Wojny fantastycznych światów II: Sztuka wojny

1360235944893 Zanim zajmiemy się mięskiem zastanówmy się przez chwilę, co może nas spotkać w trakcie naszej fantastycznej wojny. Tak więc, jeśli zgromadzimy armię orków i trolli, a następnie ruszymy na podbój krajów elfów i krasnoludów (z jakichś wolę walczyć po stronie mroku…) możemy oczekiwać, że czekają nas:
Zaplanowanie przeprowadzenia działań:

Generalnie skalę planowania i prowadzenia wojny, tak w przeszłości jak i obecnie podzielić można na trzy stopnie. Są to, zaczynając od najwyższego, a kończąc na najniższym:

– Strategia: jest to sztuka wyznaczania celów, których realizacja może odwlec się w czasie. Cele strategiczne są zadaniami, których realizacja doprowadza do poprawy sytuacji (lub przynajmniej powoduje, że sytuacja nie ulega pogorszeniu) strony wojującej. Przykładowym celem wytyczenia celu strategicznego jest powiedzenie „Kartagina musi zostać zniszczona!” Widzimy więc, że celem naszych działań będzie doprowadzić do upadku miasta-państwa, by już nigdy nam nie zagroziło.

– Operacja: to wszelkie kroki podejmowane do osiągnięcia celu wyznaczonego przez strategie. Tak więc jeśli zakładamy, że jesteśmy Rzymianami, a naszym celem jest zniszczenie Kartaginy będziemy musieli przepłynąć Morze Śródziemne, wysadzić desant w Afryce Północnej, pokonać wojska Kartaginy w szeregu bitew, oblec miasto, a po jego zdobyciu zaplanować i przeprowadzić akcję rozbiórkową. Zgromadzenie zasobów (np. zorganizowanie armii i floty w tym celu) jest już kwestią strategii.

Działania operacyjne (w odróżnieniu od strategicznych i taktycznych) we wszelkiego typu grach najczęściej są pomijane.

– Taktyka: jest natomiast sztuką dowodzenia podległymi oddziałami (lub pojedynczymi ludźmi) „tu i teraz”. Najczęściej definiuje się jako taktykę wszelkie działania zamykające się w okresie 1 dnia i w obszarze dającym objąć się wzrokiem (lub środkami rozpoznania). Taktyką jest więc uszykowanie oddziałów do bitwy lub przemarszu albo sposób rozbicia obozowiska.

Trudy wojny:

– marsz: głównym elementem wojny, aż do XIX wieku, kiedy powstał transport kolejowy najbardziej czasochłonnym było niestety maszerowanie. Dość nudne zresztą. Dystanse jakie pokonywały dawne wojska nie były szczególnie imponujące. Rzymskie legiony potrafiły dziennie przebywać dystans do 50 kilometrów dziennie, co niestety należy uznać za wartość rekordową. Oznacza to, że na dotarcie z Warszawy do Krakowa należałoby poświęcić około tygodnia. Większa część wojny spędzona będzie więc w szyku marszowym i polegać będzie na przemieszczaniu się z miejsca na miejsce.

Marsz wbrew pozorom jest zajęciem niebezpiecznym, w jego trakcie armia jest bowiem bardzo rozciągnięta i często narażona na ataki. Zakładając, że pojedynczy żołnierz potrzebuje jednego metra przestrzeni do swobodnego ruchu oddział złożony z tysiąca ludzi ustawiony gęsiego będzie ciągnął się przez kilometr. Liczniejsza armia, ustawiona nawet czwórkami, dziesiątkami czy dwudziestkami może osiągnąć jeszcze większą długość. Jeśli więc czoło napotka jakieś problemy, to tyły mogą być bardzo długo nieświadome tego, co się dzieje. Jeśli natomiast centrum zostanie zaatakowane przez zdeterminowane i liczne siły przeciwnika może zostać rozbite i rozcięte na długo, zanim dowódcy się o tym dowiedzą i będą w stanie zareagować. Przykładowo w trakcie Bitwy pod Megiddo (około roku 1500 p.n.e.) wojska faraona Totmesa III po przekroczeniu wąskiej ścieżki górskiej gromadziły się przez 7 do 10 godzin.
Książki historyczne, w szczególności popularnonaukowe, ale też i teksty źródłowe często milczą o marszach. O ile o wielkich bitwach przeczytać można często całe tomy, tak przemarsze najczęściej są pomijane lub zbywane jednym zdaniem w rodzaju „na skutek złego zaplanowania i przeprowadzenia wyprawy wojsko poniosło wielkie straty i musiało powrócić do domu”.

Faktycznie przemarsze źle zaplanowane, odbywające się w złych warunkach klimatycznych lub terenowych albo na obszarze ubogim w żywność i wodę mogą być bardziej śmiercionośne niż bitwy. Podręcznikowym przykładem może być tu wyprawa Napoleona na Rosję w roku 1812. W momencie wyruszenia Wielka Armia liczyła 420 tysięcy żołnierzy. Odległość, zła pogoda i stosowana przez Rosjan taktyka spalonej ziemi sprawiły, że w momencie dotarcia do Moskwy liczyła ona poniżej 200 tysięcy ludzi. Po zdobyciu i pożarze Moskwy rozpoczął się odwrót, który przeżyło zaledwie 40.000 ludzi. Jako odrębny przykład należy wskazać kończąca tą kampanię przeprawa przez Berezynę, w trakcie której 80-cio tysięczna armia francuska skurczyła się o połowę. Resztę żołnierzy pochłonęła woda, wyziębienie i atakujący Rosjanie.

Innym przykładem niebezpieczeństwa marszów w trudnym terenie jest japoński odwrót z wyspy Ramree z roku 1945. Liczące około 1000 osób siły japońskiej piechoty próbowały wycofać się z wyspy pokonując liczącą zaledwie 16 kilometrów cieśninę porośniętą lasem mangrowym (las mangrowy to taki las, który sobie rośnie na płyciznach w wodzie, wygląda trochę jak nasze bagna). Manewr ten przeżyło 20 osób. Pozostali utonęli, umarli z braku żywności i zdatnej do picia wody lub zostali zeżarci przez krokodyle.

Marsz przez trudny, niebezpieczny teren ma jednak zalety, pozwala bowiem zaskoczyć nieprzygotowanego do walki przeciwnika i łatwo go pokonać. Przykładem mogą być Niemcy, którzy minimum trzykrotnie (w sierpniu 1914, w czerwcu 1940 i grudniu 1944) zaskoczyli swoich przeciwników atakując przez pokryte górami i silnie zalesione Ardeny. Za każdym razem wykorzystali lukę w obronie przeciwnika spowodowaną tym, że teren został uznany za zbyt trudny, by mogły nim się przeprawić większe siły.

– obozowanie: jako, że maszerować nie można całą noc sporo czasu zapewne spędzimy też obozując. Obozy można podzielić na stałe i tymczasowe. Obóz tymczasowy rozbija się na czas jednej nocy, często umacniając go tylko nieznacznie lub w ogóle nie umacniając. Obóz stały powinien być poważnie umocniony. Niezależnie od przypadku należy też wystawić warty, które ostrzegą nas przed ewentualnym, nocnym atakiem wroga, jednak praktyka uczy, że nie zawsze tego pilnowano (co często kończyło się tragicznie).

Generalnie obozy często pełniły rolę małych lub wręcz: wcale nie jak na tamte czasy małych, wędrownych miast. Należy pamiętać, że ogromna część osiedli zarówno starożytności jak i średniowiecza była niewielka. Ważne, królewskie miasta w Rzeczypospolitej jak Sanok, Sandomierz czy Lublin miały w XVII wieku populację rzędu 2 do 5 tysięcy mieszkańców. Dla porównania podczas Oblężenia Jasnej Góry (czyli w trakcie bitwy w sumie mało ważnej) Szwedzi dysponowali siłami od 2 do 3 tysięcy żołnierzy. Jak łatwo zgadnąć takie nagromadzenie ludności sprawia, że obozowiska bardzo poważnie wpływają na lokalną ekonomię. Ciągną do nich kupcy dostarczający żywność, ekwipunek i trunki, prostytutki oraz zwykli złodzieje.

Fakt mieszkania w takim ma jednak także i wady. Zagraża nam przede wszystkim niedobór żywności oraz (równolegle) choroby zakaźne zwłaszcza tak zwane „choroby brudnych rąk”. W okresach zimowych także śmierć z wychłodzenia, a w krajach ciepłych wskutek odwodnienia. Jeśli wyprawa nie jest dobrze przygotowana, okolica, w której jesteśmy nie dysponuje odpowiednią ilością zapasów żywności (i źródeł wody) by utrzymać tak liczną armię, nadchodzi szczególnie niesprzyjająca pora roku lub wybuchnie epidemia pochłonąć to może więcej ofiar, niż działania zbrojne.

Niemniej jednak, jak długo nie spotka nas żadna z tych rzeczy same marsze i obozowania nie są zbyt niebezpieczne. Nie trudno się więc dziwić, że dawni najemnicy modlili się do Boga by dał im sto lat wojny i ani dnia bitwy.

– zasadzka: Pierwszą, niezbyt fajną, a przez pisarzy fantasy często pomijaną sytuacją, która może nas spotkać jest wpadnięcie w zasadzę. Współcześnie, przynajmniej według Stanisława Kozieja zasadzki urządza się siłami nie większymi, niż pluton, czasem kompania i na siłę nie większe, niż pluton czy kompania. W czasach dawnych, z uwagi na dużo mniejsze możliwości wykrywania przeciwników (brak radarów i zwiadu lotniczego) oraz łączności (nawet w momencie wykrycia zasadzki zwiadowcy nie mogli nadać ostrzeżenia sygnałem radiowym ani wezwać wsparcia lotniczego) z jednej strony, z drugiej: z uwagi na konieczność walki na małe dystanse, które sprawiały, że liczebność miała decydujące znaczenie (kilka karabinów maszynowych może uziemić wroga wielokrotnie liczniejszego, kilka łuków do tego nie wystarczy) w zasadzkach brały udział nierzadko całe armie, jak np. podczas Bitwy w Lesie Teutoburskim.
Zasadzka polega na wykorzystaniu zalet terenu (wzgórza, góry, las) i podejściu niezauważonym przeciwnika w takim momencie, by ten nie był przygotowany do walki lub nie miał możliwości obrony. Jeśli więc zauważymy wroga wędrującego wąwozem, to możemy umieścić niewielkie oddziały u jego wylotów (tam, by nie dało się ani maszerować do przodu, ani uciekać), a następnie zająć głównymi siłami szczyty wzniesień i zasypać wroga strzałami tak, że ten ostatni nie będzie nawet wiedział kto go zabija.

Zaatakowanie wroga w momencie, gdy ten rozbija obozowisko, albo gdy pozostaje w szyku marszowym, albo też w momencie, gdy jego żołnierze nie są ubrani w zbroję, albo gdy uda się ukraść lub rozpędzić konie jego kawalerii również ma swoje zalety i doprowadzić może do rozgromienia jego sił przy bardzo niskich stratach własnych.

– działania rajdowe: czyli wszelkie akcje prowadzone przez niewielkie, szybkie oddziały (w warunkach historycznych głównie kawalerię), które oddzielają się od sił głównych, przeprowadzają jakąś akcję, a następnie wycofują się. W warunkach wojny zerowej generacji głównymi celami rajdów są:

  • zdobywanie zapasów żywności, którą niestety trzeba pozyskiwać na bieżąco
  • łupienie okolicy (gdyż zdobycie łupów stanowiło ważny element wojny)
  • chwytanie jeńców (np. po to, by ich potem przesłuchać)
  • prowadzenie zwiadu
  • zajmowanie ważnych strategicznie obiektów (np. zabezpieczenie przełęczy, by nie obstawił jej wróg)
  • zwalczanie oddziałów rajdowych przeciwnika podobnie jak wszelkich, niedużych grup żołnierzy, którzy oddalili się od sił głównych. Puki jednak armia trzyma się w kupie, to raczej nic nam od strony oddziałów rajdowych nie grozi.
  • dezorganizacja operacji prowadzonej przez przeciwnika

– bitwa: pewnego obrzydliwego dnia przyjdzie jednak moment, gdy spotkamy wroga. Wówczas prawie na pewno wywiąże się bitwa. Zanim jednak do niej dojdzie prawie na pewno będą miały miejsce negocjacje. Czytając opisy dawnych bitew można odnieść wrażenie, że prawie każda dawna bitwa poprzedzona była spotkaniem wodzów, podczas których obydwie strony starały się wzajemnie skłonić się do poddania lub wycofania, przekabacić na swoje strony, przekupić lub przynajmniej zyskać czas konieczny do uszykowania swojej armii. Do negocjacji nie dochodziło tylko w momencie, gdy jeden z wodzów zdołał wziąć przeciwnika z zaskoczenia i atakował natychmiast, by je wyzyskać.

W zależności od okoliczności bitwa może mieć różne postacie. Są to:

Spotkaniowa: w trakcie której dwie, maszerujące armie (jak nazwa wskazuje) spotykają się ze sobą i decydują się na walkę. Armie albo docierają na pole walki w szyku bojowym, albo wkrótce po zauważeniu przeciwnika zatrzymują się, rozwijają szyk i ruszają do ataku. Ewentualnie: wycofują się, rozbijają ufortyfikowany obóz i następnego dnia ruszają do ataku. Walczą, aż któraś z nich nie zdobędzie przewagi.

Obronna: w trakcie której jedna z sił zajmuje jakieś, dobre do obrony lub ważne dla nieprzyjaciela miejsce i zwyczajnie stara się uniemożliwić jego zajęcie. Najczęściej będzie to bród na rzece, przeprawa mostowa lub wąwóz w górach, często dodatkowo przegrodzonyjakiegoś rodzaju, improwizowanymi zabezpieczeniami. Strona broniąca się często walczy w mniejszej liczbie niż przeciwnik. Jeśli przejście jest bardzo wąskie, to zdarzyć się może, że (często ekstremalnie) niewielka grupa przeciwników powstrzymywać będzie znacznie liczniejsze siły wroga. Przykładowo w trakcie bitwy pod Stamford Bridge pojedynczy Wiking powstrzymywał przez kilka godzin liczącą około 10.000 osób angielską armię dopóki nie został podstępem zabity.

W trakcie bitwy obronnej strona broniąca się zwykle nie decyduje się na opuszczenie swojej pozycji i nie przechodzi do ataku, a jedynie odpierają kolejne szturmy. Powód jest prosty: po pierwsze są mniej liczna. Po drugie (cytując Clauschewitza) każda godzina konfliktu jest zwycięstwem obrońcy.

Zaczepna: ma miejsce wtedy, gdy jedna ze stron nie ma ochoty walczyć, a druga stara się ją do walki zmusić. Przykładowo, jeśli uda nam się zaskoczyć jakieś, niewielkie oddziały przeciwnika, to najlepsze co możemy zrobić, to zmusić je do poddania lub zniszczyć, zanim dołączą się do sił głównych / schronią w jakiejś fortecy i zaczną sprawiać problemy. Naturalnym odruchem przeciwnika na widok wielkiej armii jest oczywiście uciekać.Innym celem bitwy zaczepnej może być wywabienie przeciwnika z pozycji obronnych poprzez zwabienie go jakąś pozornie łatwą zdobyczą.

Zauważyć należy, że niewielki oddział, zaskoczony na otwartej przestrzeni może bynajmniej nie uciekać, tylko wabić nasze oddziały w pułapkę.

Generalnie wszelkiego rodzaju bitwy i walki w czasach dawnych były raczej krótkie, a wydłużyły się dopiero po wynalezieniu i udoskonaleniu broni palnej. Walka wręcz była zajęciem wyczerpującym zarówno fizycznie jak i psychicznie. Według Adriana Goldsworthyego, autora książki The Roman Army At War żołnierze wyczerpywali się po 15-20 minutach bitki. Fuller (Julius Cesar: Man, Soldier and Tyrant) ocenia, że już po 15 minutach starcia kombatanci znajdowali się na skraju wycieńczenia. Clausewitz, analizując w swoim traktacie O Wojnie wojny epoki napoleońskiej podaje wartość 20 do 30 minut. Po upływie tego czasu odział biorący udział w walce nie będzie w stanie jej kontynuować, nawet jeśli nie poniósł strat. Jeśli kondycja żołnierzy jest równa, to prawdopodobnie obie jednostki oddzielą się od siebie. Jeśli natomiast jedna ze stron jest wytrzymalsza fizycznie lub zdoła wprowadzić do walki żołnierzy czekających w drugiej linii, to jak łatwo zgadnąć zwycięstwo jest jej.

– zastój: należy zauważyć, że w momencie napotkania przeciwnika niekoniecznie musi zostać automatycznie wydana bitwa. Pomijając fakt, że wróg może zwyczajnie się wycofać może dojść też do sytuacji, gdy żadna ze stron nie uzna walki za korzystną. Np. docierając do blokowanej przez 300 Spartan przełęczy wódz Persów bynajmniej nie musi ich atakować, uznając, że poniesie zbyt ciężkie straty. Sami Spartanie także raczej nie uderzą na wroga, gdyż zostaną nakryci czapkami.
Generalnie, jeśli żadna ze stron nie podciągnie posiłków lub nie da wciągnąć się w walki podjazdowe i ciągłe starcia zastój jest bardzo niepokojącą sytuacją dla obydwu, przy czym groźniejszy jest raczej dla napastnika. Obrońca znajduje się w swoim kraju, lepiej zna teren i prawdopodobnie ciągle otrzymuje nowe zasoby. Napastnik natomiast musi polegać na tym, co przywiózł ze sobą. Zdobycie żywności na miejscu może być bowiem utrudnione: okoliczna ludność raczej nie będzie współpracować z najeźdźcą, liczne wojsko najpewniej szybko spustoszy okolicę, a obrońca postara się zabezpieczyć, ukryć lub zniszczyć wszelkie zasoby jeszcze zanim pojawi się wróg.

– pościg: załóżmy jednak, że dojdzie do bitwy. Ta może pozostać nierozstrzygnięta lub przerwana (np. z powodu nadejścia nocy). W końcu jednak ktoś wygra bitwę. Wróg, widząc swą klęskę spróbuje się wycofać w sposób uporządkowany, a jeśli się to nie uda: jego żołnierze rzucą się do ucieczki. Wówczas zacznie się pościg.
Pościg za uciekającym wrogiem jest najkrwawszą częścią bitwy. Uciekający, poza niewielkimi, zorganizowanymi grupkami (których celem będzie najpewniej oddać się w niewolę, a nie bronić się do końca) nie są w stanie skutecznie się bronić. Tak więc, jeśli pościg będzie trwał wystarczająco długo może doprowadzić do całkowitego unicestwienia uciekających. Intensywność pościgu zależy od kilku czynników: sił, jakimi dysponuje zwycięzca, ich stopnia zmęczenia oraz ukształtowania terenu.

– oblężenie: koniec końców dotrzemy do nieprzyjacielskich miast i zamków. Ich mieszkańcy oraz wspierające nas siły najpewniej zdecydują się stawić nam opór. Oblężenie polega na odcięciu przeciwnika od świata poprzez zablokowanie komunikacji, a następnie próbach zdobycia fortecy poprzez szturmy lub wzięcie głodem jej obrońców. Dla obydwu stron jest ono trudnym wyzwaniem.

Fortyfikacje, jeśli są w dobrym stanie i obsadzone przez zmotywowanych obrońców wystarczają by powstrzymać wielokrotnie liczniejszego przeciwnika. Przykładowo podczas Oblężenia Akki (r. 1290) około 20.000 obrońców powstrzymywało około ćwierć miliona napastników przez półtora miesiąca. Masady broniło nieco poniżej 1.000 osób przeciwko 10.000 Rzymian, Tyru (332 p.n.e.) 8.000 Fenicjan przeciwko 30.000 Greków i Macedończyków. Malty (r. 1565) około 6000 osób przeciwko siłom liczącym być może nawet 50.000. Jasnej Góry (1655): 300 osób przeciwko 3000.

Jak widać więc stosunek sił oblegających rzędu 5-10 do 1 nie gwarantuje sukcesu.

W zasadzie istnieją trzy możliwości zdobycia fortecy:

  • głodem
  • zdradą
  • jeśli obrońcom zabraknie ducha walki
  • lub dzięki zmasowanemu ostrzałowi armatniemu.

Osławione w książkach manewry w rodzaju kopania okopów, podstawiania wież oblężniczych, strzelania z katapult etc. należą do metod o tyle efektownych, co nieskutecznych. Według Contamine (Wojna w średniowieczu) skuteczność fortyfikacji była na tyle duża, że na 1 walną bitwę przypadało 9 oblężeń. Z tych ponownie 9 na 10 kończyło się odstąpieniem napastników.

W czasie oblężenia obydwie strony cierpieć będą nudę i prawdopodobnie głód. Obrońcy będą musieć polegać na zgromadzonych wcześniej zasobach. Armia oblegających najpewniej bardzo szybko wyczerpie wszelkie zasoby okolicy i będzie musiała polegać na dostawach z zewnątrz, które (z uwagi na prymitywne środki transportu) najpewniej nie będą wystarczające. Nadejście odsieczy, zimy, brak żywności lub wykrwawienie podczas licznych szturmów mogą zmusić przeciwnika do wycofania się.

Duch bojowy:

Jest to suma morale, zaufania do dowódcy, wiary we własne siły, karności i dyscypliny wojska, ich wiary w zwycięstwo oraz w sens walki. Powiedzmy sobie szczerze: ludzie, którzy nie chcą walczyć nie będą walczyć (chyba, że zostaną do tego zmuszeni), dlatego też wszyscy znawcy tematu podkreślają jej znaczenie. Claushewitz posunął się nawet do tego, że stworzył następujący wzór na obliczanie siły bojowej:

Siła bojowa = Środki x Duch

Napoleon Bonaparte natomiast uważał, że Morale jest trzykrotnie bardziej decydujące od innych czynników. Wynika to z faktu, że nawet najlepsza broń nie zabija sama. Obsługiwana jest przez żołnierza, który – jeśli nie chce walczyć – walczyć nie będzie.

Morale jest szczególnie istotne w trakcie przedłużających się wojen i walk podjazdowych, gdy długo nie widać zwycięstwa ani efektów ponoszonych trudów. Bunty i dezercje mogą bowiem konflikt zakończyć dla jednej lub obydwu stron. To właśnie gotowość do ciągłej walki jednej ze stron, a nie zdumiewające zwycięstwa militarne przesądziły między innymi o sukcesach Islamu czy zwycięstwie USA w Amerykańskiej Wojnie o Niepodległość.

Teren:

Druga kwestia to teren, po którym musimy się poruszać. W zasadzie najlepszym terenem do prowadzenia wojny jest teren klimatu umiarkowanego, nie porośnięty lasami, za to dobrze zagospodarowany i ludny. Obfitujący w użytki rolne pozwalające zaopatrywać armie na bierząco w żywność. Cenny jest też dostęp do spławnych szlaków wodnych.

– pustynia: jest jednym z najgorszych terenów do prowadzenia wojny, jaki można sobie wyobrazić. Latem temperatura sięga 50 stopni, na powierzchni piasku nawet 80-ciu, przedmioty metalowe nagrzewają się tak, że ich dotyk powoduje oparzenia. Istotnym problemem jest zaopatrzenie, tym bardziej, że ludzie w tych warunkach potrzebują około 10 litrów wody dziennie, a jej źródła są bardzo nieliczne. Zimą na niektórych pustyniach temperatura spada natomiast do -40 stopni. Generalnie wojsko, które wyrusza na pustynię najczęściej nie wraca. I to nawet, jeśli nie spotka przeciwnika.

– step: nie jest aż tak groźny jak pustynia, jednak nadal pojawiają się problemy z zaopatrzeniem w wodę, w szczególności w okresach suszy. Step porasta też trawa, której podpalenie jest chyba najbardziej klasyczną sztuczką w historii.

– las: również jest terenem niesprzyjającym. Po pierwsze: drzewa bardzo poważnie ograniczają widoczność, przez co wojsko głuchnie i ślepnie, narażając się na zasadzkę lepiej znającego teren przeciwnika. Gęste zarośla poważnie ograniczają możliwość uszykowania wojska, do tego niektóre jego rodzaje (głównie kawaleria i pikinierzy) w zaroślach nie nadają się do niczego. Zarośla poważnie ograniczają też ruch pojazdów oraz transport konny, a na bezludziu zdobycie żywności jest niemal niemożliwe. Wyprawy przez las należy traktować jako ryzykanctwo, a historycznie przemarsze przez tego typu teren uznawano za akty odwagi.

– góry: nie dość, że często porasta je las, to zwykle są dość wysokie. Bardzo mocno ograniczają więc widoczność. Ruch możliwy jest natomiast jedynie wąskimi przełęczami, a często także po wąskich przejściach nad przepaściami, co powoduje, że każde, nawet najmniejsze potknięcie może zakończyć się śmiercią. Każde z takich miejsc może zostać przegrodzone nawet przez niewielkie siły nieprzyjaciela. Zwykle manewr taki nie wystarcza do zniszczenia nieprzyjaciela, lecz poważnie spowalnia jego marsz. W górach zdarzają się też lawiny, niszczące burze i nagłe zmiany pogody. Co chyba najgorsze przełęcze mogą zostać zablokowane przez niewielkie grupki nieprzyjaciela lub wręcz samą naturę.

– wszelkiego typu wzniesienia: wojownik znajdujący się wyżej zawsze ma przewagę nad tym niżej. Nie dość, że ten drugi musi tracić siły na wspinaczkę, to jest też znacznie bardziej narażony na ciosy w głowę i samemu ma utrudnione wyprowadzanie ciosów. Wzniesienia są też groźne dla kawalerii, która, poruszając się pod górę nie ma szans nabrać odpowiedniej prędkości do szarży. Szarżowanie w dół też niekoniecznie jest dobrym pomysłem, konie bowiem kiepsko radzą sobie w nierównym terenie.

– rzeki: i inne rozległe zbiorniki wodne, w zależności od głębokości, szerokości i nurtu są przeszkodami trudnymi lub bardzo trudnymi. Zasadniczo jest możliwe przepłynięcie rzeki w pełnym rynsztunku i kilku supermanów faktycznie tego dokonało, jednak taką kondycję ma może jeden na sto tysięcy. Tak więc rzeki możliwe są do pokonania tylko na płyciźnie lub mostami. Jeśli wojsko zostanie zaskoczone w trakcie przeprawy prawdopodobnie zostanie rozbite.

– inne zbiorniki wodne: nie trzeba być rwącą rzeką, żeby stanowić poważne zagrożenie dla życia i zdrowia. Poważny problem stanowią też płytsze cieki wodne w rodzaju potoków, strumieni czy rowów irygacyjno-melioracyjnych. W prawdzie ich przekroczenie dla piechoty nie jest problemem, jednak stanowią one groźną zaporę dla koni, nie pozwalając kawalerii rozwinąć pełnej prędkości i sprawiając, że łamie ona swój szyk w trakcie ich przekraczania.
Podobnym problemem stanowią bagna. Istnieje ich kilka rodzajów. Po pierwsze: mogą to być rozlewiska, na których woda sięga jakiegoś metra, rośnie gęsta roślinność w rodzaju trzcin i w których nie ma nic niebezpiecznego, poza tym, że ciągną się kilometrami i nie ma na nich jednego, suchego miejsca. Po drugie: pod warstwą wody może być kilkumetrowa warstwa mułu nie dająca żadnego oparcia dla człowieka, tak więc nastąpienie na nią grozi ugrzęźnięciem i utonięciem. Trzeci typ to bagna pokryte płem. Pło to warstwa roślin zachowująca się jak dywan, pod którą znajduje się zwykle nawet i kilka metrów wody oraz błota. Bardzo często jest ono w stanie unieść jednego człowieka, jednak większy ciężar najczęściej skutkuje jego przerwaniem. Żeby było śmieszniej często zdarza się, że pło przykrywa tonącego, przez co ten „znika” (najczęściej na wieki).
Próba przemarszu przez bagno jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Istnieje realna niebezpieczeństwo zgubienia drogi, wozy z zaopatrzeniem nie mają szans przejechać, żarcie zamoknie, nie będzie gdzie odpocząć, wysuszyć się czy przygotować posiłków. Bagna bardzo często są też wylęgarniami chorób, co więcej: ciągną się na kilka dni marszu. Żołnierze, nawet jeśli się nie potopią i nie spotkają wroga zwyczajnie wyginą. W historii kilkakrotnie zdarzało się, że rozbite armie próbowały uciekać przez bagna. Zwykle kończyło się tym, że nikt z żyjących już ich więcej nie napotkał.
Kolejnym problemem są zamarznięte zbiorniki wodne. Historia zna kilka przypadków Bitew Na Lodzie Jeziora Takiego Czy Owego. Najczęściej kończyły się tym, że pod którąś ze stron ów lód się załamał.

– niektóre typy użytków rolnych: wszystkie rodzaje rowów irygacyjnych czy melioracyjnych bardzo ograniczają możliwości manewrowe kawalerii, podobnie jak kamienne mury i żywopłoty, którymi grodzone są pola w niektórych krajach (jak np. w Walii, Irlandii czy Normandii). Podobnie uprawy w rodzaju gajów oliwnych, winnic, plantacji bananowców czy palm daktylowych etc. mają wiele cech lasów. Pola ryżowe to z kolei płytkie bagna.

Pogoda:

Pomijając już mrozy i upały, które mogą zakończyć się śmiercią części lub nawet wszystkich żołnierzy pogoda ma znaczenie, bowiem zmienia właściwości terenu. Obfite deszcze mogą zablokować drogi, które zmieniają się błoto w efekcie czego wszelki marsz staje się wolniejszy. Co gorsza oznacza to, że transportowane wozami zasoby będą docierać wolniej, przez co może dojść do głodu. Zamokła żywność natomiast może ulec zniszczeniu lub stać się źródłem chorób.
Kolejny problem związany z opadami jest podniesiony stan wód. Jako, że w dawnych czasach rzeki nie były regulowane to z dużym prawdopodobieństwem dojdzie do powodzi i zmieni w bagna tereny nadrzeczne. Zresztą nawet jeśli rzeki nie wyleją, to wzrost ich poziomu oraz zwiększony przepływ wody (i związany z tym szybszy nurt) zablokują wszelkie przeprawy brodowe utrudniając przemarsz.

W górach nawet relatywnie małe opady mogą doprowadzić do tzw. Powodzi Błyskawicznych. Woda spływająca w dół, po nieprzepuszczalnych, skalnych zboczach zwyczajnie gromadzi się w dolinach zmieniając je w jeziora lub spłynie w wąwozami zmieniając je w rzeki. Szczególnie niebezpieczne są pod tym względem zwłaszcza koryta górskich potoków. Powódź błyskawiczna może wystąpić nawet w przeciągu 5-10 minut od rozpoczęcia się opadów lub w warunkach czystego nieba. To, że na reglu dolnym jest sucho nie oznacza bowiem, że na szczytach gór nie leje jak z cebra. Woda natomiast gdzieś spłynąć musi.

Kolejna rzecz związana z opadami jest fakt, że grunt nasiąka. W takim terenie konie nie rozpędzają się do pełnej szybkości, przez co szarże tracą na impecie, a manewry kawalerii na prędkości.

Wydawać by się więc mogło, że sucha pogoda jest więc wymarzona do prowadzenia wojny, a w szczególności wojny napastniczej i tak jest w rzeczywistości. Niestety tylko do momentu aż susza nie sprawi, że wyschną źródła i studnie. Bo ludzie i zwierzęta zaczną umierać już po zaledwie kilku dniach bez wody.

Śnieg pod wieloma względami jest jeszcze gorszy od deszczu. Zasadniczo jest to woda, która zamiast spływać lub wsiąkać w grunt pokrywa cały dostępny obszar grubą warstwą utrudniając komunikację, dostarczanie zapasów etc. Tak więc armia, która da mu się zaskoczyć niemal z całą pewnością zginie z głodu i zimna.

„Tarcie”:

To termin stworzony przez Claushewitza, a odnosi się on do sumy błędów (popełnianych od najniższego do najwyższego stopnia), pomyłek, sytuacji nieprzewidzianych, trudności technicznych, wypadków komunikacyjnych etc. Zdaniem Claushewitza jest to „siła, która sprawia, że rzeczy pozornie łatwe stają się niemożliwymi do wykonania”. Tarcie zależy w dużej mierze od organizacji, łączności, zwiadu, jakości planowania i przygotowania do walki. Jak łatwo zgadnąć strona, która lepiej sobie z nim radzi bardzo często wygrywa.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantasy, Historia i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Wojny fantastycznych światów II: Sztuka wojny

  1. Git Games pisze:

    Trochę pogubić się można, jeśli chcesz opisać bitwy fantasy ekstrapolując z zbyt długiego wycinka czasów, od Kartaginy po hen, hen.
    Kilkanaście lat rządów dobrego strateg potrafiło zmienić sporo na polu bitwy.

  2. DoktorNo pisze:

    Im bliżej współczesności, tym bardziej widać że wojna traci sens… To że są prowadzone (albo grożone) wynika z tego że rządy ciągle kalkulują sobie, że wypieszczone bilionami wydanymi na uzbrojenie armie mogą się na coś przydać w anarchicznym systemie międzynarodowym. Większość konfliktów to albo konflikty wewnętrzne z mieszaniem się obcych mocarstw albo narodowowyzwoleńcze.

    Od II W.Ś. trudno znaleźć konflikty z udziałem ważniejszych mocarstw, które by przyniosły spodziewane efekty, za wyjątkiem mocno nieproporcjonalnych operacji w stylu „Pustynna Burza”. W sumie można polecić stary film dokumentalny „Wojna” Gwynne Dyera, gdzie bezsens współczesnej wojny aż bije po oczach:

    http://doktorno.vot.pl/content/wojna-z-gwynne-dyer

    To wyjaśnia czemu z punktu widzenia fantastyki najbardziej atrakcyjne są poprzednie epoki. 🙂

    • To prawda, dziś albo toczy się wojny zastępcze, albo wspomaga wroga swojego wroga, albo koalicja międzynarodowa miażdży nieposłuszne państwo.

      Powód jest prosty: broń atomowa. Broń atomowa to bardziej straszak, niż faktyczna broń, bo każdy, kto spróbuje jej użyć natychmiast dostanie milionem atomówek, niemniej jednak wyklucza konflikt totalny. Powód jest prosty: państwo stojące w obliczu totalnego zniszczenia natychmiast użyje jej, by dokonać totalnego zniszczenia przeciwnika. Skoro więc konflikt, zamiast zwycięstwem jednej ze stron musi zakończyć się śmiercią ich obydwu, to nie warto ich toczyć.

      Ja ze swojej strony polecam „Polityka między narodami: walka o potęgę i pokój” Morghentau, choć to specyficzna książka jedynie dla zboczeńców.

      • DoktorNo pisze:

        No to dokładnie to powiedziałem; wojny zastępcze i przez pośrednika często są konfliktami wewnętrznymi lub lokalnymi w które mieszają się więksi gracze, vide obecnie Syria.

        A co do Morghentau to miałem okazje trzymać w ręku pierwsze wydanie z 1948 roku. 😉 Szkoła realizmu była potem rozwijana min. przez Kenneth Waltza w jego pracach „Man, the State and War” oraz „Theory of International Politics”, a obecnie neorealizm (nie mylić z kierunkiem w malarstwie! :D) jest rozwijany przez Mearsheimera i Stephena Walta (ten ostatni wsławił się „Origin of Alliances”).

        Na marginesie: moim ulubionym powiedzeniem jest cytat z Walza, o tym, że dyskusja na temat tego, kto zyskał na wojnie, jest jak rozważanie kto zyskał na trzęsieniu ziemi…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s