Moje top 10 anime fantasy

lodossMiesiąc się kończy (a raczej: skończył) nadeszła więc pora na kolejny odcinek cyklu o japońszczyźnie. Tym razem zajmiemy się niezwykle palącym pytaniem, które redakcji Tanuki.pl zadawane jest średnio co trzy godziny: „polećcie jakieś dobre anime fantasy”.

O ile do pytań „polećcie mi jakieś coś” tak naprawdę już przywykliśmy, to niestety ten wariant sprawia nam poważny problem. Polecenie jakiegokolwiek anime fantasy jest bardzo trudne: zwyczajnie nie jest to popularny gatunek. Jeśli już jest kręcony, to najczęściej są to adaptacje gier jRPG lub, jeszcze gorzej gier hentai-RPG. A cytując Johna Carmacka: „fabuła w grach komputerowych jest jak fabuła w filmach porno: niby jakaś jest, ale nie jest ona na pierwszym planie”. Tak więc trudno się dziwić, że zwłaszcza z tych ostatnich wychodzą kiepskie filmy.

Co oczywiście nie znaczy, że wartego polecenia anime osadzonego w konwencji fantasy nie ma. Przeciwnie, jest ich wystarczająco dużo, by przygotować całą Top Listę. Tak więc:

10) Vampire Hunter D: Bloodlust

Jak widzicie top-listę tą stworzyłem jednak nieco oszukując, zaczyna się ona bowiem od filmu, który trudno nazwać klasycznym fantasy. Przenosimy się w dziwaczny świat, ni to westernu, ni to postapokalipsy, ni science fiction ni gotyckiego horroru, by obserwować łowy na wampira (a raczej pogoń za nim). Naszym bohaterem jest natomiast D, milczący półwampir i łowca wszelkiego, nieczystego tałatajstwa.

Film wprawdzie nie jest już pierwszej młodości (data premiery: 2000) jednak nadal zachwyca swoim wyglądem, w szczególności mroczną atmosferą oraz charakterystyczną, wizyjną, bardzo dopracowaną grafiką, która, nawet jeśli się zestarzała, to tylko w niewielkim stopniu.

9) Log Horizon

Ponownie lekkie oszustwo. Fabuła Log Horizon, podobnie jak fabuła innej, popularnej obecnie serii: Sword Art Online przenosi nas do wnętrza sieciowej gry MMO do której wessani zostali jej uczestnicy. Tym razem ich rola nie będzie jednak polegać na emoceniu się na przemian z wzajemnym mordowaniem się. Bohaterowie nie mogąc za wrócić do prawdziwego świata muszą zwyczajnie nauczyć nim żyć w nowym i co więcej ponownie ustawić swoją egzystencje. Co więcej: spora część z nich wydaje się być z takiej przeprowadzki zadowolona.

Oczywiście pojawiają się też i problemy: Bohaterowie Niezależni i potwory nie są już dłużej zlepkami pikseli, a eventów i fabuły nie da się już dłużej olewać. Opowieść skupia się natomiast głównie na tym, co w grach MMO jest najatrakcyjniejsze: interakcje między gildiami i ze światem gry.

Oprawa Log Horizon nie jest szczytem współczesnych możliwości technicznych, niemniej jednak uważam, że warto się przemóc, bowiem seria jest naprawdę dobra.

8) Scapped Princess

scrapped princess_74_1280

Anime to trudno nazwać genialnym czy przełomowym, odnoszę też wrażenie, że nawet w swoich czasach przeszło trochę bez większego echa. Mimo to jest ono solidną historią fantasy. Fabuła osnuta jest wokół przepowiedni dotyczącej pewnej dziewczyny, która to w dzień swoich szesnastych urodzin ma rzekomo zniszczyć świat. W efekcie zostaje ona uznana zagrożeniem i staje się głównym celem inkwizycji. Nie trudno też się dziwić, że jej najbliżsi, a w szczególności jej brat-wojownik i siostra-czarodziejka nie chcą patrzeć, jak ich siostrzyczka zostaje sfajczona się na stosie. Rozpoczyna się więc długa ucieczka, podczas której bohaterowie będą musieli spotkać nie tylko ludzkich wrogów, ale też zmierzyć się wysłannikami niebios i piekieł.

Jak pisałem: anime to posiada bardzo rzetelną fabułę, oraz niestety dość średnią oprawę audiowizualną. Grafika tak naprawdę nawet w swoich czasach nie była najwyższych lotów. A te upłynęły równe 10 lat temu…

7) Slayers

slayers

Starożytny klasyk. Lina Inverse, młodociana i genialna czarodziejka przemierza świat zabijając smoki, napadając na bandytów, by przywłaszczyć sobie kosztowności, które ci zrabowali wcześniej komuś innemu i nieodpowiedzialnie rzucając ultradestrukcyjne zaklęcia na lewo i prawo.

Slayersi największe triumfy święcili w drugiej połowie lat 90-tych, w efekcie dziś już raczej trącą myszą. Potem miały miejsce dwie próby przypomnienia widzom serii oraz jej „ulepszenia”, o których jednak lepiej zapomnieć. Dziś w oryginalnych seriach w szczególności razi kiepska jak na dzisiejsze czasy animacja.

Niemniej jednak najsilniejszy element serii: dobry humor nie zestarzał się po dziś dzień. Postacie ze Slayersów zachowują się prawie, jak gracze RPG (obojętnie: prawdziwi, czy komputerowi), naszych dzielnych bohaterów motywują głównie pieniądze, grindują co się da, niemalże farmią złoto, a mając do wyboru iść albo w lewo albo w prawo zawsze wybiorą drogę po skosie. Jest to świetna, lekka, napisana z jajem i inteligentna komedia.

6) Vision of Escaflowne

Dziewczyna z Ziemi zostaje przeniesiona na obcą planetę o nazwie Gaja, gdzie zostaje wplątana w lokalną wojnę. Fantasy jest to dość dziwne: z jednej strony mamy więc smoki, magię, siły nadprzyrodzone, miecze i kilka obcych ras, z drugiej: latające statki i mechy (napędzane kamieniami pozyskanymi z zabitych smoków).

Vision of Escaflowne zostało zekranizowane dwukrotnie, pod postacią serii telewizyjnej i filmu kinowego. Prawdę powiedziawszy nie mają one ze sobą wiele wspólnego, poza kilkoma motywami i częścią imion bohaterów. Obydwie są dość typowymi opowieściami awanturniczo-przygodowymi. Fabuła jest niezła, choć, przynajmniej w wersji telewizyjnej należy uzbroić się w odporność na Deus ex Machina.

Mimo wieku i rażąco ostrych nosów, w jakie graficy wyposażyli postacie zestarzała się niewiele (w odróżnieniu od tych klipów na Youtube), a seria ciągle wygląda nienajgożej i oglądać można ją nadal z ciekawością. Muzyka jest fajna, chóralna i (ciekawostka) nagrywano ją w warszawskiej filharmonii.

5) Inuyasha

inuyasha-29373-1680x1050

Jedno z moich ulubionych anime.

Japońska uczennica, za pomocą magicznej, świątynnej studni przenosi się w czasie, w okres feudalnej Japonii. Świat ten różni się od znanego nam, a ludzie dzielą go z demonami. Na skutek szeregu nieszczęśliwych zbiegów okoliczności zostaje zmuszona do wzięcia udziału w poszukiwaniu bardzo niebezpiecznego, magicznego klejnotu (a raczej jego fragmentów) u boku równie niebezpiecznego półdemona.

Inuyasha należy do tak zwanych „tasiemców” jednak jest całkiem niezgorszą opowieścią fantasy, w której występuje całkiem niezgorsza gromada ciekawych bohaterów i relacjami między nimi skomplikowanymi, jak w brazyliskim serialu. Otrzymujemy też niezłe walki z całkiem fajnymi potworami i odpowiednio dramatyczną fabułą.

4) Kemono no Souja Erin

erin

Dziesiecioletnia Erin żyje w takiej specjalnej wiosce, zamieszkanej przez hodowców takich specjalnych, bojowych jaszczurek, używanych przez pewno pseudo-azjatyckie królestwo do toczenia wojen. Jako, że jaszczurki są surowcem strategicznym mieszkańcy owej wioski obarczeni są bardzo dużą odpowiedzialnością, a matka Erin jest kimś w rodzaju weterynarza zajmującego się leczeniem jaszczurów.

Prócz jaszczurów w świecie tym żyją też potężne, latające istoty nazywane Ouju, które również mają swoich opiekunów, na których ciąży jeszcze większa odpowiedzialność. Nie będzie wielkim spoilerem, że w pewnym momencie Erin stanie się opiekunką jednego z tego typu stworów.

Kemono no Souja Erin jest anime o niezłej jak na swoje czasy (rok 2009) grafice oraz dość powolnej, nastawionej raczej na budowę postaci, niż walki i szybką akcję fabule. Jest raczej realistycznym studiem świata, niż przygodówką, dlatego też dla typowego miłośnika magii i miecza może być rozczarowujące. Nie zmienia to faktu, że mimo to jest to anime godne obejrzenia.

3) Seirei no Moribito

Przenosimy się do kolejnego, pseudo-azjatyckiego cesarstwa, założonego według legend przez herosa, który, z pomocą ośmiu, wiernych towarzyszy pokonał wodnego potwora nękającego ludzkość. Anime opowiada natomiast o losach Balsy, wędrownej wojowniczki, pod której opiekę trafia małoletni następca tronu owego państwa. Opieka ta jest konieczna, albowiem nad cesarstwem gromadzą się czarne chmury. Zagraża mu nie tylko przepowiedziana przez astrologów susza, ale też złe duchy z innego wymiaru.

Podobnie jak w wypadku Kemono no Souja Erin także i tym razem mamy do czynienia z rozbudowaną warstwą obyczajową spychającą nieco na dalszy plan . Tym razem jednak akcja jest szybsza, a fabuła, mimo dużego rozbudowania bliższa kanonom fantasy. Poważną zaletą anime jest bardzo dobra grafika, która w prawdzie trochę już się postarzała (anime pochodzi z roku 2007) jednak nadal pozostaje na bardzo wysokim poziomie.

2) Juuni Kokki

Juuni-Kokki-the-twelve-kingdoms-17320165-440-301

Pewien świat fantasy podzielony jest na dwanaście królestw (od których pochodzi tytuł serii). Każde z tych królestw posiada zarówno władcę, jak i kirina (kirin to taka magiczna istota z chińskich legend, podobna do jednorożca, stanowi ona ducha opiekuńczego dynastii cesarskiej, ). Władcy wybierani są przez właśnie owe kiriny, a jeśli rządzą w sposób bezmyślny lub niesprawiedliwy kirin choruje, a nawet umiera, kraina natomiast cierpi nękana przez klęski i demony.

W przeciwnym razie kraj opływa w obfitość, a władca i jego kirin żyć mogą nawet w nieskończoność. Oczywiście mądre i sprawiedliwe rządy nie zawsze idą w parze z byciem człowiekiem czy potrzebą chwili. Cała fabuła krąży więc wokół postaci królów, ich kirinów oraz silnych i słabych stron charakterów obydwu.

Prawdę mówiąc Juuni Kokki jest jednym z najlepszych fantasy, z jakim miałem do czynienia. Mimo średniej oprawy wizualnej umieściłbym je na pierwszym miejscu, gdyby nie fakt, że seria została w pewnym momencie przerwana, w efekcie czego urywa się w pewnym momencie bez puenty.

Goście specjalni:

Record of Lodoss War

Tak naprawdę trudno nazwać Record of Lodoss War zarówno dobrym anime jak i dobrym fantasy, a z drugiej strony: trudno pisać o omawianej tematyce bez powoływania się na ten tytuł, mimo, że seria ta potwornie wręcz się postarzała.

Przełom lat 80-tych i 90-tych XX wieku jest tak naprawdę momentem największej mody na tolkienowską, dziś powiedzielibyśmy: generyczną fantasy i drużyny złożone z elfów, krasnoludów, wojowników i magów. Moda ta ogarnia cały świat, w tym okresie więc w USA wychodzą Kroniki Smoczej Lancy, we Francji Kroniki Czarnego Księżyca, w Wielkiej Brytanii: Warhammer, w Niemczech: Das Schwarze Auge, w Polsce: Wiedźmin i Kryształy Czasu, w Japonii Lodoss właśnie (oparty na grze fabularnej będącej klonem Advanced Dungeons and Dragons).

Fabuła: światu zagraża wojna. Powstrzymać ją może jedynie drużyna złożona z wojownika, kapłana, czarodzieja (nie mówiłem?), złodzieja, krasnoluda i elfki. Wtedy to jeszcze nie było tak strasznie oklepane.

Grafika w swoim czasie była dość dobra, jeśli nie bardzo dobra, przy czym od tamtych czasów (1990) wiele już wody upłynęło w Zatoce Tokijskiej i dziś wygląd Record of Lodoss War pozostawia wiele do życzenia. Nie tak wiele jednak, co nakręcona pod koniec lat 90-tych wersja telewizyjna, która już w momencie premiery była bardzo źle animowana, bardzo źle rysowana i niestety głupawa.

Berserk

Kolejny klasyk i pozycja obowiązkowa, a jednocześnie anime, które mógłbym zaliczyć do największych rozczarowań. O Berserku naczytałem się bowiem bardzo dużo, zarówno w sieci jak i prasie na kilka lat zanim miałem okazję go obejrzeć. A każdy z tych tekstów chwalił go, jaka to seria jest mroczna, głęboka oraz zdradzająca prawdy o ludziach i życiu.

A potem dostałem dość typową japońską kreskówkę, z pewną ilością przemocy, pewną ilością nudy, pewną liczbą japońskich głupot i tak naprawdę przerwaną w najlepszym momencie. Mimo całej legendy, którą jest owiany dla mnie był przykładem typowego anime drugiej połowy lat 90-tych. A był to akurat okres, gdy cały świat ogarnęła moda na mrok i antybohaterów.

Mimo to o Berserku należy wspomnieć właśnie z powodu jego legendy. I popularności, jaką cieszy się w zasadzie do dnia dzisiejszego.

Avatar: The Last Airbender

Pseudoazjatycki świat władających mocą żywiołów karatektów podbijany jest przez karateków ognistych. W dawnych czasach spory między karatekami regulowane były przez Awatara, który (jako jedyny) posiadał zdolność posługiwania się wszystkimi czterema stylami karate (oraz kilka innych zdolności w zestawie), jednak sto lat temu cykl reinkarnacyjny awatarów został przerwany. I wydaje się, że nic nie jest już w stanie uchronić świata przed dominacją władców ognia, gdy pewnego dnia rodzeństwo młodych karateków wody przypadkowo odnajduje Awatara.

W zasadzie jedyną przyczyną, dla której Avatar: The Last Airbender nie został umieszczony na miejscu nr. 2 tej listy jest fakt, że nie jest to anime, a amerykańska kreskówka. Oprócz tego, nawet przy wszystkich grzechach pierworodnych amerykańskich kreskówek (np. polityczna poprawność i to, że pewnych rzeczy zwyczajnie się nie pokazuje) zarówno fabułą jak i animacją oraz jakością grafiki (nawet mimo upływu lat) moim zdaniem bije on na głowę większość japońskich kreskówek (w szczególności serie 2 i 3, pierwsza bowiem jest w porównaniu do nich dużo słabsza) po dziś dzień.

1) Mononoke Hime

Wielokrotnie nagradzana opowieść o konflikcie między duchami lasu, a ekspansywną, ludzką osadą oraz jednocześnie film ekologiczny. Fabuła nie jest skomplikowana, jednak jak na film o Ratingu 13 zdumiewająco poważna. I zdumiewająco przepełniona urywanymi rączkami oraz ucinanymi główkami.

Bardzo mocną stroną tego anime jest natomiast jego oprawa wizualna. W prawdzie od momentu, gdy nakręcono ten film minęło już kilkanaście lat, nadal jednak nie ma on sobie równych. Owszem, jakość grafiki jest obecnie wyższa, ale tego stopnia wysmakowania i tak dobrych kompozycji nie da się powtórzyć zwyczajnie zwiększając zakres dostępnych możliwości technicznych. Efekt jest taki, że anime po dziś dzień jest piękne i robi wrażenie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Anime, Fantasy, Filmy, Japonia, Top listy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Moje top 10 anime fantasy

  1. DoktorNo pisze:

    ATLAB jest wielkim żywym hołdem złożonym anime przez zachodnią animacje. Twórcy moim zdaniem wiele razy ograniczani przez kategorię wiekową tego serialu, ale i tak odwalili kawał dobrej roboty:

    http://doktorno.vot.pl/content/avatar-legenda-aanga

    Niestety, „Legenda Korry”, a w szczególności pierwszy sezon, ugrzęzła fabularnie z powodu braku należytej koncentracji na głównym konflikcie oraz rozbiła się o mur ograniczeń wiekowych (mówiąc wprost: fabuła zdecydowanie bardziej nadawała się do serialu dla dorosłych niż dla dzieci, więc uległa spłyceniu).

  2. ZOKO pisze:

    Smuteczek, chociaż to było nieuniknione, że nie został Orphen. Seria raczej niedoceniana, moim zdaniem.

  3. Sandro de Vega pisze:

    Słucham? Piszesz, że TLA był zbyt ograniczany przez kategorię wiekową. A potem narzekasz, że Korra też be bo zbyt dorosły? Nie zgodzę się absolutnie z tym, że fabuła została spłycona. Wręcz totalnie przeciwnie. Tok fabuły w korrze został odwrócony o jakieś 540 stopni.
    Całą fabułę airbendera można zawrzeć w „Mały chłopiec bawi się podróżując po świecie, ucząc się magii i zdobywając przyjaciół. A wszystko po to by pokonać zło wcielone, Voldemorta.” Bo tym jest właśnie Ozai. To personifikacja zła. Szaleniec, który nie ma żadnego sensownego celu w tym co robi. Ten ostatni pomysł ze spaleniem całego kontynentu jest tak głupi, że aż szok bo łamie całą koncepcję prowadzenia wojen. To jakby amerykanie zamiast zrzucić atomówkę na hiroshimę i nagasaki przykryli grzybami całą powierzchnię japonii. BA mało tego. To przeczy pierwotnemu powodowi wywołania tej wojny i idei Azulona.
    Innymi słowy. Fabuła TLA jest płytka jak wczesnowiosenne kałuże i jest przede wszystkim PROSTA. Mamy typowe od zera do bohatera. I antagonistę, którego nie da się polubić czy wytłumaczyć. Jeśli chodzi o antagonistę to mam wrażenie, że Azula skradła dla siebie całą scenę chociaż też jest dosyć płytka. Bo jakby nie patrzeć od urodzenia była socjopatką.
    Wiele odcinków pomiędzy faktycznie ważnymi wydarzeniami to zapychacze. Gdyby to było anime to ludzie zarzucaliby, że połowa serialu to fillery.

    Natomiast u Korry mamy 2 płaszczyzny fabularne. 1 to typowa teenage drama. I to wcale nie jest złe. Jakby nie patrzeć… główni bohaterowie TLA byli płascy. Aang głupkowaty, ale „oświecony” czy bardziej oderwany od rzeczywistości. Sokka mięso i sarkazm. Toph chłopczyca. Katara matka. I te postacie się nie zmieniają. Zmienia się jedynie ich zestaw umiejętności. A jedyna osoba, która faktycznie przeszła przemianę czyli Zuko… przeszła ją w ciągu jednego dnia, a potem po prostu wdrażała się w bycie „tym dobrym”.

    Antagoniści Korry to złoto. Przede wszystkim dlatego, że ich motywacje mają sens. Część z nich faktycznie ma rację. To czego zabrakło by mocniej skupić się na wątkach to nie kwestie wiekowe. Raczej budżetowe. Korra jest zauważalnie krótsza od Aanga. Gdyby budżet absolutnie zbędnych odcinków aanga przeznaczyć na rozwinięcie wątków w Korrze to byłoby perfekcyjnie.

    Co do warstwy Teenage dramy. Postacie zachowują się naturalnie. Mają swoje miłostki i swoje problemy. Nie każde „zing” jest na całe życie. Jeśli już ktoś jest z kimś to nie jest to związek idealny. Bohaterowie mają problemy. Problemy, które się ciągną i mają konsekwencje. Zarówno Korra jak i jej first love nie rozumieją własnych uczuć i miotają się w związkach jak ćmy w pajęczej sieci. A na zakończenie tych miłosnych niuansów i samego serialu ludzie płakali ze wzruszenia(autentycznie jest na yt filmik będący kompilacją ludzi płaczących na finale).

    Wracając do konsekwencji w TLA nie ma żadnych konsekwencji. Weźmy przykład z najgorszą rzeczą jaka się może przydarzyć w tym świecie… Śmierć awatara w trybie awatara oznacza koniec cyklu. I Aang zostaje zabity w trybie awatara… ale ale. Na szczęście mamy eliksir łazarza. Wodę z rybnego oczka. Katara, wówczas będąca zdolną, ale wciąż początkującą healerką, wskrzesza Aanga paroma kroplami magicznej wody. To jest mocny moment, ale totalnie broken z logiką. Bo to znaczy, że ludzi w tym świecie może wskrzesić dziecko o ile ma trochę tej wody, której tam jest od groma. A jeśli to nawet dotyczy tylko awatara. To znaczy, że awatar jest nieśmiertelny o ile będzie miał maga wody z kanistrem duchowej wody.
    A kolejna mega ważna rzecz. Aang poszedł nauczyć się swodobnie odblokowywać tryb awatara. Ale w trakcie tego procesu, którego nie można zatrzymać wyczuł, że Katara ma kłopoty więc uciekł. Tym samym permanentnie traci możliwość wejścia w stan awatara… a nie jednak nie. Wystarczyło mu 15 sekund w czasie walki by odrzucić ziemskie terefere i odblokować tryb awatara. Tada… ale on tylko tak żartował z tym odrzucaniem bo zaraz przecież z powrotem lizał się z Katarą.
    W całej kreskówce nie ma żadnych konsekwencji. Iroh przeżywa postrzał Azuli. Zuko przeżywa przeprowadzenie błyskawicy przez serce.
    Natomiast w Korrze… Nie będę poruszał kwestii uczuciowych bohaterów. Ale stricte konsekwencje działań Korry. Korra nie jest dobrym awatarem, jest zdolna, ale porywcza. Poza power upem pod koniec 1 księgi. Każdy kolejny „arc” kończył się osłabieniem Korry.
    Po 2 straciła poprzednie wcielenia. Po 3 osłabła tak bardzo, że nie była w stanie pokonać byle zawodnika „magicznego boksu”. Przez długi czas była niepełnosprawna, a gdy w końcu mogła sama o siebie zadbać to wciąż psychicznie była wrakiem. Nawet wyjęcie z ciała resztek rtęci nie wróciło jej pełni sił. Po każdym arcu świat odczuł konsekwencje.
    Korra moim zdaniem była najgorszy, ale i najlepszym awatarem w historii. Jest jednocześnie ostatnim i pierwszym awatarem(w tej kolejności).

    Podsumowując tą niepotrzebnie długą wypowiedź. Uważam, że Legenda Korry jest wystarczająco dorosła. Fabuła jest dostatecznie wyeksploatowana. A tło jest znacznie bardziej wiarygodne niż w TLA.

    • Lurker pisze:

      Nie znam na tyle Korry, żeby w jakikolwiek sposób wchodzić z tobą w polemikę w kwestii dojrzałości jednego względem drugiego serialu, jednak co do samego ATLA – pozwolę sobie kilka rzeczy naprostować.

      1. Wbrew pozorom, ten cały pomysł Ozaia na koniec serii – szczególnie w świetle tego, co potem możemy zobaczyć w Legendzie Korry – by zniszczyć Królestwo Ziemi, póki istnieje taka możliwość – dowodzi, iż nasz Mroczny Lord Ognia wykazywał się mimo wszystko najbardziej dalekosiężnym przewidywaniem spośród całej swojej dynastii.
      Królestwo Ziemi było dla sił Ognia zbyt rozległe, by je w całości „ogarnąć” – a co dopiero w całości kontrolować, czy ujarzmić. W takich warunkach – gdzie praktycznie zawsze gdzieś czaiłoby się mnóstwo baz wypadowych jakichś kolejnych partyzantów – nawet bez Avatara i tej całej jego rebelii pod koniec – prędzej czy później Imperium Ognia straciłoby kontrolę nad tymi terenami.
      A uciskany lud zawsze wykazuje silny rewizjonizm i rewanżyzm* – na co przykład mamy właśnie między innymi w Legendzie Korry – pod postacią Odrodzonego Cesarstwa Ziemi, które w tych swoich Mechach (czyli czymś, co z kolei maksymalizuje potencjał ich żywiołu – podobnie, jak w poprzedniej generacji machiny napędzane ogniem Narodu Ognia) – dąży do zawładnięcia całym kontynentem. A gdyby już go zajęło w całości – bo imperializm zawsze tak działa – to skierowałoby swój wzrok jeszcze dalej.
      Więc koncept niedoszłego Króla-Feniksa, by zbudować nowy świat na popiołach Królestwo Ziemi – był najbardziej dalekosiężną wizją, jaką tylko mógł wysnuć dojrzały polityk, by uchronić swój Naród przed odwetem w przyszłości za ponad stulecie ucisku.

      (zresztą, to nie jest taki nowy koncept – i wszelkie space opery to eksplorują i Zimna Wojna de facto do tego się sprowadzała – dążysz do zniszczenia wroga czy konkurenta przecież nie z jakiejś nienawiści, tylko głównie po to, by on nie zdążył zniszczyć ciebie)

      * – zresztą ten motyw pojawia się już w pierwszym komiksie z serii kontynuującej wydarzenia z ATLA – mieszkańcy Królestwa Ziemi (i Avatar razem z nimi!) chcą wypędzić kolonistów Ognia z tego miasta, które chyba potem będzie właśnie tym głównym miejscem wydarzeń w Legendzie Korry.

      2. Antagonista: Ozai vs Azula
      Najkrócej – tutaj najważniejszym czynnikiem jest generalnie czas ekranowy. Ozaia tak za wiele nie mamy; Azula zaś (i jej drużyna) właściwie od początku drugiego sezonu stanowi właściwie osobnego „POVa” – śledzonego nie tylko w konfrontacji z Avatarem i jego drużyną, ale również w szeregu własnych „scenek rodzajowych”. W dodatku – jest konsekwentnie odmalowywana jako taki główny „nemezis” dla Zuko (co znajduje odzwierciedlenie chociażby w konfiguracji ostatecznych pojedynków) – czyli, jak sam zauważyłeś: właściwie najlepiej prowadzonego bohatera, jedynego przechodzącego przez całą serię kompletną przemianę – i jak w wielu dyskusjach na internetach nieraz ludzie zauważali i ja sam również tak uważam: gościa, które równie dobrze (może nawet i lepiej by to wyszło dla całej serii) sam mógłby być głównym bohaterem (a przy ilości jego czasu ekranowego, tudzież całych odcinkach jemu samego tylko poświęconych i właściwie równorzędności jego wątku w stosunku do wątku Avatara właściwie od samego początku – na upartego może być nawet i teraz za takiego uważany).
      Ozaia natomiast nie widzimy nigdy poza scenami z innymi postaciami. A nawet, kiedy już się pojawi, to i tak za wiele go nie ma. On w pewnym sensie ma być takim Odległym Mrocznym Lordem – nie do końca oswojonym (przez odbiorcę) zagrożeniem – by budził większą grozę – więc w gruncie rzeczy: nawet nie powinno go być za dużo.

      No bo zresztą sorry – spotkałem się porównaniami (w kwestii pewnych rozwiązań) ATLA do Gwiezdnych Wojen – i coś w tym chyba jednak jest.
      I kto jest bardziej ikonicznym antagonistą: Vader czy Imperator?
      W Last Airbenderze więc po prostu to Azula jest Vaderem dla Luka-Zuko, a nie Imperator Ozai. 😉

      3. Co do ograniczeń wiekowych Korry
      Tutaj kwestia jest właśnie chyba generalnie w tym, że te wszystkie bardziej „dojrzałe” ambicje twórców nie były w stanie odpowiednio wybrzmieć – nie mogli pójść na całość, bo cały czas musieli mieć na uwadze, że to ma być jednak skrojone pod i akceptowalne przez nastolatków. W wielu miejscach spotkałem się z tego typu konstatacjami odbiorców.
      I przez to ten cały bardziej zniuansowany świat, którego technicyzacja i steam-punkowość w założeniu zapewne jeszcze bardziej miały sprzyjać odejściu od klimatu „baśni” w stronę czegoś o wiele bardziej „realnego” – bliższego naszej rzeczywistości – właśnie przez te wszystkie konieczne kompromisy: zamiast sprzyjać immersji (w tą dojrzałą opowieść) – potęgowały tylko poczucie dysonansu u odbiorców i niekoherentności.
      Innymi słowy: świat przedstawiony (i cała jego otoczka) wespół z tymi wszystkimi bardziej „dojrzałymi” motywami – o których wspomniałeś powyżej – którym udało się jeszcze jakoś przebić, pomimo konieczności kompromisów pod wiek odbiorcy – to wszystko rozmywało się w konfrontacji z późniejszą „obróbką” pod odpowiednio młodszego odbiorce.
      W efekcie więc: ATLA – pomimo, iż faktycznie jest w całości pod dwunastolatków robiony – właśnie przez tą konsekwencję w konwencji, fabule i scenariuszu, podejmowanych motywach, itd. – od początku do końca – z pełną świadomością na każdym etapie, dla kogo jest robiony – no i w ogóle konsekwentny w swojej stylistyce – wychodzi w ostatecznym rozrachunku na dzieło po prostu SPÓJNE.
      W przeciwieństwie do Korry – która po prostu – w najkrótszych słowach – prawdopodobnie nie jest po prostu takim tworem, jakiego się spodziewali odbiorcy poprzedniej serii. Ludzie przyzwyczajeni do stylistyki Last Airbendera dostali zupełnie nie to, czego się spodziewali. A ta nowa stylistyka – mimo wszystko – albo właśnie wskutek tego wszystkiego, co napisałem przed chwilą – nie do końca się w ostatecznym rachunku obroniła.

      4. Aang i magiczna woda.
      Może jestem w błędzie, ale zawsze wydawało mi się, że on wcale nie umarł, a jedynie „prawie” umarł. Był w stanie krytycznym, agonalnym, itd. – jak to się tam w medycynie nazywa – ale formalnie nie umarł „jeszcze”. Jestem prawie pewien, że nawet całkiem wyraźnie było to podkreślane – że „umiera” – a nie, że „umarł”.
      (no, ale dawno oglądałem)
      Zresztą na logikę – czy w taki purytańsko-ewangelickim kraju, jak Ameryka – dopuszczalnym byłoby, ażeby w jakiejś bajeczce wpajano młodym duszyczkom, że ludzie mogą sobie ot tak wskrzeszać – jakąś magiczną wodą?
      Zaraz by były protesty i zdjęliby z anteny. 😉

      5. Nauka trybu Avatara
      Tutaj akurat muszę się z tobą zgodzić. Strasznie spłycono cały ten motyw (który zresztą praktycznie punkt do punktu jest kopią scenariusza końcówki Imperium Kontratakuje) – zresztą dodałbym co nieco od siebie, ale za długi już ten post, to nie będę kolejnego podpunktu rozbudowywał.
      Dla dzieci było robione – więc niektóre sprawy zbyt mocno skrócili i pospieszyli.

      6. Zuko i Błyskawica Azuli.
      On by przekierował w całości tę błyskawicę. Przecież po to się tego uczył. Jednak konieczność zmiany własnej pozycji, wymuszona zmianą trajektorii samej Błyskawicy – sprawiła, że nie zdołał zrobić tego „w całości”. Ale jednak dokonał tego „w większości” – nie dostał nią przecież zresztą w serce, tylko przyjął ją „na palce” – czyli tak, jak się to robi. Po prostu właśnie przez fakt, że nie zdołał przekierować „wszystkiego” – część tejże Błyskawicy zamiast przelecieć od palca do palca drugiej ręki – czyli tak, jak się to powinno robić – pozostała w jego organizmie i się po nim „rozeszła” – jak to zawsze się dzieje w takim przypadku. Serce po prostu oberwało w trakcie tego procesu rozchodzenie się prądu po ciele najbardziej. Jednak ponownie – nie była to śmiertelna dawka (nawet przytomności nie stracił) – skoro tak długo wytrzymał do czasu udzielenie pomocy – i jakoś oddychał w tym czasie, krążenie również musiało zachodzić. Więc było to porażenie mocne i groźne, ale nie takie „od razu” śmiertelne.

    • Słucham? Piszesz, że TLA był zbyt ograniczany przez kategorię wiekową. A potem narzekasz, że Korra też be bo zbyt dorosły? Nie zgodzę się absolutnie z tym, że fabuła została spłycona.

      Nie przez kategorię wiekową, a przez amerykańską polityczną poprawność. Widać to szczególnie w odcinku „Waterbending Scroll” (S01, E09), kiedy Waterbenderka kradnie zwoje piratom. Cały odcinek jest pod hasłem „Kradzież jest zła! Nie można okradać ludzi, nawet, jeśli też są źli! Nic tego nie usprawiedliwia!”.

      Inna rzecz, że w anime połowę tych statystów, którzy w Last Airbender lądują w wodzie / więzieniu / związani w anime po prostu by pozabijano.

      A potem narzekasz, że Korra też be bo zbyt dorosły?

      Przecież w tekście nie napisałem ani słowa o Legend of Korra.

      Całą fabułę airbendera można zawrzeć w „Mały chłopiec bawi się podróżując po świecie, ucząc się magii i zdobywając przyjaciół. A wszystko po to by pokonać zło wcielone, Voldemorta.”

      Prawdę mówiąc to było właśnie w The Last Airbender fajne.

      Bo tym jest właśnie Ozai. To personifikacja zła. Szaleniec, który nie ma żadnego sensownego celu w tym co robi.

      Jak Hitler, Stalin, Pol Pot, Kim Ir Sen i miliony przed nimi…

      Ten ostatni pomysł ze spaleniem całego kontynentu jest tak głupi, że aż szok bo łamie całą koncepcję prowadzenia wojen. To jakby amerykanie zamiast zrzucić atomówkę na hiroshimę i nagasaki przykryli grzybami całą powierzchnię japonii. BA mało tego. To przeczy pierwotnemu powodowi wywołania tej wojny i idei Azulona

      Prawdę mówiąc Amerykanie zamierzali przykryć całe Wyspy Japońskie grzybami, gdyby Japończyny nie poddali się po atakach na Hiroszimę i Nagasaki. Uderzenia te miały za zadanie uświadomić Japończykom trzy rzeczy: że mają bomby zdolne niszczyć całe miasta i mają ich na tyle dużo, by móc kontynuować ataki do całkowitego złamania oporu.

      Bo jakby nie patrzeć od urodzenia była socjopatką.

      Prawdę mówiąc nie do końca wiadomo, skąd biorą się socjopaci. Ale z dużym prawdopodobieństwem jest to cecha wrodzona.

      Wiele odcinków pomiędzy faktycznie ważnymi wydarzeniami to zapychacze. Gdyby to było anime to ludzie zarzucaliby, że połowa serialu to fillery.

      Jakby anime, w których połowa seri to fillery nie zdarzały się codziennie.

      Natomiast u Korry mamy 2 płaszczyzny fabularne. 1 to typowa teenage drama. I to wcale nie jest złe. Jakby nie patrzeć… główni bohaterowie TLA byli płascy. Aang głupkowaty, ale „oświecony” czy bardziej oderwany od rzeczywistości. Sokka mięso i sarkazm. Toph chłopczyca. Katara matka. I te postacie się nie zmieniają. Zmienia się jedynie ich zestaw umiejętności. A jedyna osoba, która faktycznie przeszła przemianę czyli Zuko… przeszła ją w ciągu jednego dnia, a potem po prostu wdrażała się w bycie „tym dobrym”.

      Antagoniści Korry to złoto. Przede wszystkim dlatego, że ich motywacje mają sens. Część z nich faktycznie ma rację. To czego zabrakło by mocniej skupić się na wątkach to nie kwestie wiekowe. Raczej budżetowe. Korra jest zauważalnie krótsza od Aanga. Gdyby budżet absolutnie zbędnych odcinków aanga przeznaczyć na rozwinięcie wątków w Korrze to byłoby perfekcyjnie.

      Co do warstwy Teenage dramy. Postacie zachowują się naturalnie. Mają swoje miłostki i swoje problemy. Nie każde „zing” jest na całe życie. Jeśli już ktoś jest z kimś to nie jest to związek idealny. Bohaterowie mają problemy. Problemy, które się ciągną i mają konsekwencje. Zarówno Korra jak i jej first love nie rozumieją własnych uczuć i miotają się w związkach jak ćmy w pajęczej sieci. A na zakończenie tych miłosnych niuansów i samego serialu ludzie płakali ze wzruszenia(autentycznie jest na yt filmik będący kompilacją ludzi płaczących na finale).

      Problem w tym, że bajka o dzieciakach obijających się za pomocą magicznego karate była jedna.

      Teenage dram natomiast jest bez liku.

      Wracając do konsekwencji w TLA nie ma żadnych konsekwencji. Weźmy przykład z najgorszą rzeczą jaka się może przydarzyć w tym świecie… Śmierć awatara w trybie awatara oznacza koniec cyklu. I Aang zostaje zabity w trybie awatara… ale ale. Na szczęście mamy eliksir łazarza. Wodę z rybnego oczka. Katara, wówczas będąca zdolną, ale wciąż początkującą healerką, wskrzesza Aanga paroma kroplami magicznej wody. To jest mocny moment, ale totalnie broken z logiką. Bo to znaczy, że ludzi w tym świecie może wskrzesić dziecko o ile ma trochę tej wody, której tam jest od groma. A jeśli to nawet dotyczy tylko awatara. To znaczy, że awatar jest nieśmiertelny o ile będzie miał maga wody z kanistrem duchowej wody.

      Prawdę mówiąc zawsze interpretowałem tą scenę inaczej. Aang nie umarł, tylko został zraniony. Katara udzieliła mu po prostu pierwszej pomocy, dzięki czemu jego stan przestał się pogarszać. W rezultacie nie doszło do zgonu. Woda nie była magiczna, tylko pierwsza z brzegu, jaka była pod ręką.

      Podsumowując tą niepotrzebnie długą wypowiedź. Uważam, że Legenda Korry jest wystarczająco dorosła. Fabuła jest dostatecznie wyeksploatowana. A tło jest znacznie bardziej wiarygodne niż w TLA.

      Tylko ponownie: szkoda, że w tekście nie ma słowa o Korrze.

      W chwili, gdy pisałem ten tekst Korra dopiero leciała i nie była zakończona. Tak więc trudno było wnioskować o czym będzie i jaka ostatecznie będzie.

      • Lurker pisze:

        Problem w tym, że bajka o dzieciakach obijających się za pomocą magicznego karate była jedna.

        Teenage dram natomiast jest bez liku.

        Przepraszam, że jeszcze raz się tu wtrącę, ale przyszła mi tu taka myśl – bardziej ogólna, nie dotycząca samych jedynie bajek o Avatarach.

        Odnoszę czasem wrażenie, że jest to coraz bardziej zauważalny problem współczesnej fantastyki – czy to w anime, czy literaturze, czy na ekranach.

        Niektóre bowiem dzieła tejże właśnie szeroko pojmowanej fantastyki – jakby to ująć – stawiają sobie za cel, jak to się poetycko mówi: przekazać jakieś przesłanie. Właściwie nie jest to jakieś szczególnie nowe chyba zjawisko, bo przynajmniej od kilkudziesięciu lat pojawiały się te wszystkie „nowe ujęcia”, „odpowiedzi na”, itd. – które to starały się wykorzystać szafarz fantasy, aby powiedzieć te przysłowiowe „coś więcej” odbiorcy.

        Samo w sobie nie jest to w żaden sposób złe. Nawet dobrze, że gatunek rozwija się – chociażby i w ten sposób.

        Problem pojawia się później.

        Niektóre bowiem tego typu dzieła nie tylko zyskują rozgłos w światku fantastyki, ale również przebijają się… poza ten światek…

        Co w tym takiego złego?

        Otóż – kiedy „przyciągają” niejako do tego gatunku nowe rzesze ludzi – pochodzących bardziej z rejonów raczej kulturowego mainstreamu – ci zaczynają oceniać całość fantastyki swoją miarą i przez pryzmat własnego gustu. Często są to więc ludzie wcale nie przepadający za tą estetyką, stylistyką, motywami, rozwiązaniami tego gatunku.

        Weźmy przykład z Martinem.
        Przyczyną popularności jego całego cyklu w mainstreamie – tego, że zyskał w jego oczach takie uznanie, że serial na podstawie jego dzieła zbierał tyle Złotych Globów potem, itp. – jest po prostu to, że – szczególnie właśnie w mniemaniu ludzi spoza światka fantastyki – on jedynie wykorzystuje otoczkę fantasy – ale tak naprawdę jest to opowieść o wszystkim innym, ale absolutnie nie o wróżkach i krasnoludkach – on to wszystko tak naprawdę dekonstruuje i demitologizuje – bo tu wcale nie chodzi o jakąś magię (nawet, jeśli ta szczątkowo występuje) – ale właśnie o wszystko inne – o te wszystkie tematy, które generalnie podejmuje wysoka literatura.

        Jest to oczywiście prawda – TO stanowi esencję dzieła Martina, główny punkt nacisku w jego Sadze. TO odróżnia go od większości dotychczasowych „naśladowców Tolkiena”.

        Jednakże! – jak sam Zegarmistrz dowodził już w kilku wpisach – jest to również jak najbardziej archetypiczna Epopeja Fantasy – a celem Martina jest w ostatecznym rozrachunku wcale nie DEkonstrukcja mitu arturiańsko-tolkienowskiego, tylko właśnie jak najbardziej jego REkonstrukcja.

        Dla mainstreamu jednak ta warstwa nie istnieje. Więc albo jej nie zauważa w ogóle, ignoruje, albo po prostu na nią głównie – jeśli już – narzeka. Na jej obecność…

        Zresztą Wiedźmin też się pewnie tu załapie – szczególnie w wydaniu Netflixa.
        Przecież to jest opowieść o rasizmie, wrogości wobec wszelkiej odmienności, konieczności wybierania między złem mniejszym a większym, o szarości, itd. – ale ABSOLUTNIE nie o Łowcy Potworów – bo to tylko szafarz.

        No dobra – akurat Wiedźmin generalnie od początku faktycznie BYŁ tworzony z takim założeniem już przez Sapkowskiego.

        Chodzi mi po prostu o to, że kilka takich „ambitniejszych” dzieł w tym gatunku, które zwróciły nań uwagę, przyciągając doń ludzi spoza światka fantastyki… przyciągają właśnie ludzi, którzy oczekują tego samego wszędzie.

        A przecież fantastyka NIE istnieje tylko po to, by być „otoczką” dla tego typu tematów – ale bardzo często, może wręcz zazwyczaj – jest również po prostu… no… fantastyką…
        We wszelkim tego słowa znaczeniu…
        I o to właśnie chodzi. Bo większość tradycyjnych jej odbiorców tego jednak od niej oczekuje – by zawsze, niezależnie od podejmowanych tematów, były jednak również przede wszystkim Fantastyką.

        Ludzie, którzy przyszli jednak spoza tego światka, spoza terytorium tej estetyki:
        albo – w najlepszym wypadku – ignorują wszelkie elementy fantasy – tolerując je po prostu – jednak całość oceniając tylko i wyłącznie pod kątem tej całej „dojrzałości”…
        albo wręcz – w najbardziej skrajnych przypadkach, z jakimi można się spotkać – wprost kontestują całą tą estetykę, czasem niejako wręcz oczekując, by… by to wcale nie było fantasy – bo oni chcieli samych rozkmin filozoficznych, więcej dram, życia wewnętrznego bohaterów, itd.

        A tu im jakieś elfy i smoki pchają…

        Te całe Avatary są tu zresztą całkiem ciekawym przykładem.

        W różnych dyskusjach spotkałem się wręcz z takim zjawiskiem, że właśnie:
        a) Jedni mówią, że Last Airbender lepszy – powołując się głównie na bardziej spójną estetykę, konsekwencję w realizacji tej (jak już zauważono – dosyć prostej, wręcz archetypicznej) przygody – no i ogólnie: że serial ten po prostu wiedział, do czego dąży i po prostu to właśnie zrealizował – nawet, jeśli było to mniej zawiłe, niż np. w Legendzie Korry.
        I co ciekawe – całą tą „dojrzałość” Korry – czasem wręcz ignorując (w sensie: nie chwaląc, ale i nie krytykując) – bo to i tak nie ta warstwa, na której IM zależało.
        b) Inni z kolei obstają za Korrą – podobnie: widząc jedynie całą tą warstwę dramy, dojrzałości podejmowanych tematów, większej szarości, itd.
        I tak samo: kwestie spójności serialu w swej estetyce z samym sobą zupełnie ignorując, bo ponownie: nie jest to ten aspekt, który dla NICH był istotny w ogóle tutaj.

        Dostajemy czasem więc dwa zupełnie inne spojrzenia – bazujące na nacisku danego odbiorcy na zupełnie inne aspekty danego dzieła – skutkujące zupełnie rozbieżną oceną obydwu serii – ale podobne przykłady zapewne da się znaleźć również w innych dziedzinach: literaturze, serialach czy filmach aktorskich, itd.

        I to jest właśnie niepokojące zjawisko, które chciałem omówić.

        Fantastyka ma przede wszystkim być fantastyką. Nie ma wcale wyrzekać się swych korzeni, swej estetyki i stylistyki, swoich rozwiązań fabularnych.

        Jak najbardziej może podejmować również dojrzalsze tematy.

        Jednak nie można każdego dzieła z tej dziedziny oceniać jedynie przez pryzmat tychże – zupełnie ignorując, a czasem wręcz: odrzucając – całą resztę.

        Coraz większa jednak popularność fantastyki w szeroko pojmowanym mainstreamie przyciąga doń ludzi, którzy oceniają normalne dzieła fantasy przez pryzmat tych wszystkich eksperymentów dramowych, itp. Którzy od każdego kolejnego tytułu oczekują coraz bardziej dojrzalszych, dekonstrukcyjnych, w ogóle zupełnie nie-fantasy-dzieł.

        I potem – kiedy pojawi się całkiem tradycyjne fantasy – nie kręcące się li tylko wokół tego wszystkiego, ale za to spójne, konsekwentne, itd. – to kręcą na to nosem, bo zbyt „przygodowe” i „wesołe” – zbyt „dziecinne” i „infantylne” – a za mało „dojrzałe” i „dramatyczne”.

        Przepraszam, jeśli zbyt pochopnie wrzuciłem użytkownika, z którym była dyskusja, do tego worka – a takie można odnieść wrażenie po całym tym moim wywodzie, więc powinienem w tym miejscu to sprostować – nie znam go wszakże.

        Po prostu taka refleksja mi się nasunęła przy okazji tej powyższej dyskusji – bo widziałem wiele takich przypadków takiej właśnie rozbieżności zdań – wynikających właśnie z tego, że różni ludzie zupełnie różnych rzeczy w fantastyce poszukiwali.

        I taki wniosek po prostu mi się nasunął odnośnie tego zjawiska.

      • Mówiąc krótko: ludzie są różni.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s