Mój problem z „ambitną” fantastyką

11407142_886771751397620_583419233285851691_nJak wiadomo czytam fantastykę i to nawet w dość dużych ilościach. Problem polega na tym, że czytam fantastykę niewłaściwą, to znaczy: fantasy, pseudo-kryminały oraz wszystko, co zawiera duże czołgi strzelające do siebie z dużych armat, co niektórym ludziom w Internecie bardzo przeszkadza. Przeszkadza, bo powinienem zająć się New Weird i Hard Science Fiction, a fakt, że tego nie robię świadczyć ma o moim intelektualnym lenistwie. Istnieje jednak kilka powodów, z których „ambitną fantastyką” się nie zajmuję i nigdy nie zajmę. Generalnie więc z mojego punktu widzenia ta ma kilka problemów:

Tematy, które mnie nie interesują

Głównym powodem, który sprawia, że nie czytam książek uważanych za „ambitną fantastykę” jest fakt, że niestety za taką uważane są pozycje poruszające tematy, które mnie nie interesują. O ile np. opowieść o czołgach jest dla mnie całkiem przyjemna z powodów rozrywkowych, tak ciężka pozycja analizująca logiczne efekty podróży w czasie i pętli czasowych, socjologiczne rezultaty pojawienia się sztucznej inteligencji albo kontaktu z obcą cywilizacją już nie. Spowodowane jest to prostym faktem: nic mnie one nie obchodzą. Po prostu mnie to nie interesuje.

9915_67e4_640Po pierwsze: owszem, to bardzo dobrze jeśli człowiek posiada szerokie zainteresowania wykraczające poza jego dziedzinę oraz poza zaspokajanie najprostszych przyjemności. Niemniej jednak nikt nie ma obowiązku interesować się wszystkim. O ile kwestie sztuki wojennej mnie nawet pociągają, tak niestety wymienione tematy już nie, tak samo, jak nie obchodzą mnie zagadnienia związane z ichtiologią, uprawą bakłażanów czy malarstwem renesansowym. A nie da się ukryć, że wszystkie te trzy rzeczy mogłyby się okazać wiele bardziej rozwijające, intelektualnie stymulujące lub po prostu przydatniejsze pod względem praktycznym, niż dowolna problematyka Science Fiction. I nie sądzę, by brak zainteresowania nimi był powodem do wstydu.

Po drugie: nie przeczę, że istnieje możliwość, iż ludzkość w przyszłości faktycznie opracuje sztuczną inteligencję lub spotka obcą cywilizację (bo podróże w czasie raczej nigdy nie będą możliwe), niemniej jednak nie jestem pewien, czy w takim przypadku „wiedza” wyciągnięta z Science Fiction do czegoś nam się przyda (i czy na pewno najważniejszą jej dziedziną nie będzie taktyka walki z użyciem samoświadomych czołgów). Po prostu: trudno analizować cokolwiek na niewidziane. Nie wiadomo na jakim poziomie rozwoju będzie wówczas ludzkość. Nie wiadomo, jak będą wyglądali obcy czy na jakich zasadach działać będzie sztuczna inteligencja, jakie cele będą przyświecać zarówno nam jak i im… Tak więc wartość poznawcza tego typu spekulacji jest co najmniej wątpliwa. To fikcja literacka nie dająca jakichkolwiek twardych danych mogących przełożyć się na rzeczywistość.

Po trzecie: wątpliwa jest sama metodologia. Generalnie prognozowanie długookresowe jest bardzo trudne. Tak trudne, że w praktyce nie jest możliwe przewidzenie czegokolwiek w dłuższym okresie, niż 5 lat. Spowodowane jest to istnieniem trendów ukrytych, których istnienia nie jesteśmy świadomi. Po prostu: w chwili, gdy my czekamy na wyniki naszych prognoz ktoś inny może pracować nad wynalazkiem, który odmieni całą ludzkość i jej życie do tego stopnia, że go nie poznamy.

Nauka filozofii z piosenek

1379918_10153224649700934_7618979996872259745_n

Żeby nie było: Diuna akarut mi się podobała. Choć prawdę mówiąc kiedy pierwszy raz ją czytałem byłem strasznie rozczarowany, bo nie było czołgów, ani Domu Ordosów jak w grze…

Nie przeczę, istnieją dziedziny, na temat których science fiction może próbować się wypowiadać całkiem skutecznie, jak na przykład rozwój obecnie istniejących technologii. Niemniej jednak tu nadal pojawia się inny problem: istnieją ludzie, którzy potrafią robić to lepiej. Przykładem mogą być tu ekonomiści, bowiem prognozowanie (prowadzone w sposób naukowy i sensowny) jest ważnym elementem tej nauki.

I z całym szacunkiem dla pisarzy Hard Science Fiction, ale większe wyobrażenie o kierunku, w jakim idzie nasz świat daje „Trzecia rewolucja przemysłowa”, „Koniec pracy” czy „The Biotech CenturyJeremiego Rifkina (przy całej jego skłonności do przesady) albo publikacje George Friedmana w rodzaju „The next 100 years” lub innego Stratford Strategic Forecasting. I to nie tylko dlatego, że twórczość tych osób i instytucji zawiera takie smaczki, jak mechy walczące o bazy kosmiczne na księżycu.

I uprzedzę typowy kontrargument: zdarza mi się czytać tego typu książki.

Ogólnie to uważam, że człowiek, który ukończył studia wyższe na kierunku związanym z naukami społecznymi nie powinien swojego światopoglądu budować na literaturze pięknej, tak samo, jak geograf nie powinien swej wiedzy opierać o książki Cejrowskiego, a biolog lub lekarz o Animal Planet.

Dziwność nad dziwnościami i wszystko dziwność

Wyjdźmy teraz z pola Hard Science Fiction, bowiem jest to gatunek, który w prawdzie nie budzi mojego zainteresowania, ale go szanuję. Istnieje jednak duża liczba powieści zaliczanych do „ambitnej” fantastyki, które również do mnie nie przemawiają, a Hard Science Fiction nie są.

Chodzi o różnego rodzaju powieści, które są dziwne. I to dziwne dla samego udziwniania.

Wybaczcie, ale nie należę do ludzi, którzy na książkę, której nie zrozumieli reagują stwierdzeniem, że musi być wyjątkowo mądra. Przeciwnie, uważam się za człowieka dość inteligentnego, a przy tym oczytanego. Jeśli więc czegoś nie rozumiem, to najprawdopodobniej spowodowane jest to jakiegoś rodzaju błędami pisarza, a raczej nie moimi. Albo faktem, że w powieści nie ma niczego do zrozumienia, a autor ukrywa ten fakt za efektownym słowotokiem.

Po drugie: nie interesują mnie eksperymenty z formą. Należę do tych staromodnych konserwatystów, którzy uważają, że książki czyta się dla treści, a nie dla sposobu, w jaki ktoś stawia literki. Tak więc więc interesuje mnie bardziej przesłanie i przebieg fabuły, niż rezultaty czyichś eksperymentów.

Przemoc nad przemocami i wszystko przemoc:

1331815189_by_Didi_500

GoT też lubię jeśli mam być szczery. Choć prawdę mówiąc mam wrażenie, że im więcej odcinków serialu nakręcono, tym bardziej ortodoksyjni fantaści jej nienawidzą.

Z kronikarskiego obowiązku należy wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy: epatowaniu przemocą. Epatowanie przemocą, zarówno fizyczną jak i seksualną oraz werbalną było modne w latach 90-tych, w rezultacie powstało ileś tam opowiadań oraz pewna ilość powieści, których autorzy prześcigali się w tym, kto więcej wulgaryzmów, seksu i tortur wciśnie na karty swoich dzieł oraz kto stworzy bardziej dystopijne uniwersum i zaludni je bardziej antypatycznymi bohaterami. Co więcej dzieła tego typu traktowane były śmiertelnie poważnie, mimo, że większość z tych dzieł, z uwagi właśnie na groteskową skalę nieszczęść było własnymi parodiami.

Jak mówiłem na początku: fantastykę czytam głównie dla rozrywki. Lektura jakiegoś rodzaju „Moich mogił” rozrywki mi nie dostarcza.

Bogu dzięki lata 90-te skończyły się, a wraz z nimi pastwienie się przestało uchodzić za awangardę. Dziś już nikt nawet o tym nurcie nie pamięta.

Bo to oryginalne…

Cechy takie jak oryginalność, świeżość i nowość są bardzo cenne, niemniej jednak mają jedną, bardzo poważną słabość, która sprawia, że niespecjalnie je cenię. Otóż: cechujące się nimi dzieła kultury bardzo łatwo się psują. Wystarczy odłożyć je na kilka tygodni albo miesięcy i niestety swoje zalety utracą. Przykro mi to mówić, ale do tej pory mieliśmy już kilka fal awangardowej fantastyki. O żadnej z nich nikt już dziś nie pamięta.

Po prostu te trzy cechy: oryginalność, świeżość i nowość są bardzo ulotne. Tak więc, by było ono dobre musi mieć do zaoferowania coś więcej, niż tylko krótkotrwałą nowość.

Choćbywalorrozrywkowy.

I muzealnych staroci

9456_f61e_500Dokładniej rzecz biorąc chodzi mi o: pętle czasowe, przyczynowo-skutkowość i ich logiczne konsekwencje. Ok, może ogarnięcie tego wymaga inteligencji i wyobraźni, niemniej jednak raz, że koncepcja podróży w czasie nigdy mnie specjalnie nie pociągała. Dwa, że ileż można? No niestety to jest tak oklepane, jak tylko się da. Jednak wydaje mi się, że moja niechęć do podróży w czasie wynika raczej z moich preferencji i upodobań, niż z czegoś innego. Lubię fantastykę, tak samo, jak lubię ananasa, chili i imbir. Niemniej jednak uważam, że ananas przestaje być smaczny, jeśli dodać do niego chili i imbir (co jest dziwne, bowiem generalnie wszystko jest lepsze, jeśli dodać do niego te dwa składniki), choć wiele osób go tak przyprawia.

New Weird

Osobnym problemem jest modne ostatnio New Weird. New Weird jest ruchem, który wyewoluował z fantasy jako „odpowiedź” na problemy związane z tym typem literatury i bunt przeciwko „schematom narzuconym przez Tolkiena”. Obecnie moim zdaniem jest już osobnym gatunkiem, który albo będzie rozwijał się samodzielnie, albo też okaże się taką samą pomyłką ewolucji jak kopalne ryjówki-olbrzymy. Co się z nim stanie prawdę mówiąc mnie nie obchodzi. Omówienie moich problemów z nim wymaga cofnięcia się nieco w głąb historii i skupieniu się na dziedzictwie genetycznym, jakie New Weird otrzymało od swojego przodka.

Czy raczej obciążeniu genetycznym. Bo obawiam się, że New Weird ma raka, hemofilię, dziedziczną otyłość oraz…

…Syndrom Brooksa-Eddingsa

9907_08bb_450Który jest niestety największym problemem fantasy. W skrócie: Brooks (autor mn. Shanary) oraz Eddings (autor między innymi Belgeriady) to dwaj niezbyt dobrzy, ale zasłużeni dla historii gatunku pisarze. W skrócie: Brooks i Eddings stworzyli pewne schematy lub modele biznesowe, które rządzą fantasy po dziś dzień.

Tak więc Brooks wynalazł, czy też raczej dostosował na swoje potrzeby schemat fabularny niesłusznie nazywany Tolkienowskim. Jest on ojcem tych wszystkich życiowych nieudaczników z Pcimia Dolnego, którzy dowiadując się o zagrożeniu, jakie dla świata niesie Zły Lord wyruszają na wyprawy, odkrywają, że są Wybrańcami Losu, zdobywają Magiczny Artefakt i w pojedynku na czary ucinają nim głowę Czarnemu Lordowi.

Eddings rozbudował ten schemat wzbogacając go o kontynuacje, w których fabuła przenosi się na inny kontynent, gdzie bohaterowie odkrywają, że Czarny Lord podbijając świat jednocześnie dawał odpór Lordowi Czarniejszemu, muszą zdobyć kolejny artefakt i odciąć głowę kolejnemu wrogowi, co okazuje się jednak niemożliwe bez sprzymierzenia się z poprzednim Nieprzyjacielem lub jednym z jego Sług.

Problem fantasy nie polega moim zdaniem na tym, że Tolkien „narzucił” jakiś schemat tworzenia światów przedstawionych, tylko na tym, że przez czterdzieści prawie lat, czyli odkąd Brooks rozpoczął erę Wielkich Komercyjnych Cyklów Fantasy wydając „Miecz Shanary” znalazł z Eddingsem miliony naśladowców, którzy wałkują ich schemat fabularny prawie bez zmian.

Mówię prawie, bo raz bohaterowie mają do pomocy elfy, a raz jaszczuroludzi, raz magia jest odwiecznym elementem natury, a raz pochodzi od smoków lub jednorożców, raz świat jest pseudo-średniowieczny, a raz pseudo-chiński i tak dalej… Niewielkie modyfikacje świata w tym stylu wprowadzać można bez końca. Nie zmienia to faktu, że fabuła książek jest kropka w kropkę identyczna. Inna jest co najwyżej warstwa opisowo-światotwórcza.

Podróż ku przepaści innym szlakiem turystycznym

9613_2816_562New Weird natomiast, mimo, że rzekomo próbował szukać leków na bolączki fantasy tak naprawdę je zakonserwował. Skupia się na wymyślaniu nowych, coraz bardziej udziwnionych światów, byle tylko odejść jak najdalej od tego „przebrzydłego” wzorca tolkienowskiego, który jak dla mnie nie jest problemem, ale jednocześnie nadal wykorzystuje stare schematy fabularne, które są autentycznym problemem.

Widać to doskonale na przykładzie „pierwszej, polskiej powieści New Weird” czyli „Innych Pieśni” Jacka Dukaja. Jest to powieść, której cały efekt tak naprawdę polega nawet nie na koncepcji świata, co raczej na koncepcji nazewnictwa. „Inne Pieśni” bardzo straciłyby, gdyby zmienić nazwy. Tak naprawdę wprowadzenie zwykłego leksykonu, który tłumaczyłby poszczególne określenia zabiłoby cały efekt nowości i tajemniczości tej książki (choć bez wątpienia ułatwiłoby jej czytanie).

Bo powiedzmy sobie szczerze: koncept kształtowania świata za pomocą siły woli jakoś szczególnie nowy nie jest. A spora część tego świata broni się tylko dlatego, że trudno zrozumieć o co autorowi chodzi. Gdyby zmienić te terminy na bliższe zwykłemu czytelnikowi i np. zamiast:

  • „Kratistos” dać „Arcymag”
  • „Strategos” dać „Heros-wybraniec”
  • „Kakomorf” dać „Mutant”
  • „Forma” dać „Magia” lub „Moc”
  • „Anairesi” dać „Obcy” albo „Demony”
  • „Ares” dać „Adept walki”
  • tych panów, którzy wyrabiali przedmioty o nadzwyczajnych właściwościach, leczyli etc. zamiast z greki nazwać z perska „Magami” lub z polskiego „Czarodziejami”

To fabułyby to nie zmieniło, ale efekt dostałby po głowie. Wielu innych przedstawicieli gatunków cierpi na ten sam problem. Ich autorzy nie próbują stworzyć nowej, ciekawej opowieści, ale raczej podać starą w nowym świecie.

A co w takim razie lubisz?

Warto o tym napisać, bo zwrócono mi uwagę, że strasznie niekonstruktywny jestem. Fantasy lubię. Dresdena lubię. Tolkiena, Martina, Le Guin, Zelaznego, Tanith Lee, Morresego, Pratchetta i Cooka lubię. Military fiction lubię. Webera lubię. Diunę i Star Warsy lubię choć bez przesady. Kiedyś lubiłem Pilipiuka, ale trochę mi się przejadł, za to chyba przeproszę się z Sapkowskim.

Poza tym lubię jak się strzela do wampirów, zombie, robotów lub obcych.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Książki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Mój problem z „ambitną” fantastyką

  1. Iselor pisze:

    O to widzę, że mamy podobne gusta. W zasadzie zdecydowana większość tzw. New Weird doprowadza mnie do wymiotów. Kiedy widzę te wszystkie dziwne rzeczy pokroju „Welinu” Duncana to szlag mnie trafia. Wychowałem się na klasycznym fantasy od Tolkiena i Le Guin i Vance’a, lubię Zelaznego i jego science fantasy (podobnie jak C.J. Cherryh czy Gene’a Wolfe’a), lubię militarystyczne fantasy od Cooka. I przy tego typu fantastyce zostaję.
    Sf? Niestety, próbowałem się przekonać, zwłaszcza że lubię sobie filozoficznie sam ze sobą pomarzyć i myśleć co też tam jest we wszechświecie i jaki on jest piękny, zwłaszcza gdy widzę kolejne zdjęcie Plutona czy innego Tytana. Tyle że od większości owych literackich przewidywań się odbijam. Ta literatura starzeje się znacznie szybciej niż fantasy a mnie nie bawi czytanie wróżenia z fusów pisarzy sf. Ok, lubię Clarke’a, van Vogt’a, Strugackich, Borunia, Bradburyego….I tyle w zasadzie. Nawet Lema w życiu nie czytałem nic i nie śpieszy mi się. Za to czytałem znakomite antologie z serii „Don Wollheim proponuje”. Ale to tyle i ksupiam się na fantasy. Steampunka nie czytałem jeszcze nic, cyberpunku nie trawię tak jak klasycznego sf. Jedyne co z nurtów sf mnie ostatnio ciekawi to post-nuclear (polecam znakomitą „Kantyczkę dla Leibowitza”).
    Jednak 80% fantastyki jaką czytam to fantasy (właśnie robię powtórkę z Wiedźmina a potem wezmę się z atrzy ostatnie tomy Pottera, których za młodu z jakiegoś powodu nie przeczytałem). Mam gdzieś co tzw. fandom myśli o moich gustach. Inna sprawa że rzadko się pojawiam w klubach fantastyki itp.
    A jeśli mam ochotę na ambitną literaturę to cóż…Mam od tego domową biblioteczkę gdzie mam Dostojewskiego, Orwella, Bułhakowa, Fowlesa, Llosę, Reverte i całą resztę tuzów tzw. klasyki XIX i XX wieku.

    • Faktycznie postapokalipsa ma w sobie coś…

      Natomiast steampunk chyba w literaturze nie istnieje, albo jest go bardzo mało. Zupełnie nie kojarzę tego typu książek. To chyba raczej stylistyka komiksowo-cosplayowa jest głównie.

      Cyberpunka też nie lubię. Tzn. podobał mi się, ale w grach, zarówno tych komputerowych (Syndicate na Amidze) jak i fabularnych (Shadowrun, Cyberpunk 2020) tudzież w kinie (Łowca Androidów, Johny Mnemonic, Akira, Ghost in the Shell), ale książkowe wydanie zupełnie nie przypadło mi do gustu…

  2. Przyjęło się, że ludzie inteligentni nie czytają i nie robią nic dla rozrywki. Czytają jedynie tą najambitniejszą literaturę, uparcie twierdząć, że im się podoba, nawet gdy jej nie rozumieją. Fakt, że są pozycje, które faktycznie warto przeczytać chociażby po to, żeby móc o nich porozmawiać. Ale ludzie mają różne zainteresowania, tak jak piszesz i nie muszą umieć rozmawiać na każdy temat 🙂

  3. lukasz pisze:

    Dla mnie luz, czytasz to co mi nie wchodzi, olewasz to czym się jaram.
    Jednaj rzeczy nie rozumiem – naprawdę masz wrażenie że ktoś kto czyta „ambitną” fantastykę i patrzy na Ciebie z góry, nie jest zwyczajnym kretynem? Ja tak myślę – dlatego nie mam potrzeby udowadniania nikomu, czy to co robię jest ok czy nie, nie idę na żadną wojenkę. W Twoim wpisie jest zastanawiająco dużo „agresji”… nie lubisz, nie czytasz, ok. Po co sugerować (w komentarzach jest to wyrażone już dosadniej) że wszyscy którzy czytają takie książki to zmuszające się do tego snoby/ plujące kwasem stwory 🙂
    p.s muszę sobie sprawdzić książki o których wspomniałeś „…czy „The Biotech Century” Jeremiego Rifkina (przy całej jego skłonności do przesady) albo publikacje George Friedmana w rodzaju „The next 100 years” lub innego Stratford Strategic Forecasting.” – dzięki 🙂

    p.s Mcdonald Ian – nie wiem czy to już ta ambitna czy nie ambitna fantastyka – ale może Ci się spodoba. Teoretycznie ma w sobie wady o których wspominasz. W praktyce, bardzo przyjemna lektura 🙂
    pozdro serdeczne.

    • „Serca, dłonie, głosy” były niezłe, choć ponure.

      A wracając do tematu: kiedy bardzo często spotykam się właśnie z tego typu snobiznem. Owszem, RPG-owcy, komputerowcy, fani bitewniaków etc. raczej go nie przejawiają, ale wśród czytaczy, zwłaszcza w środowiskach wywodzących swą tradycję od Nowej Fantastyki jest on rzeczą często spotykaną. Fanów fantasy, YA, space opery, „blogereczki” etc. w zasadzie programowo traktuje się tam z góry.

  4. Jakub Ślęzak pisze:

    Moje gusta są akurat takie, że hard SF i New Weird pięknie w nie trafiają, co nie zmienia faktu, że większą część zamieszczonej krytyki uznaję za słuszną. Większość problemów, które wymieniasz wynika w moim przekonaniu z tego, że większość autorów (na szczęście nie wszyscy) jest tak skoncentrowana na naukowo-futurologicznej stronie swoich książek i/lub eksperymentach formalnym, że lekceważą tak „banalne” rzeczy jak solidnie skonstruowana fabuła i bohaterowie, traktując je jako rekwizyty potrzebne do prezentowania kolejnych atrakcji.

    Zupełnie natomiast nie zgadzam się z przywołaniem jako sztandarowy przykład „Innych pieśni” (to jedna z moich ulubionych książek!). Ta kniga prezentuje koncepcję świata, która jest wyrażona w dużej mierze właśnie językiem. Zargumentuję za pomocą przykładu: „Kratistos” nie jest „arcymagiem” choćby z tego powodu, że te słowa przywołują w umyśle czytelnika zupełnie inne obrazy. „Arcymag” z automatu lokuje nas w klasycznej tradycji fantazy, chyba że autor uczyni świadomy wysiłek, aby temu zapobiec. „Kratistos” jest wolny od takich skojarzeń, a łączy ten termin z wszechobecnymi w tej książce nawiązaniami do kultury greckiej. Dukaj chce nam przekazać świat zbudowany na tradycji greckiej używając języka zbudowanego na zapożyczeniach greckich; nie rozumiem, jak można mu to wytykać.

    Tym bardziej, że nawet gdyby usunąć warstwę językową, to fabuła „Innych pieśni” pozostałaby zupełnie nieklasyczną, złożoną i wciągającą opowieścią. Motyw powrotu głównego bohatera do minionej chwały nie jest często wykorzystywany, a tutaj rozgrywa się jeszcze w formie skomplikowanej i niejednoznacznej moralnie próby sił między światowymi potęgami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s