20 lat przed komputerem

amiga13

Niedawno minęła okrągła, dwudziesta rocznica tego, jak w moim domu stanął komputer. Jako, że to kawał czasu i kawał życia zebrało mi się z tej przyczyny na wspominki, nostalgię oraz przypominanie sobie, co było dobre, co złe, co odeszło do lamusa lub całkiem się zmieniło.

1) Komputery:

Amiga 500

W moim życiu było narazie 5 komputerów. Jeden brat dostał na komunię, jeden był wspólny, jeden należał do kolegów na stancji (i o nim nie będę pisał), dwa kupiłem za swoje i nie dałem nikomu dotknąć. Pierwszym z tej listy była Amiga 500. Mimo, że w tamtych czasach platforma ta przeżywałaswe ostatnie dni, jednak jednak było trafić gorzej (np. na Atari lub Commodore 64). Kilka lat wcześniej dosłownie zrewolucjonizował scenę, dzięki olśniewającym, niemożliwym dla konkurencji możliwościom wyświetlania grafiki i dźwięku, które widać na poniższym filmie.

Na dzień dzisiejszy specyfikacja tej maszyny budzi śmiech: procesor o taktowaniu zegara 7 megaherców, 500 kilobajtów pamięci RAM (mój komputer miał ją rozszerzoną do 1 megabajta) i zerową przestrzenią dyskową. Mój aparat fotograficzny jest mocniejszy (porównywanie z komórką nie ma sensu, a wcale nie mam nowej).

Wspólny PC

Nic więc dziwnego, że szybko z bratem zaczęliśmy marzyć o kolejnym urządzeniu: pececie. Na realizację tego marzenia przyszło nam poczekać kilka lat. Prawdopodobnie czekalibyśmy w nieskończoność, gdyby nie potrzeby naszych rodziców, a dokładniej mamy. Ta w pewnym momencie swego życia z szarej nauczycielki awansowała na dyrektorkę szkoły. Wymagało to od niej udziału w pracach administracyjnych oraz pisania. Maszyna do pisania natomiast szybko zaczęła ją denerwować, a usłyszawszy od nas, że na PC-tach są programy, na których można wygodnie pisać pomogła nam zrealizować marzenia.

Specyfikacja komputera (który specjalnie na tą okazję ściągnąłem ze strychu) to: procesor Pentium II 233, 32 MB RAM, 4 mega pamięci karty graficznej, 5 giga przestrzeni dysku twardego, potem rozszerzone do 25 GB, system: Windows 98. Możliwości tego komputera były dla nas szokiem. Tak więc:
– na PC działały dużo lepsze gry
– nie trzeba było zmieniać dyskietek co kilka chwil, bo programy się instalowało
– można było trzymać różne rzeczy na dysku twardym
– grafika fotorealistyczna i filmy były wyświetlane bez problemów (mniej więcej)
– Microsoft Word okazał się niesamowicie przydatny podczas pisania wypracowań szkolnych
– podobnie jak Encyklopedia Multimedialna
– poza tym komputer umożliwiał odtwarzanie muzyki na wysokim poziomie i tworzenie własnych playlist, przez co był 100 razy lepszy od magnetofonu.

Własny PC

Wadą powyższego komputera był fakt, że nie dało się go zabrać na studia. Jako, że były to jeszcze czasy, gdy nie uważano, że posiadanie komputera jest dla studenta rzeczą niezbędną przez cały niemal rok musiałem obywać się bez niego. Dopiero po tym okresie uciułałem pieniądze na zakup nowej maszyny.

Specyfikacja:

Windows XP, Pentium IV 1,5GHz, 258MB RAM (potem rozszerzone do 1GB), Karta Graficzna NVIDIA 64 MB, Dysk twardy 100 GB

Przesiadka na ten komputer nie zmieniła niczego (poza możliwością odpalania jeszcze lepszych gier) oraz dostępem do Internetu. Tak naprawdę sieć zrewolucjonizowała wszystkie zastosowania komputera, pozwalała użyć go do kontaktów z innymi ludźmi, zawrzeć jedne z najtrwalszych przyjaźni w moim życiu oraz stanowiła niewyczerpane źródło wszelkich zasobów o które wcześniej było bardzo trudno.

W zasadzie to trochę tęsknię do epoki przed-sieciowej. Jednak nie mam ochoty o niej (sieci) pisać z innego powodu. Kilka lat temu popełniłem notkę na starym blogu o 10-leciu podłączenia do Internetu. Nie widzę potrzeby się powtarzać.

Obecny PC

Poprzedni komputer służył mi przez prawie osiem lat. Został wymieniony na nową maszynę w roku 2010. Według założeń miała ona spełniać dwa warunki:
– miała być w stanie uciągnąć Starcraft II na wymaganiach zalecanych
– i wystarczyć na 5 lat funkcjonowania bez aktualizacji.

Specyfikacja: Intel Core Duo 2×2,93GHz, 4GB RAM, Asus Radeon EAG4870 z 1GB RAM (który sfajczył się podczas pisania tego posta, teraz jest to Nvida Geforce GT 630 z 4GB RAM). Dysk twardy 500 GB, Windows 7 64 bit. Ramy celowo wziąłem mało, gdyż uznałem, że mogę na tym oszczędzić, przewidywałem, że potanieje zanim stanie się niezbędna. Karta graficzna spaliła się natomiast w trakcie pisania tego posta i teraz jest nieco lepsza (ale nadal z dolnej półki) akurat to będzie można tanio rozszerzyć. Wygląda na to, że miałem rację.

Ze śmiesznych rzeczy: okazuje się, że 500 GB dysku twardego wystarczy chyba każdemu. W ciągu tych 4 lat nie udało mi się go jeszcze zapełnić.

Warto zauważyć, że komputer ten wniósł do mojego życia wiele stresu. Otóż: o ile dwa poprzednie działały jak czołgi, a temu drugiemu po dziś dzień nic nie jest, zabić go nie można (choć ma swoje, starcze dziwactwa), tak ten miał już trzy, poważne awarie.

2) Gazety:

Dwadzieścia lat temu korzystanie z komputera było nieodłącznie związane z kupowaniem gazet komputerowych. Nic zresztą dziwnego: o Internecie albo nikt nie słyszał, albo było o niego ciężko. Działały niby jakieś BBS-y, ale my, podbaza nie korzystaliśmy z tego i w sumie po dziś dzień nie wiem, co to było. Tak więc każdy, kto chciał pozostać w miarę na bieżąco z ogólnie pojętym „rynkiem” musiał kupować jakąś gazetę.

Gazety ewoluowały z czasem. Jeszcze na studiach, z sentymentu zebrałem wszystkie numery Top Secretu. Tak więc pierwsze numery, wyprzedzające o kilka lat mój debiut, były czymś… Niesłychanie egzotycznym z dzisiejszego punktu widzenia. Zawierały kilka newsów, instrukcje obsługi programów lub gier, w których szczegółowo wyjaśniano, co robią takie opcje jak Save, Load albo Quit, wyłuskane klawiszologie do gier i skróty klawiszowe do programów albo totalne kurioza: całe programy. I to nie jako dodatki na dyskietkach (to przyszło kilka lat później) ale w formie wydrukowanego kodu źródłowego, który należało przepisać i – jeśli nie popełniło się żadnego błędu – miało się dajmy na to Tetrisa.

Za moich czasów wszystko to było już nieco ucywilizowane. Zasadniczo gazety zawierały głównie:
– po pierwsze: Opisy i recenzje gier
– po drugie: Solucje
– Newsom, stanowiącym dziś esencje growego dziennikarstwa poświęcano niewiele, może stronę lub dwie. Z czasem jednak proporcje te zmieniały się.
Ważną część gazety stanowiły różne dodatki, najczęściej w postaci kącika redakcyjnego, poradnika edycji plików z sejwami z gry, zbioru tipsów i kodów etc.

Elementem, którego dziś brakuje mi w growym dziennikarstwie są opisy. Opis był specyficznym gatunkiem tekstu dziennikarskiego, zbliżonym do recenzji. Zwykle były długie na kilka (minimu dwie) stron, przy czym główny nacisk kładziono na opisanie zawartości gry (czyli: masz dwie strony konfliktu, jedni mają takie jednostki i znają takie czary, drudzy mają inne jednostki i znają inne zaklęcia, każdemu z tych elementów poświęcimy dwa czy trzy zdania). Stronę techniczną i fabułę (która nie zawsze była rozbudowana) natomiast w opisach traktowano często po macoszemu.
Myślę, że ten gatunek dziennikarski był odpowiedzią na potrzeby rynku. Zwyczajnie w latach 90-tych bardzo niewiele osób posługiwało się językiem angielskim. Tak więc konieczne było omawianie gry szczegół po szczególe.

Kiedy kilka lat temu miałem do czynienia z branżą dziennikarstwa growego zauważyłem, że modne jest podkreślanie swojego profesjonalizmu poprzez nabijanie się ze starych czasopism i właśnie z opisów. Moim zdaniem niesłusznie. Współcześnie recenzje koncentrują się na pierdołach: opisie fabuły, grafice, muzyce zapominając jednocześnie, że gry są do grania, a nie do czytania, oglądania czy słuchania. Takie abominacje jak recenzent piszący 3 zdania o omawianej grze i 5 stron o LoL-u pomińmy milczeniem.

Czasopism ogólnie wychodziło bardzo dużo. Myślę, że w latach 90-tych było ich na rynku (jednorazowo) około 30. Część poświęcona była grom, część programom. Dla mnie najważniejsze były trzy:

Top Secret:

Był chyba pierwszym polskim czasopismem o grach komputerowych. Wydawano go w latach 1990-96. Większa część zawartości TS-u składała się z recenzji gier, najczęściej krótkich. Gry mało istotne (szachy, platformówki etc.) otrzymywały zwykle około pół strony (co przy stosowanym w TS-ie formatowaniu pisma dawało około 3000 znaków, czyli prawie stronę wordowską). Gry klasy średniej (np. strzelanki 3D) otrzymywały pełną stronę, czyli około 6000 znaków. Gry duże, najczęściej hity i strategie: 2 strony. W wypadku RPG i Przygodówek redakcja pisała krótką recenzję uzupełnioną o obszerną solucje, poświęcając tyle miejsca, ile było trzeba.

Generalnie w lat 90 rządziły RPG, Stategie Turowe i Przygodówki, gdyż o tych gatunkach można było długo i ciekawie pisać. Autorzy natomiast robiąc to niechcący eksponowali gry należące do tych gatunków zapewniając im reklamę. Myślę też, że z tej samej przyczyny dziś rządzą gry akcji: bo da się z nich nagrać ładny filmik i puszczać go w telewizji albo na YouTube.

Ważnym elementem TS-a były działy rozrywkowe i twórczości użytkowników publikujące na przykład wierszyki inspirujące do walki z Atarowcami czy też karykatury członków redakcji. Wbrew obiegowej opinii redakcja jednak wyznaczała granice między nimi, a tekstami o grach, tak więc nie mieszała żartów z merytorycznym tekstem. Przykładem ich zawartości może być ten utwor wierszowany:

Przy Atari siedzi Adam i w PacManie kropki zjada.
Rekord prawie już uczynił gdy wysiedli mu murzyni.
Którzy ciężko pracowali i prądnicę napędzali.
Poszedł Adam więc na rynek – w handlu ostał się murzynek.
Lecz murzynek był dość mały – słabo cisnął na pedały.
Płynął więc prąd słaby – Adam mógł grać tylko w żaby.
Adam aby kontynuować musiał sam popedałować.
Jak się wszystko rozbujało to go wnet i pokopało.
Morał z tego płynie wczas: Kup Atari lecz na gaz!

Top Secret upadł w 1996 roku, mimo świetnej sprzedaży (około 100 000 egzemplarzy miesięcznie). Przyczyną było bankructwo banku, w którym redakcja trzymała pieniądze. Zwyczajnie: w jednej chwili okazało się, że nie mają z czego zapłacić drukarni, kupić papieru czy zapłacić pracownikom i poszli z torbami.

Gambler:

gambler

Był totalnym przeciwieństwem TS-a. Zasadniczą część pisma stanowiły Opisy sięgające czasem nawet i 6 do 8 stron, później solucje, a na trzecim miejscu recenzje nowości. Gambler posługiwał się bardzo ciekawą metodą, której nigdy więcej nie widziałem. Mianowicie; nowości otrzymywały swoją recenzję, a następnie, jeśli redakcji się spodobały, to w następnym odcinku ta pisała szczegółowe omówienie.

Teksty z Gamblera zawsze wywierały na mnie wrażenie bardzo profesjonalnych, zwłaszcza dzięki ich wysokiej szczegółowości. Dzięki nim pismo to ceniłem znacznie wyżej, niż jakiekolwiek inne. Wrażenie to zatarło się nieco, gdy kupiłem PC-ta i zacząłem grać w te gry. W efekcie okazało się, że zawierały sporo błędów merytorycznych. Mimo to uważam, że do dziś nie ma ono sobie równych. Zresztą, nie jest to nic dziwnego: żyjemy niestety w dobie zmierzchu dziennikarstwa.

Nie wiem dlaczego Gambler upadł. Podejrzewam, że przyczyną był Gambler CD i próba konkurowania z CD-Action. Ja osobiście zrezygnowałem z pisma, gdy to zrezygnowało z wydawania wersji bez CD, a jego cena wzrosła około dwukrotnie. Podejrzewam, że nie byłem jedynym.

W Gamblerze bardzo podobały mi się zawsze solucje gier RPG pisane przez Jacka Piekarę (tego, co później wydał Sagę O Inkwizytorze). Były bardzo ładnie, literacko napisane i zachęcały do gry. Gorzej było, kiedy na ich podstawie próbowało się daną grę przechodzić…

Secrat Service:

secret

Stanowił coś pośredniego między Top Secret i Gamblerem, zacząłem kupować go po upadku tego pierwszego. Część zasadniczą stanowiły recenzje, początkowo krótkie, na około pół strony, które w wypadku tytułów bardziej skomplikowanych przechodziły w długie na kilka stron solucjo-recenzje. Z czasem Secret Service zaczął każdej grze poświęcać stronę tekstu, a większym dwie. Wydzielił też solucje do osobnego kącika pod koniec gazety.

Integralnym elementem gazety były dodatkowe kąciki tematyczne poświęcone różnym rzeczom: grom dla dzieci, testom sprzętu, Archiwum X, wojskowości, Gwiezdnym Wojną czy Mandze i Anime. Odnoszę wrażenie, że to one były przyczyną upadku tej gazety. Jej rozmiar rósł, podobnie jak koszty wydania. Pod koniec swego istnienia Secret Service liczył około 150 stron z czego 1/3 nie była poświęcona grom tylko jakimś pierdołom, które nie obchodziły czytelników.

CD Action:

To kolejne pismo, o którym warto wspomnieć. Otóż: nienawidziłem go, nienawidzę i nienawidzić będę. Bóg może wam wybaczyć, ludzie zapomnieć, ale ja nie zrobię ani jednego, ani drugiego! Amen! Powody dla których nienawidzę CD-Action są takie, że kosztował 2-3 razy więcej niż przyzwyczaiłem się płacić.Tak więc dla mnie gazety komputerowe przestały istnieć w okolicach 2001 roku. Nawiasem mówiąc jest to bliskie stanowi faktycznemu, bo ile dziś tytułów na rynku zostało?

Pewną winę za taki stan rzeczy ponosi CD-Action, który (nie bójmy się powiedzieć prawdy) był od konkurencji lepszy. To znaczy: poziom tekstów w tym akurat magazynie nie podoba mi się i nigdy mi się nie podobał. W pewnym momencie wszystkie gazety growe na rynku uparły się, żeby naśladować to pismo i dodawały płytę albo dwie. Problem polega na tym, że CD-Action zawsze miał więcej, lepszych pełnych wersji niż konkurencja przy bardzo zbliżonej cenie. Tak więc zgadnijcie, kto musiał wygrać?

CD-Action kupuje mimo to dość regularnie, głównie dla pełnych wersji.

3) Język angielski:

Znajomość języka angielskiego była konieczna do obsługi komputerów w latach 90-tych. Zwyczajnie każda, nawet najprostsza instrukcja była w tym języku, a gry spolonizowane były wyjątkami. Jako, że – jak już pisałem – znajomość języków obcych była w tamtych czasach dużo niższa niż obecnie radzono sobie z tym różnie. Najczęściej w ten sposób, że brało się słownik i czytało co znaczy „Open” albo „Save”. Mi czasem zdarzało się przepisywać całe partie tekstu z gier, a potem pracowicie tłumaczyć. Bogu dzięki rzadko były dłuższe, niż ten akapit. Pozostałe metody to zgadywanie z kontekstu i klikanie na małpę. Czasem też wołało się córkę sąsiada, która w podstawówce miała angielski (ja w podstawówce miałem tylko Nazistowski), żeby nas poratowała.

Zmiana nastąpiła w okolicy roku 1999, kiedy pojawił się Windows 98. Program zawierał zestaw pakietów językowych, wśród których był polski. Podobnie przetłumaczone były najważniejsze programy. Nie wiem, jak wyglądało to we wcześniejszych wersjach systemu. Odnoszę wrażenie, że zawdzięczamy taką sytuację dwóm rzeczom: a) rosnącej pojemności zasobów komputerów, dzięki której upchnięcie iluś tam krojów pisma i plików tekstowych nie było już problemem b) takiemu niepozornemu programikowi, który nazywa się WinAmp.

WinAmp jest odtwarzaczem muzycznym, ongiś bardzo modnym, a obecnie używanym chyba wyłącznie przez takich, nie lubiących zmieniać przyzwyczajeń dziadów jak ja. Winamp wersja 2 posiadał bardzo interesującą cechę, która wówczas była zupełną nowością, a dziś jest dość powszechna. Otóż: pozwalał na zmienianie skórek i bogatą personalizację. Jako, że program został pobrany 25 milionów razy, zdobywając tym samym miano najczęściej instalowanej aplikacji na Windows ta cecha zrobiła się modna. Wszystko, co się dało zaczęło więc dostawać bogate opcje personalizacji, zmiany wyglądu i języka.

Stały się one niejako symbolem nowoczesnych komputerów. I chyba dzięki temu dziś możemy korzystać z nich bez pomocy słownika lub starszego kolegi.

4) Piractwo i nośniki:

Są to dwa ściśle związane ze sobą zjawiska. Piractwo w zasadzie od zawsze stanowiło problem rynku. Ba! Więcej: w danych czasach to piractwo było rynkiem. Ustawa o prawach autorskich została bowiem wprowadzona zaledwie kilka tygodni po tym, jak z bratem dostaliśmy pierwszy komputer! W tych czasach wszyscy kopiowali. Jak wspominałem piractwo jest ściśle związane z nośnikami. Tak więc jego dzieje podzielę na ery nośników:

– Era dyskietek: Na samym początku była wyłącznie giełda i „sklepy komputerowe” do których się przychodziło, wybierało gry z gigantycznej listy wklejonej do segregatora i kopiowało za cenę 10.000 starych złotych (czyli 1 nowy złoty) od dyskietki. Jeśli nie miało się własnej dyskietki kupowało się nowe. Gry na Amidze 500 zajmowały średnio 3 do 5 dyskietek. Była to cena dość wysoka lecz rozsądna. Dla porównania w roku 1994 średnia krajowa wynosiła 532 nowe złote, a najniższa krajowa: 260 złotych.

Strategiczną inwestycją, jaką szybko z bratem poczyniliśmy było zdobycie programu X-Copy który to służył do przegrywania dyskietek. Dzięki temu mogliśmy przegrywać gry od kolegów. W tamtych czasach to jeszcze nie było nielegalne. Jak pisałem odpowiednie ustawy dopiero przyszły z czasem, zresztą, nawet po ich wprowadzeniu nikt się specjalnie specjalnie nie przejmował.

x-copy

Koniec końców dyskietki okazały się bardzo żywotne. Mimo, że już w 1995 roku większość gier i programów rozprowadzanych było na płytach CD w użyciu zostały jeszcze wiele lat. Ja korzystałem z nich jeszcze w 2008 przy okazji pisania pracy magisterskiej. Ich zaleta polegała głównie na tym, że dało się je wielokrotnie nagrywać (w odróżnieniu od CD) na każdym komputerze. Dopiero zalew tanich pendriwów, w połączeniu z nasyceniem rynku urządzeniami mobilnymi je zabił.

To był jednak ostatni gwóźdź do trumny. Jej wiekiem był, przynajmniej w moim odczuciu był GMail. W chwili, gdy poczta ta startowała oferowała 1 GB przestrzeni (w co nikt nie uwierzył, bowiem usługa odpalona została 1 kwietnia) w czasach, gdy luksusem było 5 MB. Taką ilość miejsca można było do woli zaśmiecać plikami .doc i obrazkami kotków, zwłaszcza, że Google co jakiś czas zwiększało miejsce.

– Wczesna era CD: z czasem gry stawały się coraz większe, a prawo coraz bardziej przestrzegane. Jednak pierwszym powodem spadku piractwa było upowszechnienie się płyt CD. W połączeniu z kosztem pierwszych nagrywarek zmusiło sprzedawców do specjalizacji: albo legalizacja biznesu, albo inwestycje i pełne piractwo. Było to bardzo ważkie pytanie. W tamtych czasach (źródło: Bajtek 5/96) nagrywarki CD były potwornie drogie. Kosztowały około 2700-3000 złotych. Dla porównania: minimalne miesięczne wynagrodzenie wynosiło w tym okresie 350 złotych, a średnia krajowa 873. Czyli osiem pensji (brutto) za nagrywarkę.

Korzystali z tego piraci wołając sobie ceny 20 złotych za przegranie jednej płytki (własnej). Płytki wtedy też kosztowały po dziesiątku i często w trakcie procesu się paliły. Mimo to ludzie korzystali z tych usług. Powody były dwa. Po pierwsze: nikt nie uważał tego za coś złego. Przeciwnie: dość typowe było, że sprzedawca, (w normalnym) sklepie pytał się: „A jaki chce pan Windows? Legalny czy ten za 10 złotych?”

Drugi powód stanowiły kosmiczne ceny. Te pozornie były bardzo podobne do dzisiejszych. Tak więc przykładowo ogłoszenie sklepu Ami-Com zamieszczone w miesięczniku Gambler 5 / 97 proponuje sprzedaż gry Warcraft II za 185 złotych, Tomb Rider za 145 złotych czy Diabololo (lol!) za 155 złotych. Szczytem jest cudu niezbędnego każdemu: Polskie Fonty Windows za 69 złotych. Ponownie dla porównania: najniższa krajowa w tym okresie to 470 złotych, a średnia krajowa: 1061 złotych.

Dziś najniższa krajowa to 1660 złotych. Czyli po przeliczeniu wychodzi na to, że należało zapłacić równowartość 400 złotych za w miarę nową grę lub 200 złotych za Polskie Fonty Windows.

Straszne to były czasy…

– Pełna Era CD oraz Era DVD: 24 maja 1999 ma miejsce przełomowe dla polskiego rynku komputerowego wydarzenie: premiera Baldurs Gate. Baldurs Gate mieści się na 5 płytach, wydane jest w pełni po polsku (wówczas była to nowość) w standardzie zwanym dziś kolekcjonerskim i kosztuje 159 złotych, co nadal jest ogromną sumą (średnia krajowa wynosi około 2000 złotych, najniższa: 528 złotych). Jednak biorąc pod uwagę koszty przegrania zwyczajnie bardziej opłaca się kupić oryginał. Jednocześnie zaczyna się era gier za 20, 40 i 60 złotych, gier dodawanych do czasopism i tym podobnych. Od tego momentu piractwo przestaje być jedyną, rozsądną opcją, a staje się znakiem złej woli.

Druga zmiana to upowszechnienie się nagrywarek CD mające miejsce mniej-więcej w tym samym momencie (później wypartych przez nagrywarki DVD) powodujące, że każdy mógł sobie nagrać, co tylko chciał. W efekcie powoduje to, że piraci starego typu, handlujący na bazarach, zmuszeni do konkurowania z legalnymi dystrybutorami i masą amatorów z nagrywarkami powoli idą z torbami.

Na ten sam moment przypada jednak świt dwóch, ściśle ze sobą związanych zjawisk. Są to: piractwo internetowe i piractwo muzyczno-filmowe. Wcześniej filmów raczej nie piracono, podobnie muzyki. Powód był prosty: ich jakość była parszywa. Trudno było odtwarzać coś lepszego na komputerach, bowiem karty graficzne były zwyczajnie za słabe. Około roku 2000 sprzęt był już wystarczająco dobry. Do tego doszły nagrywarki, karty TV pozwalające zrzucać filmy z telewizji i inny śmieć.

Prawdziwym hitem był też Internet, który pozwalał na szybkie rozprzestrzenianie plików. W prawdzie łącza w tym okresie nie były jakieś genialne (około 115kb/s czyli około 1/100 możliwości współcześnie najgorszej oferty Neostrady) jednak pozwalały one na wymianę plikami. O ile duże pliki w rodzaju filmów ściągało się często całe dnie, tak wymiana małymi w rodzaju książek, komiksów czy MP3 ruszył bardzo szybko. Z czasem dołączały do niego też i oczywiscie filmy, powstały i upowszechniły się najpierw programy wymiany P2P, a potem streaming online.

Cechą charakterystyczną piratów tego okresu były płytoteki i mania kolekcjonerska. Ludzie gromadzili całe szafy płyt, budowali, jak dealerzy narkotykowi sieci kontaktów i wymiany, często obejmujące kilka miast, spisywali listy posiadanych tytułów, zupełnie tak, jakby kiedyś mieli zamiar oglądać to wszystko jeszcze raz, a niektórzy brali różności wyłącznie na handel.

Brało się to z tego faktu, że w tamtych czasach filmy mimo wszystko oglądało się rzadko i były czymś wyjątkowym, co pożyczało się z wypożyczalni albo od kolegi. W epoce następnej większość tych archiwów trafiła na śmietnik.

– Era Internetu i Pamięci Przenośnych: Tutaj bardzo trudno wskazać jakiś moment przełomowy. Zwyczajnie szybkość internetu rosła i rosła i rosła. W efekcie czego 200 megowy plik, który kiedyś ściągało się 16 godzin na super-łączu dziś ciągnie się 16 minut na łączu słabym. Do tego doszły serwisy oferujące oglądanie filmów w zasadzie w czasie rzeczywistym. Kolejna rzecz to pojemne dyski twarde i dyski wymienne. Powoduje to, że dziś chyba nikt nie tworzy tych gigantycznych, zbiorowych płytotek, jakie istniały kiedyś, a akademiki nie drżą przed legendarnymi (i istniejącymi chyba wyłącznie w sferze mitologicznej) nalotami policji.

Jakie są przyczyny współczesnego piractwa? O ile na początku lat 90-tych była to konieczność, bo legalnej dystrybucji prawie nie było oraz bardzo wysokie ceny, to osobiście uważam, że dziś na pierwszym miejscu należy postawić złą wolę. Przynajmniej jeśli chodzi o oprogramowanie i gry. W dzisiejszych czasach (pomijając może programy specjalistyczne typu Photoshopa czy AutoCAD-a) nie jest większym problemem wyposażyć się w profesjonalne, a przy tym często darmowe stanowisko pracy. Jeśli chodzi o gry, to też minęły już czasy, gdy na jedną gierkę trzeba było wydać pół pensji. Tak więc sytuacja poprawiła się dość znacznie. Dziś za pensję można zakupić 10-15 gier z górnej półki miesięcznie, polemika czy to dużo, czy mało jest dla mnie bezprzedmiotowa, podobnie jak utyskiwania, że „przy tych cenach nie sposób być na bieżąco z nowościami”. Sorry. Gry to nie żywność! Od ich braku jeszcze nikt nie umarł!

Drugie i trzecie miejsce natomiast zajmują się z jednej strony wygoda, a z drugiej anachroniczny system dystrybucji. Dotyczą one przede wszystkim takich rzeczy, jak muzyka czy przede wszystkim filmy. Pomijając już fanów japońskiej animacji, którzy (przynajmniej w Polsce) faktycznie nie mają skąd brać swoich kreskówek, to po prostu sprzedawanie płyt CD z muzyką w czasach, gdy wszyscy używają MP3 Playerów lub komórek jest tak samo bez sensu, jak sprzedawanie DVD z serialami czy filmami za 100 zeta / sztuka w chwili, kiedy film ogląda się jeden raz i zapomina o nim.

5) Zastosowania komputerów:

Dobra: powiedzcie mi do czego nadaje się komputer bez internetu? Otóż: do prawie niczego. Tak więc nie dziwi pewnie fakt, że podstawowym zadaniem, jakie stawialiśmy komputerom w roku 1994 było odpalanie na nich gier.

Gry: w latach 90-tych chyba jedynym, do czego dzieciak mógł używać komputera było granie w gry. Ewolucji gier i przedstawieniu tytułów, które na przełomie owych 20 lat wywarły na mnie największe wrażenie poświęcić musiałbym oddzielną notkę, albo nawet kilka. Być może kiedyś to zrobię, ale na pewno nie dziś. Z dzisiejszego punktu widzenia gry różniły się od współczesnych znacząco. Tak więc:

– były krótkie: wbrew powszechnemu mniemaniu gry kiedyś były krótkie lub bardzo krótkie, rzadko która sięgała więcej niż kilka godzin. Syndicate, UFO: Enemy Unknown, Civilization, większość strzelanek, platformówek, strategii i przygodówek dało się przejść w jeden wieczór. Miało to zarówno wady jak i zalety. Wadą było to, że gierki szybko się kończyły. Zaletą: że dawało się do nich bardzo często wracać. Zwyczajnie łatwiej jest wykroić z życiorysu 3 godziny, niż 3 dni.
– nie było multiplayera: to znaczy był, ale nie na Amidze (a poza tym i tak był rachityczny), choć niektóre gry pozwalały grać na podzielonym ekranie lub przeciwko sobie dwóm graczom. Multiplayer sieciowy, z prawdziwego zdarzenia zaczął pojawiać się gdzieś w okolicy roku 1997, choć wcześniej istniała możliwość gry po sieci LAN. W Polsce było o niego trudno, bowiem TP SA długo nie chciała świadczyć usługi dostępu do internetu po normalnych cenach i na normalnych warunkach.
– służyły do grania, a nie czytania: bo miały bardzo ograniczoną fabułę lub prawie jej nie miały. Jedyny wyjątek stanowiły przygodówki i niektóre RPG (większośc RPG-ów była jednak dungeon crawlerami). Owszem, czasem istniało wprowadzenie w postaci intro lub jakiegoś ekranu z tekstem, czasem też pożegnalne outro poza tym jednak dialogi, wstawki filmowe etc. nie istniały. Nie zatrudniano (jeszcze) aktorów etc. Dla mnie było to zaletą. Dziś męczy mnie to, że zabawę co kilka chwil przerywają mi jakimś, infantylnym dialogiem albo wstawkom filmową.
– działały (prawie) od razu: i zawsze. Nie potrzebowały do tego aktywnego łącza z netem. Wystarczało je tylko zainstalować lub wsadzić do stacji dyskietkę, a odpalały się. Nie było tego irytującego uzależnienia od działającego łącza. Wadą był fakt, że jeśli zmieniało się kompa (lub tylko odinstalowało grę) traciło się wszystkie osiągnięcia i postępy.
– ale z przerwami: w szczególności tyczy to Amigi, gdzie gry na bieżąco wczytywały się z dyskietek. Które to dyskietki trzeba było (również na bieżąco) zmieniać. Tak więc granie w grę wymagało chwili przerwy, chwili buczenia komputera i dopiero po nim coś się działo. Przykładem może być tu Mortal Kombat II, gdzie niektóre fatality wymagały zmiany nawet 2 dyskietek. Śmieszne były też gry, które wymagały stworzenia dysku startowego, albo zaczynające wczytywanie od dysku trzeciego…
– momentami działając na nerwy: Mowa tu generalnie o starych interfejsach i starej AI. Te nie były najlepsze, co więcej często okazywały się mało intuicyjne. Bardzo często więc, żeby np. wybrać przedmiot z Inventory trzeba było kliknąć w specjalną ikonę i wybrać to, o co nam chodziło. Innym przykładem były jednostki, które potrafiły zabłądzić na prostej drodze, albo nie potrafiły ominąć nawet najprostszej przeszkody.

Edukacja, Praca i Pasja: mimo że komputery od zawsze reklamowano hasłami typu „pomocy w nauce” przez długie lata służyły wyłącznie rozrywce. Amiga pod tym względem była wyjątkowo uboga, zwłaszcza z uwagi na jej niewielkie możliwości praktyczne. Dopiero wraz z zakupem pierwszego PC zaczęliśmy stosować komputery do nauki.

To była prawdziwa rewolucja. Po pierwsze: Word, który sam poprawiał błędy! W prawdzie poloniści bardzo niechętnie patrzyli na prace pisane na komputerze (nawiasem mówiąc jeszcze na pierwszym roku studiów wymagano od nas prac pisanych odręcznie… żeby było śmieszniej na 4 i 5 roku już żaden wykładowca nie przyjmował prac innych, niż wydruki…), jednak na pozostałych przedmiotach był jak znalazł.

Jakiś czas potem mama kupiła nam coś, co się nazywało Multimedialna Encyklopedia Powszechna. Generalnie było to coś w rodzaju współczesnej Wikipedii, ino sygnował to swoim podpisem PWN i było absolutnie świetne, jak na swoje czasy. Miało zdjęcia, filmy, masę tekstu… Pisanie wypracowań i referatów z tym było łatwe. Nikt nie miał tak wspaniałych jak ja! I tak szybo! CTRL+A, CTRL+C, CTRL+V, CTRL+P i pięć z plusem w dzienniku!

W tamtych czasach nauczyciele nie tępili jeszcze drukowania prac z encyklopedii czy internetu (który nieśmiało wówczas wchodził). Zwyczajnie nie widziano w tym niczego złego, zwłaszcza, że prace wychodziły naprawdę piękne. Świadomość możliwości komputera też była bardzo mała.

Komputera do pracy używałem kilka lat i modlę się, żebym więcej nie musiał. To nie było dobre. Człowiek siedział przy nić 8 godzin, wracał do domu, uruchamiał go i dalej przy nim siedział. Obecnie używam go głównie do pasji, to jest pisania różnych tekstów publikowanych w różnych miejscach.

Generalnie moim zdaniem użyteczność komputera wzrosła diametralnie razem z pojawieniem się internetu. Generalnie podpięty do sieci komp nie tylko pozwala na wykonanie jakiejś pracy, ale też jednocześnie wysłanie jej do odbiorcy oraz w wielu wypadkach także zebranie materiału do tejże pracy.

Multimedia i komunikacja: Multimedia na Amidze, przynajmniej dla mnie, nie istniały. Coś takiego, jak obrazki czy filmy pojawiło się pierwszy raz na moim komputerze dopiero wraz z przesiadką na PC-ta. Zwyczajnie komputery w tamtych czasach były za słabe, żeby radzić sobie dobrze z multimediami. Na PC było już lepiej, choć samo zdobycie filmów było ciężkie. Podobnie z MP3, śmieszne filmiki, obrazki z kotami etc. natomiast trafiały się zwykle jako bonusy dodawane do płyt np. w różnego rodzaju CD-Actionach.

Jeśli chodzi o komunikację: nie było internetu, nie było Gadu-Gadu, emaila, Gtalka, Skype, for czy serwisów społecznościowych. Tak więc komputery nie spełniały w żadnym razie roli telewizorów.

Tak naprawdę zmieniło się to dwa razy. Po pierwsze: wraz z pojawieniem się dostępu do stałych łącz umożliwiającego korzystanie z internetu i ściągania plików to w jeden sposób to w inny. Oraz korzystania z komunikatorów. Wówczas to komputery zaczęły służyć do większej ilości zadań stopniowo stając się czymś pośrednim między telewizorem, telefonem, domową wierzą i innymi tego typu zadaniami.

Obecnie ten aspekt użycia sprzętu komputerowego jest zapewne numerem dwa w moim sposobie korzystania z niego.

Wyścig zbrojeń: W momencie, gdy zaczynałem komputerową przygodę komputer na rynku było kilka, naprawdę różnych generacji sprzętu. Cały czas żyły i miały się nieźle takie trupy jak Commodore czy Atari, kończyła się epoka Amigi, swój wielki marsz zaczynały PC, wkrótce z długiego snu obudzić się miały konsole…

Jednocześnie hig-endowy komputer zostawał nim jakieś pół roku, szybko przestając nadawać się do gier, a często nawet najbardziej bazowych zadań. Po roku 2000 ta gonitwa jakby zwolniła. Obecnie posiadam 4-letni komputer, którego twardego dysku jeszcze nie udało mi się zapełnić, gry na którym działają perfekcyjnie. Obok stoi sprzęt 11 letni, którego mogę używać do większości najbardziej podstawowych zadań. Chyba nie jest źle.

6) Percepcja społeczna:

Jako, że – poza nielicznymi zawodami – komputery ongiś nadawały się głównie do gier ich percepcja nie była szczególnie ciepła. Zasadniczo większość społeczeństwa traktowała je jako drogie i egzotyczne zabawki dla dzieci. Mitem są opowieści, że w dawnych czasach ktoś, kto miał Amigę 500 był bogiem… W moim mieście; Bogiem był ten, który najlepiej radził sobie w sportach. Komputerowcy byli w najlepszym razie osobnym klubem. Nawet użyteczność wszelkich, technicznych trików też była niewielka, bowiem ich zastosowania praktyczne były małe.

Szczególnie mało perspektywicznie patrzyli na nie naucziela. Miałem w podstawówce takiego kolegę Grześka. Uwielbiał się kłócić: dlaczego musi liczyć w pamięci, jak może na kalkulatorze? Dlaczego musi kuć na pamięć mapy na geografię, jeśli może je otworzyć w komputerze? Otrzymywał na te pytania bardzo ciekawe odpowiedzi: a czy będziesz nosił komputer stale przy sobie? A poza tym, czy myślisz, że komputer ci się do czegoś przyda? Cóż…
Dziś kolega jest programistą. A komputer nosi stale przy sobie pod postacią telefonu komórkowego, jak każdy normalny i nienormalny człowiek w tym kraju. W dzisiejszych czasach nawet menele je mają.

Ogólny pogląd na komputery zmienił się około roku 2000, kiedy nabrały więcej, przydatnych w codziennym życiu funkcjonalności. Wiadomo: nie każdy musiał lubić grać w gry, zwłaszcza, że zbyt ładnie nie wyglądały. W chwili, gdy komputer realnie pomagał w nauce (np. podkreślając błędy ortograficzne), a poza tym mógł służyć do słuchania muzyki i oglądania filmów nagle okazało się, że jest przydatny.

Myślę, że bardzo pomógł tu też internet. Prócz dwóch jego funkcji killerskich: porno i piractwa (wiele osób traktuje internet jak telewizje cyfrową i nie wierzy, gdy mówi im się, że seriale i Chomik nie są czymś, co dostają za abonament) decydujące znaczenie miało Gadu Gadu i Email (pozwalające wysyłać nieograniczoną ilość darmowych SMS-ów), Allegro (tanie i w zasadzie dowolne zakupy) oraz Nasza Klasa. Możliwość dzielenia się zdjęciami, filmami i pracą też nie były bez znaczenia. Dodatkowo komputery były niezbędne jako stacja dokująca dla kamer i aparatów cyfrowych, które właśnie wtedy się pojawiły. Kolejna rzecz to inwazja laptopów i ich róznych wariantów: Notebooków, Netbooków etc. Ja osobiście używam, jak każdy rozsądny desktopa, lecz potrafię zrozumieć, że osobie, która używa komputera w mniej hardkorowy sposób, niż ja wygodniej jest trzymać w domu coś, co można schować do szuflady albo torebki albo można zabrać do samochodu lub na spacer.

Ja osobiście laptopy cenię głównie za taką funkcję, która się nazywa „torba na laptopa”. Otóż: jest to pojemnik uniwersalny, który dorosły mężczyzna może mieć przy sobie w każdym momencie, czy jest w pracy czy gdziekolwiek indziej. Pasuje do każdego stroju: sportowego, rozrywkowego, garnituru, stroju luźnego… Symbolizuje umiarkowany sukces i status życiowy. Jest też bardzo pojemna. Wiecie: aktówka pasuje tylko do garniaka, torba sportowa ino do stroju sportowego, na plecak jestem za stary…

Ale wracając do komputerów. Uważam, że era komputerów się kończy i zaczyna zarazem. To trudne do wyjaśnienia, jednak dziś skomputeryzowane jest wszystko: kamery, lodówki, pralki, telewizory, telefony… Myślę, że z czasem granice między poszczególnymi urządzeniami będzie się zacierać i w końcu nie będzie już specjalnej różnicy między piecem, konsolom czy tabletem. Po drugie; większość ludzi w końcu porzuci PC-ty.

Przykra prawda jest taka, że nie każdy jest hardkorowym graczem, pisarzem, grafikiem lub mieszka w biurze. Jak patrze na sposób, w jaki większość moich znajomych używa komputerów, to dochodzę do wniosku, że wcale nie są im one potrzebne. Serio. Wygodniej (i taniej) byłoby im, gdyby kupili sobie jakieś tablety lub dobre komórki z opcją podłączenia do telewizora i instalacji klawiatury na USB, bo do Facebooka, filmów i napisania czegoś raz na kwartał to im powinno wystarczyć.

Uważam więc, że kiedyś ponownie nadejdzie czas, gdy komputery stać będą jedynie w domach specjalistów i geeków.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Komputery, Nostalgia i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „20 lat przed komputerem

  1. Pingback: 20 lat przed komputerem | Fanboj i Życie

  2. Kasztelan pisze:

    Też lubiłem opisy w recenzjach. Czułem wtedy że grę opisuje ktoś komu zależy żeby inni się o niej dowiedzieli z tymi fantastycznymi szczegółami. Do reszty nie bardzo mogę się odnieść z powodu wieku (moje czasy to już monopol CDA). Ta encyklopedia w pewnym sensie była lepsza niż Wikipedia, sygnowanie PWN lepiej wyglądało w bibliografii, a jak było z drukowaniem i samymi drukarkami?

  3. Fanboj pisze:

    Drukarki miałem dwie: atramentówkę starą i atramentówko-skaner nową, choć najczęściej drukowałem po różnych punktach ksero, kawiarenkach internetowych etc. Korzystałem z kilku innych.

    Pierwsze, jeszcze na Amidze miały tragiczną jakość druku. Gołym okiem było widać, że to drukarka komputerowa. Zwyczajnie były widoczne takie małe kropeczki. Czasem zresztą mówiło się na te drukarki „plujki” bo zostawał ślad jak po musze plujce.

    Pierwsza drukarka pecetowska miała już dużo lepszą jakość druku. Generalnie z tego, co pamiętam średnio było z trzymaniem kolorów, jednak dało się to już tolerować.

    Fajną rzeczą było natomiast to, że kiedyś drukarki nie miały zabezpieczeń jeśli chodzi o tusz i nie było tych cyrków z wymianą. Kupowało się najtańszy kartridż i pakowało do środka.

  4. Pierwszy komputer z jakim się w życiu zetknąłem to był baaaardzo stary Elwro 800 Junior. To było około roku pańskiego 1991-go. Był bez dysku twardego, bez stacji dyskietek nawet. Korzystałem z niego w pracowni Miejskiego Domu Kultury. Elwro były spięte w sieć, a tylko jeden z nich, pełniący funkcje coś jakby serwera, miał stację dyskietek 5,25” (tych czarnych, szerokich i w tekturowej osłonie).

    Zanim można było w cokolwiek zagrać, trzeba było poczekać aż gość na komputerze nr 1 wczyta grę z dyskietki i da znak, że reszta też ją może wczytywać. Było to ważne, bo jeśli ktoś próbował pobrać grę gdy gość na komputerze nr 1 już w nią grał, to serwer nie wyrabiał i się zawieszał, co zwiększało poziom wkurwienia siedzącego przy nim gościa. Tak czy inaczej by pobrać grę z serwera, należało wydać komendę:

    LOAD @1

    Wśród moich ulubionych gier w tamtych czasach znajdowały się przede wszystkim Arkanoid i Saboteur. Pierwszej nie trzeba przedstawiać. Druga była klasyczną platformówką, w której kierowało się uzbrojonym w miecz i shurikeny ninją z zadaniem zinfiltrowania bazy wroga. Co było o tyle ciekawe, że czasami ilość przeciwników nie pozwalała na siłowe podejście i trzeba było trochę pokombinować.

    Wtedy jeszcze nie interesowałem się w sumie komputerami, a raczej graniem na nich 😉

    Pierwszego peceta zobaczyłem na oczy jakieś dwa lata potem, około roku 1993. To był już sam koniec podstawówki i naraz na świetlicy pojawił się pecet, dokładnie 386 z DOSem na pokładzie. W tamtej epoce do moich ulubionych gier należały Golden Axe Warrior, Prehistoric Man, Prince of Persia i legendarny już Another World. Zauważyłem też wtedy tę dziwną, niebieską tabelkę, która mi bardzo ułatwiała korzystanie z komputera.

    Dwa lata potem na informatyce w liceum dowiedziałem się, że ta tabelka to Norton Commander o którym sporo poprzednio słyszałem XD Już w liceum miałem swój pierwszy kontakt z Windows 3.11 i potem Windows 95. Na tym etapie komputery wciągnęły mnie na dobre.

    Do dziś się śmieję, jak sobie przypominam dawne dobre czasy. Windows 95 miał tę drobną wadę, że czasami zacinały mu się na chwilę polskie litery w trakcie ładowania systemu. Dlatego ja zawsze napis „Trwał ładowanie systemu Windows…” odczytywałem ironicznie jako „trwa LĄDOWANIE systemu Windows” 😉

    Pierwszy komp jaki miałem to był Pentium 100, 16MB RAM, 2GB HDD, karta graficzna S3 Trio 3D. Używałem go z Win95 bo już na Win98 był lekko za słaby. Następny to już był AMD Athlon 1800+, nie pamiętam ile miał RAM. Kartę graficzną jednak nadal miał słabą. Przez długi czas używałem też kupionego w UK laptopa Medion MIM2080 z procesorem VIA i 1GB RAM.

    Obecny mój pecet to Intel Core 2 Duo 1,8GHz, 4GB RAM, karta graficzna Radeon HD3450, dysk 500 GB. Wkrótce się przesiądę na AMD A8-6600K, 8GB RAM ze zintegrowaną z procesorem kartą graficzną Radeon HD8570D. Dysk pozostawię ze starego peceta.

    Co do gier to ja te najstarsze wspominam z nostalgią. Pomimo tego,że taki Prince of Persia czy Golden Axe Warrior jakoś super nie wyglądały, grało się w nie IMO z daleko większą frajdą niż w dzisiejsze superprodukcje. Dużo czasu minęło od kiedy jakąkolwiek grę przeszedłem od deski do deski. Baldur’s Gate i Baldur’s Gate II znudziły mi się na długo zanim je przeszedłem. Neverwinter Nights było blisko, ale ostatecznie też mi się znudziło. W Diablo II doszedłem moją czarodziejką coś koło 80 poziomu, a potem wciągnęły mnie inne gry. Wiedźmin mnie srogo rozczarował idiotycznymi konsekwencjami decyzji. Divinity II: Ego Draconis okazała się zbyt trudna. W zasadzie jedyną chyba grą ostatnio jaką przeszedłem był Torchlight.

    Tak naprawdę jedyną grą jaka dała mi naprawdę dużo radochy ostatnio, niemal tyle samo co granie w Prince of Persia kiedyś, było Path of Exile. W które gram do dziś wiedźmą Claiho i scionem Claire___. Ogólnie poziom gier w dzisiejszych czasach oceniam jako bardzo mizerny. Może dlatego,że mi nie imponuje zajebista grafika.

  5. m. pisze:

    Dobry tytuł, no i potem policzyłem swoje dwadzieścia lat. Nie byłem tego świadomy. 😉

  6. DoktorNo pisze:

    No tak, ja też zaczynałem od Amigi 500, i już raz się o tym obszernie rozpisałem: 😉

    http://doktorno.vot.pl/content/25-lat-komputerow-amiga

    Co do prasy komputerowej to zaczytywałem się Magazynem Amiga:

    Mam duży sentyment do niego, ze względu na fakt, że były to czasy, kiedy ze względu na specyfikę rynku oraz niedostateczne rozpowszechnienie się komputerowej technologii, w każdym numerze było i o grach, i o programowaniu, i grafice komputerowej, sprzęcie, muzyce i o demoscenie itp. Czytając jeden magazyn można było naprawdę poszerzyć sobie horyzonty. Teraz, gdy komputer jest jak telewizor 30 lat temu, takie coś nie ma racji bytu… Szkoda, bo odnoszę wrażenie że ludziom owe horyzonty w zakresie technologii zawężają się.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s