W obronie blogów recenzenckich

4356_1645Do napisania tego tekstu zachęciło mnie zjawisko, które przeszło do historii jako „Wojna o Gęś” oraz ostrzał, z jakim znalazły się blogi książkowe. Blogi Książkowe to w powszechnej opinii takie strony, na których znajdują się same bzdury, a każdy, kto z nich korzysta jest debilem, nie dostanie się na studia i nie znajdzie dobrej pracy.

Krytyka ta nie jest całkiem bezpodstawna. Sam zresztą kilka razy na swoim starym blogu atakowałem internetowe recenzje, prawdą też niestety jest fakt, że do czytania nadaje się może co piąta witryna tego rodzaju. Niemniej jednak moim zdaniem ludzie przesadzają. I to bardziej, niż trochę.

Do najczęściej artykułowanych zarzutów wobec Blogów Książkowych należą:

Bo tego nie piszą specjaliści:

Blogi Książkowe, jak wszystkie strony nie posiadające opłacanej redakcji pisane są przez grupę, którą określić można jako zapaleńcy. Czyli osoby najczęściej nie widzące świata poza swoją dziedziną. Zapaleńcy bywają różni, co zresztą widać po jakości wpisów. Niestety z hobby jest tak, że jedno drugiemu nie jest równe. Przykładowo ja jestem fanem historii. Nie czuję się jednak na siłach pisać poważnych artykułów na ten temat. Jedna magisterka mi wystarczy.

Natomiast mogę napisać jakąś ciekawostkę. Myślę, że potrafiłbym też dość trafnie ocenić jakość książki historycznej.

Widać to bardzo dobrze właśnie na Blogach Książkowych. Publikowane wpisy są na różnym poziomie. O ile wiele dziedzin specjalistycznych obsadzonych jest przez bardzo dobrych, a momentami nawet zbyt dobrych twórców, tak część popkulturowa często ma poziom nierówny. Obok ludzi przygotowanych, z doświadczeniem publikują totalni świeżacy i nastolatki, dopiero próbujące swych sił w pisaniu. Spowodowane jest to chyba przede wszystkim niższym „progiem wejścia”. Ciężka książka historyczna, biologiczna etc. pisana jest bardzo specyficznym językiem, który trudno opanować nie będąc specjalistą od danej dziedziny. Książkę rozrywkową opanuje natomiast każdy.

Środowisko bloggerów jest mi w prawdzie znane jedynie ze słyszenia, jednak spora część z nich to ludzie z wyższym wykształceniem (ale są też tacy z wykształceniem gimnazjalnym). Przynajmniej kilku z nich to osoby, które kończyły różnego rodzaju filologie, dziennikarstwa, literaturoznastwa, bibliotekoznastwa i inne historie sztuki. Zdarzają się wśród nich też mniej lub bardziej znani pisarze, tłumacze i redaktorzy. Czyli zasadniczo w społeczności jest jednak sporo osób, których kompetencjom w życiu realnym raczej bym zaufał.

Bo nikt tego nie sprawdza! I każdy może to opublikować!

7811_cbecZastanawiam się, czy piszący te słowa wiedzą choć odrobinę o funkcjonowaniu Blogów. Albo internetu w ogóle. Otóż: prawdą jest, że blog założyć może każdy. Niemniej jednak wypromowanie go tak, by ktoś go czytał jest bardzo trudne. Więcej nawet: sprawienie, by ktokolwiek go czytał wymaga bardzo dużych nakładów albo pracy, albo pieniędzy. Albo też szczęścia, jak w przypadku mojego poprzedniego bloga, który zdobył popularność w zaledwie kilka tygodni, bo udało mi się wstrzelić w bardzo dużą i zupełnie nieobsadzoną niszę (tzn. pisałem merytoryczne notki o relatywnie nowych i popularnych systemach RPG w społeczności zdominowanej przez stare dziadki piszące o grach, w które nikt nie grał od 15 lat). Za przykład może świadczyć fakt, że wyprowadzenie tego bloga, ze stanu ubóstwa absolutnego do stanu nędzy zabrało mi dobre pół roku. Tak więc nie wystarczy tylko coś umieścić w necie, by było czytane.

Obecnie głównymi źródłami wejść na blogi są odsyłacze ze stron społecznościowych czyli wszelkiego rodzaju Lajki. Dostaje się je w momencie, w którym ktoś wejdzie na Twoją stronę i znajdzie na niej coś, co mu się na tyle spodoba, by na nią wracać. Inne źródła, to wszelkiego rodzaju zakładki przeglądarek typu Ulubione, mechanizmy pozwalające śledzić blog etc. Trzecim źródłem jest Google, przyczym załatwienie sobie wejść z niego jest bardzo trudne, możliwe de facto tylko wtedy, kiedy wstrzelimy się w jakąś tematykę, która z jednej strony jest bardzo popularna, z drugiej nieobstawiona.

Czwartym: osobista sława autora. Bo niestety świat jest tak ułożony, że sławni ludzie są sławni. Tak więc, gdyby np. Tolkien wstał z grobu i zaczął pisać Blog Recenzencki, to zapewne bardzo szybko zyskałby popularność.

Piątym to wyłożyć kasę na firmę pozycjonującą lub promocję na Facebooku.

Tak więc niestety, żeby stworzyć popularny blog książkowy trzeba być kimś. Lub przynajmniej mieć coś mądrego do powiedzenia. Jeśli jednak jesteśmy nikim i nie mamy nic do powiedzenia, to równie dobrze, co prowadzić bloga moglibyśmy pisać do zeszytu. I tak nikt tego nigdy nie przeczyta.

Bo to nie jest pełna wiedza fachowa!

Argument moim zdaniem mało trafiony. To znaczy: ja zdaje sobie sprawę z tego, że to nie jest wiedza fachowa, opracowana przez profesorów wyższych uczelni, tylko w najlepszym razie przez pasjonatów. Jednakże należy zwrócić uwagę na to, że nie zawsze w życiu potrzebna jest wiedza fachowa.

Nie wiem jak wy, ale ja nie korzystam z Blogów Książkowych do wykonywania zadań fachowych. Używam ich, bo coś mnie zaciekawiło, znalazłem na Allegro, Lubimy Czytać lub w księgarni publikację o interesującej mnie tematyce i zastanawiam się, czy dodać ją do listy zakupów czy też nie. Ostatnią tego typu pozycją byli bodajże „Piraci w świecie grecko-rzymskim”. Książka dostała niskie noty od recenzentów na Lubimy Czytać, jednak po przejrzeniu serii blogów historycznych i książkowych oraz porównaniu ze sobą opinii i argumentów którymi się posługiwali doszedłem do wniosku, że najbardziej przekonujące są słowa recenzenta z Histmaga, który wystawił jej ocenę 9 na 10. Książka została więc dodana do listy zakupów na miesiąc maj 2018.

Takie informacje nie muszą pochodzić z fachowego źródła napisanego przez znawców tematu. Fachowej wiedzy i znawców tematu potrzebuję wtedy, kiedy pojawia się jakiś realny, życiowy problem. Na przykład: mam gorączkę i nie wiem co mi jest. Wówczas idę do fachowca. Lekarza na ten przykład. Elektryka. Hydraulika. Albo kogoś w tym guście.

Jeśli chcę wybrać książkę do czytania to wystarczy mi opinia konsumenta.

Bo nie można się na niej opierać pisząc pracę naukową!

Mam ochotę napisać, że takie opinie rodzą się, gdy system edukacyjny zawiedzie i na studia wyższe dostanie się idiota. Nie wiem, czy wszyscy zauważyli, ale a) życie nie ogranicza się do pisania prac naukowych b) potrzeba wiedzy nie ogranicza się do zdobycia bibliografii do takowych c) Opinie Konsumenckie nie służą do tego, żeby pisać na ich podstawie prace naukowe i nigdy służyć nie miały.

Opinie Konsumenckie służą do tego, żeby jeden konsument mógł dowiedzieć się od drugiego konsumenta, czy ten groszek w puszce, wypuszczony przez nową firmę jest smaczny, czy też nie jest. Moim zdaniem Blogi Recenzenckie, mimo swoich wszystkich wad rolę tą spełniają.

Tak więc argument ma tyle sensu, co wypominanie miotle, że nie nadaje się do wbijania gwoździ.

Bo odpowiedzialność za słowa!

6233_58eb_500W zasadzie nie jest to szczególnie reprezentatywny głos w dyskusji, jednak został on wypowiedziany przez osobę cieszącą się znacznym dorobkiem i jednego z bohaterów „Wojny O Gęś” wielokrotnie, w sposób bardzo głośny i dobitny. Zdaniem autora tego twierdzenia każdy blogger powinien odpowiadać za słowa i być gotów ponieść za nie konsekwencje.

Jest to bardzo ciekawa opinia. W szczególności w kontekście innych wypowiedzi owego Bohatera jak na przykład:

Dziecko drogie, rób to co umiesz, rób to na czym się znasz, albo ci te cholerne ręce po prostu połamię, wyrwę i wetknę w tyłek! Tak trudno to zrozumieć?!

Która z kolei jest jeszcze ciekawsza w kontekście tego oto dokumentu:

Art. 190 Kodeksu Karnego:

§ 1.”Kto grozi innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub szkodę osoby najbliższej, jeżeli groźba wzbudza w zagrożonym uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Otóż: ja osobiście jestem zdania, że Bóg po to dał nam Internet, żebyśmy mieli gdzie pisać bzdury. Jeśli natomiast ktoś jest zwolennikiem tezy przeciwnej, to w tym momencie ma w zasadzie dwa honorowe wyjścia. Są to:

  • oświadczyć, że tylko krowa nie zmienia poglądów i uznać, że to jednak był głupi pomysł.
  • lub jak Sokrates zażyć cykutę i napisać do prokuratora z prośbą o dobrowolne poddanie się karze. Wzór odpowiedniego dokumentu można znaleźć TUTAJ.

Bo chamy dostają książki za darmo, ale z uczuciami ich autorów i wydawców się nie liczą!

Faktem jest, że część recenzentów rzeczywiście otrzymuje egzemplarze recenzenckie od wydawców. Praktyka ta jest dość skomplikowana i ma liczne cienie i blaski, których szczegółowe omówienie zajęłoby zbyt wiele czasu i miejsca. Głównym jej blaskiem jest fakt, że niektóre osoby dzięki temu są w stanie wypełnić swoje biblioteczki. Cieniem: fakt, że z jednej strony zdarzają się ludzie, którzy wykorzystują ją do wyłudzania książek. Drugim: praktyki niektórych wydawnictw po prostu spamujących bloggerów swoimi książkami (i nie tylko bloggerów, gazety mają dokładnie ten sam problem). W niektórych wypadkach ilość egzemplarzy wydrukowanych do celów marketingowych sięga bowiem aż 20 procent całego nakładu. Co gorsza te same wydawnictwa niekiedy posługują się szantażem emocjonalnym celem naciskania na bloggerów „Taką ładną książkę panu wysłaliśmy z dobrego serca, a pan tak ją tak zjechał! Dlaczego pan nas tak nienawidzi?” albo moje ulubione hasło „Od miesiąca nie zrecenzował pan ani jednej naszej pozycji. Czy uważa pan, że nasze książki są złe?” by zacytować tylko to, co przychodziło na moją skrzynkę w czasach, kiedy byłem dziennikarzem.

Powiedzmy sobie szczerze: nikt nie wysyła nikomu darmowych książek bezinteresownie. Przeciwnie: robi się to w nadziei, że te zostaną rozreklamowana. Oczywiście pozytywne recenzje są znacznie cenniejszą reklamą, niż negatywne (faktycznie najcenniejsze są jednak oceny na sklepach… I to obojętnie, negatywne czy pozytywne. Ich ilość często wpływa bowiem na mechanizm podsuwania propozycji klientom, tak więc im więcej osób oceni jakiś produkt, tym skrypty chętniej podsuwają go klientom), jednak nikt nie może nikogo zmusić do wystawienia takiej oceny, jaką byśmy chcieli.

Więcej: otrzymanie książki pocztą nie zobowiązuje nas do pisania recenzji (choć umowa ustna lub pisemna już tak), tak naprawdę nikt nie ma też prawa wysłać nam niezamówionej korespondencji. Ingerowanie w ich treść jest natomiast poważnym naruszeniem zasad współżycia społecznego. Kwestię tą reguluje zresztą ustawa z dnia 23 sierpnia 2007 O Przeciwdziałaniu Nieuczciwym Praktykom Rynkowym:

Art 7:

Nieuczciwymi praktykami rynkowymi w każdych okolicznościach są następujące praktyki rynkowe wprowadzające w błąd:

11) kryptoreklama, która polega na wykorzystywaniu treści publicystycznych w środkach masowego przekazu w celu promocji produktu w sytuacji gdy przedsiębiorca zapłacił za tę promocję, a nie wynika to wyraźnie z treści lub z obrazów lub dźwięków łatwo rozpoznawalnych przez konsumenta;

Analogiczne zapisy znajdują się też w Ustawie z dnia 26 stycznia 1984 r. O Prawie prasowym.

I teraz tak: jeśli ktoś wręcza nam korzyść majątkową (np. książkę) i następnie dyktuje nam co mamy napisać, a czego nie pisać, to niestety łapie się to pod powyższą ustawę. Oczywiście dochodzenie tego w sądzie będzie trudne lub niemożliwe. Jednak warto wiedzieć, że czyn taki jest czynem głęboko nieetycznym.

Co więcej: ten sam cytat wskazuje na to, że nie można traktować egzemplarzy recenzenckich jako zapłaty za usługę napisania recenzji, albowiem praktyka taka jest nielegalna i stanowi akt nieuczciwej konkurencji.

Recenzje pisać nam wolno tylko z dobrej woli, naukowego zaciekawienia lub dziennikarskiego obowiązku, na podstawie dostarczonych z dobrej woli lub samodzielnie zdobytych próbek. Piszemy w nich też wyłącznie prawdę. Inaczej to też jest czyn nieuczciwej konkurencji. Jeśli zmyślamy na korzyść: wprowadzamy kupców w błąd. Jeśli zmyślamy na niekorzyść: szkodzimy wizerunkowi wydawcy i autora.

Wojna O Gęś” zaczęła się od tego, że jedna z blogerek książkowych napisała, że oceniana przez nią książka jej się nie podobała. Nie istnieje jakakolwiek przesłanka pozwalająca podejrzewać, by mówiła nieprawdę.

Bo „książka mi się nie podobała” nie jest argumentem!

Osobiście nie przepadam za odwoływaniem się w recenzjach do subiektywnych odczuć oraz takich, nieuchwytnych i zależnych od punktu siedzenia elementów, jak gust, atmosfera, klimat etc. Spowodowane jest to tym, że nie są to ścisłe fakty, a odczucia, które każdy może mieć własne i często są one u dwóch osób sprzeczne.

Niemniej jednak nie da się ukryć, że napisanie recenzji bez odwoływania się do odczuć bardzo często trudne lub wręcz niemożliwe. Przykładowo: komedia, tragedia lub horror są typami twórczości bazującymi właśnie na odczuciu, podobnie jest też w wypadku erotyku. W pierwszym wypadku mamy zostać rozbawieni, w drugim poczuć się smutno, w trzecim czuć strach, a w czwartym podniecenie. Przedstawiciele tych gatunków, którzy nie wywołają u nas danego odczucia są niestety nieudani i powinni zostać negatywnie ocenieni.

Tak więc: recenzja może bazować na nim, a w niektórych przypadkach nawet powinna.

Po drugie: co ma zrobić recenzent książki, która faktycznie mu się nie podoba? Bo potrafię znaleźć kilkanaście zupełnie subiektywnych, ale mocnych powodów, które sprawiają, że książka, mimo, że warsztatowo byłaby dobrze napisana mogłaby mi się nie podobać, uchwycenie w słowa źródeł tego „niepodobania się” byłoby trudne, a zarzut poważny. Przykładami mogą być: epatowanie oblechą, propagowanie niezgodnej z moim światopoglądem i normami społecznymi ideologii lub zwyczajna treść propagandowa, zły rytm, zły styl autora, kiepskie projekty postaci…

Co ma zrobić taki recenzent? Pochwalić? No bądźmy poważni!

Zaleta Blogów Recenzenckich: Ilość

4451_ed40Ogromną zaletą Blogów Recenzenckich jest natomiast ilość blogów i zrecenzowanych na nich pozycji. Czytając je można znaleźć pod dostatkiem informacji. W prawdzie zwykle są to spostrzeżenia konsumenckie, jednak powiedzmy sobie szczerze: to też jest jakaś wiedza. Co więcej mamy masę odsyłaczy. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, bym, szukając informacji o jakiejś książce ich nie znalazł. Przeciwnie: zwykle było ich aż w nadmiarze. I bardzo często pozwalały mi one wyrobić sobie opinię na tyle, bym mógł zdecydować, czy daną pozycję kupić, czy też jej nie kupować. Co więcej: wszelkiego rodzaju wtopy, kiepsko dobrane książki, które mi się nie podobały najczęściej miały miejsce wtedy, kiedy zdecydowałem się nie szukać informacji na blogach, a zamiast tego kupowałem książkę impulsywnie, kierując się radą jakiegoś, uznanego autorytetu lub dlatego, że uznawana była za klasykę.

Zaleta Blogów: krytyka konsumencka

Drugą po ilości zaletą recenzji blogowych jest fakt, że są to opinie konsumenckie. Czyli nie osób, które książki czytają dlatego, że im się za to płaci, jak profesjonalni krytycy, ale dlatego, że to lubią. W swoich ocenach natomiast nie kierują się akademickimi teoriami, ideologiami czy modami, a faktycznie tym, co płynie im z serca. Nie są to ludzie zmanierowani, albo uwikłani w różnego rodzaju grupy towarzyskie, tylko tacy, którzy zwyczajnie kochają książki.

Są to więc konsumenci, tacy sami jak ja. Często kupują książki tak samo jak ja i poświęcają im wolny czas, tak samo jak ja (co tak samo jest kosztem, tylko innego rodzaju). Można liczyć więc na to, że jeśli piszą, że coś im się podoba lub się nie podoba, to jest to uczucie autentyczne. A nie wstyd eksperta, który boi się przyznać, że „Winnetou” czytało mu się lepiej od „Braci Karamazow”.

Jako, że z drugiej strony często są to osoby czytające dużo ponad średnią (a nawet bardzo dużo ponad średnią… ja na przykład nie rozumiem, jak to się udaje, że niektórzy bloggerzy pochłaniają po 10-15 książek miesięcznie…), czyli mające orientację w temacie. Pozwala to więc przypuszczać, że wiedzą o czym piszą.

Kwestia kontrargumentacji:

Argument, że Bloggerzy Książkowi nie piszą recenzji literackich w rozumieniu adeptów nauki, jaką jest literaturoznawstwo, a jedynie wystawiają opinie konsumenckie spotkał się z dość wyraźną krytyką. O ile pamiętam stanęło na tym, że każdego następnego, kto go podniesie spotka jakiś straszny uszczerbek na zdrowiu…

Niemniej jednak moim zdaniem atak na ten argument jest zwykłym zamykaniem gęby przeciwnikom. Jego poziom trzyma natomiast poziom wypowiedzi „Każdy następny, kto mi powie, że koło się toczy dostanie po mordzie! Co mnie to obchodzi, że się toczy! Przecież widzę, że jest nic niewarte”.

No niestety, główną zaletą koła jest to, że się toczy. Dzięki temu można użyć go do transportowania wielu rzeczy. Tak samo główną zaletą recenzji blogowych jest to, że są to opinie konsumenckie. Dzięki temu osoba czytająca książki dla przyjemności może skutecznie dobierać książki zgodne z własnym gustem.

Zaleta Blogów: zwalczenie monogustów

Kolejną zaletą nawet nie tyle Blogów Recenzenckich, co ogólnie internetowej krytyki jest, chyba ostateczne już zwycięstwo nad monogustami. Te bowiem na szczęście umarły trochę przed rokiem 2010. I raczej już nie zmartwychwstaną, mimo, że w latach 80-tych i 90-tych były zjawiskiem nader popularnym. Co więcej: bardzo często w publicystyce pojawiał się podział na książki, filmy, animacje i gry należące do gatunków z natury głębokich, mądrych, ciekawych i oryginalnych oraz te gatunkowo płytkie, głupie, nudne i wtórne (co ciekawe patologia ta ominęła światek komputerowców). Były też tytuły wychwalane pod niebiosa przez krytyków, o których nikt publicznie nie śmiał nic złego powiedzieć, bo zakrawało to o bluźnierstwo.

Były też wielkie awantury, dlatego, że okazywało się, że „pospólstwu” podobały się inne pozycje, niż szanownym panom ekspertom. Głośniejsze z tych awantur to między innymi shitstormy rozpętane przez Nową Fantastykę o Zajdle dla opowiadań „Bardzo Cenny Pierścień” Tomasza Kołodziejczaka, „A Kochał Ją, Że Aż Strach” Anny Brzezińskiej i „Tkacz Iluzji” Ewy Białołęckiej.

Dwa pierwsze naraziły się tym, że opublikowane zostały w niewłaściwej gazecie. Trzecie: bo było fantasy (gatunek podówczas znajdujący się na indeksie) i pokonało w konkursie jakiś, zmanierowany cyberpunk (gatunek uważany podówczas za ach, jakże ambitny i na czasie) którego nikt dziś już nie pamięta.

Nawiasem mówiąc ci sami eksperci nie mieli nic przeciwko temu, by publikować w swojej gazecie cykl o Euroregionie Warty, stanowiący jawną agitkę polityczną.

Wszystkie te chore zjawiska znikły jednak, gdy w ręce faktycznych konsumentów kultury. Dziś nie jest problemem znaleźć rozbieżne opinie o nawet najbardziej cenionym lub popularnym produkcie. Pozwala to podsumować jego słabe i mocne strony i faktycznie dokonać racjonalnego wyboru. A nie naciąć się na podstawie czyichś majaczeń.

Podsumowując:

8362_df64Cztery lata temu, w czasach, gdy mój blog był znacznie popularniejszy opublikowałem notkę pod tytułem W Obronie Wikipedii. Notkę tą wykorzystałem podczas pisania tego wpisu, a argumenty o numerach od 1 do 4 oraz 7 zostały z niej wycięte metodą Copy-Paste. Zmodyfikowałem je oczywiście nieco, głównie podstawiając zwrot „Blogi Recenzenckie” w miejsce zwrotu „Wikipedia”. Wynika to z faktu, że znaczna część argumentów stanowią argumenty dyżurne, podnoszone nie tylko przeciwko Blogom, ale ogólnie całemu Internetowi od lat bez mała piętnastu. Pozostałe to natomiast lokalna (zupełnie zresztą nieodkrywcza) specyfika.

Ta powtarzalność argumentów i ich nikła trafność dowodzi innego faktu: istnieją w naszym kraju ludzie, którzy nie rozumieją specyfiki Internetu oraz tego, że jest on (relatywnie) nowym zjawiskiem posiadającym własny charakter.

Odmienność tego charakteru polega na tym, że w dawnych czasach, czyli w latach 90-tych konsument, który kupił w sklepie jakiegoś rodzaju produkt: czy to był to groszek w puszcze, czy książka, który to produkt mu nie smakował, to mógł o tym co najwyżej powiedzieć swoim najbliższym członkom rodziny. I być może sąsiadom i cioci. Dziś natomiast ten sam konsument może napisać recenzję na swym blogu i (przynajmniej w teorii) usłyszeć może o jego problemie cały świat.

Powiedzmy sobie szczerze: sytuacja z lat 90-tych była dużo wygodniejsza dla producentów i dystrybutorów. Wystarczyło mieć zaprzyjaźnione redakcje, opłacić patronaty i akcje marketingowe i w zasadzie posiadało się monopol informacyjny. Dzisiaj natomiast nawet najlepsza akcja marketingowa i najlepiej opracowana sylwetka medialna mogą zostać wykolejone przez partyzantkę niezadowolonych klientów z blogami.

Oczywiście nowy system nie jest bez wad… Wytykać je można długo. Przykładem tego, do czego prowadzi takie wytykanie może być postać Filipo di Strara. Był to żyjący w XVI wieku włoski dominikanin, który poświęcił swoje życie zwalczaniu druku i propagowaniu książek przepisywanych ręcznie. Di Strata twierdził, że księgi kopiowane posiadają przewagę nad tymi drukowanymi, gdyż przepisują je wykwalifikowani (w odróżnieniu od niezbyt wykształconych drukarzy) mnisi, którym na sercu leży zbawienie (a nie zarobek) dusz czytelników. Jako tacy kopiują tylko wartościowe lektury, są w stanie poprawiać napotkane błędy, a dokonywane przez nich edycje są dużo głębsze intelektualnie. Co więcej przepisywanie książki przez eksperta jest procesem powolnym, co zdaniem naszego bohatera miało same zalety, bowiem dzięki temu książki były niedostępne dla ignorantów i rzadkie. Druk natomiast psuł wiedzę poprzez jej trywializację i udostępnianie nieukom. Co więcej mógł doprowadzić do tego, że ludzie czytali nadmiernie dużo, co prowadzić miało do pomieszania zmysłów.

Dziś jak wiemy książek raczej się już ręcznie nie kopiuje. Di Stratę natomiast trudno nie uznać za idiotę. Mimo to znajduje swoich naśladowców i dzisiaj.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki, Pisanina. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s