W obronie Young Adult

– Zgroza! Dorośli czytają powieści Young Adult! – alarmował końcem czerwca serwis Lubimy Czytać powołując się na dziennikarkę magazynu Slate! imieniem Ruth Graham. – Oto najnowsze zagrożenie dla kultury, cywilizacji białego człowieka i całej ludzkości w ogóle.

Powód dla którego świat miałby się zawalić jest taki sam, jak zawsze: otóż ludzie, zamiast czytać poważne książki, a w szczególności Klasykę przez duże K czytają książki niepoważne, przeznaczone dla młodzieży. Nową jakością jest fakt, że Diabeł tym razem nie zagląda do kołysek i nie mąci w głowach dzieci czy nawet młodzieży, ale zabrał się za osoby pełnoletnie. Co wyrośnie z takich dorosłych? I jakimi ludźmi będą, kiedy przejdą na emeryturę?

Dlaczego przedstawiciel „pokolenia Top Secretubroni fanekZmierzchu?

Jestem świadom, że się narażam.

Zresztą: powiedzmy sobie szczerze: proza Young Adult nie jest (dyplomatycznie mówiąc) moją ulubioną i (znowu dyplomatycznie stawiając sprawę) nie uważam ją za szczytową formę literatury. Jeszcze bardziej jednak nie lubię patrzyć, gdy ktoś zakazuje komuś coś czytać, albo stara się narzucać komuś sposób spędzania wolnego czasu. Świadom jestem bowiem faktu, że osoby takie rzadko kiedy poprzestaną na krytykowaniu czegoś, czego nie lubię, albo czegoś, co mam gdzieś i gdy tylko skończą z poletkiem mojego sąsiada przyjdą do mnie. Wówczas okaże się, że światowym problemem jest fakt, że czytam „Władcę Pierścieni” naprzemiennie z „Achtung! Panzer!”, oglądam „Breaking Bad” lub gram w „Mortal Kombat”, zamiast robić coś, co ktoś chciałyby, żebym robił.

Po drugie: jest to kolejna odsłona starej wojny pod tytułem Fani X kontra Fani Y. Wojenek takich było już wiele: fani Science Fiction wielokrotnie najeżdżali miłośników Fantasy. W tym samym czasie Mainstream atakował miłośników Fantastyki, niezależnie od jej szufladki, a w samym Mainstreamie toczyła się wojna między zwolennikami „kultury wysokiej” i „kultury niskiej”. Wojna ta jest starożytna, w XIX wieku toczyła się na zasadzie Literatura Piękna vs. Literatura Pożyteczna, atakowano samo powieściopisarstwo, a pod niebiosa słano skargi, że dorośli czytają powieści zamiast rozpraw naukowych i filozoficznych.

Pora więc odbić piłeczkę w drugą stronę. Zacznijmy od ustalenia jednego:

Co to znaczy Młody Dorosły?

Pierwszy błąd, który popełniono w tekście jest klasycznym błędem przeniesienia kategorialnego połączonym z błędem merytorycznym. Styl nie jest obcy chyba nikomu, kto pamięta nagonki na gry komputerowe. Różnica polega na tym że tym razem zamiast „Brutalne gry komputerowe sprzedawane dzieciommamy „Zdziecinniałe książki sprzedawane dorosłym. Tak samo jak kiedyś nikt nie zadawał pytania „Dla jakiej grupy wiekowej przeznaczony jest Carmageddon? tak samo dziś nikt się nie pyta „Dla jakiej grupy wiekowej przeznaczone jest50 Twarzy Greya?

Bo przecież nie dla dzieci, ani nawet nie dla młodzieży. Tylko właśnie dla Young Adult właśnie.

Termin „Młody Dorosły” (ang. Young Adult) wprowadzony został do współczesnych nauk społecznych przez psychologa rozwoju Stevena Ericksona. Oznacza on osoby emocjonalnie dojrzałe i w pełni ukształtowane pozostające wciąż w pełni zdrowia i odnosi się do grupy wiekowej między 18 a 45 rokiem życia, w odróżnieniu od Dojrzałych Dorosłych czyli osób do 60 roku życia i osób starych, czyli tych, które 60 rok życia przekroczyły.

Innymi słowy książki dla grupy Young Adult, przynajmniej w teorii adresowane powinny być właśnie do osób między 18 a 45 rokiem życia. Faktycznie styl pisania: wykorzystanie utartych archetypów i schematów fabularnych, uproszczonego słownictwa, prostego, nieskomplikowanego języka i tematyki młodzieżowej sprawia raczej, że grupę docelową należałoby wyznaczyć na 14-21 lub może 14-24.

Zaryzykowałbym więc opinię, że wskazanie „młodych dorosłych” jako głównych adresatów tej literatury ma raczej na celu uniknięcie problemów z treścią tych książek, nierzadko obfitujących w sceny przemocy, śmierci, tortur, seksu, lżejszej lub cięższej erotyki etc. Nie zmienia to faktu, że fabuła jest na tyle uniwersalna i ociera się o takie tematy, że może być atrakcyjna także dla osób dużo starszych.

Dorosłynie oznaczaWykształcony” a tym bardziej „Humanista

Żyjemy w czasach coraz większej specjalizacji, tak więc nie można już dziś oczekiwać, że osoba, która zdobyła wyższe wykształcenie i czynna zawodowo będzie rozumieć nawet nauki pokrewne, a co dopiero będzie równie wszechstronnie wykształcony. Czasy, w których żyjemy nie są już epoką renesansowych geniuszy. Zresztą, nawet gdyby były, to edukowanie takich byłoby nieracjonalne: taniej i korzystniej zawsze będzie wyszkolić specjalistę i od razu posłać go do pracy.

Tak więc błędem jest zakładać, że ktoś, kto ukończył Budownictwo Dróg i Mostów na politechnicę, akademię rolniczą albo medyszną, ASP, AWF lub seminarium duchowe będzie równie otrzaskany z literaturą jak humanista. Ba! Błędem będzie zakładać, że archeolog, historyk lub ekonomista (czyli przedstawiciele kierunków bez wątpienia humanistycznych) będzie równie otrzaskany z literaturą jak ktoś, kto kończył filologię języka polskiego czy historię sztuki?

Tak naprawdę błędem jest założenie, że osoba dorosła musi legitymować się wyższym wykształceniem. Nawet w najbardziej wykształconym kraju świata: w Kanadzie zaledwie 51 procent populacji posiada dyplom uniwersytecki. Oznacza to, że reszta populacji posiada ekwiwalent naszego wykształcenia średniego, technicznego, zawodowego lub specjalnego.

Czy literatura YA czegoś nas uczy?

Jestem w stanie zgodzić się, że YA nie jest najbardziej rozwijającą lekturą (podobnie jak mogę zgodzić się, że np. Fantastyka też nie należy do tej kategorii). Nie zgodzę się natomiast, że tego rodzaju lektura nie rozwija w ogóle. Tak więc lektura YA uczy tego samego, co lektura dowolnych, innych książek. Tak więc:

– Pomaga nam rozwijać język oraz uczą wyrażać myśli i rozumieć innych

– Rozwija myślenie i dostarcza nowych pojęć myślowych

– Rozwija fantazję i uczy budować obrazy w wyobraźni

– Rozwija nasze uczucia i zdolność do empatii poprzez budowanie umiejętności wczucia się w sytuację innych

– Stawia pytania, które angażują i pobudzają do dalszych przemyśleń (w wypadku YA szału nie ma, ale…)

– Uczy nas etyki, skłaniając do namysłu nad tym, co jest słuszne, a co niesłuszne

– Może wytłumaczyć rzeczywistość i pomóc nam ją rozumieć (choć ponownie bez szału).

– Pokazuje, że na pytania jest więcej, niż jedna odpowiedź, a na problemy można spojrzeć na różne sposoby

– Pozwala nam zrozumieć siebie, odkryć źródła naszych emocji i umocnić własny system wartości

– Pozwala nam zrozumieć innych

– Dodaje sił i zapału do działania, dostarczając rozrywki i emocji oraz umożliwiając regenerację sił mentalnych.

Ludzie mają różne potrzeby edukacyjne:

Oczywiście są to umiejętności, które powinniśmy posiadać na wysokim poziomie już w momencie przystąpienia do egzaminów wstępnych na studia humanistyczne. Niemniej jednak jak już zauważyłem wielu z nas nie jest humanistami. Co więcej: wielu czytelników YA w ogóle nie ma wykształcenia wyższego.

Czy więc drwale, rolnicy, sklepowe, kierowcy ciężarówek, absolwenci teologii, ASP i AWF muszą rezygnować z dobrodziejstw dawanych przez czytanie książek? Tym bardziej, że zgodnie z teorią inteligencji wielorakiej wcale nie jest powiedziane, że człowiek, który jest świetnym matematykiem, przez co dobrze radzi sobie z wyliczeniami i projektuje świetne drogi i mosty, albo taki, który ma wysoką inteligencję ruchową i dzięki temu dobrze owe drogi i mosty buduje musi mieć równie wysoką inteligencję językową. Owo upośledzenie może sprawiać, że nie będzie on w stanie poradzić sobie z ciężką i skomplikowaną książką przynależną do literatury wysokiej. Literatura niska, czyli między innymi YA może natomiast być bardziej dostosowana do jego kompetencji.

Klasycznymkontrargumentemjakipojawiasięwtymmomencie „skoronaczymśmożnazyskaćwięcej,tologicznejest,żenależywybraćto,anieprzynoszącymniejszekorzyścisubstytut”.

Zasada stopniowania wyzwań edukacyjnych:

Niestety ów „klasyczny argument” jest inwalidą. Jedną z podstawowych zasad dydaktyki jest bowiem Zasada stopniowania wyzwań edukacyjnych. Polega ona na tym, że uczniowi, zamiast rzucać go na głęboką wodę najpierw daje się zadania proste i dopiero, gdy sobie z nimi poradzi daje się nieco trudniejsze. Oczywiście mogłoby się wydawać, że uczenie kogoś czytać na Ala Ma Kota zamiast „Braciach Karamazow” jest stratą czasu. Niemniej jednak lepiej jest zacząć od zadania bardzo prostego, nawet przy ryzyku, że „Braci Karamazow” pacjent nigdy nie przeczyta.

Wynika to z faktu, że niepowiedzenie bardzo szybko budzi frustrację. Jeśli ktoś weźmie książkę, która okaże się dla niego zbyt trudna, to najczęściej skończy przygodę z nią już po kilku stronach. Czytając książkę łatwą owej frustracji nie przeżywa.

I bynajmniej nie przesadzam. Kiedyś znajomy inżynier-informatyk pożyczył odemnie „Wyprawy Wikingów” Movata, książkę dla mnie napisaną językiem łatwym i przystępnym (przy czym moją główną kompetencją zawodową jest fakt, że przeczytałem dużo trudnych książek, a jego: że potrafi programować sztuczne inteligencje). I nie przebrnął przez nią, bo uznał, że jednak język jest zbyt specjalistyczny i trudny.

Czy na pewno czytamy książki po to, żeby się czegoś nauczyć?

Tak w zasadzie to dlaczego zakładamy, że książki czytamy po to, żeby czegoś się nauczyć? Na przykład ogromna ilość lektur, które ja czytałem wybrana została z zupełnie innego powodu: dla interesującej fabuły. Przeczytałem je natomiast, żeby zdystansować się od otoczenia. Pozwalały mi one zregenerować siły mentalne i fizyczne przed kolejnym dniem stresu i pracy.

Jestempewien,żemiłośnicyYAteżzeswojejlekturyczerpiąsiły(araczej:regenerująprzyniejsiły),dziękiczemuponowniestająsięzdolnidoświadczeniaspołeczniepożytecznejusługipracy.

A jeśli nawet, to dlaczego literaturę piękną?

Zarzut o niewielkiej wartości edukacyjnej którejkolwiek szufladki literatury pięknej jest zarzutem bardzo obosiecznym, który łatwo kontrować. Przykładowo ja byłbym w stanie się kłócić, czy lektura jakiejkolwiek powieści może być równie edukacyjna jak np. lektura „O Wojnie” Carla von Clausewitza, „Dwa traktaty o rządzie” Locke’a, „O demokracji w Ameryce” lub „Stary ustrój i rewolucje” de Tocqueville, „Samolubny Gen” czy „Bóg urojony” Dawkinsa, „Zderzenie cywilizacji” Huntingtona, „Polityka między narodami: walka o potęgę i pokój” Hansa Morgenthau? Czemu nie „Biblia”, nie „Państwo” Platona lub nie „Polityk” Arystotelesa, jeśli już chcemy być ambitni? Ba! Uważam, że połowa książek popularnonaukowych jest bardziej rozwijająca i poszerza bardziej horyzonty, niż spora część wysokiej literatury klasycznej.

Mimo to uważam, że po prostu warto czytać książki. Nawet te słabe.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki, Wredni ludzie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „W obronie Young Adult

  1. Ja to generalnie się z tekstem zgadzam, aż do fragmentu o tym, że warto czytać nawet słabe książki. Bo tych wszystkich rzeczy wymienionych w akapicie „czego nas uczy” może też dokonać gra komputerowa (w nowszych szczególnie decyzje mają znaczenie, bo bardzo modyfikuje się rozgrywka w zależności od wyborów moralnych) albo rozrywkowy serial telewizyjne 🙂

  2. PanKracy pisze:

    Po prostu, warto czytać. Celny wniosek. W końcu, nawet przypadkiem, chwyci się za coś wartościowego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s