing czy te wydawnictwa subsydiowane? myślę, że wydawanie własnym nakładem to zupełnie nowy krok przy wydawaniu i spora szansa na różnych początkujących badź mniej znanych autorów…

    • Nie wiem, nie miałem z nim do czynienia. Ale patrząc na ich pakiety promocyjne to, nie wygląda to szczególnie korzystnie. W pakiecie premium obiecują nakład 150 egzemplarzy za 8500 złotych. Novea Res o której mówi się sporo złego natomiast drukuje tysiąc książek za 5000. Prawdę mówiąc więcej egzemplarzy Gambitu Mocy rozdaliśmy w celach promocyjnych, niż wynosi ten nakład. Dostęp do wymienionych wyżej księgarni także nie jest niczym imponującym: ot, ktoś ma podpisaną umowę z hurtowniami (u PWN to nic dziwnego) i puszcza do wszystkich.

      A robienie nowości z selfpublishingu to trochę przesada. Arystoteles był self-publisherem. Guttenberg. Kopernik. To zjawisko jest stare jak świat.

  2. silva pisze:

    Jest jeszcze jeden aspekt, zależy kto taką książkę wydaną przez rozpisani.pl itp przeczyta, jeśli trafi na odpowiedni grunt może odnieść sukces bo przecież można zawsze zrobić dodruk, a jak wiadomo te z polecenia sprzedają się najlepiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s