Szkoła: kiedyś, teraz i na wieki

szkolaZ powodów pozamerytorycznych ostatnimi czasy muszę zadawać się z pracownikami systemu edukacyjnego. Wiąże się to niestety z koniecznością słuchania ich narzekań na obecny system szkolny oraz pochwał nad systemem starym, w którym uczniowie się uczyli, szkoła zmieniała ich w osoby szeroko wykształcone, nie było w niej narkotyków, przemocy, przestępstw i nieletnich ciąż obecnie zdarzających się jakoby nagminnie. Potem jednak przyszła reforma szkolna i wszystko się zepsuło.

Byłoby to głupie gadanie, gdyby nie fakt, że część rozmówców mnie uczyła. Oraz wykorzystała fakt mojej obecności celem podkreślenia swojego geniuszu pedagogicznego na zasadzie „O! Tu jest mój uczeń, on powie jaki jestem genialny”. Ja natomiast znajdowałem się w takiej sytuacji, że jedyne, co mi wypadało zrobić to oświadczyć „Zaprawdę powiadam wam: ten facet jest genialny”/ Problem polega na tym, że z jednej strony ja nie lubię kłamać, w szkole za Chiny mi się nie podobało, a akurat tych nauczycieli, o których mowa uważam za kiepskich pedagogów. Z drugiej strony: specyfika sytuacji sprawia, że powiedzieć tego nie mogę.

Pozostaje mi więc tylko jedno wyjście: wyżalić się w Internecie.

Nie podejrzewam, żeby to stał się najpopularniejszy wpis sezonu, ale chigiena psychiczna ponad wszystko. Ostrzegam, że post odnosi się głównie do żali, których nasłuchałem się w trakcie owej dyskusji i w efekcie może nie być on szczególnie ciekawy.

Czy we współczesnej młodzieży faktycznie mieszka diabeł?

Prawdę mówiąc jako dorosły trzydziestolatek nie mam zbyt dużych kontaktów z współczesną młodzieżą. Te ograniczają się w zasadzie wyłącznie do pracy (gdzie nawiasem mówiąc główne problemy sprawiają emeryci, między innymi dlatego, że są od gimnazjalistów więksi, łatwiej im kupić wódkę oraz oczekują, że to inni będą ich słuchać), do której od czasu do czasu wysyłają nam praktykantki z zawodówki.

Jeśli chodzi o praktykantki to nic złego o nich powiedzieć nie mogę. Nie spotkało nas z ich strony nic, co usprawiedliwiałoby negatywną opinię, jaką cieszy się młodzież. W prawdzie ta zeszłoroczna była jakaś dziwna: strasznie zastraszona i bardzo cicha, jednak podejrzewam, że da się to racjonalnie uzasadnić: mogła na przykład czuć się zestresowana obecnością stada osobników w wieku 30+ albo planować masakrę szkolną…

Jeśli natomiast chodzi o przewalające się przez mój zakład pracy wycieczki, to owszem: byli pijani gimnazjaliści rzygający w kiblu, były trzynastoletnie lesbijki obcałowujące się w konciku, był chłopczyk z ADHD, z tym, że jeśli już wycieczka szkolna coś poważnie przeskrobie to w czterech przypadkach na pięc jest to wina opiekuna jak np. tej kretynki co paliła papierosa pod czujką alarmową.

Ogólnie mit głosi, że spotkanie z gimnazjalistą powinno skończyć się nożem w brzuchu oraz ukradzionym portfelem, którego zawartość powinna natychmiast zostać wydana na marihuanę i amfetaminę. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że

My byliśmy zupełnie inni:

W moim pokoleniu głównymi narkotykami były bowiem LSD i heroina. Tak naprawdę jednak mało kto je brał, nie z braku chęci, a dlatego że wychowałem się na prowincji, gdzie nie docierają wielkomiejskie mody. Być może ktoś tam miał dostęp do jakichś podejrzanych znaczków, jednak typowy miłośnik „rozszerzania świadomości” musiał zadowolić się oparami kleju. Dopiero na przełomie wieków do miasta dotarła trawa, która szybko zrobiła furorę. Środki odurzające były jednak łatwo dostępne, co podkreśla fakt, że z powodu tego, co robili w szkole i po szkole czterech moich sąsiadów obecnie poszukiwanych jest Europejskim Nakazem Aresztowania, piąty niedawno wyszedł z więzienia, a szósty udaje, że zawsze żył przykładnie i czeka, aż przestępstwa się przedawnią.

Główną używką były jednak wina z jabłek i papierosy. Zdobycie ich było w tamtych czasach łatwiejsze, głównie z tej przyczyny, że dominował handel prywatny i małe, osiedlowe sklepiki ze śmierdzącym mięsem. O ile dla baby z Biedronki czy Lidla sprzedać alkohol nieletniemu to większy problem, niż korzyść (bo np. może za to wylecieć z roboty, gdy team leader ją zobaczy) tak dla prywaciarskiej sklepowej to zysk, jak każdy inny. Były nawet takie, co papierosy na sztuki sprzedawały.

Poważny problem stanowiły też kradzieże, choć ich rodzaj zmieniał się z czasem. Na początku lat 90-tych kradzione były głównie buty i kurtki w szatniach, jednak gdy naród trochę się wzbogacił złodzieje przerzucili się na zegarki, a gdy kończyłem liceum na ich celowniku znajdowały się głównie telefony komórkowe. Zjawisko było ignorowane zarówno przez policję jak i nauczycieli, bo „dzieciak pewnie zgubił, wie pani jakie są dzieci” albo „przecież to niemożliwe, żeby takie małe dzieci kradły”. Zresztą, sprawcy najczęściej pochodzili z innych szkół, więc poszkodowani nie potrafili ich ani opisać, ani rozpoznać. Wprowadzenie identyfikatorów, większa świadomość przestępczości nieletnich, bogacenie się społeczeństwa i coraz lepsze blokady antykradzieżowe w komórkach trochę zmieniły sytuację.

Nieprawdą jest też, że za moich czasów nie było seksu między nieletnimi. Gdyby go nie było to teść ze Straży Granicznej razem z kolegami nie musiałby takiego jednego, ogólnie podówczas w mieście znanego szukać po Polsce dwa miesiące.

Dlaczego przed wojną słowo „Gimnazjalistacoś znaczyło?

Zdaniem wielu moich rozmówców obecni uczniowie mają same prawa i prawa. Kiedyś za komuny bali się nauczyciela, a jak który się poskarżył rodzicowi, to jeszcze dostawał od niego lanie. A w ogóle to największy autorytet nauczyciel miał przed wojną, jak w użyciu były rózgi. I wtedy także poziom edukacji był wysoki, a każdy Gimnazjalista był kimś i mógł z marszu iść pracować np. do urzędu.

Prawdę mówiąc nie chcę mi się wdawać w tłumaczenie specyfiki i wszelkich subtelności życia społecznego dwudziestolecia międzywojennego (i prawdę mówiąc nie rozumiem zachwytów nad tym okresem), powiem więc krótko: jakość kształcenia w okresie tym była tak niska, że 20% ludności naszego kraju w ogóle była niepiśmienna. Nawet tuż przed wybuchem II wojny światowej jedynie 86% dzieci objęte było nauczaniem na najniższym stopniu, a 56% z nich przerywało edukację po 4 latach kształcenia.

Teoretycznie istniał obowiązek edukacji do 14 roku życia, jednak w praktyce był to przepis martwy. Sytuacja taka wynikała z kilku czynników. Po pierwsze: z problemów odziedziczonych po zaborcach, po drugie: ze świadomej polityki rządu, który mimo pięknych słów na edukacji oszczędzał.

Niemniej jednak ta (dramatyczna) sytuacja wyjaśnia dlaczego gimnazjalista był kimś i mógł od razu iść pracować np. do urzędu. Zwyczajnie: Polska była krajem debili. Spory ułamek społeczeństwa był niepiśmienny, wykształcenie reszty osiągnęła stopień niewiele wyższy. Istniał więc deficyt ludzi jako-tako wyedukowanych. Nie dziwi więc, że gość, który potrafił obliczać procenty, znał arytmetykę i geometrię oraz płynnie czytał i pisał był poszukiwanym fachowcem i mógł podjąć pracę w owym urzędzie.

Tym bardziej, że gros miejsc pracy w administracji zarówno rządowej, samorządowej jak i w biurach prywatnych firm stanowiły takie fuchy jak:

  • maszynista (zakres obowiązków: przepisywanie dokumentów na maszynie, wykonywanie ich kopii, tworzenie blankietów według wcześniej zatwierdzonych przez szefostwo wzorów).
  • goniec (zakres obowiązków: przenoszenie papierków między biurkami)
  • telegrafista (zakres obowiązków: przepisywanie krótkich wiadomości tekstowych z alfabetu łacińskiego na alfabet Morse’a)
  • rachmistrz (wpisywanie cyfr w tabelki i ich dodawanie przed tym, jak odda się je w ręce księgowego)
  • telefonista (ręczne przepinanie kabli w gniazdkach w centrali telefonicznej)
  • sortownik poczty (odczytywania adresów na listach i układanie ich według kodów pocztowych)

Czyli zawody raczej nie wymagające potężnego wysiłku intelektualnego.

Dlaczego nauczyciele nie mają mają autorytetu?

Ze skarg nauczycieli na coraz gorszą jakość materiału uczniowskiego można by wywnioskować, że z pokolenia na pokolenie młodzież staje się coraz gorsza. Biorąc pod uwagę fakt, jak moje pokolenie się zachowywało należałoby wręcz przypuszczać, że normą w czasach dzisiejszych są napady z bronią w ręku. Tymczasem aż tak źle nie jest. Choć oczywiście (czego nie da się ukryć) autorytet nauczycieli wśród nich nie jest wielki. Prawdę mówiąc wśród rodziców także nie jest większy.

Obawiam się jednak, że nie jest to spowodowane faktem, że czasy robią się coraz gorsze. Spowodowane jest to raczej faktem, że każdy z nas do szkoły chodził. I pamięta jak w niej było. Na przykład u mnie było tak:

baba od geografii: była – nie bójmy się mówić prawdy – idiotką. To, czego nas nauczała natomiast nie mieściło się w żadnych kanonach szkolnych. Przykładowo uczyła nas, że „Arabowie mają wielbłądy. Nie jest prawdą, że wielbłąd ma wodę w garbie, przeciwnie, wielbłąd posiada gąbkę w żołądku, w którym zatrzymuje wodę, dzięki czemu może przetrwać na pustyni” albo „palma daktylowa daje tak duże owoce, że Arab może o jednym przeżyć trzy dni. Pierwszego zjada skórkę, drugiego miąższ, trzeciego ziarenko”. Jej zdaniem w Egipcie wciąż panował politeizm, w Chinach jedzono pałeczkami z oszczędności (bo „jedzenie ryżu pałeczkami ziarenko po ziarenku jest bardzo męczące, więc Chińczyk zmęczy się zanim się naje”). Żeby dopełnić obrazu tragedii oczywiście odpytywała z tych mądrości. W ciekawy sposób wyglądały też u kretynki sprawdziany. Liczyła się bowiem wyłącznie ilość kartek. Wyrywaliśmy je więc z innych zeszytów i wkładaliśmy je między wypracowania. Działało w stuprocentach.

facet od techniki: miał bardzo niską wiarę w siebie (albo raczej: oceniał się zgodnie z prawdą, bowiem był życiowym nieudacznikiem). Tak niską, że dawał zastraszyć się uczniom 4 klasy szkoły podstawowej. Wychodziliśmy z jego lekcji, biliśmy się, dźgali nożyczkami, obrzucaliśmy go wyzwiskami, pluliśmy na niego z okien… Pewnego dnia przynieśliśmy na jego lekcje budzik, a gdy zadzwonił żałosny frajer myślał, że to dzwonek na przerwę i wypuścił nas po 10 minutach lekcji. Wylądował za to na dywaniku u dyrektorki podstawówki.

ksiądz: bardzo sympatyczny facet. Pewnego dnia jednak nie przyszedł na lekcję i przestał zjawiać się na parafii. Znalazł się pół roku później w Zakopanem, cywilnie ożeniony z jakąś paniusią. Obecnie ponoć uczy polskiego. IMHO nadaje się do tej pracy.

baba od polskiego: uczyła w podstawówce. Strasznie narzekała, że nie czytamy lektur oraz na to, co z nas w tych okolicznościach wyrośnie. Pytana: czy czyta książki odpowiadała jednak, że „nie ma czasu na takie głupoty”. Jako ciekawostkę dodam, że jej mąż jednocześnie był członkiem Solidarności i TeWukiem, a obecnie organizuje w szkołach pogadanki o działalności opozycyjnej.

facet od polskiego 1: uczył w liceum. Bardzo kochał język nasz ojczysty, jednak była to miłość jednostronna. Do tego stopnia jednostronna, że kiedyś powtarzał z niego klasę. Niemniej jednak musiał jakoś uciec przed obowiązkową służbą wojskową, a jako, że nie był ani silny, ani zręczny, ani nie potrafił symulować zaburzeń psychicznych jakimś cudem dostał się na polonistykę i uczył w szkole. Wiele to on jednak nauczyć nie potrafił.

facet od polskiego 2: Człowiek – legenda. Uczył mojego brata. Był autentycznym sadystą, który lubił znęcać się nad uczniami. Trafiając na pierwszą klasę ustawiał uczniów w szeregu, wybierał jednego i stwierdzał „Możesz wypisać się z tej szkoły! Nie ma szans, żebyś ją skończył!” po czym jeździł po nim jak po łysej kobyle, znęcając się jak tylko się dało. Pisano na niego skargi do dyrektora, kuratorium szukało na niego haka, kilka razy próbował dobrać się do niego prokurator, odpowiadał za parę nieletnich ciąż (oprócz znęcania się nad uczniami lubił też romansować z uczennicami) jednak był niezatapialny.

facet od niemieckiego: był bardzo utalentowany. Niestety lubił też pić. Często na lekcje przychodził na gazie, wówczas albo obrzucał nas wyzwiskami, albo (jeśli miał lepszy humor) uczył nas kląć po niemiecku. Czasem przychodził niewypity. Wówczas sprawdzał tylko obecność, rzucał „tylko nie donieście na mnie, wy małe skurwysyny” i wychodził. Najczęściej jednak na zajęcia nie przychodził. Jego kariera nauczycielska definitywnie zakończyła się, kiedy byłem w liceum. Obecnie żebrze pod sklepami.

baba od historii: uczyła w liceum. Na jej lekcjach liczyły się dwie rzeczy: podkreślone tematy w zeszycie (sprawdzała zeszyty i szlaczki pod tematami nawet 18 letnim uczniom) oraz stanąć w odpowiednim miejscu podczas odpowiedzi ustnej. Baba była bowiem głucha na jedno ucho, jeśli się stanęło z odpowiedniej strony nie słyszała odpowiedzi i żeby cię nie skrzywdzić z góry zakładała, że należy ci się pięć. Sprawdziany pisemne natomiast oceniała po uważaniu. Raz z koleżanką napisaliśmy odpowiedzi na po dwa pytania z czterech, zamieniliśmy się kartkami i przepisaliśmy resztę. Ja dostałem 5, koleżanka 3, mimo że mieliśmy dokładnie takie same odpowiedzi.

wychowawczyni z podstawówki: bardzo wierzyła w uzdrawiającą moc Boga. Do tego stopnia, że modlitwa była jedynym środkiem pedagogicznym, jaki stosowała. Przykładowo: gdy w siódmej klasie część naszej klasy upiła się na szkolnej dyskotece jedynym, co potrafiła zaproponować była… klasowa wspólna modlitwa o to, by Szatan owych kolesi opuścił. Jak łatwo zgadnąć: nie podziałało.

baba od fizyki: obejmując naszą klasę stwierdziła, że „Jesteśmy w liceum, a w liceum są wymagania. Ona więc nie zamierza nic tłumaczyć, a oczekuje od nas, że będziemy sami się uczyć”. Po czym przeszła do ćwiczenia z nami zadań. Jako, że między liceum, a podstawówką ziała pewna przepaść w wiedzy nieliczni tylko byli w stanie zrozumieć o co w tych zadaniach chodzi, a jako, że program ułożony jest w pewnym ciągu przyczynowo skutkowym, w którym, nie znając materiału z jednej lekcji nie da się zrozumieć tego z następnej: już po kilku zajęciach nikt w klasie za nią nie nadążał. Należy przyznać pani profesor, że oceny wystawiała nam adekwatne do naszej wiedzy. Szkoda tylko, że nawet nie próbowała nam jej przekazywać.

facet od matmy: był w zasadzie klonem baby od fizyki. Z tą jednak różnicą, że momentami naprawdę próbował coś wyjaśnić. Słynne było „Jeśli czegoś nie rozumiecie to powiedzcie! Chętnie wam wytłumaczę!”. Ci, którzy skorzystali z oferty skończyli niewesoło: potłumaczył, potłumaczył, po czym stwierdził „Chłopaki, wy się po prostu nie uczycie” i dał im pały. Pały padały też, jeśli ktoś rozwiązał zadanie w sposób niekonwencjonalny lub sposobem, który gość uważał za niewłaściwy, trudniejszy lub bardziej pracochłonny od jego ulubionego. Nie był to typ, który lubił kreatywność.

facet od wychowania fizycznego: uczył na szczęście w szkole do której osobiście nie uczęszczałem. Był znany z tego, że dyscyplinę na lekcjach utrzymuje za pomocą fizycznego terroru. Mówiąc po ludzku: bił. Któryś uczeń mu się nie spodobał? To prał prawym prostym w mordę, albo chwytał za włosy i uderzał głową delikwenta o ścianę. Jego zajęcia były bardzo wypadkowe. Jeśli zaś chodzi o język, to w słowach też nie przebierał.

baba od angielskiego: nie uczyła mnie, ale była dość charakterystyczną postacią. Brała bowiem udział we wszystkich apelach, podczas których specjalizowała się w długotrwałych pogadankach na temat szkodliwości alkoholu, w trakcie których świeciła przykładem. Pogadanki te były więcej niż karykaturalne, zważywszy na to, że dość często widywano ją w stanie wskazującym na spożycie.

Jestem gotów założyć się, że każdy czytelnik tego tekstu jest w stanie wymienić przynajmniej kilku podobnych nauczycieli. Jaki z tego wniosek? Otóż: autorytetu nie da się wprowadzić ustawowo. Jest to coś, co się samemu wypracowuje. Jeśli się samemu nie świeci przykładem i nie posiada cech, których inni mogliby nam zazdrościć to się go nie ma. Wymienieni pedagodzy nań nie zasługiwali. Co więcej: swoim postępowaniem wystawiali złe świadectwo całej zbiorowości.

Jeśli jednak nauczyciele chcą mieć autorytet muszą przestać tolerować liczne zakały, które pozostały w ich szeregach.

Być może współcześni uczniowie mojego liceum gorsi, niż za moich czasów, ale to Pana wina panie dyrektorze!

Patrząc na proste fakty mogę zgodzić się, że dzisiejsi uczniowie mojego liceum są gorsi od tych z moich czasów. Otóż: za moich czasów nasza szkoła miała osiem oddziałów (klasy od A do H), podobnie miały też pozostałe licea oraz wszystkie technika i zawodówki. Współcześnie wszystkie licea też mają klasy od A do H, pozostałe szkoły jednak tylko po jednym (klasy B należą do wyjątków). Uczniów jest coraz mniej. Wnioski: całą tą słabotę, która kiedyś szła uczyć się na spawaczy i sklepowe zassały „elitarne” licea.

Dlaczego rodzice jeszcze gorsi niż uczniowie?

Odpowiedź jest bardzo prosta: współcześnie 28% populacji posiada wykształcenie wyższe, a w latach 90-tych poziom ten oscylował w okolicach 7%. Ogromna większość kierunków przygotowuje nas do pracy w szkole. W mojej wsi na jedno stanowisko nauczyciela historii jest stu chętnych!

I teraz wyobraźcie sobie co się dzieje kiedy taka mama lub tata przychodzi na wywiadówkę i słyszy, że jego dziecko nie uczy się Prawdy O Wielbłądzie. Co odpowie? No ja bym odpowiedział „A po diabła pani tego uczysz! Przecież tego nie ma w podstawie programowej! Skoncentruj się na przygotowaniu do matury ty stara wiedźmo, zamiast moje dziecko gnębić!”

Dlaczego Stara Szkoła nie czyniła nas osobami wszechstronnie wykształconymi?

Kolejna opinia, z jaką się nie zgadzam brzmi „stara szkoła czyniła z nas osoby wszechstronnie wykształconymi”. Dzięki niej stawaliśmy się eksperami w każdej dziedzinie. Pozwolę sobie z tą opinią się nie zgodzić. Stara szkoła wypracowała tak naprawdę cztery modele pracy. Żaden z nich nie czynił nas jednak osobami wszechstronnie wykształconymi. Modele te to:

elitarne liceum: w moim mieście działały podówczas cztery licea, z których każde miało swoją specyfikę. Pierwsze liceum miało nieco schizofreniczną opinię: zdaniem jednym było miejscem elitarnym. Zdaniem innych: siedzibą hołoty, która tylko piła i narkotyzowała się. Do liceum tego uczęszczał mój brat, a prawda leżała jak zwykle gdzieś pośrodku. Otóż: placówka ta specjalizowała się w hodowli olimpijczyków. Oznaczało to, że skupiano się na odłowieniu ewentualnych talentów, które grupowano w dwóch klasach (A: matematycy i przyrodnicy, B: humaniści i uzdolnieni językowo), a następnie pozwalano im się skupić na ich ulubionych przedmiotach. Jeśli ktoś był dobry w jednym przedmiocie, to nauczyciele pozostałych starali mu się nie przeszkadzać. Jeśli ktoś nie był dobry w żadnym przedmiocie: to nauczyciele ogólnie rzecz biorąc starali się doprowadzić do sytuacji, w której nie był w stanie przeszkadzać im w pracy nad prawdziwymi talentami.

porządne liceum: chodziłem do niego ja. Miało opinię szkoły ostrej i wymagającej. Ku frustracji swojej kadry pedagogicznej jednak zajmowało we wszystkich rankingach wyników edukacyjnych miejsce raczej przeciętne (w odróżnieniu od poprzedniego, które należało do najlepiej ocenianych szkół w Polsce), co wynikało to w dużej mierze z faktu, że jego pracownicy postanowili uczynić z nas ludzi wszechstronnie wykształconych. Każdy cisnął tak jak mógł w nadziei, że pod tym ciśnieniem węgiel zmieni się w diament. Oceny stawiano niskie, wymagania były duże, a taryfy ulgowej nie było. Efekt był taki, że więcej czasu spędzaliśmy na nauce przedmiotów, które nas nieinteresowały i takich, do których nie mieliśmy talentów, niż takich co do których mieliśmy szansę osiągnąć dobre wyniki, a nasze średnie oscylowały w granicach 3,0. Szkoła ta bardziej tłumiła, niż pobudzała zainteresowania. Jej filozofię najlepiej oddała baba od chemii, która przeglądając dziennik stwierdziła kiedyś ze zdziwieniem „Masz szóstkę z historii? Chemii byś się lepiej uczył…”

Efekty były takie, że o ile przez cztery lata tęgo ryłem rzeczy, do których nie miałem żadnego talentu, tak przez cały ten okres nie wziąłem do rąk podręcznika z historii oraz przeczytałem bardzo niewiele lektur z polskiego (zwyczajnie: nie miałem na to czasu). Na studia poszedłem z dużymi zaległościami, które musiałem nadrobić we własnym zakresie.

Nawiasem mówiąc cały czas czekam na moment w moim życiu, w którym przyda mi się znajomość funkcji trygonometrycznej.

liceum numer trzy: działało zaledwie od kilku lat. Jego filozofię kilka lat później jego dyrektor podsumował słowami „No wie pan… Do nas nie trafia utalentowana młodzież…”. W związku z tym nauczyciele się w nim – delikatnie mówiąc – nie przepracowywali, uczniowie zresztą też. Wyników edukacyjnych nie miało ono w ogóle. Podobnie sytuacja wyglądała też w szkołach technicznych i zawodowych.

prywatne liceum: miało opinię szkoły, w której za oceny się płaci. Jako, że rodzice płacili, to wymagali. Mimo więc, że szkołę nazywano potocznie „Pacanówką” jej wychowankowie zwykle pysznili się średnią typu 5,0. Co ciekawe rzadko dostawali się na studia wyższe. Podobny model reprezentowały też liczne szkoły wiejskie, w których wszystkie dzieciaki „były takie mądre, takie kochane” i takie z sąsiedztwa, że nauczyciele nie byli psychicznie zdolni postawić im oceny gorszej niż pięć z minusem.

Z perspektywy czasu najlepiej oceniam liceum numer jeden. O ile dwie ostatnie szkoły zwyczajnie niczego nie uczyły, a zatrudniona w nich kadra olewała pracę, tak „porządne liceum” zwyczajnie marnowało czas swoich uczniów. Zabrakło w niej specjalizacji, w efekcie zamiast rozwijać zdolności zajmowało się próbami ich zaszczepienia tam, gdzie ich nie było.

Jego absolwentom poszczęściło się w życiu dużo lepiej niż uczniom mojej klasy. Ci z nas, którzy po podstawówce poszli do pierwszego są obecnie najczęściej programistami lub farmaceutami. Ci, którzy chodzili do drugiego: listonoszami, kasjerami i przewodnikami turystycznymi.

Jakie to nowe podręczniki złe:

Jeden z moich rozmówców wysunął tezę, jakoby współczesne podręczniki do liceów są złe, w porównaniu do tych, które myśmy mieli. Pochwalił się też tym, że pracuje cały czas na starych, pamiętających jeszcze Gierka. Prawdę mówiąc nie dziwi mnie to. Za moich czasów też na nich wykładał.

Powiem szczerze: nie mam pojęcia czy nowe podręczniki są lepsze czy gorsze od starych. Po pierwsze: nie widziałem ich na oczy. Po drugie: nie mam bazy porównawczej, gdyż niestety nigdy starych też na oczy nie oglądałem. Zwyczajnie dość szybko (w okolicach 6 klasy podstawówki) zorientowałem się, że większość nauczycieli nie uczy z podręcznika (a przynajmniej nie z tego, który kazali nam kupić), tylko z jakichś starych wydawnictw, pożółkłych notatek, dziwnych wydruków etc. W efekcie książki mówiły swoje, program swoje, a oni swoje. Nie opłacało się więc ich kupować.

Nie sądzę też, żeby w tym temacie coś się zmieniło. W końcu ktoś, kto dwadzieścia lat pracował na swoim ulubionym podręczniku z czasów Gierka olewając przy tym rzeczywistość nie wywali go tylko dlatego, że zmieniła się podstawa programowa. Lepiej też wmawiać kolejnym pokoleniom uczniów i rodziców, że z roku na rok książki robią się głupsze, niż tłumaczyć, że jest się leniem, któremu nie chce się zapoznać z nowymi wymaganiami.

Mit polskiego geniusza

Kolejnym mitem przytaczanym w rozmowie, która mnie wkurzyła był Mit Polskiego Geniusza. Opowiada on o polskim uczniu, który pojechał zagranicę i o ile w Polsce miał oceny raczej słabe, to tam nagle skoczyły na szóstki. Dowodzi to niezbicie, że zagraniczne szkoły uczą bardzo słabo, a polscy nauczyciele bardzo dobrze.

Przypadek taki jest mi rzeczywiście znany osobiście, bowiem uczeń taki chodził do mojej szkoły. W prawdzie nie uczęszczał do naszej klasy, ale należał do tego samego rocznika. Miałem z nim okazję rozmawiać jakiś czas temu, bowiem internet jak wiadomo czyni cuda. I jak się okazuje: historia ta mniej więcej się zgadza, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.

Otóż: kolega faktycznie pojechał zagranicę. Faktycznie miał słabe wyniki w nauce. Faktycznie tam wzrosły. Wzrosły dlatego, gdyż system edukacyjny kraju do jakiego trafił nie premiował wiedzy, ale postępy w jej uzyskiwaniu. Nauczyciele w nowej szkole stwierdzili u gościa poważne zaległości, skierowali go na jakieś kursy mające je podciągnąć i ogólnie przysiedli z nim do pracy, w efekcie po jakimś czasie zaległości nadrobił. Jako, że program szkolny tworzony jest z myślą o uczniu przeciętnie zdolnym to dalej już problemów nie miał.

Innymi słowy: polska szkoła w tym wypadku nie okazała się wcale taka dobra, że jej słaby uczeń mógł brylować zagranicą. Przeciwnie: to zagraniczna szkoła okazała się tą dobrą, zdolną wydobyć talenty z ucznia, którego u nas przekreślono.

Jak kolega zdawał maturę (i dlaczego udawało się to każdemu):

Współcześnie zdawalność matury jest znacząco niższa niż za moich czasów. Mam wrażenie, że wynika to z dwóch faktów. Po pierwsze: dziś matura jest praktycznie obowiązkowa, kiedyś taka nie była. Więc jak ktoś nie czół się na siłach to nie podchodził. Po drugie: kiedyś matura była śmiesznym rytuałem wewnątrzszkolnym bez praktycznego znaczenia i obie strony ją odbębniały udając, że coś robią. Kończyło się to tak, jak w wypadku jednego z moich kolegów. Otóż wdał się w następujący dialog:

Kolega: Ja nic nie wiem i dostanę pałę.

Egzaminator: Ale chociaż posłuchaj pytań!

Kolega: Po co? I tak nic nie wiem i nie odpowiem!

Egzaminator: Ehhhh… To jak się nazywasz?

Kolega: Taki i Śmaki.

Egzaminator: A widzisz? Coś jednak wiesz! Dopuszczający!

Jaka naprawdę jest współczesna szkoła:

Nie mam pojęcia. Ale zważywszy na to, że uczą w niej w większości ci sami nauczyciele co za moich czasów wnioskuję, że pewnie do tyłka. Sorki, cudów nie ma, jak ktoś nie nadawał się do pracy z młodzieżą (ani bardzo często żadnej innej) to nagle się nie poprawi tylko dlatego, że nagle mu się przepisy zmieniły. Szkoła pewnie więc nadal uczy głównie radzenia sobie z samą sobą i surviwalu w systemie edukacyjnym. Zresztą nie ma co się dziwić: z pustego w próżne w końcu nie nalejesz.

A te wszystkie reformy i cała reszta?

Jak to mówią: zamienił stryjek siekierkę na kijek.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wredni ludzie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Szkoła: kiedyś, teraz i na wieki

  1. Piotr Król pisze:

    Przedwczoraj siedziałem na chemii u mojego nauczyciela (gość da ci możliwość nauki, ale musisz z niej skorzystać, inaczej przepuści cię, ale nie oczekuj od siebie z chemii niewiadomo czego) i pokazał mi nowe pody do klasy I liceum. Jak przeczytałem go na szybko, zapytał się mnie co o nim (podzie) sądzę. Powiedziałem, że boje się o przyszłych chemików i zainteresowanie tym przedmiotem – książka właściwie tylko wspomina o chemii, a znalazłem tam takie perełki jak cały rozdział o elektrowaniach wiatrowych czy zdrowym jedzeniu. Te drugi miał przynajmniej dużo wzorów chemicznych, nazw, itp. Ale bez zdefiniowania co to jest, o co z tym chodzi i po co nam ta wiedza…

    Więc nowe pody to jakaś kpina.

  2. Piotr "Zegarmistrz" Muszyński pisze:

    Należy zauważyć jedną rzecz: podręczniki pisane są też przez nauczycieli i akceptowane przez innych. Jeszcze inni nauczyciele wybierają też to, na czym będą uczyć. A nie narzucane z góry.

    Po drugie: obecnie faktyczna nauka chemii, mająca przygotować do studiowania chemii odbywa się na zajęciach z chemii rozszerzonej. Miałem do czynienia z podręcznikami wyłącznie historycznymi. I o ile faktycznie ten podstawowy to był komiks, tak w tym rozszerzonym pojawiały się zadania, które myśmy brali dopiero na studiach. Ja rozumiem, że nauczycieli starej daty, dla których liceum było szkołą, po której ukończeniu zasadniczo posiadałeś wiedzę ogólną o wszystkim (a celem zdania na studia i tak musiałeś korzystać z korepetytora, bo szczegółowa leżała), ale nie sądzę, by był sens uczyć historyka nitrowania gliceryny lub chemika o kulturze pucharów lejkowych.

    Powiem szczerze: obecnie leży u mnie nowy podręcznik akademicki napisany przez panią profesor z bardzo prestiżowego uniwersytetu (im. Karola Wyszyńskiego w Warszawie), w którym masz linki do Wikipedii i Portalu Wiedzy Onetu, masę obrazków i potworne błędy merytoryczne. Co z tego, jeśli nikt na tym nie uczy?

    • Erill pisze:

      „podręczniki pisane są też przez nauczycieli i akceptowane przez innych. Jeszcze inni nauczyciele wybierają też to, na czym będą uczyć. A nie narzucane z góry.”

      Wybacz że się tak bezczelnie dokleję do tej częsci wypowiedzi.
      Ale tak jest w utopijnym marzeniu jak piszesz. W dzisiejszych czasach wygląda to tak, że podręczniki piszą ludzie, których zatrudniają znajomi, którzy to startują w przetargu na podręczniki i mają ustawione że je wygrają. To co jest w tych podręcznikach nie ma żadnego znaczenia dopóki do budżetu oraz kieszeni wydawnictwa wpada odpowiednia ilość królów polskich za to, że są na szkolnych lawach i w uczniowskich tornistrach.
      I owszem, są narzucone z góry.

  3. Gisia pisze:

    W tym roku gimnazjum i uważam, że nasze obecne podręczniki są (w jakiejś części) naprawdę dobre. Mam tutaj porównanie z książkami od przyrody w podstawówce, które były drukowane na kiepskim papierze i ogólnie strona wyglądała tak: tekst od marginesu do marginesu, w obrębie jednej lekcji kompletnie niepodzielone na żadne podtematy, bez żadnych ramek, podsumowań etc., czasem po bokach pojawiały się jakieś drobne „obrazki” (wyglądające jak pokolorowane szkice).

    jeśli zestawić to z naszym podręcznikiem do biologii, wychodzi, że jest on zajebisty. Na kredowanym papierze, kolorowy, masa fajnych zdjęć, różne infografiki, najważniejsze infrmacje podkreślone, w praktycznie każdej lekcji pojawiają się dwie strony, gdzie tłem jest jakieś zdjęcie. Materiał jest podzielony na kawałki i pozbierany w kolumny (coś takiego jak teksty w gazecie, które nie są pisane ciągłą linią, ale poustawiane w dwie kolumny, łatwiej się to czyta), jest dużo tabelek i ramek z jakimiś infomracjami, na koniec każdego rozdziału jest w miarę przejrzyste powtórzenie informacji.

    Naprawdę widać wielką różnicę w uczeniu się z takich podręczników. Oczywiście, jeśli ktoś pierdoli szkołę, to to go nie przekona do nauki, ale mi robi dużą różnicę. Mogłabym wymienić tutaj dobrze zrobione podręczniki do kilku innych przedmiotów. Niestety, np z fizyki wciąż podręcznik jest bardzo dziadowy, ciężko się go czyta, podawane jest mnóstwo niezrozumiałych przykładów, dominują ściany tekstu, ogólnie zdecydowanie łatwiej jest mi prosić kogoś o pomoc w zrozumieniu tematu, niż się przez to przedzierać :/ . Szczytem debilizmu jest podręcznik z plastyki, zrobiony tak, że czytając temat, nie rozumiem o co w nim chodzi (jeśli ktoś chce mi wmówić, że jestem pokoleniem obrazków i umiem czytać dłuższych tekstów, to mogę mu odpowiedzieć, że podręcznik powinien być zrobiony dla takieg opokolenia obrazków i da się, jak np wyżej biologia.), jest pełno dygresji, w powtórzeniach pojawiają się długaśne opisy i ogólnie zjebana robota. Podobnie chemia, też bardzo nieogarnięty podręcznik i ciężko go zrozumieć. Słaby jest też niemiecki.

    Ale reszta- hist, biol,mat,geo,ang (w tym roku mamy elektroniczne ćwiczenia nawet ;p), edb, wos itd. są naprawdę dobre. Nie chciałabym się uczyć ze starszych (btw, chyba wszystkie podręczniki mają płyty i dużo elektroniczne wersje, ale cóż, nikt z tego nie korzysta raczej). Nie rozumiem jak można przedkładać takie beznadziejne starsze książki nad nowe, które są kolorowe i przejrzyste. Przecież na to przyjemniej spojrzeć nawet 🙂

  4. Bardzo narzekasz na nauczycieli. Być może po prostu miałeś pecha. Bo ja nie mogę powiedzieć, żeby mnie uczyło aż tylu idiotów. Choć paru by się znalazło.

    Nauczycielka biologii w liceum na ten przykład nie powiem, znała się na tym czego uczyła. Problem w tym, że połowa lekcji to były u niej dygresje, a na drugą połowę „klapka jej się przymknęła”. W efekcie dość marna część lekcji była poświęcona przerabianiu materiału.

    Facet prowadzący ćwiczenia z programowania na studiach z kolei był bardzo surowy i wywyższał się niemiłosiernie. Gość prowadzący wykład był równym facetem więc pewnego pięknego razu ktoś się na faceta od ćwiczeń poskarżył. Facet od wykładów wezwał delikwenta do siebie, zadał mu jedno pytanie i skonstatował: „czego pan, panie magistrze, chce tych studentów uczyć jak sam pan nic nie umie”. To definitywnie rozwiązało nasz problem.

    Ale i wśród wykładowców znajdowały się kwiatki. Facet od automatyki dla przykładu lał na nas gęstym moczem i to było widać. Nawet nie wysilał się by omówić temat. Jego wykłady polegały na wyświetlaniu zeskanowanych stron książek. A na sesje miał prosty patent – zwyczajnie sobie wychodził z sali pozwalając nam zżynać ile wlezie. I choć dało się automatykę jako tako przeżyć dzięki temu, panowało na gościa powszechne wkurwienie, że ma głęboko w dupie swoje obowiązki jako nauczyciela i wykładowcy.

    Pamiętam jednak też i pozytywne przykłady.

    Nasza wychowawczyni pod koniec szkoły podstawowej to była naprawdę i szczerze bardzo sympatyczna kobieta. Byliśmy bandą łobuzów i niejeden raz doprowadzaliśmy ją do łez. Było mi jej szczerze żal i zwyczajnie ją lubiłem. Przejmowała się nami i widać było, że się stara. Nawet wtedy, w szkole, byłem zdania, że ona zasługuje na lepszych uczniów niż my.

    Wychowawca naszej klasy w liceum też był spoko gościem. Umiał przemówić nam do rozumu. Przyjemnie się go słuchało. Nie zanudzał nas długimi wykładami. Mówił tak, że ciekawie się tego słuchało. Widać było, że ma coś konkretnego do powiedzenia.

    Facet od ćwiczeń z fizyki na studiach z kolei był bardzo zabawnym gościem i na każdą okazję miał jakiś dowcip. Czasami się odnosiło wrażenie, że specjalnie te dowcipy wymyśla – ale to nie było zbyt ważne. Najlepiej pamiętam jak jedna ze studentek wywołana do odpowiedzi powiedziała, że nie ma ochoty, na co facet odparł: „Pani wie dlaczego dinozaury wyginęły? Nie miały ochoty…”

    Wspomniany już wykładowca z programowania był sympatycznym facetem. Nie narzucał się ze swoimi wykładami. Był zdania, że kto chce się uczyć programowania, ten się nauczy – a kto nie chce, tego żadna siła nie zmusi więc wystarczy, że załapie absolutne podstawy. Naprawdę uwielbiał programowanie i to było wyraźnie widać. Nota bene ja byłem jednym z jego ulubionych uczniów. Wiele się po mnie spodziewał i do dziś mi wstyd, że okoliczności nie pozwoliły mi sprostać jego oczekiwaniom.

    Wykładowca matematyki z kolei był klasą sam dla siebie. Naprawdę kochał swój przedmiot i potrafił tym zarażać innych. Matematyka zwykle jest nudna, on jednak potrafił ciekawie o niej opowiadać. I chyba tylko dlatego udało mi się jakoś tą matematykę na studiach przetrwać.

    Zresztą o sytuacji w szkolnictwie trochę wiem ze relacji znajomej młodej nauczycielki którą kiedyś znałem. Polskie szkolnictwo jest skostniałe. Takie rzeczy jak mobbing są realnie na porządku dziennym. Gdy nawet znajdzie się nowa nauczycielka z zapałem chcący coś zmienić – natychmiast staje się przedmiotem powszechnych szykan. Bo w szkołach panuje zazwyczaj określona hierarchia i koleżanki są przekonane, że to lizuska która chce je wygryźć i wkraść się w łaski dyrektorki. A dyrektorka z kolei – że ta nauczycielka chce ją zastąpić na stanowisku. W efekcie całe szkolnictwo tkwi w marazmie i na zmiany nie ma najmniejszych szans. A uczniowie to po prostu widzą.

    Sytuację pogarsza jeszcze fakt, że nauczyciele po prosty gówno całe zarabiają – a materiału do nadrobienia zwykle mają całkiem sporo, bo muszą być na bieżąco. Już chyba kasjerem w supermarkecie albo kierowcą autobusu bardziej się opłaca być niż nauczycielem. Pomijam wykładowców na studiach bo szkolnictwo wyższe to zupełnie osobny temat.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s