Książka vs. Ebook: porównanie

O6979300166_tyle_ksiazekbserwując Facebookowe grupy oraz ogólno-internetowe fora poświęcone literaturze zauważyć można podskórną walkę, która nań się toczy. Jej obiektem jest prosty choć ważny temat: czy lepiej czytać książki w tradycyjnej, papierowej formie, czy odwrotnie: w formie Ebooków.

Konflikt ten ma naturę sporu o uniwersalia i często wykorzystywane są w nim argumenty emocjonalne. Jest też sporem dyżurnym, podobnym jak dla tradycyjnych RPG-owców było „turlać czy nie turlać”, dla graczy „Czy diablo to cRPG?”, a dla komputerowców „Windows czy Linuks”.

Temat jest dla mnie bardzo żywotny, tak więc chętnie się w dyskusję włączę. Swoje książki sprzedaje w jednej i drugiej postaci i chodziarz jako czytelnik zdecydowanie bardziej preferuję lektury tradycyjne, to jako autor wolałbym, żeby moi czytelnicy kupowali ebooki. Powód jest prosty: za te drugie mam wyższą prowizję.

Tak więc które z nich są lepsze?

Wady i zalety poszczególnych rozwiązań

Obydwa rozwiązania, czy raczej „technologie” czytania książek mają zarówno wady jak i zalety. W rozważaniach tych pominę niektóre argumenty, które uważam za nieistotne. Nie będę więc pisał o magii czytania książki czy atmosferze z nią związanej, szeleście kartek, zapachu farby drukarskiej albo o tym jakim dobrym przyjacielem jest książka.

Przeciwnie, osobiście uważam, że subtelny szum wiatraczka komputerowego i zapach rozgrzanego plastiku są całkiem przyjemne, a PC o parametrach, jakich nie powstydziłoby się NASA też jest moim zdaniem świetnym kumplem. Skupmy się więc na elementach praktycznych. Te to:

Wygoda: Pierwszą i chyba kluczową kwestią dotyczącą użycia ebooków jest moim zdaniem kwestia ich wygody. Otóż moim zdaniem to zagadnienie jest dyskusyjne i żadna ze stron nie ma tu zdecydowanej przewagi. Przeciwnie: obydwa mają zarówno swoje wady jak i zalety które mogą okazać się kluczowe w zależności od osobistych preferencji klienta.

Moim zdaniem tradycyjna książka jest bardzo wygodna. Jej ogromną zaletą jest fakt, że jest produktem niezależnym, nie wymagającym do działania kosztownych urządzeń dodatkowych jak tablety, komputery i czytniki. Jest relatywnie lekka, łatwa w przenoszeniu (pod warunkiem, że transportujemy jedną lub dwie) oraz ergonomiczna. Dużą jej zaletą jest jej wytrzymałość i odporność na wstrząsy. Generalnie książki nie lubią być strącane z łóżek, upadać na podłogę lub być oblewane gorącą herbatą, jednak taki upadek nie sprawia, że urządzenie zostanie zniszczone, a zawarte w nim dane trwale utracone. Tak naprawdę da się czytać książkę nawet rozbitą na czynniki pierwsze, czego o ebooku nie da się powiedzieć. Książki są też bezawaryjne, nie psują się, nie tracą danych, nie zarażają się wirusami i nie zdarzają im się awarie twardych dysków ani ich formatowanie.

Ich ogromną zaletą jest też fakt, że działają bez prądu, niezależnie od baterii i nie trzeba ich co jakiś czas ładować. Nie emituje też światła, co sprawia, że jej lektura mniej męczy oczy niż czytanie z tabletu o monitorze komputerowym czy telefonie nie wspominając.

Dodatkowo strony w klasycznej książce się IMHO wygodniej i szybciej „scrolluje” niż wszelkie formy ebooków.

Wadą klasycznej książki jest natomiast jej rozmiar i związany z nim ciężar. Z własnego doświadczenia wiem, że przenoszenie więcej niż 5 egzemplarzy jest problematyczne, do przechowywania większej ilości potrzeba specjalnego umeblowania, a naprawdę bogate kolekcje wymagają wręcz specjalnych pomieszczeń, a czasem nawet budynków służących wyłącznie ich przechowywaniu. Tymczasem pojedyncza karta microSD jest w stanie pomieścić kilka tysięcy pozycji, zdecydowanie ułatwiając ich transport. Zawsze możesz mieć więc swoje książki przy sobie.

Interface wyszukiwania w klasycznych książkach jest (dosłownie) z innej epoki. Pod wieloma względami znalezienie pojedynczego szczegółu jest łatwiejsze w wypadku e-książki niż książki tradycyjnej. Przykładowo: kupiłem sobie w sklepie pastę z tamaryndowca. To brązowa, kwaśna maź używana w kuchni tajlandzkiej i wietnamskiej do przyprawiania potraw. Celem znalezienia przepisu wymagającego jej użycia w tradycyjnej książce kucharskiej muszę ją wertować kartka po kartce przez kilkanaście minut. W wypadku książki elektronicznej wystarczy nacisnąć Ctrl+F i wpisać odpowiednie hasło.

Kolejna rzecz to hipertekst. Tradycyjne książki zwyczajnie nie bywają podłączone do internetu, w odróżnieniu od tych elektronicznych. Nie wiem jak wy, ale ja czytam całkiem sporo pozycji popularnonaukowych oraz twardych naukowych. To jest tematyka, gdzie hipertekst oraz możliwość sprawdzenia w internecie przydaje się, żeby sprawdzić, co to są ci rzymscy honorari, jak wyglądał domus major albo villa urbana… Tudzież o jakiej piosence mówią bohaterowie książki kryminalnej, którą akurat czytam. Lub też jak wygląda katedra dominująca nad dzielnicą, w której akurat toczy się akcja książki.

Tak więc jeśli chodzi o wygodę, to moim zdaniem obydwie formy użycia książki posiadają właściwe sobie, poważne zalety oraz wady. Każdy musi wybrać, który ich zestaw jest dla niego ważniejszy.

nothing-says-i-love-books-more-than-having-an-emergency-savings-account-for-buying-books-43458Darmowe zasoby: Dostępność do darmowych zasobów książki elektronicznej jest bardzo duża. Większa chyba nawet od dostępności książek tradycyjnych. Wynika to niestety głównie z rozpowszechnionego w naszym kraju piractwa komputerowego. Powiedzmy sobie szczerze: znaczna część ludzi kupujących czytnik robi to z zamiarem korzystania z różnych chomików i świnek morskich.

Jednak nawet pomijając źródła nielegalne dostęp do darmowych zasobów jest bardzo duży. Mamy całą masę książek, do których prawa wygasły, projekty cyfryzacji bibliotek, czy udostępniania książek osobom ociemniały przerabiające na audiobooki wszystko, co tylko popadnie.

Z drugiej strony klasyczne zbiory biblioteczne są jeszcze większe.

Osobiście uważam, że korzystanie z darmowych ebooków jest sto razy wygodniejsze, niż korzystanie z bibliotek choćby dlatego, że nie wymaga wędrowania na drugi koniec miasta, ani czekania, aż nas wymarzony, jedyny egzemplarz książki w całej gminie zostanie zwrócony.

Z drugiej strony: powiedzmy sobie szczerze, legalne zasoby dostępne w sieci nigdy nie dorównają swą wielkością zasobom bibliotek, bowiem nikt nie ma w interesie rozdawać za darmo rzeczy, które można sprzedawać. Jeśli państwo nie wymusi digitalizacji wydawnictw, tak jak już wymusza tworzenie dostępnych za darmo zbiorów przewagę zawsze będzie miał papier.

Wartość marketingowo-ozdobna: książki papierowe można ustawić na półkach w mieszkaniu lub sklepie tak, żeby ładnie wyglądały. W przypadku ebooków sztuka ta raczej nam się nie uda. Cecha ta bynajmniej nie jest pozbawiona znaczenia.

Otóż: znaczna część sprzedaży książek odbywa się w sklepach stacjonarnych, gdzie klient wchodzi, ogląda półkę, rzuca mu się w oczy kilka pozycji, a z nich wybiera taką jego zdaniem najlepiej rokującą. Bardzo często samego zakupu dokonuje gdzie indziej, zwykle w sklepie internetowym. Niestety od wielu lat sklepy z takich branż, jak książki, moda czy multimedia służą głównie jako witryny reklamowe dla sieciowych platform handlowych. Ostateczne miejsce zakupu nie jest jednak istotne, bowiem sam akt wyboru książki dokonuje się w księgarni.

Prawdę mówiąc nie mam pojęcia, jak ebooki miałyby zastąpić w tej roli książkę. Dopóki nie obleką się w ciało nie będzie to możliwe, a kiedy się obleką przestaną być ebookami.

Po drugie: książka jest wiele bardziej eleganckim prezentem niż ebook i pełni znacznie lepiej funkcję dekoracyjną od tego ostatniego. Istnieje cały segment rynku wydawniczego służący niemal wyłącznie do wręczania w prezencie i dekorowania mieszkań. Są nim wszelkie albumy fotograficzne.

Choćby z tych przyczyn nie sądzę, by ebooki kiedykolwiek wyparły z rynku prawdziwe książki.

comment_Ic4ZfFhq9ob4S5EFRHib4Z7XhApMfwq0,w400Cena: ebooki kosztują tyle samo, co książki papierowe i nigdy się to nie zmieni, ponad jedną czwartą ceny ebooków stanowi bowiem podatek WAT. Szanse, by ten został zniesiony lub zmniejszony są niewielkie, bowiem nasze państwo nie lubi rezygnować ze źródeł dochodów. Po drugie wysoki VAT na usługi elektroniczne obowiązujący w Unii Europejskiej ma dość konkretne przyczyny ekonomiczno-ideologiczne. Ma mianowicie chronić tradycyjne miejsca pracy przed zagarnięciem ich przez maszyny. Tradycyjna książka, którą trzeba drukować, przewozić i magazynować generuje więcej zatrudnionych niż książka elektroniczna. Tak naprawdę dobrze ponad połowa okładkowej książki to marże dystrybutorów, dostawców, księgarzy oraz pensje sprzedawców, drukarzy i kierowców.

Po drugie: z kilku powodów w dystrybucji wydawnictw bardzo ważni są sprzedawcy książek papierowych i nie sądzę, by w ciągu najbliższych 100 lat coś w tym układzie się zmieniło. Książki i księgarnie spełniają zwyczajnie zbyt dużą funkcję społeczną, by doszło tu do podmiany. Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale książka, nawet leżąc na półce w bibliotece (byle w miejscu dostępnym dla czytelnika) reklamuje swojego autora, zachęcając do zakupu jego dzieł. Podobnie książki leżące w księgarni. Wiele dużych sieci księgarskich zdaje sobie sprawę z tego, że klienci przychodzą do nich tylko po to, by zapoznać się z aktualną ofertą wydawniczą, a zakupu dokonują w sieci. Potrafią też często w ten czy inny sposób na tym zarabiać. Bez tej cechy i obecności „salonów reklamowo-sprzedażowych” promocja książek byłaby znacząco utrudniona. Po prostu całe społeczeństwo musiałoby zmienić swoje przyzwyczajenia. Udział książki papierowej w rynku głównym i wtórnym spaść musiałby natomiast poniżej 10% by to się opłacało. Jest to niemożliwe, z tej samej przyczyny, dla której niemożliwe jest rozbrojenie społeczeństwa amerykańskiego: książek zwyczajnie za dużo już wydrukowano i nawet jeśli nowe nie będą drukowane, to w obrocie nadal pozostaną ogromne ilości starych.

Dystrybutorzy papierowej książki nigdy natomiast nie zgodzą się, by elektroniczna była znacząco tańsza od pozycji należących do ich oferty.

Tak więc nie ma co liczyć, że ceny ebooków kiedykolwiek spadną.

Ekoprzyjazność: Często podnoszony argument. Powiedzmy sobie szczerze: prawdziwa książka jest sto razy bardziej przyjazna naszej planecie od książki elektronicznej. Ta ostatnia potrzebuje do swego działania prądu (więc wytwarza CO2), czytnika zrobionego z plastiku i toksycznych związków oraz metali ziem rzadkich, o złoża których kongijscy watażkowie toczą wojny i przy wydobyciu których wykorzystuje się pracę dzieci. Słowem: nic przyjemnego.

Przeciwnicy papierowej książki argumentują często, że do ich druku wycina się drzewa. Nie ma w tym wiele prawdy, gdyż jak wiem od znajomego leśnika drewno dzieli się na kilka klas. Twarde, wysokiej jakości, proste belki używa się w budownictwie, do produkcji luksusowych mebli oraz okleiny drewnopodobnej na te gorszej jakości. Belki krzywe pali się w piecach, a drewno miękkie, niskiej jakości mieli się na wióry i robi się z niego płytę pilśniową oraz sklejkę. Papier natomiast produkuje się z gałęzi uzyskanych w trakcie cięć pielęgnacyjnych.

Tak więc drzewa umierają nie po to, by wydrukować na nich książki, ale po to, byśmy mogli postawić je na meblościance. Dzięki samym książką robią się natomiast piękne i zdrowe. Wynika z tego, że zwykła książka jest na ogół przyjaźniejsza dla środowiska niż książka elektroniczna.

Trwałość danych: powiedzmy sobie szczerze: papier jest wielokrotnie trwalszym nośnikiem, niż jakakolwiek elektronika. Książki wytrzymują wstrząsy, upadki z dużej wysokości i zatopienia bez utraty danych. Ebooka nie jest bezpiecznie czytać w wannie.

Oczywiście jest to argument głupi, jednakże nie bez znaczenia, naszą kolekcję papierowych książek będziemy mogli bowiem podarować wnukom, książki elektroniczne mogą natomiast nie dotrwać narodzin naszego potomstwa. W prawdzie trwałość danych współcześnie produkowanych nośników jest dość duża, jednak standardy odczytu zmieniają się bardzo szybko. Jeśli wejdziecie na Steam, jeden z największych sklepów z grami zauważycie, że w ofercie jest mnóstwo tytułów, które nie działają już na współczesnych platformach, a sklep tą sprawę zupełnie lekceważy. Niedawno głośna była też sprawa wyłączenia przez jedną z firm serwerów niektórych starych lub niepopularnych gier. Nikt nie gwarantuje nam, że wydawcy nie postąpią tak samo z chronionymi przez DLC książkami.

Także przechowywanie danych w chmurze nie daje nam pewności ich wiecznotrwałości. Skąd mamy bowiem pewność, że dostawca usług nagle nie zbankrutuje i nie stracimy dostępu do naszych książek? I nie mówcie, że to niemożliwe. Pamiętacie taką firmę, jak Kodak? Boga aparatów fotograficzych i Micrsoft taśmy filmowej? Albo bliżej naszej tematyki: Nokię? Obydwu gigantów zmiotły zmiany technologiczne.

Z drugiej strony: nie każda książka służy po to, by przechowywać ją milion lat. Istnieją książki celebryckie (choć te akurat kupuje się pod wpływem impulsu, o który łatwiej na papierze), podręczniki, instrukcje, wydawnictwa polityczne, których żywotność liczona jest w miesiącach. Dziś nikt już nie potrzebuje kodeksu pracy z lat 90-tych lub też podręcznika do programowania z analogicznego okresu. Ba! Sam posiadam dziesiątki książek, co do których nie mam pewności, czy kiedykolwiek jeszcze do ich lektury powrócę.

10978594_852982608095140_5771781794538052472_nSzybkość edycji i koszt wydania: Ebook można wydać zdecydowanie taniej i zdecydowanie szybciej, bowiem nie musi być drukowany i składowany. O ile dla książki o nakładzie mniejszym niż 1000 sztuk w zasadzie nie opłaca się nawet uruchamiać maszyny, tak Ebook, jak ktoś się uprze można wydać nawet i w jednym egzemplarzu.

W efekcie jest to dużo lepsze medium dla wszelkich produkcji niszowych, które czytać będą wyłącznie specjaliści, lub też szybko dezaktualizujących się, jak różnego rodzaju poradniki i instrukcje.

Dyskrecja: Poważną zaletą z punktu widzenia czytelnika (i wadą dla wydawcy) jest fakt, że postronni nie widzą okładki ebooka. Dzięki temu książkę można czytać w dowolnym miejscu bez przyciągania niepożądanych spojrzeń. Pomijając takie dzieła, jak „Kamasutra Seksu Analnego” która widniała swego czasu na wystawie jednej z działających w moim mieście księgarni istnieje kategoria książek, których nie chciałbym czytać publicznie. Przykładowo: nigdy nie wezmę do swojej pracy „Władcy Pierścieni” bowiem zatrudniona tam mieszanka pseudonaukowców i wyznawców Radia Maryja zwyczajnie by mnie zjadła.

Sensacyjność: z drugiej strony widok książki jest zdecydowanie mniej sensacyjny. Książkę mogę położyć np. na ławce, odejść, a po kwadransie wrócić w to samo miejsce i ją podnieść. Jak uczy przykład kolegi: w wypadku czytnika ebooków (czy raczej tabletu) nie da się tego powtórzyć, bowiem po tym okresie elektronika wyparowuje (a raczej: dokonuje teleportacji do kasy, bo „ktoś zgubił”). Jest to poważna zaleta książki papierowej.

Tak więc szanse obydwu konkurentów są wyrównane.

O fetyszu nośnika

Przejdziemy teraz do jednego z ciekawszych zjawisk dotyczącego ebooowej ewolucji którym jest fetyszyzacja papierowych wydawnictw. Mianowicie bardzo często w trakcie dyskusji o ebookach dochodzi do dość moi zdaniem dziwnych reakcji i podnoszą się głosy w rodzaju: „Jezu Chryste! Młodzi zamiast książek czytają e-booki, a szaleństwo udziela się też starym!”.

Otóż…

Czy naprawdę nośnik jest taki ważny? Czy to naprawdę ma znaczenie, czy książka wydrukowana jest na papierze, pergaminie, przechowywana jest w formacie .pdf czy wyryta rylcem na glinianych tabliczkach?

Bo jak dla mnie istotna jest raczej treść niż to w jaki sposób została ona utrwalona i przekazana (wyjątek: ilustracje). Czytanie książki z papieru angażuje dokładnie te same procesy w mózgu, co czytanie jej z monitora. Także jej zawartość nie uległa zmianie (chyba, że dane dzieło poddano dodatkowej edycji, co jest jednak osobnym i raczej niespotykanym problemem). Jedynym wytłumaczeniem ewentualnego problemu ebooków byłoby to, że zawarta w nich literatura magicznie zgłupiała w procesie przenoszenia z nośnika na nośnik.

Audiobook, czyli czy wiesz, że używasz książki nieprawidłowo?

9456_f61e_500Większe kontrowersje powodować mogą audiobooki. Czytanie książki i słuchanie jej różni się od siebie pod wieloma względami. Po pierwsze wymaga zupełnie innej aktywności, angażującej (bo dokładne słuchanie angażuje) zupełnie inny zestaw zmysłów oraz inne sektory mózgu. Po drugie: zmienia się interpretacja tekstu w zależności od tego, jak lektor stawia akcent i na co w lekturze kładzie nacisk. Sam jego sposób mówienia wpływać może więc na odbiór dzieła. Jest więc czego się czepiać.

Zanim ktoś zdoła to zrobić powiem, że, (nie wiem, czy wiecie) książka została stworzona właśnie do tego, by czytać ją na głos. Jest to po prostu technika wiele bardziej naturalna, niż czytanie po cichu, ponadto w ten sposób łatwiej można rozprzestrzeniać jej treść wśród grona słuchaczy, co w epokach poprzedzających druk nie było bez znaczenia. Praktyka ta przetrwała zresztą w kościele katolickim, jako element (tzw. „czytanie”) mszy świętej. Wszystkie najwcześniejsze gatunki literackie: epos, dialog i wykład są zapisami form przeznaczonych do komunikacji ustnej. Także listy początkowo przeznaczone były do publicznego odczytywania. Reliktem tego typu formy literatury są np. Listy Apostolskie.

Ewolucja od czytania na głos do czytania szeptem, a potem w ogóle bezgłośnego była bardzo powolna i uboczna dla przemian obyczajowych zachodzących równolegle. Otóż: w starożytności wszystko było rzeczą publiczną. Wspólnie politykowano, wspólnie obradowano, wspólnie bawiono się, oddawano cześć bogom, uprawiano seks, a nawet wydalano, nie trudno więc zgadnąć, że również czytano.

Działo się tak do rozpowszechnienia się religii wschodnich (z których Chrześcijaństwo początkowo wcale nie było najpotężniejsze) i wywodzącej się z Azji Mniejszej obyczajowości, której tego typu działania były obce. Wówczas to nagość zaczęto traktować jako coś wstydliwego i zasłaniać. Praktyki te wzmocniła jeszcze ekspansja chrześcijaństwa oraz jego sojusz z administracją rzymską. W skrócie: Cesarz chciał karać każdego, kto krytykował jego władzę, Biskupi: chronić swą trzódkę przed grzechem. Jako, że rzymski system prawny opierał się głównie na donosicielstwie wymyślono, że wspólnoty powinny pilnować się nawzajem i donosić na siebie księdzu (który, w razie potrzeby donosił osobie postawionej wyżej).

Tak więc rodzice mieli pilnować dzieci, dzieci rodziców, a wspólnie baczyć miano na sąsiadów. Część rzeczy nadal uważana była za nieczyste i mogące skłaniać do grzechu, uznano więc, że robić należy je tylko w ukryciu. W ten sposób świat podzielił się na dwie strefy: publiczną, gdzie działy się rzeczy święte lub tylko normalne oraz prywatną, samotną, gdzie człowiek obcował z Diabłem (oraz gdzie święci pustelnicy znajdowali Boga).

Taki, plotkarsko-donosicielski system działał aż do XII-XIII wieku i wielkich herezji, które wybuchły właśnie dlatego, że ludzie nazbyt chętnie zbierali się w grupki i dyskutowali o sprawach nabożnych. System wzajemnej kontroli zaostrzono więc, stworzono koncepcję sumienia i wymyślono, że każdy powinien pilnować siebie, cenzurować swoje myśli i donosić sam na siebie. Powinien też uważać, by swym zachowaniem nie zgorszyć innych.

Nim ktokolwiek się spostrzegł minęły trzy kolejne wieki, zapanowały renesans i humanizm, Bogiem elity przestały się przejmować, za to wszędzie dookoła pełno było drukowanych książek. Naczelnym pytaniem było już nie „jak trafić do nieba” ale „jak brylować w towarzystwie”. Uznano więc, że najlepiej jest zacząć od tego, żeby nie przeszkadzać innym. W pierwszej kolejności należało nie czynić hałasu. Jako, że czytanie hałas czyniło polecono, by robić to szeptem, a najlepiej w ogóle bez głosu.

Tak więc: jeśli przez bez mała dwa tysiące lat cywilizacji zachodniej ludzie czytali głównie na głos, to chyba świat się nie zawali, jeśli teraz po 400 letniej przerwie wrócą do tego zwyczaju. Tym bardziej, że wszystkie dzieła leżące u podstaw naszej cywilizacji, jak Biblia, prace Platona, Arystotelesa czy większości myślicieli właśnie w tym celu powstały.

Dlaczego nie sądzę, by Ebooki pożarły papier?

7963_8c97Mimo to nie sądzę, by ebooki kiedykolwiek wyeliminowały papierowe wydawnictwa. Oczywiście ich rynek jest coraz bardziej liczącym się segmentem, w niektórych krajach jak USA obejmuje około 30-40 procent całości sprzedaży książek (przy czym USA jest jednym z krajów znajdujących się w czołówce czytelnictwa, dysponujących też jednym z zarówno najnowocześniejszych jak i cieszących się najdłuższymi tradycjami rynków). Był też bardzo długo najszybciej rozwijającym się jego segmentem.

Niemniej jednak we współczesnej gospodarce nie zawsze jeden produkt wypiera drugi. Dąży raczej do coraz większej specjalizacji i fragmentacji na nisze spełniające wymogi konkretnych grup klientów. Dla niektórych z nich ebook będzie zwyczajnie wygodniejszy. Stanowi też sposób monetyzacji czytelników, dla których nie liczy się fakt posiadania książek, a raczej ich czytanie. Grupą taką są np. wszyscy użytkownicy bibliotek. Podobnie audiobook ma szereg zalet, których nie posiadają zwyczajne książki. Można go bowiem słuchać np. w trakcie jazdy samochodem.

Papierowe wydania też obstawiają własne nisze niedostępne ebookom. Na ten przykład dużo bardziej nadają się do reklamowania książki jako towaru. Są znacznie atrakcyjniejszym prezentem, recenzent dostający papierowy egzemplarz prasowy również będzie patrzył nań cieplejszym wzrokiem, a poza tym doskonale wyglądają na półkach w dużym, eleganckim salonie umieszczonym w równie eleganckiej galerii handlowej. Trafia więc do zupełnie innego klienta i spełnia inne funkcje. Tak więc papierowa książka przetrwa choćby jako wydanie luksusowe.

A jeśli nawet, to co?

Oczywiście możliwe jest, że się mylę. Koniec końców jestem tylko mało istotnym blogerem, a nie wyrocznią. Niemniej jednak jeśli ebooki wyprą papierowe książki, tak jak wcześniej papier wyparł pergamin, papirus i gliniane tabliczki to moim zdaniem nic wielkiego się nie stanie. Zwyczajnie zmieni się nośnik, a jedyna różnica polegać będzie na tym, że książki czytać będziemy z monitorów, a nie z kartek. Ot i tyle.

Oczywiście można się na to oburzać. Niemniej jednak przypomnę postać Filipo di Strata na którego już kilka razy powoływałem się na tym blogu. Był to pochodzący z Wenecji dominikanin żyłący w XVI wieku. Pan di Strata był osobą o tyle ciekawą, że całe swoje życie poświęcił zwalczaniu wynalazku druku. Uważał, że pismo drukowane było niebezpieczne dla chrześcijan albowiem rozpowszechnia błędy. Co jeszcze gorsze książki drukowane są wyłącznie dla pieniędzy, przez co nakłaniają do rozpusty i psują umysły oraz wiedzę poprzez udostępnianie jej ignorantom i trywializację. Ponadto zdaniem di Straty nadmiar lektury prowadzić może do pomieszania zmysłów, odciąga ludzi od pracy i od zainteresowania drugim człowiekiem.

Argumenty jak widać nie zmieniły się. Niemniej jednak druk wyparł rękopis niemalże całkowicie, z korzyścią dla wszystkich. Nie idźmy tą drogą.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Komputery, Książki, Pisanina i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Książka vs. Ebook: porównanie

  1. Z nowinkami technologicznymi wiąże się najstarsza wsteczność umysłowa świata: nie upowszechniajmy na maksa pisma, przecież to zabójstwo dla pamięci, hurrrdurrr, bogowie się obrażą. Nie upowszechniajmy na maksa druku, hurrdurr, bóg się obrazi, same kłamstwa teraz bedo drukowali szatany jedne. No i teraz będzie, żebyśmy nie przerzucali się na lepsze w każdym calu ebooki, bo hurrduur nie można powąchać. Co swoją drogą jest straszliwie dziwne, mnie to uczyli wąchać nie papier, a przez papier, i nie z drukarni, a z mennicy.

    No i nieco dyskusyjna jest teza, że książki stworzono po to, aby czytać na głos. Przynajmniej tak mi się wydaje, że Eposy sobie istniały i tylko je spisano (nadając im ostateczną formę), podobnie zresztą było z dialogami, więc ciężko powiedzieć, aby „książka” została stworzona do czytania na głos. Za powstaniem książki w rozumieniu naszym, czyli tego rzymskiego kodeksu (zresztą upowszechnionego zdaje się przez chrześcijan), stoją przecież przyzwyczajenia czytelnicze związane już rdzennie z pismem do kontemplowania i czytania po cichu, związane z dziełami historycznymi czy w mniejszym niż większym stopniu powieściowymi. Zresztą rdzennie rzymski Epos był pisany już z myślą o papierze, choć wprawdzie najebał tam autor aliteracji i innych efektów dźwiękowych jak kucharka skwarków do kaszy, to przecież wywiedzione z tradycji hellenistycznej gry słowne najlepiej wyglądają rozkminiane na papierze.

  2. Cicero Djuradj pisze:

    Nie podatek WAT, tylko VAT [ang. value-added tax].

    Pozdrawiam i dzięki za przyjemny artykuł

  3. Sabina pisze:

    Gwoli poprawek – VAT nie stanowi ponad 1/4 ceny ebooka – stanowi ok 18,7% ceny ostatecznej (pamiętajmy, że cena którą płacimy jest ceną brutto zawierającą w sobie vat ) – co nie zmienia faktu, że w porównaniu z vat na książki papierowe jest to znaczna różnica.
    Inna rzecz – nie utożsamiajmy czytania na tabletach/komputerach/telefonach z e-czytaniem i nie utożsamiajmy plików PDF z książki elektronicznymi – jest to jeden z formatów ale nie główny. Ebooki powinno się czytać na czytnikach – odpada problem światła, bateria potrafi starczyć na cały urlop poświęcony czytaniu, książek można zabrać mnóstwo i czytać w danym momencie to na co ma się ochotę. Czasami zmiana stron na czytniku następuje szybciej niż fizyczna zmiana. Kolejny plus to łatwość czytania książek o dużej liczbie stron.
    Jeśli mówimy o cenach to rzeczywiście nie zawsze jest różowo, ale bywają promocje – można kupować książki za 10 zł – wiele takich kupiłam na zapas, których pewnie bym nie kupiła w formie papierowej. Dodatkowo łatwość zakupu – 5 minut i mogę ją czytać.
    Ale żeby nie było – nie neguję książek papierowych – ulubionych autorów nadal lubię zbierać i ładnie ustawiać na półkach po przeczytaniu (tylko niestety dom nie ma nieograniczonego miejsca)

  4. Mateusz Styś pisze:

    Ciekawy artykuł. Sam jestem zagorzałym zwolennikiem e-czytania, bo niesie ono ze sobą mnóstwo zalet i nie tylko dla czytelnika, o czym zresztą piszesz. Otwiera to po prostu niedostępne wcześniej możliwości wydawania autorom, którzy nie mogli liczyć na opiekę wydawnictwa. Fakt, powstaje w ten sposób sporo treści, które nie są nikomu specjalnie potrzebne, lub są zwyczajnie słabe. Ale niech sobie będą.

    Moim zdaniem nie jest tutaj tak istotna kwestia nośnika. Ta procentowa relacja będzie się mocno zmieniać na rzecz e-booków, chociaż podobnie jak Ty nie uważam, aby wyparły one całkowicie drukowane książki. Sam czytam więcej na czytniku, chociaż z chęcią sięgam po papierowe wydania od czasu do czasu. Kwestią ważniejszą jest, czy w przyszłości w ogóle będziemy czytać jakieś dłuższe treści, a raczej jaki procent z nas będzie to robić. Zatem nie jest problemem nośnik na jakim chcemy czytać, problemem może się okazać, że niewielu z nas będzie chciało czytać.

  5. Dominika M. pisze:

    Ostatnio zaczynam przekonywać się do ebooków. A bo fajny gadżet, i nie trzeba targać wszędzie książek i ludzie tak to zachwalają. Ale z drugiej strony jak kocham papierowe książki, uwielbiam je kolekcjonować, chcę zachować dla potomstwa 😀 No i nie wiem co robić -.- Nie wiem też jak się wybiera dobry ebook…

    A audiobooków to nigdy nie zrozumiem. Posłuchać to sobie można muzykę 🙂

  6. Marcin K. pisze:

    Największa wada ebooków – nie możesz powąchać kartek, nie ma tego zapachu „książkowego” – może kiedyś i to zostanie dodane 😉

  7. wybrana pisze:

    Dla mnie e-booki zdecydowanie wygrywają. Lubię również bardzo książki papierowe, ale wybieram e-booki np. przy ksiażkach z self-publishingu, np z wydawnictwa rozpisani.pl E-booki są generalnie tańsze, można mieć wiele na jednym czytniku, a ja lubię poczytać jeszcze nieodkrytych, początkujących autorów 🙂

  8. bookandwalk pisze:

    Ebooki mają zarówno wiele zalet, jak i wad. Nie sądzę, by kiedykolwiek wyparły z rynku tradycyjne książki, a zatem konflikt ten nie ma sensu. Waże jest, żeby w ogóle czytać 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s