O recenzjach, wiedźminach, mizoginii i przekonaniach:

wiedzmin2Dziś planowałem wpis na temat Gravesa i jego magii, niemniej jednak nic z tego nie będzie, bowiem znajoma satanistka ciągle nie oddała mi książki. Zajmiemy się natomiast innym tematem: jak recenzent powinien zachować się w momencie, w którym napotyka na dzieło, które drastycznie nie zgadza się z jego spojrzeniem na świat.

Pretekstem do tych rozważań będzie opublikowana kilka tygodni temu (tzn. post pisany jest 20 maja, czyli zaraz po fakcie, publikowany będzie natomiast 12 czerwca) recenzja Wiedźmina w serwisie Polygon, której autor (w skrócie) stwierdza, że gra mu się w zasadzie podobała, ale niestety zawiera sceny tortur na kobietach, niektóre potwory też wyglądają jak kobiety, a poza tym prześladowane są w niej elfy, tak więc Wiedźmin 3 jest w związku z tym grą mizogińską i rasistowską więc sumienie nie pozwala mu owej grze wystawić najwyższej noty.

Na tym bzdury się nie kończą, bowiem jakiś tydzień po fakcie serwis Polygon zauważa też, że w Wiedźminie 3 jest stanowczo za mało murzynów. Reakcja CD-Project na to oskarżenie jest nawiasem mówiąc równie idiotyczna, bowiem firma oświadcza, że „w historii Polski nie było murzynów”. Wiedźminów, o ile mnie pamięć nie myli też, ale na tym nie będziemy się skupiać.

Drugim powodem, który skłonił mnie do napisania tego posta jest opublikowany na serwisie Lubimy czytać komentarz dotyczący książki Davida S. Landes’a „Bogactwo i nędza narodów. Dlaczego jedni są tak bogaci, a inni tak biedni” próbującej wyjaśnić dysproporcje majątkowe między różnymi państwami świata. Komentarz ten brzmi:

Książka rasistowska. O tym jak sobie dobrotliwy i wyrozumiały anglosaski wujek z pobłażliwą wyższością i w postimperialnym kokonie wyobraża resztę świata. Fak ju, man!

Po czym autorka, sądząc po ocenionych książkach zwolenniczka poglądów alterglobalistycznych wystawia ocenę 2/10.

Zanim usypiemy stos…

Aczkolwiek mój percepcja różnego rodzaju dzieł kultury nie zawsze zgadza się z percepcją głównego nurtu w mojej karierze recenzenckiej zdarzył się tylko jeden przypadek, gdy rozważałem obniżenie oceny z powodów ideologicznych. Było to Lime-iro Senkitan, anime które nakręcone zostało za pieniądze japońskich ultranacjonalistów, by propagować ich poglądy. A niestety japońscy ultranacjonaliści są ludźmi wyjątkowo nieciekawymi. W skrócie: są to ideologiczni spadkobiercy tych miłych panów, którzy wywołali II Wojnę Światową i urządzali sobie wyścigi w ścinaniu głów i gwałceniu kobiet.

Na moje szczęście anime to oprócz faktu, że ideologicznie niepewne było także wyjątkowo źle zrealizowane. Powiem więcej: było jednym z najgorszych tytułów, jakie dane mi było oglądać, poza tym posiadało też tragiczny scenariusz i wyjątkowo wkurzających bohaterów. W efekcie skoncentrowałem się na tych jego aspektach dając mu ocenę 1/10, która nie odbiega specjalnie od średniej ocen innych widzów, która to średnia wyniosła 2/10.

Niemniej jednak nie sądzę, bym popełnił wielki grzech, gdybym zjechał Lime-iro Senkitan z powodów ideologicznych, a nie merytorycznych. Anime to popełniało bowiem grzech, którego ani Wiedźmin, ani „Bogactwo i nędza narodów” nie popełnia. Mianowicie: świadomie i z premedytacją szerzyło złą ideologię.

O obłudzie:

zbkrwPierwszym grzechem, który moim zdaniem popełniają obydwaj recenzenci, do których się odnoszę polega na obłudzie. Otóż: autora z Polygonu nie razi fakt, że w grze postać może brać udział w torturach oraz toczy krwawe walki z potworami, tylko konkretny fakt, że ofiarami tortur są kobiety, a niektóre z bezlitośnie zarzynanych przez nas monstrów wyglądają jak kobiety. Nie przeszkadza mu natomiast fakt, że taki sam los spotyka mężczyzn.

Innymi słowy: nie przemoc sama w sobie jest zła, a tylko i wyłącznie przemoc skierowana wobec kobiet. Ta wobec mężczyzn oraz zwierząt jest więc podążając tym samym tokiem rozumowania co najmniej moralnie neutralna, a być może wskazana. Otóż: nie. Przemoc jest zła. Nie można jej stosować wobec istot ludzkich. Jedynym wyjątkiem są sytuacje, gdy próbuje się spacyfikować jakiegoś agresora.

Tak samo jestem w stanie domyślić się o co chodzi krytykantce „Bogactwa i nędzy narodów”. Książka ta jest bowiem ze zrozumiałych względów bardzo eurocentryczna i zakłada prymat europejskiej (czy raczej: zachodniej) cywilizacji nad wartościami pozostałych ludów. Wynika to z faktu, że niestety najbogatsze społeczeństwa to albo społeczeństwa zachodnie, albo też te, które w całości (jak Japonia) lub fragmentarycznie (jak Chiny czy Arabia Saudyjska) przyjęły wartości, które stanowiły o sukcesie zachodu za własne. Wartości te to: rywalizacja, nauka, świętość prawa własności i etyka pracy.

Oczywiście na tym polu można się kłócić, czy na pewno wartości te są najważniejszymi, czy nie ma lepszych lub czy te wyznawane np. przez amazońskich Indian czy nepalskich mnichów nie są przypadkiem szlachetniejsze? Jednak celem autora nie jest wskazanie, czy Europejczycy i Amerykanie żyją lepiej od Indian i Nepalczyków, ale raczej pokazanie, co sprawiło, że ci pierwsi są tak bogaci, a ci drudzy tak biedni. Tak więc książki nie można traktować jako rasistowskiej. Nie patrzy bowiem ona z góry na ludy pozaeuropejskie, ale wskazuje przyczyny dysproporcji między nimi.

Problem zapomniany to problem rozwiązany:

Drugi problem, który moim zdaniem wyłania się z obydwu recenzji polega na tym, że ich autorzy zarzucają autorom krytykowanych dzieł fakt, że tamci ośmielili się pewne zjawiska pokazywać: goście z CD Project Red przemoc wobec kobiet, nierówność płciową czy rasową nietolerancję, a Landes: nierówność ekonomiczną.

Sytuacja jest szczególnie rażąca w tym drugim przypadku, bowiem, o ile Wiedźmin nie jest dziełem społecznie zaangażowanym, a ukazywane w nim sceny przemocy bardziej mają na celu dyskusję z gatunkiem fantasy młodzieżowego, niż jakiś szczytny cel, tak Landes stawia sobie zadanie dość konkretne. Otóż jak każdy ekonomista próbuje walczyć z nędzą. Jego celem nie jest poniżenie społeczeństw nie-zachodnich, ale znalezienie przyczyn sukcesu społeczeństw zachodnich oraz wskazanie drogi elitom pozostałych, jak mogą naśladować swoich kuzynów, by wyrównać się z nimi dochodami.

Oczywiście z obydwoma dziełami można dyskutować i zastanawiać się, czy omawiają wymieniane zjawiska na odpowiednim poziomie: merytorycznym, przy zachowaniu wrażliwości i dojrzale… Jednak tego typu argumenty nie padają.

Przeciwnie, oba dzieła są złe, bo ośmielają się poruszać problemy, co do których ich krytycy chcieliby, żeby znikły z powierzchni ziemi.

Powiem uczciwie: sam chciałbym, żeby takie rzeczy, jak przemoc wobec kobiet, nędza i bieda czy rasowa i religijna nienawiść znikły z naszej planety. Niestety: one nie znikną. Przeciwnie, będą obok nas zawsze, jeśli nie jawnie, to ukryte. Jeśli przestaniemy o nich mówić i pamiętać, to tylko ułatwimy im szerzenie się. Tak więc przestać o nich mówić nie możemy.

Słowa, którymi zatytuowałem ten akapit były życiowym mottem jednego z królów w cyklu powieściowym „Lyonesse” pióra Jacka Vance. Bardzo niewesoło ów monarcha skończył, gdy problemy zdecydowały się jednak o sobie przypomnieć.

KontrargumentMein Kampf”:

9756f99b46cbc3dcb2c93bedd8db8953188671cd169137fc9aac342c39f5cf98Z drugiej strony istnieją pozycje, które faktycznie należy zganić za prezentowaną w nich treść. Przykładem takiego dzieła może być książka zatytułowana „Moja walka” autorstwa Adolfa Hitlera. Książka ta składa się z dwóch części. Pierwsza jest kiepsko napisaną autobiografią życiowego nieudacznika, który nie dokonał niczego ważnego, ale bardzo usilnie stara się podnieść rangę swojej osoby w oczach czytelnika.

Druga natomiast wykłada jego pogląd na świat. Zdaniem Hitlera ludzie dzielą się na rasy prezentujące sobą różne poziomy wartości fizycznych, intelektualnych i moralno-duchowych. Najlepszą rasą są Aryjczycy, z których najszlachetniejsi są oczywiście Niemcy. Inne narody stoją znacznie niżej w ewolucyjnej hierarchii, a najbardziej zdegenerowaną odmianą Aryjczyków są Słowianie, zdatni jedynie do roli niewolników. Najniższą, wręcz szkodliwą rasą są natomiast Żydzi.

Dalej autor wykłada swój program polityczny i oświadcza, że zamierza wywołać globalny konflikt, podbić Europę Wschodnią, zniewolić jej ludność i pod batogiem zagnać do pracy oraz wymordować Żydów i przedstawicieli innych narodów, którzy mu się nie podobają.

I moim zdaniem ta książka zasługuje na potępienie tylko dlatego, że pokazuje nieładne treści.

Różnica między Hitlerem, a CD-Project:

Aby odeprzeć ten argument należy przyjrzeć się subtelnym różnicom, jakie dziełom CD Project i Landesa od tworu Hitlera. Otóż: ten ostatni w odróżnieniu od Wiedźmina 3 jest programem politycznym. Hitler opisuje w nim to, co planuje zrobić w świecie realnym: rozpętać wojnę i dokonać ludobójstwa. Robi to, gdyż uważa je za słuszne. Zachęca też innych do popierania go.

W wypadku CD-Project nic takiego nie ma miejsca. Studio nie deklaruje się „Kupujcie naszą grę, bo cały zysk z niej przeznaczymy na produkcję genetycznie zmodyfikowanych superżołnierzy, którzy za pieniądze będą tępić Żydów, Słowian i Elfy ku chwale Białej Rasy!”. Nie nawołują też do nienawiści rasowej czy religijnej. Owszem, gracz może w niej wziąć udział w drastycznej scenie tortur, ale jak wspomniano: może. Robi to na własny rachunek. Nie jest to rzecz, której gra od niego wymaga by ją ukończyć. Nie jest to też nawet dodatkowe źródło przyjemności.

To po prostu konsekwencja podejmowanych w toku fabuły decyzji.

Różnica między Hitlerem, a Landesem:

62328264W wypadku Landesa oraz „Bogactwa i nędzy narodów” sprawa jest nieco trudniejsza. Landes bowiem faktycznie dzieli świat na nierówne części, pokrywające się z zasięgiem wpływów narodów, kultur i cywilizacji (a raczej: zauważa pewną, zachodzącą w świecie realnym zależność). Jednakże również, między jego dziełem, a „Mein Kampf” istnieją ważne różnice.

Po pierwsze: Landes nie dokonuje podziału na narody lepsze i gorsze pod względem biologicznym. Wręcz przeciwnie, uznaje, że ludzie są równi i mają takie same lub bardzo zbliżone zdolności umysłowe, niezależnie od rasy, narodowości czy religii. Interesuje go inna rzecz: dlaczego, mimo, że wszystkie narody miały równy start osiągnęły wyraźnie różne rezultaty?

Jego zdaniem wynika to z wypracowanej przez nie metodologii rozwiązywania rozmaitych, życiowych sytuacji, dzielenia dóbr i owoców pracy, która to metodologia może być mniej lub bardziej wydajna. Landes jest więc daleki zarówno od rasizmu Hitlera jak i jego spiskowo-wojennej wizji dziejów. Jego zdaniem sukces jest wynikiem wdrożenia odpowiednich instytucji.

Niestety na swoje nieszczęście Landes przy okazji kopie jedną z najświętszych krów postmodernizmu: jego relatywizm i nihilistyczną wiarę w równość wszystkich przekonań (i wynikający z niej brak słuszności jakichkolwiek). Robi to moim zdaniem słusznie, bowiem przekonania nie są równe. Mogą na ten przykład być oparte na błędach, fałszu lub prowadzić do nieefektywnych postaw życiowych.

Po drugie proponowane przez Landesa rozwiązanie problemu nędzy jest wielokrotnie bardziej konstruktywne od Hitlerowskiego: z nędzą można sobie poradzić rezygnując z instytucji nieefektywnych i przyjmując lepsze.

Kiedy więc recenzent może zjechać dzieło ze względów ideologicznych?

Moim zdaniem jest to uprawnione tylko w dwóch wypadkach. Po pierwsze: gdy autor przełamuje tak zwaną czwartą ścianę i nawołuje do jakichś, nagannych działań w świecie realnym, a w szczególności do krzywdzenia bliźnich. Po drugie: jeśli w prawdzie nie robi tego wprost, ale przedstawia jakąś, nie dającą się przyjąć postawę moralną jako godną naśladowania i pożądaną.

By nie było nieporozumień: za drugi wypadek nie uznaję sytuacji typu „Jeśli grając Scorpionem w Mortal Kombat urwiesz głowę, to dostaniesz dodatkowe 200 punktów” tylko „A wyobraź sobie, jak pięknie byś się bawił, gdybyś urwał ją naprawdę!”

Jeśli zaś chodzi o definicję tego, co jest złe, a co dobre, to ja jestem zwolennikiem ujęcia uniwersalistyczno-realistycznego.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gry komputerowe, Pisanina i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „O recenzjach, wiedźminach, mizoginii i przekonaniach:

  1. DoktorNo pisze:

    Mam skojarzenia z niesławną „Gamergate”, gdzie po jednej stronie mieliśmy rzeczników sprowadzania problematyki sprawiedliwości społecznej do prawdziwej i rzekomej mizoginii w grach komputerowych, a z drugiej strony gości, dla których granie w gry pełnie przemocy i fantazji mocy (w kontekście: władzy, pieniądza i seksu) jest synonimem „męskości” i „bycia sobą”.

    Dla mnie to wszystko to jak oglądanie rybek w akwarium z uczuciem zażenowania. A ostatnio modnym „skandalikiem” jest narzekanie że bohaterami VI części Gwiezdnych Wojen są Murzyn i kobieta…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s